Pokazywanie postów oznaczonych etykietą balearic. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą balearic. Pokaż wszystkie posty

sobota, 5 września 2009

Air France - wywiad

Elo, dla oddechu od rutyny nowości możecie sobie dzisiaj poczytać zapis mojej myspace'owej korespondencji z Air France. Trwała długo, była powolna i pełna namysłu, bo chłopaki w międzyczasie zwiedzały Sardynię i inne turystyczne mekki kontynentu, ja też w popiele gruszek nie zasypiałem, ale mam nadzieję, że będziecie się dobrze bawić. Mają poczucie humoru. Aż wyciąłem co bardziej sprośne dowcipy.

Wersja lux, z obrazkami, klipami i rebusami na nowejmuzyce.


Według niektórych uczestniczycie w, czy nawet zapoczątkowaliście, revival balearycznych brzmień. Inni określają to, co gracie sampledelią. Moje ulubione serwuje Wikipedia: post-rave bliss i beach foam pop. Co o tym myślicie?

Hah, post-rave bliss. Będzie trzeba o tym poczytać. Do pewnego stopnia to nawet pochlebia, kiedy ludzie czują się zobligowani do tworzenia własnych genres dla opisu naszej muzyki, ale staramy się jakoś głębiej nad tym nie zastanawiać. Bycie definiowanym może okazać się zgubne w tym sensie, że sprowadza do konkretnego wymiaru tworzenia, a jest dla nas priorytetem, żeby pracować bez ograniczeń, bez prób wstrzelenia się w jakiekolwiek wyobrażenia.

W swoim czasie za sprawą No Way Down udało wam się jednak dobrze wstrzelić w pewne niewyrażone oczekiwania. Niektórzy uznali NWD za jedno z najlepszych wydawnictw 2008, więc o tej EPce wiemy wszystko. Osobiście wolę On Trade Winds. Możecie coś o niej opowiedzieć?

Dzięki!
Nasza pierwsze EPka i omal nas nie pogrzebała To było naprawdę dziwne doświadczenie. Nasza pierwsze EPka i omal nas nie pogrzebała. Połowę czasu nie wiedzieliśmy praktycznie co robimy; mieliśmy masę pomysłów i wszystkie oczywiście chcieliśmy zrealizować na tej niewielkiej przestrzeni. Ostatecznie poszliśmy do jednej starej latarni morskiej i przez miesiąc piliśmy nagrywając wiatr i inne gówna. Trochę nam odjebało, co było wyczerpujące, ale jednocześnie było wielką ulgą. Kiedy skończyliśmy, całość widzieliśmy jak przez mgłę, a najlepszą rzeczą w tym wszystkim okazała się reakcja mediów, z której byliśmy naprawdę zadowoleni. Zrobiliśmy OTW praktycznie z niczego i chyba wyszło nieźle.

Plaże, kluby, Ibiza – ok, ale jaka jest przyszłość ogrywania takich tematów? EPki są krótkie, skompresowane, efemeryczne tak jak doświadczenia, które opisujecie z pomocą swojej muzyki. Nie sądzicie, że może to się okazać nudne, kiedy przyjdzie do nagrywania całego albumu?


Ciężko oddać to uczucie, kiedy nagrywasz utwór i musisz czekać rok, żeby został wydany.Faworyzujemy EPki w ogóle, jako nośnik przekazu. LP to czasochłonna sprawa, a my jesteśmy niecierpliwymi ludźmi i bardzo, bardzo prawdopodobne, że po prostu kawałek wypuścimy jak tylko będzie gotowy. Ciężko oddać to uczucie, kiedy nagrywasz utwór i musisz czekać rok, żeby został wydany. Do tego albumy mają to do siebie, że prezentują się jako skończone prace, z początkiem, rozwinięciem i zakończeniem, co jest koszmarne. Pomyśleć, że ktoś może tego słuchać i stwierdzić: "o, już koniec" zamiast "a gdzie reszta?"... To już zależy od nas żeby takie rzeczy nie miały miejsca, bo absolutnie nie czujemy się dobrzy w kończeniu i to, miejmy nadzieję, przenika do odbiorców. Ciężko jeszcze powiedzieć jaki będzie nasz album, ale będzie dobry.


Nakręciliście sobie masę fanów tymi dwoma EPkami, w Internecie można posłuchać waszych setów, ale, serio, co dalej? Czy takie
GBG Belongs to Us to jakiś w miarę wiarygodny teaser tego, co ma się znaleźć na płycie (jeśli naprawdę ma taka wyjść)?

Nagrywamy. Próbujemy. Jest coś nie tak z komputerem w studiu. Jak w ogóle włącza się ten syf? "Wciśnij dowolny klawisz", ale nie można go znaleźć. Jest na sali ktoś, kto wie co robić? No dobra, prawdopodobnie będzie dziesięć kawałków. Na ten moment nie wiemy, czy
GBG wejdzie na album. To był, i wciąż jest, tylko projekt, żyjący na swoich własnych zasadach i prawdopodobnie lub tylko może, a wręcz może wcale i nie – nadal będzie toczył się własnym trybem.

Ok, ok. Jak się czujecie wśród swoich kolegów z Sincerely Yours? Wybór labela, który zdaje się mieć określony profil, wpłynął jakoś na waszą pracę?


Lubimy nasze otoczenie w wytwórni, nawet bardzo, jako artystów czy znajomych, ale żeby powiedzieć, aby mieli realny wpływ na naszą twórczość to byłoby za wiele. Pewnie wywierają tę presję jakoś inaczej, okrężnymi drogami, haha, ale jasne: jesteśmy wdzięczni SY i super jest być z nimi związanym.


Pytam, bo sporo pozycji z SY dzieli z wami ten interesujący kontrast: jesteście ze Skandynawii, a robicie muzykę, która brzmi dokładnie jak wakacje w Południowej Europie czy na przysłowiowych Karaibach. To jest świadomy wybór poetyki kartek z podróży, czy macie potrzebę odgrodzenia się od chłodu Północy?


Próbujemy podkręcać te małe przebłyski w życiu, kiedy wydaje ci się, że jesteś w szczytowej formie. Napisać smutną piosenkę, kiedy za oknem leje to nie jest żadna opcja. Zachowujemy więc tamte dobre momenty i wspomnienia i używamy ich, aby z powrotem zebrać się do kupy. Ale wiesz, zawsze jest pewna doza smutku i gniewu nawet w tym, co my robimy. Trzeba tylko dowiedzieć się gdzie i dlaczego. Daj nam z 5 miesięcy a dojdziemy, że coś i co dokładnie z nami nie tak.


Wasza muzyka brzmi barwnie, przy czym pozostaje niemal przezroczysta. Trudno powiedzieć. Spadły wam z nieba te metody twórcze czy to jest jakieś spełnienie długiego gromadzenia inspiracji, nieskończonych godzin researchu i pracy?


Najciężej pracujemy nad tym, żeby nie nagrać niczego płaskiego. Musi być napięcie. Spektrum opcji pośrednich między barwnością a przezroczystością jest naprawdę szerokie i zawsze staramy się przerzucić most pomiędzy szczytowymi punktami, podkreślić kontrast odwołując się do przeciwległych wobec siebie wierzchołków, na których rozwiesza się cała ta mnogość wyborów. To wymaga masy reedycji, żeby zaczęło wyglądać jak powinno, nieskończonych godzin wypełniania luk, opróżniania ich na powrót i zaczynania jeszcze raz...


Jesteście djami, więc bawicie się też samplami, starymi płytami itd. Jesteście w stanie wskazać rzeczy, które są źródłem sampli dla samego Air France, mają wpływ na wasz projekt?


Hehehee, hmmm. Póki żaden z sampli nie jest wiernie, czysto spożytkowany to raczej nie jesteśmy w stanie... Nie chcemy znowu do więzienia. Wyszliśmy bez zębów i chudzi. To znaczy – to było właśnie to doświadczenie, które uczyniło nas takimi, jakimi jesteśmy, ale żarcie było ohydne, a ludzi nie za mili. Ale oczywiście myślimy sporo o włoskich i francuskich piosenkach czy filmach i stanowią one wspaniałe źródło inspiracji.


Ale chyba sporo uwagi poświęcacie też skojarzeniom z dzieciństwa. Pamiętacie swoje pierwsze płyty? Antena, Abba...?


Joel kocha Isabelle Antenę bardzo, bardzo, ale jego tata był punkiem, więc dorastał słuchając raczej takich rzeczy jak The Boys czy Sex Pistols. Trochę łagodniej było w domu Henrika – takie świąteczne rzeczy tam leciały zwykle.


Jest parę młodych projektów takich jak Meanderthals czy jj, które wydają się znajdować pod waszym wpływem. Może się mylę, ale pewnie słuchacie rzeczy z waszej półki, co więc sądzicie o swoich 'następcach'? Szczerze. Tłumaczę potem ten wywiad na polski, a to jest trudny język, więc nawet jak poczytają będą myśleć, że prawicie komplementy.


Gust muzyczny to wszystko, co mamy Cóż, wątpię, aby byli naszymi następcami. Poważnie wątpię, abyśmy wywierali aż taki wpływ! Ale racja, słuchamy nowych rzeczy i jj to bez wątpienia jedna z nich, chociaż ciężko to wszystko ogarnąć w dzisiejszych czasach, np. na blogi codziennie trafiają nowe mp3. Nawet jeśli pojawia się sporo gówna, to przecież nie chcesz minąć się z czymś naprawdę dobrym, więc zanim wyjdziemy rano do pracy odwiedzamy prawdopodobnie coś koło 53 stron. Po powrocie do domu można pobajerować na to dziewczynę, jeśli ktoś, jak my, nie jest zbyt zabawny, przystojny ani romantyczny. Gust muzyczny to wszystko, co mamy.


No to pytanie do ekspertów: jest na świecie jakiś balearyczny girls-band, na winylu, kasecie, myspace?


Hm, ciekawe pytanie, ale trudno odpowiedzieć. Henrik uwielbia takie prehistoryczne duo Confetti. Są trochę twee, ale kojarzą się z morzem. Trochę jak uproszczona Antena. Trochę jakby utkwiły na dryfującej boi, powoli przykrywane mgłą. Marine Girls też są niezłe, ale ryzykowne powiedzieć o nich "balearyczne". To coś bardziej skomplikowanego.


Tak już w schyłkowym trybie rozmowy, wyobraźmy sobie, że jesteśmy wszyscy na tyle sławni i charyzmatyczni, że możemy sobie pohype'owac parę zespołów. Jedną z najlepszych płyt, jakie w tym roku słyszałem jest In the Dream of the Sea Life Candy Claws. Myślę, że spodobałoby się wam. Co polecacie z dotychczas wydanych w 2009?


Wow, nie słyszeliśmy o Candy Claws, sprawdziliśmy i faktycznie są naprawdę dobrzy. Co do naszych typów to są dwa świetne szwedzkie projekty, które są raczej nowe na scenie. Po pierwsze Museum of Bellas Artes. Zrobili m.in. cover
Who Do You Love i wyszło im niesamowicie. Po drugie – Korallreven, nasi dobrzy znajomi. Jeden z ich kawałków, Loved Up, jest zajebisty. Zdaje się, że coś osiągną, może nawet sporo.

I tak na koniec: co sądzicie o Joy Division? Nie macie czasem ochoty dać tym beztrosko bawiącym się fanom niespodzianki? Mrocznej niespodzianki.


Mam nadzieję, że nie będzie to zbyt wielki wstrząs, ale wolimy New Order. Jasne, niekiedy ma się ochotę nagrać najbardziej depresyjną płytę ever z wilkami, pełnią i całą resztą na okładce. Ale trwa to zwykle jakieś pół godziny. Jest już za dużo mrocznej muzyki i nie sądzę przede wszystkim, żebyśmy byli wiarygodni grając taką. Już jesteśmy przez wielu ludzi uważani za jakiś ironiczny projekt i płyta o wilkołakach mogłaby okazać się gwoździem do trumny.


myspace

poniedziałek, 22 czerwca 2009

Candy Claws - In the Dream of the Sea Life

Candy Claws
In the Dream of the Sea Life

2009,
Act So Big Forest/Indiecater



8.2



Muzyce nie wystarcza tworzywa, aby być naprawdę plastyczną. To nieosiągalny ideał i można nań dźwięk jedynie stylizować. Iluzja zyskuje sporo na sile dzięki symbolom. W przypadku Candy Claws, warstwy białego szumu, przewalające się lubieżnie po gładkich podkładach, to oczywiście znak na lato, nagrzane godziny lipcowych dni, kiedy wszystko jest prześwietlone i jawnie śni o obezwładnieniu pożądaniem. Zbyt statyczna forma pod taką treść? Ok: odpowiednie zagęszczenie i dynamizacja do shoegaze'u, ruchliwego, kapryśnego i bardziej ekshibicjonistycznego niż z zasady introspektywny ambient. Wokal rozwichrzony aż do niezrozumiałości to znak na niewystarczającą moc opisową języka, upokorzonego przez niewyrażalną tajemnicę morza tak dobitnie, że musi współpracować z bulgoczącą, onomatopeiczną elektroniką opartą na mimetycznym naśladownictwie wodnego mikrokosmosu.

To wszystko w książce, którą Candy Claws się inspirowali: Morze wokół nas Rachel Louise Carson. Z tymże jest to pozycja raczej niezbyt przygodowa, a bardziej relacyjna, paranaukowa (część serii Rodowody cywilizacji). Nudy, a więc już warto kłamać i nałożyć na ocean trochę balearycznej rozkoszy (z upływem płyty coraz bardziej zawiesistej). Z tych cech, inspiracji i przynależności gatunkowych, wyłania się idealna pozycja na lato: impresjonistyczna błyskotka nawiązująca do tak mocarnych albumów jak Endless Summer czy Tropism, ale przystępna jednocześnie dla sympatyków Pains of Being Pure at Heart i innych, wysoce estetycznych hedonizmów. Rzadko kiedy słyszy się takie nastawienie na ewokatywność, że pociąga ono za sobą rezygnację z czystości brzmienia. Niekiedy materiału wydarza się tutaj za dużo, ścieżki ścierają się ze sobą, a wokale bywają spychane do offu przez samą ideę słodkiego sztormu. Potrzeba wykreowania obrazu niejednokrotnie zaważyła ujemnie na formalnej stronie dzieła, co ludzkość dzieli z muzyką bez mrugnięcia okiem.

myspace

czwartek, 26 marca 2009

Mono - Hymn to the Immortal Wind

Mono
Hymn to the Immortal Wind

2009, Temporary Residence


7.0






Kolosalne orkiestracje (podobno momentami piłuje naraz 28 osób) leją się z głośników, w krótkim czasie zmuszając do panicznego oddychania ostatnim bąblem powietrza zachowanym pod sufitem. Jeśli ktoś pamięta sceny ślubu lub spotkania Sparrowa z krakenem z ostatnich Piratów z Karaibów, może sobie pod nie swobodnie podstawić np. takie Follow the Map i nic nie ujmie z potwornie cholesterolowego patosu chwili. Przy czym: mowa o Piratach z Karaibów, więc nie da się wymazać z tła awanturników, przygody, bezkresnych mórz i tajemniczych archipelagów, które poprzez swoje rozrzucenie są idealnym schowankiem nasyconej, skrytej mocy.

Podobnie z nowym Mono: nie ma co skipować tego ohydnie epickiego momentu, w którym nasi bohaterowie trzymając się za ręce szybują
z prędkością dźwięku nad lazurowym oceanem płosząc płaszczki i rekiny młoty. Ten moment trwa ogłuszające wieki, wizualizuje się wibrując i miażdży niczym dotąd niewidzialny, lewitujący nad tłumem budynek (Pratchett, Rabelais, mainstreamowe anime). Uszy bolą, ale to już skutek uboczny tchórzliwego uciekania w wyobraźnię. Twardo trzeba, bez stoperów marzyć, szczególnie, że HttIW przypomina sytuację, w której kartkując książkę przebiega się wzrokiem po zajebistym fragmencie i natychmiast gubi się go bezwiednie kartkując dalej. Takich motywów do odnalezienia jest tutaj sporo; wraz z kolejnymi podejściami zyskują na wadze: od mglistych flashbacków do plomby w luce po dobrym, przystępnym japońskim napierdalaniu.

środa, 29 października 2008

Spokes - People Like People Like You

Spokes
People Like People Like You

2008, Everyone

6.8





W dzisiejszym odcinku ludzie, którzy wpadli na pomysł jak ocalić post-rocka: skracając kawałki i zrzucając balast nachalnej obrazowości. Proste, słuszne, łatwe do zapamiętania. Spora dawka nieskrępowanej przyjemności zawarta na People Like People Like You wskrzesza pozytywne wspomnienia pierwszych kroków w obrębie zajeżdżonej już stylistyki i jednocześnie werbuje swoją przystępnością nowych fanów, obawiających się kontaktu z jej rozwlekłymi prekursorami. Szczera radość obcowania z + fakt bycia kompendium wszystkiego co było w post-rocku po Bark Psychosis, GY!BE i Young Team =
  1. Spokes - We Like to Dance & Steal Things [3:41]: równoległa rzeczywistość: Air France decydują się na szerzenie swoich balearycznych chwytów w bardziej hałaśliwej manierze; ciepło, lekko, przestrzennie, ale również głośno, dynamicznie, nasycenie aż do epickości (kooperacja ścieżek/instrumentów –> legendarny dialog),
  2. Spokes – Young People! All Togheter [7:28]: nostalgiczna melodia otwierająca ten utwór naprawdę zakręca łezką w oku, bo przecież to stareńki, dobry Mogwai z czasów Come On Die Young. A późniejsze Explosions In the Sky? Jednak nie tak oczywiste, bo a) przyspieszony field-recording w tle, b) post-punkowy wokal, c) klimat Broken Social Scene,
  3. Spokes - Scatter: I Miss You [2:56]: „epicki post-rock może swobodnie zmieścić się w niecałych trzech minutach”, a do tego: a) odpocząć od GY!BE? Spokes!, b) epicki post-rock może przywodzić na myśl zielone Avonlea, zamiast maelstromu i śmierci Titanika, c) California Stories Uncovered – lans + New Century Classics (<=> głębsze osłuchanie i pomysłowość) = + – Scatter: I Miss You,
  4. Spokes - Precursor [5:22]: zaskoczenie jakim była obecność sentymentalnego wokalu w tytułowym utworze z w/w CODY Mogwai, udziela się także i tutaj; jako wiernym uczniom szkockich mistrzów, także Spokes udaje się uniknąć potencjalnych mielizn jedynego melancholijnego kawałka na płycie,
  5. Spokes - Sometimes Words Are Too Slow [9:52]: gramy post-rock = musimy udowodnić, że potrafimy dłużej niż inni chłopcy; godne odnotowania jednak, że nie nudzą, może dlatego, że kawałek jest niekłamanie dynamiczny, a kiedy spuszcza z tonu, okazuje się emanować jakimś wewnętrznym ciepłem, którego aż trochę szkoda, kiedy znowu robi się głośno; wpływy Mono, momenty debiutanckiego M83 etc.,
  6. Spokes - End Credits/Loveletter [7:40]: alfabetycznie: Air France + naiwny Chaveau, Sylvain.+ Explosions In the Sky + iLiKETRAiNS + Jaga Jazzist + Mogwai + Sigur Rós ( ( ))
Uderzeniem krótkim, jak na założenia stylistyki, którą obrali za środek wyrazu, ale naprawdę intensywnym, jak na założenia stylistyki, którą obrali za środek wyrazu, Spokes ukuli krzepiącą, wakacyjną muzykę plasującą się bez wysiłku w czołówce tegorocznej odsłony wyścigu post-rocków.


myspace : download