Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kyst. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kyst. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 26 kwietnia 2011

Kyst - Waterworks

Kyst
Waterworks

2011, Antena Krzyku



5.0



Wśród pierwszych z brzegu dziesięciu (!) recenzji Waterworks (1, 2, 3, 4, 5, 6, 7, 8, 9, 10) cztery (nr 1, 3, 4, 10) uznają Kyst za towar eksportowy, głównie na podstawie fantomowego występu w Stanach. Trzy (nr 2, 3 i 10) sugerują, że ich druga płyta ma duże szanse znaleźć się wśród najważniejszych albumów 2011 roku. Autor nr 8 prognozuje, że Waterworks wyróżni się na tle dekady. Sześć (nr 1, 3, 4, 6, 7, 9) uznaje schemat głośno-cicho za interesujący w kategoriach dramaturgii. W tej grupie aż dwa teksty wskazują post-rock jako rozsądną inspirację dla młodych muzyków chcących nagrywać folkowe i avant-popowe płyty w 2011 roku. W większości wypadków (wyjątkami są nr 1, 2 i 7) autorzy spoufalają się z zespołem. Zależnie od piszącego partie wokalne zmieniają wykonawcę, Plath jest gościem zespołu, jego członkiem lub liderem. Jednocześnie z błyskotliwym wyczuciem identyfikuje się niemrawą gitarkę w "Colours" bardzo konkretnie jako "riff Byczkowskiego" (znów przebojowy nr 8). W ogromnej większości tekstów Ludwig zyskuje nie tylko narodowość, ale i nimb długotrwałej sławy. Dziwne, ale najciekawiej prezentuje się recenzja Jakuba Knery (nr 7). Niespodzianie gość relacjonujący swego czasu najdrobniejsze poczynania Kyst nie popadł w rutynę, lecz przeciwnie: jako jedyny napomyka cokolwiek o uczuciach związanych z Waterworks, o sugerowanej tematyce, ewokowanych obrazach, oszczędzając na inną okazję bon moty uzasadniające wysoką notę dla płyty, którą Bogiem a prawdą ma się w dupie. Ujednolicona recepcja i jej szybkie wypalenie się każe przypuszczać, że niestety większość potraktowała Waterworks jak obowiązek, tak jak nowy album Twilite i kilka innych (choć).

Tymczasem Waterworks to płyta wymagająca czasu. Gwasz gałęzi i chmurnego nieba nad westchnieniami europejskiego morza wieczorem oświetlonym dusznym, ciężkim światłem, zmieniającym pejzaż we wnętrze mętnego akwarium (Nabokov - Wiosna w Fialcie), to nastrój odległy, jak Bykowi Wodnik, zarówno od porównania do Hansa Castorpa, uszczypliwej pointy mojej recenzji solowego debiutu Bilińskiego, jak i od złośliwego zestawiania Cotton Touch z fragmentami Ferdydurke. Także zaszły pozytywne zmiany. Nawet po kilkunastu sesjach granice między trackami pozostają niezatarte. Część utworów wyposażono we własne, wewnętrzne podziały (szulersko zręczna reorganizacja na wysokości 02:02 "Miss the Sea") i znaki szczególne (żelazista trąbka w "A Postcard") o wiele bardziej wyrafinowane niż potoczyste perkusjonalia, zdolne oślepić poprzez kontrast z rozproszonym debiutem tylko tych, którzy zachłysnęli się pierwszym wrażeniem i założyli, że definiuje ono dalszy kontakt.

Tacy pomylili ewolucję z nagłą inkorporacją obcego ciała. Nie jest tak, że, jak twierdzi recenzent WAFP, Kyst nagrali płytę po prostu konkretniejszą. To Plath dograł konkretne partie i nie ma to nic wspólnego z rozwojem czy pracą zespołową. Rdzeń formacji odpracowuje swoje na zupełnie innym planie. Biliński i Byczkowski, owszem, psują udane otwarcie (okropne centrum płyty – "Colours", "Water", "Seasons" – niemożliwe do przypisania komu innemu dzieło emerytów odpowiedzialnych za Cotton Touch) albo próbują dodania czegoś mięsistego od siebie, żeby płyta nie zmieniła się w portfolio perkusisty (godny adopcji do kilku slangów "riff Byczkowskiego"). Ale częściej zdarza się im zachowywać całkiem interesująco: kulminują wyróżniające się fragmenty dyskretnymi łamaniami atmosfery, aranżacyjnymi meanderkami (być może to tylko kwestia produkcji, ale niektóre z elementów rozsypujących się kompozycji zdają się już posiadać jakiś wektor, np. "Friend Now", w przeciwieństwie do gównianego "Water", bezcelowego miauczenia a capella, bo trudno uznać pierdzące w tle szkice piórkiem za instrumentację), ważą się nawet na decyzje wątpliwe, męczące, ale autorskie (irracjonalne trzy ostatnie minuty pięciominutowego "Seasons/All Is Different" mają odbiorcę tak bardzo gdzieś, że aż się podobają).

Dwie perkusje są obosieczną bronią. Sporo typowo marszowych fraz doczekało się już korzystnej interpretacji choćby na zupełnie pominiętym Heart of My Own Basi Bulat (2010), także nawet na przestrzeni jednego roku bębnienie nie jest wielką nowością. Tyle plemienności i Sung Tongs kot by napłakał. Realne znaczenie ma dopiero to, że rytmika *zdaje się* bić na szkło nie z powodu gwiazdorskich aspiracji Platha, lecz z powodów taktycznych. Zakończenie płyty ("The Glowing Sea") jest najbardziej reprezentatywnym przykładem: nadgorliwe walenie gryzie się z subtelną introdukcją do albumu, nie jest operacją narracyjną, wyzyskaniem punktu kulminacyjnego, ale bezradną ucieczką przed wciąż wymykającym się Kyst własnym stylem. Być może warto to wszystko docenić: dając duże pole do popisu swojemu koledze, Biliński i Byczkowski chowają się w cieniu, poświęcając się tym samym na ołtarzu artystycznych poszukiwań. Tyle, że z zewnątrz wygląda to jakby sami (znów) mieli nie dać sobie rady. Waterworks chce się włączać od nowa żeby doświadczyć esencji w postaci "Friend Now" - "Miss the Sea" - "Sun". Z czasem album zaczyna się kończyć po tej trójce i tak okrojony rozpoczyna nowe życie na długotrwałym repeacie.

sobota, 2 października 2010

Coldair - Persephone

Coldair
Persephone

2010, Gingerbread



4.2



Prawie dokładnie tak jak na myspace'owych fotkach przedstawia się Biliński wyobrażałem sobie zawsze Hansa Castorpa na wysokości drugiego tomu Czarodziejskiej góry. W takim układzie ja jako odbiorca wybieram postać pani Chauchat, dla odmiany, bo przy okazji pisania o Cotton Touch bezwiednie wcielałem się w Naftę. Utrzymując rolę rzucam parę zdystansowanych uwag i wyjeżdżam, mając wątłą nadzieję, że Hans odkryje nowe horyzonty i kiedy powrócę zacznie aspirować do bycia wyzwaniem. I tak jestem bardzo pozytywnie zaskoczony: całkiem sympatyczna płyta dobrze zapowiadającego się twórcy, którego największym problemem jest to, że lada moment może się skończyć.

Czas odczuwalny półgodzinnego debiutu Coldair oscyluje wokół godziny z hakiem, męczy jednostajnością instrumentarium, inspiracji i pomysłów, ale zawiera momenty faktycznie interesujące. Dzięki nim słuchałem Persephone o wiele dłużej i z większym zaangażowaniem niż I Księżniczki i Cotton Touch razem wzięte. Całkiem możliwe, że udział w zespole jest dla Bilińskiego ograniczający, podobnie jak czyjkolwiek patronat. Solo nie wyzwala go jednak z wąskiego kręgu wpływów, które od dawna musiały mu się już przejeść, bo nie uwierzę, aby ktokolwiek, nawet najbardziej zapatrzony w siebie twórca lub fan-zelota, nie dostrzegli przynudzającej monotematyczności materiału.

Niby na Persephone Biliński uzupełnia panteon swoich artystycznych ojców (Vincent Gallo? wczesne Myslovitz?), chwilami zbaczając nawet w stronę ostatnich odkryć (Best Coast? Soft Powers?), a w opublikowanych już recenzjach ciągle wypomina mu się fascynację Elverumem. Zdaje się, że to rozpoznanie staje się metodą ucieczki od punktowania
oczywistych słabości Coldair i Kyst, wyrazem matczynych instynktów słuchaczy, ale także ich egoizmu. Phil staje się wygodną matrycą odbiorczą, podobnie jak Beatlesowskia Ścianka czy Nosowska Brodka. Nawet jeśli brzmienie i same pomysły Bilińskiego nabiorą kiedyś mobilności (lo-fi i ponuractwo to za mało, kompozycje są w większości tak samo przewidywalne i apatyczne), przyzwyczajony słuchacz będzie wyciągał coraz mniej uzasadniony slogan Elveruma – pomagający podtrzymać bezkrytyczną podjarkę z wyłapania ikony niezalu, ale treściwy tylko o tyle, że odzwierciedlający schematyczność odbieranej twórczości. Także to entuzjastyczni fani wydają się rosnąć na hamulec kreatywności, która, obawiam się, niezrozumiana szybko by zgasła, a póki co, niezbyt świadoma zagrożeń, pozwala podsycać się fałszywym ogniem jednego porównania.

Odbiorcze zamówienie na komfort sprawia, że wciąż nawracające folkowe tematy (zarówno po stronie samej muzyki jak i zbanalizowanych przez wymogi gatunku tekstów) wyraźnie ograniczają niespodziewanie autentyczną wrażliwość. Świetnie prezentuje się opener płyty z dudniącą, niepokojąco głęboką gitarą (Morphine w stereotypowo pojmowanym 4AD) wspomaganą przez mgliste wokale à la Grouper. Podobny klimat powraca jeszcze w high-lightowym "All Kinds of Voices". Te dwa naprawdę przyjemne tracki, gęste, niemal lo-fi noisowe, dzięki niedopowiedzeniom skutecznie przesłaniają obecne w reszcie utworów braki: niewielką inwencję w obsłudze instrumentu i banalność wyobraźni (młodzieńcza apatia i figura podmiot liryczny vs. bliżej niesprecyzowani Oni to zwyczajna sztampa). Zalśniłyby wyraźniejszym blaskiem, nie obciążone dodatkową rolą zasłony dymnej, gdyby Persephone obfitowało w takie liryki jak pierwsze wersy "Apple", wyposażone w faktycznie zabawną autoironię (For everytime I'm bored I clap my hands / And I raise them high to get bored again), niestety porzuconą mimo potencjału konceptu (w kolejnych wersach padają już pozbawione jakiegokolwiek znaczenia Kystowe zbitki typu apple sky, kilka utworów dalej także ograne sleepy head). Kawałek broni się jednak kontrastowo orzeźwiającym wokalem, miłą melodią i przyspieszającym tętno patosem bębnów. Nie nudzi także zręcznie udramatyzowane "We Could See", perełka wykazująca się tendencją rozwojową i dzięki niej kontrastująca z pretensjonalną nieruchawością hymnicznego, natrętnie Ściankowego "These Hours". W "Blue Lights" w końcu dynamizm, szkoda że nie w bezpośrednim sąsiedztwie "You're Not Yourself" – closera, w którym Biliński snuje swój dziewiczy storytelling, skutecznie odwracający uwagę od wątpliwej hybrydy Radiohead i Damiena Rice'a w tle. Utwór tytułowy, "Ghosts", "These Hours" i "Castle/Shack" niepotrzebnie wydłużają całą przygodę i dopiero wyjebawszy je widać, ile materiał zgromadzony na Persephone zyskuje na odważniejszej selekcji prowadzącej ku formatowi EPki.

Nie wiem czy Bilińskiemu uda się jeszcze cokolwiek wycisnąć z folku (wczuwając się w ww. podjarkę: amerykańskiego folku, kolejnej niezbyt wiarygodnej projekcji). Persephone jeszcze bawi, w zestawieniu z debiutem Kyst nawet zaskakuje, ale kolejna taka płyta będzie grobem, przyczynkiem do gettoizacji i nagrywania dla znajomych z facebooka. Jedno genre zostało już na samym starcie twórczości praktycznie wyczerpane. Gitara akustyczna, lo-fi bębnienie, emocjonalny wokal, flażoleciki i dzwoneczki są martwym językiem zużytych metafor, których recykling z przynudzania zmieni się w symptom monomanii. Pogłębianie zainteresowań nic już nie da, koniecznie należy poszerzać gust, eksplorować nowe horyzonty, zamiast z troski o odbiorców eksploatować stare.
Mimo wszystko jednak debiut Coldair jest doświadczeniem pozytywnym, znacząco odmieniającym zarysowany na Cotton Touch wizerunek przedwcześnie postarzałego młodzieńca. Jeśli Hans podejmie pozornie samobójczą walkę ze swoimi dotychczasowymi fanami, kolejne jego płyty będzie można oceniać już bez podciągania na zachętę.

sobota, 30 stycznia 2010

Kyst - Cotton Touch

Zamieszczam referat wygłoszony przeze mnie 24 stycznia na warszawskiej konferencji "Polonistyka a emo. Pytania o przyszłość przymierza". Dla przejrzystości zubożyłem zapis oracji o wtręty publiczności, oklaski oraz późniejszą dyskusję. Rozszerzoną wersję będzie można przeczytać w marcowej Lampie. Miłej lektury.

Kyst
Cotton Touch

2010, Gingerbread



3.6



Witam, dzień dobry.

Wypadałoby zacząć od trudności, jaką sprawia ujrzenie oczami wyobraźni zadowolonego słuchacza Cotton Touch, który nie pozostawałby w jakichś związkach personalnych z zespołem albo nie pragnąłby gorąco wylansować młodej polskiej kapelki, która ledwie pierdząc sadzi się na ambitną "alternatywę". Z jednej strony nie można być za bardzo osłuchanym, z drugiej - trzeba coś już mieć za sobą, ale koniecznie przecież płyty, z których pułapu raczej się nie startuje. Podobnie z wrażliwością, wiedzą, biografią idealnego odbiorcy. Musi być średniakiem, żeby Artyzm CT mu zaimponował. Nie może też mieć za sobą żadnych doświadczeń z nagrywaniem własnej muzyki, bo natychmiast na drodze doznaniom stanie mu obraz samego siebie rejestrującego nieskoordynowane brzęknięcia, bezskutecznie, bo bez kurateli Cieślaka.

Tymczasem Gombrowicz, jakby przypadkiem akurat w Ferdydurke, ujął zjawisko kompleksowo:
Za dużo się milczy o osobistych, wewnętrznych skazach i spaczeniach tego wejścia, na zawsze brzemiennego w konsekwencje. Literaci, ci ludzie posiadający boski dar talentu na temat rzeczy najdalszych i najbardziej obojętnych, jak na przykład dramat duszy cesarza Karola II z powodu małżeństwa Brunhildy, wzdragają się poruszać sprawę najważniejszą swej przemiany w człowieka publicznego, społecznego. Pragnęliby, widać, aby każdy myślał, że są pisarzami z łaski boskiej, a nie - ludzkiej, że z nieba spadli na ziemię wraz z talentem swoim; żenują się wyświetlić, jakimi to osobistymi koncesjami, jaką klęską personalną okupili prawo wypisywania o Brunhildzie lub chociażby o życiu pszczelarzy. Nie, o własnym życiu ani słowa - tylko o życiu pszczelarzy. Zapewne, wypisawszy dwadzieścia książek o życiu pszczelarzy, można zrobić się posągiem - ale jakiż związek, gdzie łączność, pszczelarskiego króla z jego prywatnym mężczyzną, gdzie łączność mężczyzny z młodzieńcem, młodzieńca z chłopcem, chłopca z dzieckiem, którym przecież onegdaj się było, jaką pociechę ma smarkacz wasz z waszego króla? Życie, które nie przestrzega tych połączeń i nie realizuje własnego rozwoju w całej rozciągłości, jest jak dom budowany od góry i nieuchronnie musi skończyć na schizofrenicznym rozdwojeniu jaźni.
Jak ulał Cotton Touch. Życie pszczelarzy: intymna atmosfera, osobiste liryki robione na poezję do szuflady i ogólna kreacja artystyczna Kyst vs w toku odsłuchu krzepnące przekonanie o odcinającym się od wewnętrznego smarkacza odhumanizowaniu tej płyty, jej odizolowaniu od treści życiowej twórców, jej nicości emocjonalnej ubranej w tak delikatne piórka, że zdolnej do kamuflażu w barwy poetyki zupełnie przeciwstawnej. Wrażliwe chłopaki babrają się w folku, współpracują z Cieślakiem i Morettim, zainspirowani są Elverumem, i bardzo chcą być dalecy od banału, ale spieszą z tłumaczeniem trudniejszych, we własnym wyobrażeniu, fragmentów własnego dzieła. Complain/Cheer, rozpoczęte tragiczną stylizacją na chaotyczny soundcheck, wydaje się być Kyst tak eksperymentatorskie, że podsuwają odbiorcy niepotrzebny moment klaryfikujący w postaci uczuciowego, rozpływającego się po kanałach śpiewu o jesiennym niebie, które tak bardzo najebać może człowiekowi w głowie. Stare Dobre Małżeństwo + emo, nie żaden Elverum.

Ewa Farna epatuje wielkimi uczuciami, których nie da się dzielić na serio, którym brak wycieniowania, które są oczywiście pretensjonalne i nie stanowią dobrego podłoża do ćwiczenia psychologii głębi, ale są autentyczne przecież - spokojnie można utożsamiać podmiot liryczny z autorką (nawet jeśli realnym twórcą jest tkliwy starszy pan) i mamy oto osobistą, intymną twórczość. Kyst starają się czołgać wbrew, w święconą kredą kreślony krąg niezbyt wiarygodnej w XXI wieku kliszy młodocianego starca/zgrzybiałego młodzieńca (topos puer senex lub upupionego dorosłego). Ledwo od ziemi odrośli, a w tekstach nic zacięcia; już raczej z góry czynione założenie, że nic mocnego się do realu nie przebije. Powtarzająca się jak nawrót starczego memłania, figura nieba, poza tym, że oferuje łatwy rym (sky - gay), jest też naiwnym zaczerpnięciem z puli uniwersalnych konotacji, tradycyjnie poetyckich i wzniosłych, ale zdolnych złożyć się tylko na metaforykę martwą, zużytą, obnażającą miałkość pomysłów lirycznych składających się na song-writing. Po takie środki wyrazu sięgają teraz rozpoczynający karierę artystyczną młodzi ludzie? Widocznie tak, skoro Kyst nie są przypadkiem odosobnionym - podobną kreację obrała np. Soap&Skin.

Teksty są na CT ściśle skorelowane z całością, bo też i muzyka jest tu lepiona z gęby puer seneksa, czerstwej jak poksipol przed zmieszaniem - gdzież mrok, gdzie bunt, gdzie rozjebywanie granic? Niektóre fragmenty obiecują jakiś wybuch, może chociaż rozrost w mały, polskawy noisik, ale zabarwia się każdą potencjalną nieoczywistość tak, żeby Bambi z okładki czuł się jak w domu. Właściwie robi się z tego pudel-mindfuck, bo infantylne dzwoneczki i męczące rozległe połacie pojedynczych brzęknięć działają jak nagabywanie do Radiohead i Sigur Rós oraz odbiorczej uległości wobec nietuzinkowej kreatywności "alternatywy". Otwierająca miniaturka zwiastuje, ale jej następcy przekonują, że nie było to interludium do własnego stylu, czy już nawet do kalki z Elveruma i Akron Family (duh), ale zaznaczenie posiadania akcesu (i ostentacyjnego odrzucenia go później na rzecz Sztuki) do terytoriów okupowanych obecnie przez Basię Bulat. Basia na tym porównaniu nie tyle zyskuje, co skazuje Kyst na frustrację pozyskując 1:0 dla Heart of My Own.

Chwilę równowagi kupuje utwór tytułowy, szczęśliwie nudząc nie tak brutalnie jak reszta tracków. W dół ciągnie go tylko bolączka albumu: przewrażliwiony wokal skrytego dużego chłopca. Nieśmiała uczuciowość dojrzałego mimo nastoletnich lat poety (praca domowa: Keats, dzieciak), którego rozmiłowana w wieloletnich podchodach bratnia dusza (jakiej płci? bo do porównań zużyłem już trzy kobiety, a tylko jedna by z nimi chciała) prowokuje do przełamującego depresyjny świat pocałunku w szatni, rozjątrza do oporu jak ohyda Garden State. Jeśli to jest płyta nagrana przez młodych ludzi, utożsamiających się jakoś z własną muzyką to naprawdę pytanie postawione przez Gombrowicza kładzie się władczym cieniem na pozytywnych recenzjach Cotton Touch: z czego ta płyta właściwie płynie? Szelmowskie "dla blichtru wydania, dla sławy i dup", jakoś do Kyst nie pasuje, bo nie ma w tym zespole nonszalancji, która mogłaby stanowić ucieczkę przed brakami w dyscyplinie (bo czymże jest Passport, Photos & Stars?), i która być może przydałaby trochę awangardowego, odważniejszego tonu. Jakie więc doświadczenie (gdzie byli rodzice?) stoi za tą ekspresją? Chyba jednak wisi ona na rusztowaniu gołej idei zostania muzykiem i spróbowania swoich sił w publicznym graniu na instrumentach.

Pozytywy. Grower, bo od 1.8 po dwóch przesłuchaniach, podrasta Cotton Touch do 2.4 po pięciu i zatrzymuje się na 3.5 po dziesiątym, nakreślającym granicę przeostatecznej zdatności. Finalne fragmenty, utrzymane trochę w konwencji le roman de l'adolesą, kreślą, potężnie wynadinterpretowane przez moją litościwą i przygód żądną wyobraźnię, obrazki przeszłości jako *nieprzebytego* wewnętrznego azylu, ciągle, bez względu na wiek manipulującego weń podmiotu, rozbudowywanego. Sekwencję wizji rozpoczyna udana metafora otoczonego lasami nietkniętego bunkru (przypadkowe podobieństwa do Schronu Kafki i motyw pamięci ejdetycznej), ale czy to rzeczywiście ich poetyka, czy w końcu jednak Elverumowska, przycięta o ciemności i minimalistyczne katastroficzne ewokacje? No i ostatecznie: wydanie na płycie swoich zabaw z kolegami razi mniej niż falstart koncertowania. Haha.

Dziękuję, do zobaczenia!