Pokazywanie postów oznaczonych etykietą indie folk. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą indie folk. Pokaż wszystkie posty

sobota, 2 października 2010

Coldair - Persephone

Coldair
Persephone

2010, Gingerbread



4.2



Prawie dokładnie tak jak na myspace'owych fotkach przedstawia się Biliński wyobrażałem sobie zawsze Hansa Castorpa na wysokości drugiego tomu Czarodziejskiej góry. W takim układzie ja jako odbiorca wybieram postać pani Chauchat, dla odmiany, bo przy okazji pisania o Cotton Touch bezwiednie wcielałem się w Naftę. Utrzymując rolę rzucam parę zdystansowanych uwag i wyjeżdżam, mając wątłą nadzieję, że Hans odkryje nowe horyzonty i kiedy powrócę zacznie aspirować do bycia wyzwaniem. I tak jestem bardzo pozytywnie zaskoczony: całkiem sympatyczna płyta dobrze zapowiadającego się twórcy, którego największym problemem jest to, że lada moment może się skończyć.

Czas odczuwalny półgodzinnego debiutu Coldair oscyluje wokół godziny z hakiem, męczy jednostajnością instrumentarium, inspiracji i pomysłów, ale zawiera momenty faktycznie interesujące. Dzięki nim słuchałem Persephone o wiele dłużej i z większym zaangażowaniem niż I Księżniczki i Cotton Touch razem wzięte. Całkiem możliwe, że udział w zespole jest dla Bilińskiego ograniczający, podobnie jak czyjkolwiek patronat. Solo nie wyzwala go jednak z wąskiego kręgu wpływów, które od dawna musiały mu się już przejeść, bo nie uwierzę, aby ktokolwiek, nawet najbardziej zapatrzony w siebie twórca lub fan-zelota, nie dostrzegli przynudzającej monotematyczności materiału.

Niby na Persephone Biliński uzupełnia panteon swoich artystycznych ojców (Vincent Gallo? wczesne Myslovitz?), chwilami zbaczając nawet w stronę ostatnich odkryć (Best Coast? Soft Powers?), a w opublikowanych już recenzjach ciągle wypomina mu się fascynację Elverumem. Zdaje się, że to rozpoznanie staje się metodą ucieczki od punktowania
oczywistych słabości Coldair i Kyst, wyrazem matczynych instynktów słuchaczy, ale także ich egoizmu. Phil staje się wygodną matrycą odbiorczą, podobnie jak Beatlesowskia Ścianka czy Nosowska Brodka. Nawet jeśli brzmienie i same pomysły Bilińskiego nabiorą kiedyś mobilności (lo-fi i ponuractwo to za mało, kompozycje są w większości tak samo przewidywalne i apatyczne), przyzwyczajony słuchacz będzie wyciągał coraz mniej uzasadniony slogan Elveruma – pomagający podtrzymać bezkrytyczną podjarkę z wyłapania ikony niezalu, ale treściwy tylko o tyle, że odzwierciedlający schematyczność odbieranej twórczości. Także to entuzjastyczni fani wydają się rosnąć na hamulec kreatywności, która, obawiam się, niezrozumiana szybko by zgasła, a póki co, niezbyt świadoma zagrożeń, pozwala podsycać się fałszywym ogniem jednego porównania.

Odbiorcze zamówienie na komfort sprawia, że wciąż nawracające folkowe tematy (zarówno po stronie samej muzyki jak i zbanalizowanych przez wymogi gatunku tekstów) wyraźnie ograniczają niespodziewanie autentyczną wrażliwość. Świetnie prezentuje się opener płyty z dudniącą, niepokojąco głęboką gitarą (Morphine w stereotypowo pojmowanym 4AD) wspomaganą przez mgliste wokale à la Grouper. Podobny klimat powraca jeszcze w high-lightowym "All Kinds of Voices". Te dwa naprawdę przyjemne tracki, gęste, niemal lo-fi noisowe, dzięki niedopowiedzeniom skutecznie przesłaniają obecne w reszcie utworów braki: niewielką inwencję w obsłudze instrumentu i banalność wyobraźni (młodzieńcza apatia i figura podmiot liryczny vs. bliżej niesprecyzowani Oni to zwyczajna sztampa). Zalśniłyby wyraźniejszym blaskiem, nie obciążone dodatkową rolą zasłony dymnej, gdyby Persephone obfitowało w takie liryki jak pierwsze wersy "Apple", wyposażone w faktycznie zabawną autoironię (For everytime I'm bored I clap my hands / And I raise them high to get bored again), niestety porzuconą mimo potencjału konceptu (w kolejnych wersach padają już pozbawione jakiegokolwiek znaczenia Kystowe zbitki typu apple sky, kilka utworów dalej także ograne sleepy head). Kawałek broni się jednak kontrastowo orzeźwiającym wokalem, miłą melodią i przyspieszającym tętno patosem bębnów. Nie nudzi także zręcznie udramatyzowane "We Could See", perełka wykazująca się tendencją rozwojową i dzięki niej kontrastująca z pretensjonalną nieruchawością hymnicznego, natrętnie Ściankowego "These Hours". W "Blue Lights" w końcu dynamizm, szkoda że nie w bezpośrednim sąsiedztwie "You're Not Yourself" – closera, w którym Biliński snuje swój dziewiczy storytelling, skutecznie odwracający uwagę od wątpliwej hybrydy Radiohead i Damiena Rice'a w tle. Utwór tytułowy, "Ghosts", "These Hours" i "Castle/Shack" niepotrzebnie wydłużają całą przygodę i dopiero wyjebawszy je widać, ile materiał zgromadzony na Persephone zyskuje na odważniejszej selekcji prowadzącej ku formatowi EPki.

Nie wiem czy Bilińskiemu uda się jeszcze cokolwiek wycisnąć z folku (wczuwając się w ww. podjarkę: amerykańskiego folku, kolejnej niezbyt wiarygodnej projekcji). Persephone jeszcze bawi, w zestawieniu z debiutem Kyst nawet zaskakuje, ale kolejna taka płyta będzie grobem, przyczynkiem do gettoizacji i nagrywania dla znajomych z facebooka. Jedno genre zostało już na samym starcie twórczości praktycznie wyczerpane. Gitara akustyczna, lo-fi bębnienie, emocjonalny wokal, flażoleciki i dzwoneczki są martwym językiem zużytych metafor, których recykling z przynudzania zmieni się w symptom monomanii. Pogłębianie zainteresowań nic już nie da, koniecznie należy poszerzać gust, eksplorować nowe horyzonty, zamiast z troski o odbiorców eksploatować stare.
Mimo wszystko jednak debiut Coldair jest doświadczeniem pozytywnym, znacząco odmieniającym zarysowany na Cotton Touch wizerunek przedwcześnie postarzałego młodzieńca. Jeśli Hans podejmie pozornie samobójczą walkę ze swoimi dotychczasowymi fanami, kolejne jego płyty będzie można oceniać już bez podciągania na zachętę.

środa, 9 grudnia 2009

5.0's, pt 5

Lekko rozszerzona wersja od dawna nieobecnych 5.0's.

Orchid
Driving With a Handbrake On

2009, Gusstaff Records / Sonic Records


Kiedy piosenka z DWaHO zmierza w stronę popu ktoś zaczyna grać stary, dobry rock. Kiedy ktoś postuluje grać teraz rocka, w połowie kawałka jego przeciwnik próbuje wymóc kompromis i chociaż zabarwić kawałek popem. Kiedy wokalistka zaczyna być rozpoznawalna i można zacząć spodziewać się lansu, skromni i staromodni członkowie zespołu wydają się hamować, aby z niego nie skorzystać i pozostać wiernymi ideałom sierpnia. Efektem tych pokrętnych strategii okazał się dziwny brak recenzji z prawdziwego zdarzenia i zastygnięcie w niepewnym rozkroku, którego chybotliwość spływa z płyty na odbiorcę każąc mu wierzyć, że nie słucha niczego ważnego - demka, cd-ra, streamu z myspace, ale na bank nie debiutu poważnego zespołu, w kontekście którego przez kilka sekund tu i ówdzie szeptano w kategoriach Grunwaldu.

Mark Eitzel
Klamath

2009, Decor


Osiem lat temu Eitzel wydał Invisible Man i chyba stanęło na tym, że to jego największe dzieło. W kilku miejscach można znaleźć niepewne zachęty do przesłuchania Klamath, ale zdaje się, że pochodzą z wyrzutów sumienia i sentymentu. Eitzel to mocny gracz w swojej lidze i kiedy rzuca nowy album trudno bez skrępowania narzekać, ale też i coraz trudniej cieszyć SIĘ. Sytuacja jest podobna jak z tegorocznym wydaniem wcześniej niedostępnych kawałków American Analog Set: super, odświeżenie tego świetnego zespołu wydaje się potrzebne, ale pozostaje pytanie: kto tego posłucha i doceni w dobie tysiąca chorych płyt zdobywających mimo wszystko pierwsze miejsca na listach rocznych zwykłych zjadaczy przecież chleba? Kto nie ryzykuje i nie eksperymentuje ten się nie adaptuje i ginie ten. Prosta prawda, ale pewnie sami wiecie, jak trudno ją sobie czasem przetłumaczyć. Można dalej robić po cichu swoje i wszyscy będą was lubić, ale problem jest taki, że w was samych coś już będzie nie tak. Spojrzycie na siebie pewnego dnia i będziecie zmuszeni powiedzieć sobie, że gdzieś tam kiedyś zabrakło wam jaj. Domyślam się, że to boli i sporo do empatii dokłada mi, z całą dla niego sympatią, właśnie nowy Eitzel, kucający przy własnej drodze twórczej, aby z rezygnacją ciąć się po pupie czymś ostrym.

Crippled Black Phoenix
200 Tons of Bad Luck

2009, Invada


Z całego serca polecam tę płytę. Jest to bezsprzecznie Embryonic post-rocka z przybudówkami po dach zajebanymi oldschoolowym rockiem jak szopa dziadka papierówką. Jak pisze jeden z klientów Amazon: epic soundscapes with a dark, unsettling beauty; these are mournful, prog-folk stoner tunes with a narcotic morbidity. Like Pink Floyd meets Nick Cave. I jest tutaj nawet klasyk formuły: podniosły monolog, któremu akompaniują skradające się, narastające gitary. Jest kilka eksplozji, parę pasm transu, masa konkretnego rocka z lekko barowym, męskim wokalem. Problem jest jeden: po czwartym przesłuchaniu człowiek zaczyna się zastanawiać po co właściwie słuchał tego czwarty raz. Ale! dla miłośników gatunku pozycja nieodzowna, a i fani Modest Mouse lub Temple of the Dog znajdą tu coś dla siebie.

Andy
11 piosenek

2009, Universal


W jakim wieku dziewczyna staje się kobietą? Czy 40stki tworzące zespół to ciągle girlsband? Chyba tylko dlatego, że więcejsylabowy przedrostek zaburzyłby nośność sformułowania. Nieważne. Mimo, że sama idea jest wspaniała i jestem jej fanatykiem, przyznajmy: nikt nie musi 11 piosenek słuchać, żeby wiedzieć jak i co Andy grają. Dlatego gnębi tak naprawdę parę jedynie spraw doraźnych: jak można było tak zjebać Złote rybki - ten wspaniały, dziewczęcy, naiwny, łobuzersko elegancki utwór? Dlaczego coś się stało z tempem, coś się stało z rezygnacją i wyrzutem? Ze zjadliwą ironią tego podobno tak dobrze mnie znasz? Jak można było zaprosić do pisania tekstów Pawła Dunina-Wąsowicza? Przecież to obleśne i żadna kobieta nie powinna się do tego posuwać. Dlaczego tak mało instrumentalnej naiwności? Tych outr, które przecież wszystkim super gra się po pijaku i nie trzeba wiedzieć co to gitara. Co z polskim Electrelane? Może i nie jestem gentlemanem w tym momencie, ale kręcę nosem i to nie zawoalowanie. Skąd ta śmiałość niby w parciu pod prąd savoir-vivre'u? Wszyscy byli przygotowani na tę śmierć, nie zaprosiliśmy księdza, dlatego wszystko stało się tak szybko i nie ma już o czym rozmawiać, co wspominać.

Tyondai Braxton
Central Market
2009, Warp


Jako mistrz cierpliwej kontemplacji potrafię znieść wiele, ale Central Market to już skomasowana porcja kryptonu. Nie polubiłem Battles, nienawidzę Brakstona. Wszystko, czego w muzyce nie cierpię jest tutaj: radość, orkiestra, formalizm, sterylność, defibrylujący i deflorujący sam siebie intelektualizm, ciążenie ku syntezie masy przaśnych gówien w dział Ikei z wyposażeniem gabinetów stomatologicznych. W Człowieku demolce Stallone trafia do przyszłości i odwiedza kibel. Odkrywa, że nie ma w nim papieru tylko jakieś pastelowe muszelki, których zastosowania nie potrafi rozgryźć. Ilekroć mam do czynienia z taką płytą czuję się podobnie. Rozumiem kształt, domyślam się celu i akceptuję jego ewentualny brak, ale nie potrafię się z tym wszystkim zgodzić na gruncie filozofii: nadawanie papierowi toaletowemu nowej formy jest tylko pełnym hipokryzji wciskaniem pauzy w jedynym dążeniu, które naprawdę powinno nas interesować: wyeliminowaniu samego srania.

piątek, 24 lipca 2009

Mt. Eerie - Wind's Poem

Mt. Eerie
Wind's Poem

2009,
PWE&SUN



7.0



For Wind's Poem by Mount Eerie, Phil Elverum spent almost two years out behind the house, at the edge of the woods, listening into the night and finding these words. Songs of impermanence, dark change, destruction, temporary blossoming, mortality, and an immense river of air tearing through the world make up the 3rd official album by Mount Eerie.

Elverum poszedł więc w emo kotłujące się w zażyłej konfraterii ze swymi poprzednimi niepełnymi inkarnacjami. Jest Maynard (wokal The Hidden Stone = Lateralus), jest Yorke (płytkie ambientowe fragmenty = Treefingers, wątki katastroficzne wysnuwane z naturalnej scenerii = Eraser), a są nawet momenty pozwalające wierzyć, że sympatyzowanie z black-metalem facet potraktował serio; w równych bowiem odstępach czasu stają przed oczami wskrzeszony The Crow i kolesie z Kiss, w oprawie na tyle zaktualizowanej, że umożliwia co bardziej zbrzydzonym mówić o ciężkim shoegazie i rzeczach typu Have a Nice Life (Wind's Dark Poem, Wind Speaks).

Łatwą opcją dla piszącego o nowym Mt. Eerie jest poczekanie do jesieni i pisanie z pozycji powierzchownie odpowiednich nastroju i aury za oknem. Mam jednak to męczące szczęście, że nie sypiam jednej losowej nocy w tygodniu, a w okresach gorąca częstotliwość ta jeszcze się zwiększa. Jest więc trochę bonusowego czasu. W takiej sytuacji można kupić sobie parę browarów i wyjść koło drugiej w wietrzną letnią noc żeby, samemu trzymając się w świetle, poobserwować ciemność roztoczoną nad jakimś polem czy wzdłuż lasu. Muzyka na wietrze brzmi inaczej, powietrze przenosi część drgań membran głośników. Stąd dźwięki słyszanego z oddali koncertu zawsze brzmią jak wabiąca ku sobie E. Fraser podstawiona miast Króla Olch. Bierzemy więc duże słuchawki, podkręcamy głośność, kładziemy obok i z kolejnymi jednostkami alkoholu, wzbierającą nocą oraz ego podkręcanym przez bezsenną samotność, Wind's Poem podskakuje spokojnie do 8.0. Biznes jest taki, że albo słuchacie zawsze w ten sposób i macie jedną z najlepszych płyt roku albo jesteście normalni i macie tylko dobrą.

Spontaniczny, wyluzowany odbiór uniemożliwia bowiem pominięcie wad. Wśród mniej uchwytnych uchybień (producenckich?), są poważniejsze jak np. wzmiankowana już rażąca płytkość rozwlekłych ambientowych fragmentów. Podobnie jak Treefingers skutecznie obniżało ostateczną wartość Kid A jako albumu, tak i tutaj Through the Trees może mniej wytrwałych i, co ważniejsze - mniej ufnych w postać Elveruma, zniechęcić do całej płyty. Jedenaście i pół minuty niepotrzebnego pierdzenia na organach w roli drugiego dopiero utworu to samobójcze zagranie w dzisiejszych czasach i nie byłoby promyka nadziei, gdyby nie parę następujących po sobie przebłysków radości. Jedną z takich czarownych chwil jest Wind Speaks, spokojnie konkurująca z kilkoma innymi tegorocznymi kawałkami budzącymi dreszczyk i obdarzonymi delikatnym piętnem przypadkowości. Dalej: druga połowa The Mouth of Sky, kiedy to z nudnawego hałasu wyłania się obciążony melodyjnością drone, dokładnie taki o jakim marzy każdy biorący się za takie granie. Później dość ciekawe w kontekście dotychczasowego skupienia Elveruma na doom-folkowej topice, żywsze, niemal skoczne Between Two Mysteries i Ancient Questions (przekorna swawola So here I am otwierającego jeden z wersów!).

I tak dalej. Warto wspomnieć jeszcze, że jest to chyba pierwsze wydawnictwo w tym roku, na którym liczą się liryki - skompresowane, ale chwytliwe na tyle, na ile to możliwe, gdy tematyka oscyluje uparcie wokół przemijania, metaforyki mgieł nocnych i ludzkich relacji z naturą. No i atmosfera tajemnicy, której również brak kolejnym królom wakacji. Odczuwalna monotonia, braki w wyważaniu proporcji, zbyt pobłażliwa selekcja materiału sprawiają jednak, że pozostaje to album ograniczony do opiewania pewnej scenerii, którą miało się już po części okazję poznać za sprawą wcześniejszych odsłon projektu. Metalowe dodatki urozmaicają odbiór na krótko, czym dobitnie podkreślają, że, być może, boryka się Elverum z tym samym syndromem co Tarantino - twórcy, który nie potrafi dotrzeć do nowego obszaru zainteresowań i ciągnie tematy z solidnie już zamrożonej puli.

niedziela, 1 lutego 2009

Here We Go Magic - Here We Go Magic

Here We Go Magic
Here We Go Magic
2009, Western Vinyl



6.0


Jestem chory, a kiedy leżę podduszony maligną i śnię w html, nie spodziewam się żadnego towarzystwa. Tylko stary skład: ja, Lazer Guided Melodies i Philophobia. Here We Go Magic przedarło się jakoś do naszych okopów i warto by napisać o ich debiutanckim s/t dużo więcej, ale naprawdę przetłuszczone włosy, boli staw. Także pokrótce wskażę może, co mnie najbardziej zabawiło. Mianowicie trzeci w kolejności, trochę niepozorny utwór zatytułowany Ahab. Na tle plemiennej, transowej reszty, odznacza się niesamowitym wyczuciem postawy to-be-like-Sea And Cake. Przyjemnie się słucha takiego jasnego, easy-listeningowego groove'u z wiszącym nad podświadomością symbolem obsesyjnego wilka morskiego ścigającego po morzach bestię, która wbiła go w kalectwo. Nie wiem co teraz robi Melville, ale mógłby się zdrowo uśmiać: po niemal 160 latach jego najbardziej obłąkany bohater dostał się do tytułu najbardziej prostodusznego (i to o podejrzanie afro-beatowym ciągu) utworu na płycie jakiejś tam kapelki.


Te kawiarnie, Starbuck's, też wzięły nazwę od bohatera Moby Dicka. Od tego, który w sumie jako jedyny przeciwny był od początku planom Ahaba. Wynikałoby z tego, że sieć kawiarń to właśnie to miejsce, którego szukacie, jeśli chcecie stać po stronie zdrowego rozsądku, ocaleć z pożaru intelektu etc. Do tych kawiarń Here We Go Magic też jest trochę podobne: niektóre elementy powtarzają się, której filii by akurat nie wizytować. Praktycznie każde Starbuck's ma ladę, parę automatów do kawy i Polaka z miotłą, i praktycznie każdy kawałek na HWGM opiera się w jakiś sposób na repetycyjnym, silnie hipnotyzującym elemencie: od sprężystych gitarek przypominających motyw pełzający po dnie Eye of the Tiger, po kraut-rockowe nabicia znaczące kolejne wejścia przejrzystego wokalu. Bez trzech ostatnich kawałków to byłaby naprawdę niezła płyta, ale te 12 minut tam niestety jest i można się w ich sercu obudzić bez harpuna pod poduszką. Trzecia najgorsza rzecz jaka może spotkać mnie w muzyce to ponad 10 minut wysokich, glitchowatych tonów pozujących na ambient-w-rękach-gitarowców (pokroju ohydnego We Fight For Diamonds na ostatnim Cut Copy).

Fajna, new age'owa płyta, jeśli ktoś nie ma dość Cut Copy i czuje, że zrobi go wersja more-psycho, trochę korespondująca z Evangelicals i Animal Collective. Osobiście obstaję przy Melville'owskim Moby Dicku i Onej Ridera Haggarda, jako niepodważalnie bardziej konstruktywnych zabijaczach czasu. Nie ma to jak dobra przygodowa książka z tajemniczymi lokacjami, o których można marzyć i w 20 lat później. Gdzie muzyce do czegoś takiego?

myspace

czwartek, 22 stycznia 2009

czwartek, 18 grudnia 2008

Matt Bauer - Island Moved In the Storm

Matt Bauer
Island Moved In the Storm

2008, La Société Expéditionnaire


9.3


Zazwyczaj strumień wyobraźni zatrzymuje się na twardych realiach martwego ciała, ale nie tym razem. Zwłoki zostały porwane powiększając swoją masą siłę snującej się wartko rzeki. Ręce, nogi i twarz nie zniknęły jednak, po prostu się toczą i są równie interesujące jak mknąca woda, szarpiący mięso czas i niemy świat obserwujący ten groteskowy rejs. Bauer wyjaśnia na własną rękę zagadkę martwej kobiety wydobytej pod koniec '70 z pokrowca na namiot dryfującego po rzece Kentucky. Ktoś inny zadzwonił już po CSI, Matt próbuje się domyślić czegoś bez wspominek o imieniu i nazwisku. Rysy na zwłokach, obrażenia, połamane paznokcie, kolor rozwodnionych oczu – wszystko coś znaczy, odsyła do czegoś. Jeśli to, co zostanie wysnute będzie piękne, kryterium prawdziwości swobodnie może zostać zawieszone. Więc Bauer stara się rzeczywiście, żeby było pięknie.


Banjo, gitara, hiperewokatywne liryki oraz splatające się wokale, męski i damski, skutecznie budują w odbiorcy iluzję pomieniania się na perspektywy z nadawcą. Nie ulec temu światu przedstawionemu byłoby marnotrawstwem nadażącej się fikcji. Kołysanki Bauera przywodzą na myśl Krainę traw Gilliama: chorobliwie piękną, zdeformowaną balladę pełną paranoicznych detali, które wszystkie coś znaczą, przemożnie kierując do rzeczywistości biegunowo odmiennej od idylli, w której je zatknięto. Próżno szukać melodramatu w trupie wyciągniętym z worka (As She Came Out of the Water), kościele sierpniowego dnia (Florida Rain) czy wcieleniu w ptaka (Blacksnake In the Carport), jeśli są dziełem wyobraźni na tyle wyrafinowanej, że zdolnej hamować formalną ekspresję na rzecz głębokiego zaakcentowania prawdziwie lirycznej treści wynikłej z drobiazgowego rejestrowania wydarzeń (trzask deptanych muszelek przy brodzeniu po rozlewisku z trupem na rękach!).

Bliski konceptualizacji, projekt IMItD przenosi na bardziej nowoczesny (to już wyczuwalnie INDIE folk) grunt, założenia klasycznych Murder Ballads Cave'a: brutalne piękno, rubieża Stanów, samotni psychopaci od wściekłych rewolwerowców, przez sadystyczną inkarnację Humberta Humberta, po zelotów Miltonowskiego Raju utraconego, niewinna ofiara i Życie, którego wszyscy starają się trzymać pazurami i zębami. Narrator dedukujący o losach Tent Girl jest tegoż Życia fascynatem. Hipnotyzuje go grzechotnik brnący dalej pomimo odrąbanej głowy. Nieznośne piękno rzeki, w której kąpią się dziewczęta. Wystarczy rysa w ścianie, ohydne imię nadane ślicznotce, aby móc uogólnić: to najcudowniejszy kwiat kryje w sobie najmocniej trawiącą truciznę.

Tak złożone i płodne doświadczenie usypia chęć kategoryzacji gatunkowej, co nie oznacza, że jest ona niemożliwa – IMItD nie jest tworem oryginalnym, ale bliską perfekcji realizacją założeń stawianych przez wyśniony i jednocześnie działający, prototyp tego typu artyzmu.

Na koniec parę konkretów od naukowców z Wikipedii, które rzucą dodatkowe światło na metody działania i genezę zjawiska:

1. In literary criticism close reading describes the careful, sustained interpretation of a brief passage of text. Such a reading places great emphasis on the particular over the general, paying close attention to individual words, syntax, and the order in which sentences and ideas unfold as they are read.

2. Zimny odczyt (cold reading) to technika używana do przekonywania ludzi, że wie się o nich znacznie więcej niż faktycznie się wie. Nawet bez żadnej wcześniejszej wiedzy o kimś, odczytujący za pomocą tej techniki może szybko uzyskać dużą ilość informacji przez uważne analizowanie mowy ciała, jego ubioru, uczesania, pochodzenia, sposobu mówienia.

3. The rope securing the bundle was cut, and the canvas was opened to reveal the nude, badly decomposed body of a young woman. Her right hand was clenched, as if she'd tried to claw her way out of her shroud. Her eyes had rotted away, and her once-white flesh was mottled by pock-marks of deterioration. When Detective Edward L. Cornett of the state police arrived from Frankfort an hour later, Grant told him:
- We've just finished a preliminary autopsy. The victim was a white female, sixteen to nineteen years, five feet one inch tall, eight stone. She had short, reddish-brown hair, and no identifying marks or scars.
- Could you get any fingerprints? - asked the detective.
- Not yet, the body is too badly decomposed.


myspace : download