Pokazywanie postów oznaczonych etykietą avant-pop. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą avant-pop. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 10 listopada 2015

Afrojax – Przecież ostrzegałem

Afrojax 
Przecież ostrzegałem
Wytwórnia Krajowa, 2015

I Siłą Taco Hemingwaya – o ile wypada mówić o sile w kontekście tej postaci – jest to, iż potrafił wspiąć się o jeden schodek wyżej od bohaterów i adresatów swoich piosenek. Nietrudno jest wyobrazić sobie bardziej elokwentnego narratora czy też oko obdarzone większą wnikliwością, ale mimo wszystko Hemingway zna więcej słów i jest bardziej głodny detalu niż Piotr – jego własne nemezis – czy dziewczyny, które portretuje. Łukasz Łachecki ma rację, pisząc, że „figury hipsterów, bywalców, korposzczurów, głupiutkich studentek i zapijaczonych dekadentów z Planu B zużyły się mniej więcej w czasach, gdy Szcześniak wrzucał do sieci swoje pierwsze dzieło, Hitlera w poszukiwaniu elektro”. Jedyne, co mi tu nie pasuje, to tygodniki opinii. Owszem, Taco mógłby je podczytywać, gdyby tylko lektura tego rodzaju nie leżała w zasięgu jego własnych protagonistów i słuchaczy, do których kieruje swoje nagrania. Ryzyko zrównania poziomów jest zbyt duże, dlatego Filip sięga po notatnik flaneura, źródło, z którego nie da się przygotować do matury z WOS-u (naszym – starców – zadaniem jest przeoczyć oczywistość tego gestu). Hemingway nie streszcza „Polityki”; wszystko to jego „własne” przemyślenia, nabazgrane na serwetkach i przypadkiem zbieżne z biadoleniem socjologów circa 2009. Szcześniak jest zauroczony spryciarzami, którzy zamiast dyplomu postawili na „życiologię”, i próbuje wpisać się w ów etos.

Ten pomysł na siebie może i jest prościutki, ale wystarczający. Różnica poziomów zostaje zachowana, tu i ówdzie nawet lekko się ją obnosi, na przykład używając powszechnie zrozumiałych archaizmów. To, że są powszechnie zrozumiałe, nie ma znaczenia, ważne, że „tak się już dzisiaj nie mówi”, a zatem słuchacz, do którego Taco się zwraca, może na niego zareagować mniej więcej tak, jak jury Akademii Sztuk Pięknych odebrało teczkę Jeda Martina, bohatera Mapy i terytorium Houellebecqa: „To wrażenie nieco niedzisiejszej powagi, jakie wywoływał, wzbudziło ich przychylność; najwyraźniej mieli do czynienia z kandydatem oryginalnym, wykształconym, poważnym, zapewne pracowitym”. Mówiąc o archaizacji, mam na myśli nie tyle nawet konkretne wyrazy (chociaż je także; na przykład „pieprzyć” w roli przekleństwa budzi uśmiech nostalgii), ile raczej sposób ich podania: Hemingway przemawia na tyle „poważnie i pracowicie”, że jest w tym niedzisiejszy, przynajmniej w stosunku do tego, co dziennikarze sądzą na temat młodzieży. Dlatego też może się z nim identyfikować chłopaczyna, który czuje się dotknięty diagnozami na własny temat, bo pilnie się uczy i źle ubiera, zarazem nie będąc w stanie dokonać czegokolwiek, co dałoby się mgliście skojarzyć z uprawianiem sztuki.

II Niechęć do otoczenia, jakiekolwiek by ono by nie było, skłania zwykle do wywyższenia się ponad nie, choćby o centymetr, jak w wypadku Hemingwaya, czy o tychże centymetrów trzydzieści, jak u Fisza, który jest jego wizerunkowym ojcem. Michał Hoffmann obrał na swojej solowej płycie odmienną – można nawet powiedzieć: przeciwstawną – strategię i z jej pomocą się obsrał, ot tak sobie, za co mamy mu bić brawo. Afrojax nie tylko wyrzuca innym – tym z okładek „Gali”, a zwłaszcza, jak mi się zdaje, Katarzynie i Maciejowi Dowborom – że śmierdzi im z ryja, ale jeszcze siłą otwiera im usta i wybiera z nich łajno, dodatkowo gmerając w okolicach migdałków w poszukiwaniu najgęstszych, sytych złogów. Wysmarowany kałem, opity plwociną, zaczadzony pruknięciami kuców, staje się gówno w gówno podobny do własnych adwersarzy i tyle, pointa. „To nie Groucho Marx na okładce mojej płyty, to mój własny kutas”, pisał Hoffmann na swoim fan page’u. Jestem innego zdania. Za chuja został tu przebrany Szczepan Sadurski i niestety prześwieca. Humor, prowokacja – zawartość Przecież ostrzegałem można nazywa dowolnie. Ważne, że w tej formie to już było, a czas – mijając – wyposażył to jeszcze w dreszcze żeny.

III Kiedy słyszę, jak Afrojax boryka się z rozruszaniem „r” do poziomu drgań, przy którym staje logopedom, albo kiedy zasysa zbyt obficie gromadzącą się ślinę, robi mi się przykro, że na tej jego wypieszczonej płytce nie ma ani jednego bulwersującego momentu. Album budzi niemal wyłącznie litość, z którą na dłuższą metę trudno się uporać (to samo Eis, „rapujący” – o zgrozo – o hajsie i stringach). Kiedy słuchacz jest przytłoczony współczuciem dla muzyka, to znaczy, że ktoś gdzieś coś wygrał, tylko nie bardzo wiadomo kto. Wyobraźmy sobie, że stoimy w kolejce do kiosku, a przed nami jakiś facet kupuje „Dobry humor” albo „Super dowcipy”, płaci, wertuje gazetkę, a na jego usta wypełza uśmiech (skąd? z jakiej nory? z nosa, ojczyzny gili i kóz?), będący równie nie na miejscu, co pyton-gigant u niemowlęcia. Mamy XXI wiek i oto widzimy dorosłego (rocznik ’78), który – niczym bośniacka sierota kamykiem – bawi się humorem tak czerstwym, że chciałoby się poprosić o numer konta lub dzwonić po pomoc. Tylko dokąd? Komu wpłacać?

Troszczę się nie od czapy. Afrojax to na krajowej scenie muzycznej postać wyjątkowa. Nie jestem pewien, ale chyba nigdy wcześniej tak niewielu nie potraktowało równie ciepło kogoś tak pozbawionego talentu. W ten sposób recepcja jego twórczości oraz osoby postawiła Hoffmanna w położeniu niepełnosprawnych, z którego zapewne się cieszy. Niech za przykład posłuży analiza tekstów Afrokolektywu, której redakcja Screenagers podjęła się – jak sądzę – żeby pocieszyć ich autora. Do dziś gratuluję tego posunięcia, bo rzadko się zdarza, by recenzenci z własnej nieprzymuszonej woli oferowali artyście pokrzepienie w postaci górnolotnej blagi na jego temat. Na tym moglibyśmy zakończyć. „Trochę przypomina zespół Niwea. Dla mnie super”. Brak jakiegokolwiek odgraniczenia się – ironią, patosem, położeniem lachy, czymkolwiek – od tego, na co się narzeka, czym się gardzi i w co się wciela na pohybel tamtym, jest najzwyczajniej w świecie smutne, jednak w dalszym ciągu nie doszliśmy do tego, iż Hoffmann nagrał album, przed którym ostrzega. Nieważne: z przekąsem czy nie. Ta przestroga jest prawdopodobnie najbardziej lizusowskim manewrem tego roku, przynajmniej jeśli chodzi o muzykę. Udawanie, że się prowokuje i robienie z tego płyty, jest mniej więcej równie żałosne, co dopraszający się o pomoc ludzie na wózkach. Już lepiej, kiedy na pełnej piździe wjeżdżają do tramwajów po nogach nadgorliwców, którym ulitowanie się nad kaleką przypomina złotą erę elekcji na gospodarza klasy.

Przejęcie dyskursu grupy społecznej, którą się wyśmiewa, jest chlebem powszednim adresatów płyty. Afrojax nagrał pochwałę tego „chlebu”, odę na cześć zaangażowanego trollingu. Srajdozbiór Kapeli wchodzi w koniunkcję z gównoidą Żulczyk, plony gniją, lecz przeświadczenie, iż dorzucany do pieca węgiel transmutuje w złoto się umacnia. Każdy, do kogo Hoffmann kieruje swoje nowe wydawnictwo, mógłby powiedzieć o fladze jakiegokolwiek kraju, zwłaszcza własnego, że jest szmatą, i jeśli jeszcze tego nie zrobił, to wyłącznie dlatego, że nie ma ku temu powodów, nikomu to nie robi. Jaro już i tak jest blady. A zatem jeśli na Przecież ostrzegałem cokolwiek się pokonuje, to nie granicę dobrego smaku, tolerancji czy perfidii, lecz poprzeczkę, którą – bardzo wysoko – stawia przed ludzkością pytanie „po chuj?”. Jeśli nie znajdujemy na nie odpowiedzi, to danej rzeczy nie robimy. Afrojax poszedł pod prąd mechanizmu, któremu zawdzięczamy przetrwanie, jeśli nie cywilizację. Podjąć się z premedytacją czegoś zarazem czasochłonnego i z góry pozbawionego rezultatów, czegoś, na co miliony codziennie machają ręką, wymaga wizjonerskiej tępoty i zgody na swoje odejście w niebyt. Dzięki Bogu za darwinizm, jakby skomentował Planetę małp Sadurski. Boże, za co ta susza?

IV Myślałby kto, że gorzej być nie może. Ale nie, Hoffmannowi japa się nie zamyka i przebiera brwiami: „hola, hola, hej, hej, hej, ja tu pułapkę zastawiłem”. Niełatwa sprawa, bo jak tu odmówić biedaczysku wpadnięcia? Oto gość, który spędził godziny, ciesząc się na myśl, że jeśli jego płyta kogoś wkurwi, to znaczy, że działa, jeśli ktoś ją zbeszta – też się udało. Recenzje pozytywne (które w sumie nie mówią wiele ponad to, że autor tekstu śmiertelnie się znudził, ale nie ma ochoty tego przyznać, bo wcześniej wykonał kawał roboty, godząc się z tym, że takie czasy – awangardy, instalacje – więc i na stolec trzeba spojrzeć inteligentnie) muszą źle wpływać na samopoczucie Afrojaxa jako na autora tej konkretnie płyty. Zaspokoiłby go dopiero tekst pełen inwektyw. Jeszcze nie czuję ssania, więc chyba mi się nie powiodło. Liczę jednak, że już niebawem, bo sepleniący muszą robić naprawdę mokrą laskę. Czy tak dobrze?

piątek, 24 października 2014

Caribou – Our Love

Caribou
Our Love
Merge






Droga do muzyki, którą Dan Snaith nagrywał w pierwszej dekadzie XXI wieku (2001–2005 jako Manitoba; 2005–2010 jako wczesne Caribou), jest bezpowrotnie zamknięta. Wydane na przełomie dziesięcioleci Swim okazało się drugim debiutem Kanadyjczyka. W rezultacie wypadu ku muzyce tanecznej projekt trafił do szerszej niż dotąd publiczności i przy okazji roztrwonił status jednego z ciekawszych przyczółków elektronicznej psychodelii. Żeby lepiej zrozumieć, co dokładnie zaszło, może być potrzebna jaskrawsza ilustracja, na przykład w postaci M83. Zdarza się, że fani Saturdays=Youth nie kojarzą wcześniejszego (cztery płyty!) etapu kariery Francuzów. Tańczący do „Sun” często nie mają pojęcia o istnieniu Up In Flames czy Andorry. To banał, ale proces postępuje i z czasem także sami „podwójni debiutanci” puszczają swoje poprzednie wcielenia w niepamięć. Kto przyciąga tłumne audytorium, musi liczyć się z przymusem dopuszczenia słuchaczy do procesu, a bywa że ci, zamiast dopingować, ograniczają.

Nie chodzi o to, że świeżo pozyskani odbiorcy dosłownie zaglądają autorowi przez ramię. Rzecz w tym, że twórca, który pierwotnie nagrywał żeby wyrazić przede wszystkim siebie, zaczyna na podstawie recenzji oraz komentarzy wyobrażać sobie własną publiczność i czuje, że powinien ją reprezentować. Chcąc sprostać spodziewanym wymaganiom, wsłuchuje się w szum zdawkowych wrażeń i prognoz, przegląda facebooki, twittery, recenzje, przez co staje się głuchy na podszepty własnej intuicji. To znak czasów. Dostępność wszechstronnej technologii do rejestrowania i aranżowania dźwięków sprawiła, że przemiana pomysłów w płyty wydaje się prostsza niż kiedykolwiek. W związku z tym, zamiast na trudach komponowania, uwaga artysty koncentruje się wokół – również podsycanego przez postęp – potencjalnego deficytu uwagi ze strony odbiorców. Efekt jest dobrze znany: twórca rozcieńcza swój signature sound i wypuszcza dzieło zachowawcze, mające na celu zadowolić jak najliczniejszą grupę.

Przykładem cała grupa artystów obiecujących na etapie EPek i singli, a boleśnie rozczarowujących, gdy przyszło do wypuszczenia długogrających albumów, które dysponowały już budżetem mainstreamowych oficyn (w istocie to budżet dysponuje albumami, nie na odwrót). Mam tu na myśli zwłaszcza doskonale skrojone pod kątem produkcji, ale beztreściowe wydawnictwa Washed Out, Autre No Veut, Salem czy How to Dress Well (Love Remains to odstępstwo zbyt małe, by zaburzyć schemat). Różnica jest taka, że w chwili, gdy to piszę, Snaith ma na koncie siedem albumów, a EPek – kilkanaście. Nie reprezentuje żadnego mikrogatunku, na scenie indie elektroniki nie jest graczem przypadkowym. Nigdy nie nagrywał lo-fi, nie ma więc mowy także o zachłyśnięciu się możliwościami profesjonalnej produkcji. Stąd też i w przywołany wyżej stereotyp wpisuje się na swój sposób. Our Love nie jest wydmuszką, przeciwnie: stanowi raczej próbę wykucia pryzmatu, który ogniskowałby na równych prawach patenty Manitoby (vide ambientowe wykończenia niektórych utworów) i stricte tanecznego projektu Daphni.

W rezultacie miałoby powstać nowe Caribou: eklektyczne, egalitarne, esencjonalne. Problem w tym, że te przymiotniki (i przymioty) znalazły już zastosowanie i zdążyły wyczerpać się na Swim. Próba stworzenia wariacji na ich temat – wariacji, a więc powtórzenia, tyle że inaczej – wywiera dyskwalifikujące wrażenie niezdecydowania co do adresata płyty. Z jednej strony Kanadyjczyk korzysta z ciepłych, pastelowych podkładów w duchu Dayve’a Hawka (Memory Tapes), z drugiej – sięga po sample wokalne i instrumentalne (skrzypce, okrawki trąbek), które przywołują na myśl efekty współpracy Dâm-Funka i Steve’a Arringtona (zeszłoroczne Higher), a z trzeciej jeszcze syntezatory, jak gdyby zaczerpnięte z Tomorrow’s Harvest (otwarcie ciekawego „Silver”, zadłużonego u Szkotów także przez wzgląd na charakterystyczny sampel wokalny).

Gracja Our Love jest bezdyskusyjna. Kontrowersje powstają „dopiero” na poziomie kośćca. Umieszczam „dopiero” w cudzysłowie, bo mimo że problem leży głębiej, to odkształca powierzchnię i jest wyczuwalny od razu, przy pierwszym, naskórkowym kontakcie. Przejścia, które powinny intensyfikować albo niuansować bieg utworów, są zaledwie szkicowane. Introdukcje kolejnych instrumentów, nawarstwianie podkładów, komplikowanie bitów – wszystko to prowadzi donikąd, jest zbyt prostolinijne, by poróżnić odbiorców. Odsłuch utrzymuje się w letniej temperaturze, a puenty pozostają słabo egzekwowane, nic nie motywuje do ponowienia sesji, ponieważ każdy element daje się zastąpić przez sięgnięcie po realizacje konkurencyjnych twórców. „Boksujące” bity i smyczki w tytułowej kompozycji żenują swoją nadprogramowością. Selekcja materiału zawodzi również w skali makro. Ma się ochotę wygłuszyć nie tylko fragmenty, ale i całe utwory (głównie „Second Chance” i „Mars”). Okładka dobrze oddaje sytuację męczącego zamętu. Nawet rozczarowanie tą płytą mogło być większe, gdyby nie było tak łatwe do przewidzenia.

niedziela, 23 grudnia 2012

Piotr Kurek - Edena

Piotr Kurek
Edena
2012, Sangoplasmo






Ponowna lektura Bladego ognia naprowadziła mnie na trop interpretacji, którą intuicyjnie wyznaje zapewne wielu słuchaczy Edeny. Nabokov rozpoczyna swoją powieść od poematu składającego się z czterech pieśni. Fikcyjny poeta John Shade pisze w pierwszej z nich o przemijaniu, wyraźnie stylizując strofy na najsłynniejsze dzieło poetyckie T. S. Eliota. Oto jak brzmi jedna ze zwrotek (wersy 130-139) w przekładzie Roberta Stillera z 1994 roku:
Byłem jak gdyby cieniem jemiołuszki
Zabitej przez pozorną głębię szyby.
Miałem mózg i pięć zmysłów (jeden wyjątkowy),
Poza tym dziwak i niezdara. W snach
Bawiłem się z innymi chłopakami,
W istocie nie zazdrosny o nic: może
Prócz cudu lemniskaty odciśniętej
W wilgotnym piasku przez bezczelnie zwinne
Koła roweru.
Lemniskata to symbol nieskończoności, położona ósemka, która na okładce nowego albumu Piotra Kurka została postawiona na sztorc, jakby w geście przeciwstawienia innemu symbolowi bezkresu: widocznym w tle okładki falom, rzadkim u góry, a gęstniejącym u dołu ilustracji. Wciągam do pola skojarzeń wszystkie banalne akwatyczne metafory powiązane ze wspominaniem – zmierzać pod prąd zapomnienia, wchodzić dwa razy do tej samej rzeki – aby zwrócić uwagę na zamierzoną tandetność Edeny. Spora doza kiczu, co i rusz wyzierającego spod wartkiej akcji albumu, naprowadza po pierwsze na skojarzenia ze space operą, kosmicznym buffo lubującym się w wizgu pocisków laserowych i dialektach robotów, po drugie zaś z baśnią w typie Edwarda Leara, a więc z absurdem w kojącym metrum ballady.

Przykładem „Goddess Eye”, jeden z najbardziej porywających utworów, jakie w tym roku słyszałem, odpowiednik znakomitego zamknięcia Heat. Dynamizm tej kompozycji sięga wręcz barokowej intensywności, relacja z jej odsłuchu przypominałaby streszczenie filmu akcji, więc ograniczę się do kilku wrażeń z leitmotivu w postaci zabawnego, nadętego tenoru. Nie chcę zapędzić się w rozróżnienie, czy mamy tu do czynienia z głosem ludzkim, czy może z niecodziennie „nastrojonym” syntezatorem; istotne, że ów „wokal” to brakujące ogniwo w dotychczasowej twórczości Kurka. Dzięki temu karykaturalnemu „śpiewowi”, przechodzącemu w natężonych rejestrach w rozwibrowany drone, wspomniana wyżej tandeta rozkwita wyobrażeniem kreskówkowego imperatora, który w kąpieli (balia z pianą, gigantyczna gąbka, tłuściutka pacha i wąsiska władcy galaktyk) pieje na cześć bogini, której jest podnóżkiem. Na taborecie widać porzucony mundur dowódcy floty gwiezdnej, gdzieś w tle zaś daje się wyłapać cień wiernego sługi.

Oto lemniskata, którą podsuwa słuchaczom Kurek do obwodzenia jej palcem. Kosmiczne tematy rodem z imaginarium Kowboja Bebopa i Generała Daimosa to ekwiwalenty „bezczelnie zwinnego koła roweru”, motywy wesołe i pełne ironii, jakże odmienne od zaprawionego tanim sentymentalizmem tonu większości muzycznych memorabiliów. „Goddess Eye” z burleskową arią, której dalekowschodnie echo odnaleźć można na tegorocznym albumie Belbury Poly (w mistycznym „The Geography”), tytułowa „Edena”, której ulokowany w trzeciej minucie punkt kulminacyjny, pomimo szczytowej intensyfikacji ogrywanych wcześniej wątków, wyzwala poczucie lekkości znane z The Magic Place Julianny Barwick, czy wreszcie „Becoming Light”, sugerujące wynikanie Edeny wprost z Nouveaux Gymnastes, by za chwilę zerwać wszelkie koneksje... Chyba wystarczy, żeby dowieść gęstej konsystencji albumu.

Czy warto tagować: kosmische, hauntologia, drone, avant-pop? Oczywiście, czemu nie, ułatwiajmy sobie bibliotekarskie wysiłki, ale przede wszystkim należy zakonotować sobie autorski rys Edeny, bazujący na zabiegu tak dobrze opanowanym przez Nabokova, a więc na zniewalaniu i wyzyskiwaniu konwencji, tak by służyły za wygodne wehikuły dla myśli pouczających i zabawnych (przede wszystkim zabawnych) i pozwalały w nieskończoność wracać (nie tylko pamięcią, lecz całym sobą) do tego wszystkiego, co ekscytowało w tak zwanych „dawnych czasach”. Przychodzi na myśl jeden z aforyzmów Nietzschego, zatytułowany Wieczne dziecko: „Sądzimy, że bajka i zabawa to sprawy dzieciństwa: o, jakimiż krótkowidzami jesteśmy! Jak gdybyśmy w jakimkolwiek wieku mogli żyć bez bajki i zabawy! Nazywamy i odczuwamy je wprawdzie inaczej, ale w tym właśnie dowód, iż chodzi o to samo – gdyż i dziecko odczuwa zabawę jako swoją pracę i bajkę jako swoją prawdę”.

piątek, 14 grudnia 2012

Rosinski - Chrobrego EP

Rosinski
Chrobrego EP
2012, Please Feed My Records


6.3



Chrobrego to jeden z tych przypadków, kiedy powody do mruczenia, mnożąc się wraz z kolejnymi odsłuchami, zaczynają pobrzmiewać echem niewesołej pewności, że album nie udźwignie poziomu EPki. Kilkanaście minut, zaserwowanych przez słabo rozpoznawalny jeszcze projekt, przekonuje że również poza UKnowMe nagrywa się muzykę taneczną, która jest zarówno nowoczesna i osobista. Krótkie wydawnictwo Rosinskiego działa na tej samej zasadzie, co nagrania Teielte czy Sobury: chodzi więc nie tyle o odnoszenie się do konkurencyjnych projektów czy nurtów z Zachodu, ale o autorską rekonfigurację ogólnogatunkowych inspiracji. W wypadku Chrobrego dochodzi na przykład do zaskakującej fuzji downtempa i witch house'u à la oOoOO z subtelnym trip-popem z linii Micromusic, łamanym co i rusz chwytami charakterystycznymi dla postdubstepu, a więc pneumatycznymi, drobionymi bitami, Blake'owskimi zawieszeniami akcji, deformacjami w duchu The Knife/Fever Ray, a nawet barwną postkrautrockową psychodelią w duchu Sapphire Slows.

Podobnie jak Oliver Tank na doskonałej EPce Dreams, Rosinski operuje zamkniętym, osobnym światem, którego elementy nawiązują do siebie nawzajem, uspójniając doznanie. W takim środowisku nie rażą kontrasty. Połyskliwe, anodyzowane tafle można swobodnie wprawiać między mroczne, ciężkie bity. W „Not You”, o którym mowa, umieszczono zresztą kilkunastosekundowy przypis zdradzający tok myślenia projektu: aby uzasadnić wprowadzenie kolejnej baterii rytmu, Rosinski rozgrywa od 01:58 do 02:19 niezborną psychodeliczną codę, przywołującą na myśl bolesne transformacje mutujących superłotrów. Tak długa retardacja już się na EPce nie powtórzy, nie będzie takiej potrzeby, bo już dość dobitnie zaznaczono, że chodzi przede wszystkim o progresję: ciągłe przemieszczanie centrum kompozycji i podtrzymywanie przepływu energii między połączonymi naczyniami stylistyk.  

Potem to już nie jest gra w przesuwanie klocków, lecz zręczne tasowanie motywów, jak w singlowym „Just A Moment”, które mogłoby przedzierzgnąć się w parafrazę Purity Ring, a zamiast tego gitara schoegaze'ująca w stylu Klimta (!) naprowadza na trop archiwum, z którym The Weeknd czekają aż skończy się hajs zarobiony na dotychczasowych mixtape'ach. I jeszcze dalej, ku wysokości 02:29, gdzie drugi rozdział – pełen brokatowej nostalgii – pertraktuje ostateczne wymazanie Kamp! z pamięci. W „Stay” Rosinski zdaje się już otwarcie nawiązywać do Shrines, ale znów pojawiają się reminiscencje UKnowMe, zwłaszcza fundament kompozycji, czyli segmenty futurystycznego bitu, układające się w monotonne harmonie, wybiegające jednocześnie w przeszłość fikcyjną (Metropolis okupowane smętnymi metaforkami Eldoki zostaje odbite przez Teielte), jak i rzeczywistą (naiwne podkłady z wczesnych albumów Pati Yang). I finał w postaci ponownego zaakcentowania progresywnego charakteru wydawnictwa, bo „When You Came” to już właściwe całe sekwencje metamorfoz, skrupulatnie uspójniane autocytatami mieszczonymi jeden obok drugiego wewnątrz utworu.

To tyle w temacie umownego – mniej lub bardziej zachęcającego – opisu zawartości. Nie chcę jednak jeszcze kończyć, bo Chrobrego poznałem w dość newralgicznym momencie normowania się mojej recepcji Kamp! Po przełknięciu gorzkiej pigułki w postaci rozczarowania wyczekiwanym albumem, niepoprawni fani projektu zaczęli przebąkiwać o songwritingu, próbując użyć tej magicznej formuły do przeniesienia Kamp! w rejony muzyki dla wybranych. Doszukiwanie się „piosenkopisarstwa” (tłumaczę termin z pełną złośliwością) jako panaceum na lekceważenie przypomniało mi absurdalny tytuł jednego z wątków na forum Porcys: „Numery disco polo posiadające songwriting”. Sama zagwozdka jest jak najbardziej w porządku, zwracam uwagę jedynie na doskonały tytuł, sugerujący – chcąc nie chcąc – że songwriting jest jakąś stricte uchwytną jakością w rodzaju obecności gitary elektrycznej lub tamburynu, podczas gdy mamy przecież do czynienia raczej z metodą tworzenia, której ewentualne tropy pozostają często w sferze domniemań, zwłaszcza jeśli chodzi o najnowszą muzykę elektroniczną, wykorzystującą sample i koncentrującą się raczej na aranżacji niż kompozycji (używam potocznego rozumienia obu słów jako odpowiedników „organizowania” już istniejących dźwięków i „tworzenia” zupełnie nowych z uwzględnieniem własnoręcznego wygenerowania ich na fizycznie istniejącym instrumencie).

Na Chrobrego EP nie ma songwritingu w tym sensie, w jakim nie ma go na Vocal City Luomo. Po prostu nikomu nie przyszłoby do głowy go szukać i przyszpilać, tak ciekawe są oba wydawnictwa.


wtorek, 1 maja 2012

Rezurekcje #2: Księżyc

Przesąd głosi, że nędza i mistyczna radość obcowania z instrumentem koegzystują, a wręcz zależą od siebie. Częste jest także przeświadczenie, że prawdziwa wolność, z której naturalnie wypływa sztuka, to swoboda koczowania w barłogach, taborach i zapleczach przydrożnych mordowni. W świecie stereotypu dostęp do emocji – tych prawdziwych, przeżywanych w cichej ekstazie – mają tylko ludzie prości, zdolni „wygrać na instrumencie własne serce”. Do tych trzech przekonań dochodzą często jeszcze fascynacje twórczością Wojaczka, Stachury, Marka Hłasko (pokolenie pryszczatych) oraz piosenką harcerską lub więzienną i mamy jedną z bardziej pretensjonalnych formacji gustu. Na pierwszy rzut oka Księżyc pasuje jak ulał: zespół, który sięga po kawałki litewskie, łotewskie, węgierskie, wykorzystuje egzotyczne instrumenty w rodzaju cytry i enoisei, występuje za kratami, w decydującym okresie składa się wyłącznie z egzaltowanych dziewcząt śpiewających a capella i z fanatyczną naiwnością dementujących komercyjny potencjał utworów. „Dobra” passa ciągnie się jeszcze po zakończeniu działalności zespołu: Remigiusz Hanaj i Agata Harz wydają płytę Jest Drabina Do Nieba z pieśniami wielkopostnymi.

Powstaje pytanie, czy dla młodego słuchacza – zanurzonego na co dzień w estetykach tak zdystansowanych i samoświadomych, jak na przykład post-dubstep – dorobek Księżyca jest w ogóle materiałem słuchalnym. Wymieniłem dopiero wstydliwą otoczkę, a przecież zostały jeszcze aspekty bliższe samym kompozycjom, jak na przykład ekstremalność lo-fi, mordercza dla miłośników łagodnych zniekształceń spopularyzowanych przez chillwave, lo-fi r'n'b i witch house. Statyczne wyładowania sprzętu rejestrującego natchnione wokalizy nie przypominają wcale delikatnych overdrive'ów, imitujących pracę głowicy magnetofonowej. Jazgot tłamszących się nawzajem ścieżek nie ma nic wspólnego z delikatnym, onirycznym poszumem taśmy. Bliżej Księżycowi do bezkompromisowego lo-fi spod znaku Sun City Girls, szczególnie że zainteresowania Amerykanów były równie bogate i niezborne: muzyka południowoazjatycka, południowoamerykańska, bliskowschodnia i afrykańska, zjawiska paranormalne, mistycyzmy, kulty i poezja beatników.

Chaz Bundick, Tom Krell i inni sięgnęli po dystorcje świadomie, z pełną kontrolą, jako po sposób stylizacji swoich nagrań. Księżyc zaś w dużej mierze zrezygnował z produkcji, jako z zatrudnienia posiadającego niewiele punktów stycznych z „czystą muzyką”. Księżyc pozostał wierny - archaicznym dzisiaj – założeniom muzyki wykonywanej, lecz nigdy nie nagrywanej, nie rejestrowanej. To, że te kompozycje trafiły na nośnik wydaje się czystym przypadkiem. Na pierwszej EPce, zatytułowanej Nów, słychać niewiele – najwyżej szkic późniejszych utworów. Kwadrę zawdzięczamy podobno jedynie staraniom anonimowego fana, który podjął się zdjęcia z materiału zaporowej ilości szumów. Sam zaś właściwy album – Księżyc – razi niekonsekwencją: pomysły walczą ze sobą, tak jakby na materiale odcisnęło się piętno dziesiątek zawahań, sprzecznych z kreowanym przez samych artystów wizerunkiem luźnego outfitu służącego tylko i wyłącznie realizacji twórczych impulsów.

No, dobrze, ale przecież spory odsetek powyższej charakterystyki zgadza się z opisem upragnionego celu modnej audytywnej archeologii. Tak właśnie powinien się prezentować muzyczny artefakt, ulotne dziełko, zdeformowane trudami chronoodysei lub wyprzedzającego o dekady najbardziej aktualne dziś trendy. Dodajmy do tego niezwykłą atmosferę występów: Noc Świętojańska w Pradze w 1992 roku, występy w kościołach Walii i prezentacja w tamtejszej BBC (1995), nocny koncert w opuszczonym kościele św. Wincentego we Wrocławiu, Festiwal Muzyka w Krajobrazie (Kościół św. Idziego w Inowłodzu 1996). To przecież odpowiednik zabawy w sekretne koncerty, wyprzedzenie o kilkanaście lat popularnej kategorii eventu, angażującego nie tylko muzykę, ale i miejsce, w którym jest grana.

Księżyc, tworząc w czasach, kiedy liczył się jeszcze patronat uznanej wytwórni, zdaje się mimo wszystko być bliski współczesnemu rozproszeniu, rozprzęgnięciu instytucji sceny. Zespół zdradza w wywiadzie dla radia GO FM, udzielonego bezpośrednio po koncercie w Gorzowie Wielkopolskim 23 maja 1997 roku, że „trudno odpowiedzieć dlaczego jest się muzykiem, muzykantem, czy się śpiewa. Po prostu istnieje taka potrzeba i bardzo trudno jest to zdefiniować. Gdyby się umiało to wyjaśnić, to pewnie by się tego nie robiło”. Stad być może czysto obrazowa jakość ich muzyki. Połączenie folku, muzyki etnicznej, psychodelii, minimalizmu, muzyki sakralnej i industrialu owocuje w przypadku Księżyca groteską faworyzowaną przez muzyków w rodzaju Baby Dee, Cabairet Voltaire oraz twórców awangardowej literatury. Dwuczęściowy utwór dedykowany Verlaine'owi budzi skojarzenia z centralnymi partiami drugiego tomu Ulissesa Jamesa Joyce'a. Urocza „Mijana” – z wykształceniem wiktoriańskich panien, szczególnie jeśli wyobrazić sobie wśród nich Joannę Barwick.

Podobne przyciąga opaczne. Pogański rytuał pełną moc objawi odprawiony na ołtarzu jedynej religii. Najpotężniejszej erekcji doznaje nieboszczyk, wisielec. W łonie żywym jedno kruche życie, w padlinie tysiące egzystencji. Zespół, o którym obszernie pisano w czasopiśmie Wegetariański Świat, ten sam zespół, w którego muzyce powszechnie dostrzega się wpływy „słowiańskie”, budzi obecnie odczucia kojarzone raczej z Salem, niż z przaśnymi emocjami oazy. Księżyc, efemeryczny projekt, który koncerty grał w ruinach a inspiracje czerpał ze źródeł obcych dla większości współczesnych sobie słuchaczy i brzmiał zawsze jak relikt minionych epok, uporczywie powraca w rozmowach prowadzonych 10-15 lat po ostatnim oficjalnym wydawnictwie. Powraca w rozmowach o gotyckim dzieciństwie dzisiejszych dwudziestoparolatków, wyłania się zza wspomnień o widmowych wytwórniach (vide Obuh) i sytuacjach definitywnych dla dopiero kształtującej się duchowości, takich jak na przykład poczucie rozpalania się wyobraźni za sprawą kilku nie powiązanych ze sobą książek i albumów. Intuicja słusznie podpowiadała, że rzeczy tak niematerialne, jak lektura lub odsłuch, wyposażają przeciwko światu, a szczególnie wczesnym latom dziewięćdziesiątym w Polsce, nieprzyjaznym dla bujających w obłokach.

Nie można liczyć na rehabilitację Księżyca – to zespół, który poddać można jedynie rezurekcji, a więc podniesieniu z grobu, chwilowemu ożywieniu. Będzie funkcjonował w dalszym ciągu jako niezgrabny fetysz, dźwiękowy bałwan wyosobniony z reszty fonograficznego krajobrazu. Egzotyczna ciekawostka, materiał źródłowy/bibliograficzny, eksponat. Realna wartość tkwi więc niekoniecznie w walorach czysto odbiorczych. Księżyc potrafi być raczej inspiracją do uwolnienia się, wejścia w rolę artysty. W ten dopingujący sposób działa do dziś, paradoksalnie, bo w sumie tego naprawdę nie da się słuchać.

środa, 7 września 2011

Old Time Radio - Stare radyjko gra dla dzieci

Old Time Radio
Stare radyjko gra dla dzieci

2011, Kafe Delfin


7.2



Old Time Radio słyszę tak naprawdę po raz pierwszy, a jest jakbym znał na wylot. Raz spóźniłem się na ich koncert, kiedy indziej o nim nie wiedziałem, a kilkukrotnie, mimo złotych planów, zwyczajnie nie chciało mi się zmienić dla nich klubu. Miałem nawet ich płytę (z uśmiechniętym psem na okładce?), ale nigdy jej do końca nie przesłuchałem. Już wyjaśniam. OTR kojarzyło mi się zawsze z kręgiem Ścianka – Myslovitz – solowy Lachowicz – Kobiety, czyli z muzyką, której kolejno: nie lubię, już nie słucham, toleruję. Stare radyjko, pomimo swojej leczniczej prostoty, nie jest pozycją zdolną rozsupłać ten węzełek na moim guście. Mimo tego słucham go sobie od czasu do czasu, zazwyczaj w całości i za każdym razem utwierdzam się w przekonaniu, że brak na polskiej scenie muzyka, który nie marzył o nagraniu takiej bzdurki.

Po pierwsze Old Time Radio nagrali album, który faktycznie można puścić dzieciom. Zawiązywało się w naszym kraju sporo tego typu przedsięwzięć, ale zazwyczaj mijały się z celem, bo Artyści nie potrafili odżegnać się od porozumiewawczego mrugania do dorosłych zza przesłodzonej, infantylnej zasłonki. Takie zachowanie miało świadczyć o wysokim poziomie samoświadomości muzyków, ich dystansie i innych zaszczytnych cechach (szczególnie o ambitności), ale nie wychodziło na dobre nikomu. Oni sami się ośmieszali, rodzice byli zażenowani, bo konspiracja pod płaszczykiem wspólnej ekstazy na punkcie smerfów zakrawa na zorganizowaną pedofilię, a dzieci zwyczajnie nie kumały bazy poza faktem, że zostały oszukane, bo skoro nie rozumią, to najwidoczniej kieruje się do nich tylko pół komunikatu, a za pół dostajesz w muł, co jak wiadomo boli najbardziej i przechodzi przez kończynę dziwny prąd.

Po drugie, mimo że płyta jest skierowana do dzieci nie opowiada o dzieciństwie, lecz o życiu lasu odpowiednio ubarwionym tak, aby całość odwoływała się do bogatej tradycji klechd kioskowych – przaśnawych książeczek, które gromadnie wydawano w PRL i później, na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, a które opowiadały historie często bezsensowne, ale zawsze o zwierzętach i idealne jako nagroda za dobre zachowanie u fryzjera czy dentysty (do tej estetyki zdają się wprost nawiązywać zdobiące album ilustracje Grażyny Rigall, a esencję klimatu stanowi świetny "Piknik na polanie", słusznie ulokowany blisko serca tracklisty). Zdarzało mi się zresztą widzieć takie klechdy na winylach czytane przez miłego lektora, zbzikowanego w stylu Edwarda Leara. I o to chodzi, bo płyta dla dzieci ma opowiadać o świecie i zaciekawieniu nim, a nie o momencie życia, na temat którego nie ma się zielonego pojęcia, bo akurat się go przeżywa.

Po trzecie: nie udawajmy, że mając dzieciństwo za sobą mamy o nim pojęcie. Nie udawajmy też, że krzywda małych zwierzątek nie wzrusza nas bardziej niż brutalne ludobójstwa. Małe zwierzątka powinny być nieśmiertelne – twierdzi mała bohaterka Lata Tove Jansson i ma rację. Old Time Radio napisali kilka miłych piosenek, które zainteresują dzieci, a których warstwa stylistyczna i kompozycyjna może trafić do starszych słuchaczy, szczególnie tych zawiedzionych ostatnimi polskimi hype'ami. Stare radyjko jest bowiem wysmakowanie avant-popowe, pod względem atmosfery bliżej mu do Kilku nocy poza domem Kawałka Kulki, niż do albumów Nerwowych Wakacji czy Muzyki Końca Lata. Przede wszystkim płyty można słuchać bez uciążliwej konieczności opowiadania się po którejkolwiek ze stron – serwisy muzyczne vs. słuchacz we własnej osobności. Brak cichego poczucia nieuczciwości, ujawniającego się, kiedy zabawa w nostalgię dźwiga ideologiczny patronat. Staremu radyjku przyklasnęły pisma branżowe i portale dla rodziców, tak więc całość jest bardzo spójna i widocznie nagrana od początku do końca w określonym celu, orzeźwiająco odseparowanym od rodzimego dyskursu na temat muzyki pokoleniowej.

Sporo tu miłego niepokoju i tajemniczości rodem z Pamiętników Tatusia Muminka ("Noc zagląda już przez okno", "Piosenka ze starej szafy", "Jeż (Tupu tupu tup)"), jest też dreszczyk emocji rozbudzony przez absorbującą obserwację mikrokosmosu (hipnotyczne "Mrowisko to wszystko" – cała piosenka to jakby jeden loop, skradziony ze zbiorów Lætitii Sadier) i kilka bibelotów, których taneczność przybiera niemalże mnemotechniczne formy (szczególnie początek albumu). Wokale współgrają z analogowymi zabawkami i metronomicznym pukaniem automatów perkusyjnych, imitując spolegliwość występu live (sami muzycy potwierdzają lotność materiału zabawną konferansjerką we "W całym lesie niesie się"). Lekka elektronika, wiolonczele, gitarki – wszystko to chwilami uderza w nudnawe okolice okupowane przez Cieślaka i Księżniczki, ale szczęśliwie teksty i popowa efemeryczność zażegnują niebezpieczeństwo, zarażając spokojnym entuzjazmem dla swobodnego grania poza konkursem, grania, które paradoksalnie uaktywnia Old Time Radio od nowa, przynajmniej w moich oczach. Tym razem naprawdę żałuję, że przegapiłem ich ostatni koncert w okolicy.

wtorek, 26 kwietnia 2011

Kyst - Waterworks

Kyst
Waterworks

2011, Antena Krzyku



5.0



Wśród pierwszych z brzegu dziesięciu (!) recenzji Waterworks (1, 2, 3, 4, 5, 6, 7, 8, 9, 10) cztery (nr 1, 3, 4, 10) uznają Kyst za towar eksportowy, głównie na podstawie fantomowego występu w Stanach. Trzy (nr 2, 3 i 10) sugerują, że ich druga płyta ma duże szanse znaleźć się wśród najważniejszych albumów 2011 roku. Autor nr 8 prognozuje, że Waterworks wyróżni się na tle dekady. Sześć (nr 1, 3, 4, 6, 7, 9) uznaje schemat głośno-cicho za interesujący w kategoriach dramaturgii. W tej grupie aż dwa teksty wskazują post-rock jako rozsądną inspirację dla młodych muzyków chcących nagrywać folkowe i avant-popowe płyty w 2011 roku. W większości wypadków (wyjątkami są nr 1, 2 i 7) autorzy spoufalają się z zespołem. Zależnie od piszącego partie wokalne zmieniają wykonawcę, Plath jest gościem zespołu, jego członkiem lub liderem. Jednocześnie z błyskotliwym wyczuciem identyfikuje się niemrawą gitarkę w "Colours" bardzo konkretnie jako "riff Byczkowskiego" (znów przebojowy nr 8). W ogromnej większości tekstów Ludwig zyskuje nie tylko narodowość, ale i nimb długotrwałej sławy. Dziwne, ale najciekawiej prezentuje się recenzja Jakuba Knery (nr 7). Niespodzianie gość relacjonujący swego czasu najdrobniejsze poczynania Kyst nie popadł w rutynę, lecz przeciwnie: jako jedyny napomyka cokolwiek o uczuciach związanych z Waterworks, o sugerowanej tematyce, ewokowanych obrazach, oszczędzając na inną okazję bon moty uzasadniające wysoką notę dla płyty, którą Bogiem a prawdą ma się w dupie. Ujednolicona recepcja i jej szybkie wypalenie się każe przypuszczać, że niestety większość potraktowała Waterworks jak obowiązek, tak jak nowy album Twilite i kilka innych (choć).

Tymczasem Waterworks to płyta wymagająca czasu. Gwasz gałęzi i chmurnego nieba nad westchnieniami europejskiego morza wieczorem oświetlonym dusznym, ciężkim światłem, zmieniającym pejzaż we wnętrze mętnego akwarium (Nabokov - Wiosna w Fialcie), to nastrój odległy, jak Bykowi Wodnik, zarówno od porównania do Hansa Castorpa, uszczypliwej pointy mojej recenzji solowego debiutu Bilińskiego, jak i od złośliwego zestawiania Cotton Touch z fragmentami Ferdydurke. Także zaszły pozytywne zmiany. Nawet po kilkunastu sesjach granice między trackami pozostają niezatarte. Część utworów wyposażono we własne, wewnętrzne podziały (szulersko zręczna reorganizacja na wysokości 02:02 "Miss the Sea") i znaki szczególne (żelazista trąbka w "A Postcard") o wiele bardziej wyrafinowane niż potoczyste perkusjonalia, zdolne oślepić poprzez kontrast z rozproszonym debiutem tylko tych, którzy zachłysnęli się pierwszym wrażeniem i założyli, że definiuje ono dalszy kontakt.

Tacy pomylili ewolucję z nagłą inkorporacją obcego ciała. Nie jest tak, że, jak twierdzi recenzent WAFP, Kyst nagrali płytę po prostu konkretniejszą. To Plath dograł konkretne partie i nie ma to nic wspólnego z rozwojem czy pracą zespołową. Rdzeń formacji odpracowuje swoje na zupełnie innym planie. Biliński i Byczkowski, owszem, psują udane otwarcie (okropne centrum płyty – "Colours", "Water", "Seasons" – niemożliwe do przypisania komu innemu dzieło emerytów odpowiedzialnych za Cotton Touch) albo próbują dodania czegoś mięsistego od siebie, żeby płyta nie zmieniła się w portfolio perkusisty (godny adopcji do kilku slangów "riff Byczkowskiego"). Ale częściej zdarza się im zachowywać całkiem interesująco: kulminują wyróżniające się fragmenty dyskretnymi łamaniami atmosfery, aranżacyjnymi meanderkami (być może to tylko kwestia produkcji, ale niektóre z elementów rozsypujących się kompozycji zdają się już posiadać jakiś wektor, np. "Friend Now", w przeciwieństwie do gównianego "Water", bezcelowego miauczenia a capella, bo trudno uznać pierdzące w tle szkice piórkiem za instrumentację), ważą się nawet na decyzje wątpliwe, męczące, ale autorskie (irracjonalne trzy ostatnie minuty pięciominutowego "Seasons/All Is Different" mają odbiorcę tak bardzo gdzieś, że aż się podobają).

Dwie perkusje są obosieczną bronią. Sporo typowo marszowych fraz doczekało się już korzystnej interpretacji choćby na zupełnie pominiętym Heart of My Own Basi Bulat (2010), także nawet na przestrzeni jednego roku bębnienie nie jest wielką nowością. Tyle plemienności i Sung Tongs kot by napłakał. Realne znaczenie ma dopiero to, że rytmika *zdaje się* bić na szkło nie z powodu gwiazdorskich aspiracji Platha, lecz z powodów taktycznych. Zakończenie płyty ("The Glowing Sea") jest najbardziej reprezentatywnym przykładem: nadgorliwe walenie gryzie się z subtelną introdukcją do albumu, nie jest operacją narracyjną, wyzyskaniem punktu kulminacyjnego, ale bezradną ucieczką przed wciąż wymykającym się Kyst własnym stylem. Być może warto to wszystko docenić: dając duże pole do popisu swojemu koledze, Biliński i Byczkowski chowają się w cieniu, poświęcając się tym samym na ołtarzu artystycznych poszukiwań. Tyle, że z zewnątrz wygląda to jakby sami (znów) mieli nie dać sobie rady. Waterworks chce się włączać od nowa żeby doświadczyć esencji w postaci "Friend Now" - "Miss the Sea" - "Sun". Z czasem album zaczyna się kończyć po tej trójce i tak okrojony rozpoczyna nowe życie na długotrwałym repeacie.

wtorek, 2 listopada 2010

Bez słuchania III

Newest Zealand
Newest Zealand

2010, Ampersand



5.2



C
o chwila hucznie anonsowane, najnowsze must ready są tak obszerne i wykalkulowane, że gdyby nie nuda i święty Graal tematu do niezobowiązującej rozmowy mało kto sięgnąłby po nie z własnej woli (brak czasu jako źródło lansu podupada w kontekście takich wyrazów jak Łagodne, Harry Potter, J. S. Foer lub Trylogia Millenium). Bestsellery, książki zadziwiająco grube w kontekście sondaży o rosnącej koniunkturze na analfabetyzm, zaczyna się postrzegać jako oddzielny gatunek literacki, którego wyznaczniki agresywnie upraszczając można sprowadzić do sprzedawania ciągle tego samego w tej samej cenie, reklamując tak samo tym samym odbiorcom. Stabilność marketingowa jest gramatyką genre. Temat, rozpiętość wachlarza konwencji, poziom realizmu etc. – wszystko to, co konstytuowało dawniejsze gatunki, dla bestselleru postrzeganego przez pryzmat genologii jest tylko wodą na młyn ekonomicznego paradygmatu.

Trudno ekscytować się faktem, że nasze upodobania są przewidywalne, osobowości schematyczne, świeże światy powstają dla kliknięć na fejsie. Do tego jeszcze istny wrzód na dupie. Dobrze jest czcić małe arcydzieła, nisze, osobistych mistrzów, którzy z mainstreamem zdają się nie mieć szans. To świadczy, że nasz gust jest wynikiem poszukiwań. Opowiadamy się więc po stronie słabszych, ale nie chcemy przecież ich zwycięstwa, bo czas, który sami przeznaczyliśmy na zdobywanie siły okaże się zmarnowany. Anonimowych młodych geniuszy tworzących eksperymentalną, prowokującą prozę obliczoną na miliony sprzedanych egzemplarzy przyjmuje się więc z mieszanymi uczuciami: ma się ochotę ich podziwiać, szczególnie, jeśli samemu jeszcze nie wydało się hitu, ale przecież to nie CI konkretni silni, którym skrycie kibicowaliśmy gorąco. Żeby wyrobić w sobie sympatię dla empikowego top10 i pokryć zmieszanie wobec paradoksu (słabi wygrali i na bazie zwycięstwa wmówili nam, że chcemy nimi być, a my nic na to, bo trzeba stawać w ich obronie), ludzie gadają i gadają, także z czasem do wyznaczników bestselleru jako gatunku dołączyła możliwość dzielenia się wrażeniami z niego bez faktycznej lektury, ze słyszenia. Taka mała zemsta czytelników.


Nie trzeba słuchać Newest Zealand żeby znać Newest Zealand, a pisanie o nie-słuchaniu tej płyty sprawia więcej przyjemności niż relacja z faktycznej recepcji, dźwigającej balast obowiązku, nieznośny, kiedy mowa o formie rozrywki. Brakuje w twórczości muzycznej Dejnarowicza (czy także w recenzenckiej to osobne pytanie) etapów, które umożliwiłyby stworzenie narracji bardziej pochłaniającej niż zlewające się ze sobą punkty CV. Trudno oszacować ile osób faktycznie słyszało jego trzecią solową płytę i ile razy. Ciężko powiedzieć ile odsłuchów mają za sobą ci, którzy dostali egzemplarz promo i ile zaliczył ich ten, który go zripował. Utrudnione jest też spekulowanie na temat wiarygodności zamieszczonych dotychczas w Internecie recenzji. Szczęśliwie album nie wymaga ich czytania: całą zawartość wystrzelano na długo przed premierą i nie chodzi o udostępnienie całości na myspace czy prezentowane w radiu single, a o komplet tagów: Borys Dejnarowicz i jego filisterska depresja, wunderkind pop, chart-prog, wanna-be bossa nova, zaprosiłem-gości-którzy-was-zaskoczą pop itd. Na wysokości debiutanckiego Divertimento wszystko to było jeszcze zabawne dzięki folklorystycznej polskiej odmianie hype'u. Sofomor - No Mood - podzielił oblicze z zestawem happy meal pojmowanym z perspektywy zdanej matury. Przy okazji wypełnionego atrakcjami (m.in. nienachalnie dydaktyczna relacja z ucieczki przed weltshmerzem palcem po globusie) trifomora sens zaangażowania prysnął.

Przypadkowemu słuchaczowi, wchodzącemu do gry z całym entuzjazmem niewiedzy, Dejnarowicz może wydać się kimś pokroju Janka Samołyka – ciekawym młodym muzykiem alternatywnym (można zacząć przygodę z całą tą sceną od "zabawnie przegiętych" sesji zdjęciowych). Wyłączywszy przymuszonych recenzentów, cała reszta to biedni odbiorcy bestsellerów, którym po raz kolejny tak samo reklamuje się to samo, jakby oczytanie miało być karą, a wzrastająca świadomość produktu nie upoważniała raz na jakiś czas do
nagrody - konkursów lub chociaż zmiany w sposobach zagrzewania do kupna. Dla takich zero recepcji to jedyny stan, w którym kolejny odsłuch Newest Zealand może autentycznie zaskoczyć.

piątek, 20 lutego 2009

Ramona Rey - Ramona Rey 2

Ramona Rey
Ramona Rey 2

2009, EMI



5.8


W podniosłym dziele kompilowania na blogu wszystkich swoich txtów zdecydowałem się zamieszczać linki także do tych pisanych dla nowejmuzyki.pl, bonusowo wzbogaconych tutaj o tradycyjną ocenę liczbową. Tym razem 2 Ramony Rey.

poniedziałek, 5 stycznia 2009

Sian Alice Group - 59.59

Sian Alice Group
59.59
2008, Social Registry



5.6



- Nie kłopocz się o naszą zapłatę, dobry człowieku. Jużci może złotem nie sypiemy, ale wiedźmę utłuczemy jakeśmy przyrzekli - rzekł Don Kichot do skrzywionego gnuśnie karczmarza, czemu zawtórował zaraz Sancho Pansa uznając w takich sytuacjach szczęśliwą gwiazdę swego pana za snadnie oddaloną od iluzji:
- Spójrz no, obwiesiu, jak napełniłeś brzuchy bohaterów, którzy oczyszczają włości twe od tałatajstwa! Czegoś tak nos swój kwincie w alfonsiadę oddał? - zaśmiał się szyderczo.
Poprawił jedyny popręg, który dzielony między Rozynanda i osiołka dzisiaj przypadał wierzchowcowi Sancza, i puścili się w drogę, Don Kichot pobrzękując żelastwem, a dzielny jego giermek czyniąc nie mniejszy raban puszczonymi samopas wodzami wyobraźni.

Pod wieczór dnia następnego, znużeni i ospali, z minuty na minutę tracili nadzieję na przytulny kąt.
- Dalibóg, panie, choć w zbroi tej jak mocarny wyglądasz pyszałek, kości swe złożysz dziś na gołej glebie... - stwierdził Sanczo Pansa obrażony lekko na sprawiedliwość, która przyznała tego dnia popręg Rozynandowi. Jednakże, kiedy tylko wypowiedział te słowa, nikłe światełko oblało dwóch wędrowców ciepłą falą. Mijali właśnie niewielki domek ulokowany przytulnie między dwoma potężnymi dębami. Chatka przycupnęła w wijących się konarach gigantów, które maskowały ją przed wzrokiem ciekawskich, chyba że zbliżyli się przypadkiem tak bardzo jak nasi błędni herosi.
Bez słowa Don Kichot zsiadł z konia i mocno dzierżąc płochliwe zwierzę za uzdę, zastukał w rosochate, nieheblowane drzwiczki.

- A kogóż niesie w noc tak głęboką? - ozwał się we wnętrzu słodki głos. Po chwili drzwi otworzyły się ukazując oczom podróżnych cudnej urody dziewczynę. Stojąc w swobodnie teraz płynącej strudze światła wydała się Sanczo Pansie wierutnym cudem. Giermek przeżegnał się i szepnął:
- Aliści...
- Nie słuchaj tego głupca, pani! Nie liści szukamy, boć tych pod dostatkiem twoi sąsiedzi oferować nam mogą, ale strawy i spoczynku - z uszanowaniem okpił swego giermka rycerz-pozornie-tylko-wyzbyty-poczucia-ironii.
- Zali! - poprawił się szybko Sanczo - Z oczy jej skry niczym zorza na tafle lodowców padają na alabastrowe policzki!
Dama śmiejąc się z niezręcznego komplementu wpuściła wędrowców do środka i ugościła ich czym chata bogata.

Nasyceni wędrowcy rozparli się przy stole i rozochoceni wybornym kuperwasem z radością przystali na propozycję gospodyni. Zaoferowała się ukoić skołatane nerwy pielgrzymów grą na swoim teorbanie. Chwyciła więc instrument i poczęła wygrywać dźwięki, którym rycerz i giermek przysłuchiwali się początkowo bez zbytniego zaangażowania, z czasem jednak coraz bardziej marszcząc w skupieniu czoła.
- Twoja gra przypomina mi muzykę, którą słyszałem już gdzieś indziej, pani... - mruknął Don Kichot.
- Panie mój! Czy to... czy to nie wtedy gdyśmy usiekli tę skośnooką wiedźmę? - wtrącił Sanczo.
- Mówisz o Kazu Makino, mój chłopcze. Nie - pokręcił głową zamyślony rycerz - Piękniejsza ta tutaj od Japonki z Blonde Redhead, choć melodie mniej chłonne. Poza tym nie posądzaj o czary tej grzecznej panienki!
Sanczo Pansa stęknął pod sójką zapodaną mu przez Don Kichota, a nieznajoma uśmiechem powitała komplement co do swej urody, ale nie przerwała gry, która zaczęła na nowo zajmować jej gości.
- Panie, wybacz mi, ale gdy śpiewać przestała jako żywo na pamięć mi spadła ta inna...
- Jaka znowu, głupcze małej wiary?
- Toć Elizabeth Hart z... z... - szepnął cichutko giermek, lecz zasłonić się musiał przed kolejnym ciosem.
- I od niej piękniejsza, choć przecie od Dulcynei nie bardziej - zawołał Don Kichot gniotąc w dłoni wstążkę od pani swego serca - Wybacz mi kułak ten, chłopcze, siła nawyku go niosła, bo niesforne z ciebie zwierzę, lecz teraz masz rację... Niczym Psychic Ills brzmi, z którą to bandą wiedźma trzymała!
- Mówiłem ci, panie... Nie daj zwieść się nawet tym jazzującym załomom! Przecie tego nie może produkować jeno taki teorban, za tym stać musi nieczysta, zbrodnicza moc...
Bez słowa Don Kichot chwycił za miecz i nim zatopiona w swojej wrażliwej muzyce Sian Alice mrugnąć zdążyła, potężne ostrze przecięło w pół jej instrument. Ostatni dźwięk poraził uszy zebranych zgrzytliwym, niby glitch lub niewprawnie prowadzony drone, jękiem. Wiedźma, bo o niej to wczoraj nadmienił był karczmarz, skrzywiła się ohydnie i mieniwszy w pluszowego kaczorka swe kształty rzuciła się do ucieczki. Tuż przy drzwiach dosięgło ją pudowe żelastwo rycerza. Oszołomieni wojownicy stracili się na chwilę z oczu w zamieci karminowych konfetti, w którą rozprysło się ciało czarodziejki.

- I czegóż brakło, mój panie, jej melodiom, żeśmy się zaczarować nie dali? - spytał rano zadowolony z rzezi i ocalonej skóry Sanczo Pansa.
- Zauważ, giermku, iż za bardzo kluczyła widząc w nas wprawnych w boju wagabundów! Ilekroć nas szorstkim riffem a la PJ ująć chciała, pochopnie z drugiego końca materii wątek podjęła i w trans wbić chciała improwizowaną psychodelią. Brak konsekwencji ją ubódł, nie miecz mój, Sanczo.
- Mądryś, rycerzu, choć na fantazji zbyło ci niejednokrotnie...
- Nie kręć nosem na mnie, sługo, lecz pomnij co bardziej anielskie jej pienia! Jak to choćby, od którego zaczęła mamienie, ech... - westchnął Don Kichot i zamilkł do południa. Choć zbroja pobrzękiwała jak zawsze, a rumaki rżały swawolnie, w jego uszach pobrzmiewał jeszcze dźwięk dzikiego, pełnego mocy pianina, które chwilami imitowała Sian Alice. Pokiwał w zadumie głową nad mocnym jej atutem: otóż wycofać się ze swą pieśnią umiała jak w raz, by dać pole melodii, z rzadka przecież wionącej agresją przyrodzonej
wiedźmie wykarmionej pewnie przez wilczycę.
- Nie dręcz się, wielki rycerzu - rzekł spokojnie Sanczo Pansa - Na szczęście wątpliwe, aby zaśpiewała jeszcze, więc i w pomrokach pamięci się rozpłynie.
Tu splunął.
- Nie może to być, Sanczo. Choć do Dulcynei nigdy się równać nie może, przecie uczczę jej urodę i granie kilkoma nieznacznymi wersami w epopei o mnie, którąć to dziś ci wyśpiewam przy wypasie.
Sanczo splunął raz drugi i jęknął trzymając się pod bok, lecz wiedza o tym, co na pewno go czeka dziś wieczór rozprężyła jego członki i uległ kojącemu kołysaniu osiołka niosącego go przez pustkowie.