Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pains of being pure at heart. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pains of being pure at heart. Pokaż wszystkie posty

piątek, 6 lutego 2009

Pains of Being Pure at Heart - Pains of Being Pure at Heart

Pains of Being Pure at Heart
Pains of Being Pure at Heart

2009, Slumberland


7.2



Pomimo debiutanckości i znaczących epigońskich partii mamy tu do czynienia z nadspodziewanie dojrzałym albumem, który pewnie i stanowczo wije sobie gniazdko z patyków kilku pokrewnych stylistyk. To co się wykluwa to nie tylko przyjemny katalog nawiązań, ale przede wszystkim zbiór konsekwentnie rozwijających się piosenek przygotowanych z przemyślanie spreparowanych elementów udających sample z klasyków, ale jednak wyczuwalnie nowoczesnych i bardzo własnych na poziomie emocjonalnym. Trudno nie dać się zaangażować w ten stosunkowo krótki album, stawiający odbiorcę na metr od kameralnej, choć nieźle hałasującej, sceny.

Dla przykładu warto przyjrzeć się drugiemu na płycie Come Saturday, w którym odnaleźć można wszystko na czym świat stoi. Od punkowej, zadziornej linii wiodącej gitary, przez dream-popowy wokal, po shoegazowe mgiełki dystorcji porozkładane komfortowo po kanałach i wycofaną perkę. I o ile akcenty położone zostały na debiucie PoBPaH raczej na delay, nie brak, choćby w omawianym tu bliżej utworze, eksperymentów z prawdziwym brudem. Skoncentrowane dystorcje przybierają od czasu do czasu formę drone'ów urozmaicających w 85% stricte piosenkowy materiał. Godne uwagi też The Tenure Itch dekonstruujące Placebo i Pixies bez widoków na zbytnią siarę. Na podobną modłę skonstruowanych perełek odnaleźć można tutaj więcej, szczególnie, że dość prędko cementuje się zachęcające przeczucie obcowania z jedną z istotniejszych płyt tego roku.

Zmienne natężenie hałasu, kiedy osiąga apogeum, zależnie od ośrodków: punkowości, twee-popu, shoegaze'u czy noise'u, wymusza porównanie z wątpliwymi dokonaniami Vivian Girls, szczególnie, że oba zespoły wywodzą się z NY. W przypadku PoBPaH jest tej zabawy jednak o wiele więcej, bo brak ich debiutowi wyczuwalnego u VG pozowania na wypłynięcie z garażowego undergroundu z naciąganymi tradycjami. Zamiast masy gównianych, hałaśliwych kapel, wybór archedźwięków pada w przypadku PoPBaH raczej na, nie tak oczywiste już teraz, mniej wydumane, bo nie starające się przeczyć niezaprzeczalnemu, Nirvanę, Smashing Pumpkins czy The Pastels, a z bardziej aktualnych źródeł My Bloody Valentine przetworzone w, znów dalekiej od schematu, manierze czerpania nie z Loveless, a raczej z bardziej surowych i wyraźniej eksponujących melodię EPek poprzedzających Isn't Anything: Ecstasy, Strawberry Wine i Sunny Sundae Smile (era krótkotrwałego wydawania dla Lazy).



Kilka chwil będących bezpośrednią reminiscencją boskości You Made Me Realize nie wystarczałoby jednak do odkreślenia chociaż wierzchołka wykorzystanych wzorców. Wspomnieć należy także o Slowdive, Jesus And Mary Chain czy prawie już proto-shoegazowych projektach typu A.R.Kane. Prostota niektórych utworów, ograniczenie ścieżek i przybrudzenie ich przy jednoczesnym unormowaniu potencjału anektującego delaya odsyła już bowiem w rejony typowo rockowych numerów, w obrębie których na próżno szukać elementów ciotowatego indie na drogich gitarach kupionych przez rodziców w nagrodę za podjęcie wakacyjnej pracy. Chociaż wakacji przecież tu sporo, szczególnie w singlowym Everything With You.

Mimo tak ogromnego spektrum wykorzystywanych nawiązań (nie wspominam jakby o przywołaniu mi na powrót atmosfery odkrywania awangardowej twarzy Sonic Youth z czasów Confusion Is Sex w mniej eksperymentatorskiej wersji oraz kolekcjonowania po sieci poszczególnych splunięć Black Tambourine) udało się tej młodej kapelce sformułować zręby własnego stylu, wystarczające, aby mieć nadzieję, że nie okaże się to projekt-efemeryda, zjawisko tak charakterystyczne dla około shoegazowego (szczęśliwie na tyle true, aby być anty dla shoegaze 2.0) grania.

myspace