„Satysfakcja ze słuchania noise'u zależy od zgody na paradoksalną sytuację, w której hałas będzie pełnił rolę muzyki, a przeżycie estetyczne nałoży się na doświadczenie dysonansu. Na pierwszy rzut oka to samo dotyczy punka czy metalu, gatunków z założenia jazgotliwych i «mocnych», z tym że noise jest od nich, by tak rzecz, czystszy, jego oddziaływanie bardziej uniwersalne, a źródła – pierwotne. W stosunku do wyżej wymienionych, noise przychodzi naturalnie. Nie wymaga specjalnego nastroju (metal) ani oparcia w światopoglądzie (punk). Noise nie rozwinął się z żadnej konkretnej tradycji; mówiąc o nim, rozmawiamy o muzyce w ogóle, tyle że na przekór, w odłączeniu od ujmującego stereotypu muzykowania jako rozrywki. Atmosfera negatywności zachęca do badania fenomenologicznego – pracy na odczuciach, jakie noise wywołuje, i z których się, być może, wywodzi”.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą noise. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą noise. Pokaż wszystkie posty
środa, 18 grudnia 2013
niedziela, 18 listopada 2012
Wywiad: Tundra / Trupwzsypie
Na bandcampowym profilu Tundry zamieściliście w charakterze motta koncepcję
Gastona Bachelarda – „marzenie ku”. Co dokładnie oznacza ta
idea w kontekście waszej muzyki?
Bachelard, mówiąc
przykładowo o marzeniu ku dzieciństwu, pokazuje, że tęsknota tego
rodzaju nie polega na chęci cofnięcia się w czasie i przeżyciu
tego raz jeszcze, ale na pewnym przeżywaniu dzieciństwa w
wyobraźni. Tak samo nasz projekt – to nie jest marzenie za podróżą
do tundry, tylko raczej próba nawiązania z nią więzi, a
ściślej z przestrzenią, której wyobrażenie o tundrze jest pewnym
wyrazem.
Skąd marzenie ku tak
nieprzyjaznym przestrzeniom, jak „anekumena” – „pokryte
lądolodami obszary niezamieszkane i niewykorzystywane przez ludzi, o
niesprzyjających warunkach środowiskowych”?
Anekumenę należy
raczej rozumieć bardziej w kategoriach ezoterycznych, niż
geograficznych. Kluczowe jest tu stwierdzenie, że to teren
niezamieszkały przez ludzi. Chodzi po prostu o miejsce do którego
wyruszasz, aby zostać przez pewien czas w odosobnieniu i zmierzyć
się z własnymi demonami. To znana praktyka duchowego rozwoju. Skoro
jest to jednak po części wyprawa w głąb siebie, do nieznanych
wcześniej zakamarków duszy, to ciężko oczekiwać by nie była to
podróż trudna. Słychać to też na naszej płycie.
Zamierzacie w
przyszłości nagrywać albumy tematyczne, podporządkować się –
jak, dajmy na to, Sufjan Stevens – kryterium geograficznemu?
Na pewno zamierzamy
nagrywać albumy tematyczne (choć od albumów ważniejsza jest dla
nas działalność koncertowa). Jakie będzie jednak kryterium to się
dopiero okaże. Fascynuje nas przestrzeń jako pewne narzędzie
wyrazu. Kto wie w którym momencie przerodzi się ono w coś innego.
Fascynuje was podróż,
gra wyobraźni sprowokowana przez muzykę. Jak więc podchodzicie do
zjawisk – często łączonych z ambientem – takich, jak muzak czy
dźwięki designerskie?
Nasz zamysł jest wręcz
odwrotny do zjawisk, o których wspominasz. Chcemy całkowicie
zawładnąć wyobraźnią słuchacza – przenieść go do innego
miejsca. Dlatego też istotna jest dla nas przede wszystkim
działalność koncertowa. Nie uciekamy co prawda od prób łączenia
naszej muzyki z innymi dziedzinami sztuki – choćby z poezją – ale
traktujemy to raczej jako eksperyment.
W artykule
opublikowanym niedawno na stronach Plexus
Magazine padła w kontekście waszego
projektu dość znana pozycja z kanonu muzyki eksperymentalnej:
Imaginary Landscapes Johna Cage'a. Inspiruje was
kanon tego typu, czy raczej szukacie natchnienia wśród nowości?
Kiedy staramy się
opowiedzieć coś o naszych inspiracjach, łatwiej jest mówić o
tym, co nie jest muzyką. Skoro już jednak o tym mowa – na pewno
taką „kanoniczną” inspiracją dla nas jest La Monte Young. Nasz
utwór „Podróż” to prawie-że wykonanie jego kompozycji.
Przedstawiacie się
nie tylko jako artyści z Polski, czy Trójmiasta, ale jeszcze
precyzyjniej: z Zaspy. Utożsamiacie się z polską sceną muzyczną?
Widzicie dla siebie miejsce w tym, co obecnie się dzieje na naszym
rynku płytowym?
Krzysiek akurat z Zaspą
się raczej nie utożsamia – bardziej z Kamiennym Potokiem, do
którego odwołuje się w swoim wciąż właściwie nieistniejącym
solowym projekcie, pod tym właśnie tytułem. Wracając jednak do
sedna pytania – tak, widzimy dla siebie miejsce. Myślimy o swojej
muzyce jako o elektroakustycznej i to określenie zrozumiałe jest
dla nas przede wszystkim na gruncie polskiej sceny muzycznej –
odsyła do określonego nurtu. Nurtu do którego przypisujemy
niekiedy projekty nie będące stricte elektroakustyczne (np. Hati),
ale dzielące tego samego ducha.
Materiał dla Tundry
nagrywacie w sposób analogowy. Skąd ten wybór, dość
niecodzienny, jeśli chodzi o muzykę ambientową, która kojarzy się
z laptopami, abletonami etc.?
Kwestia analogowości
naszych nagrań wymaga poważnej demitologizacji. Nie posługujemy
się na koncertach laptopami ani niczym innym, co w naszej opinii
ogranicza naszą rolę do obsługi sprzętu, który sam gra za nas.
Na tym jednak koniec. Przy tworzeniu sampli nie uciekamy od pomocy
komputera. Jeden rzut oka na nasze rozstawione sprzęty już
wystarczy, aby zweryfikować pogląd o analogowości – ani discman
ani reverb, którego używamy nie są przecież sprzętami
analogowymi, w przeciwieństwie do walkmana, taśm czy organów
Vermona.
Gdybyście mieli
zdecydować się na fizyczny nośnik, to jaki i dlaczego?
„Anekumena” dostępna
jest przede wszystkim na CD. Kolejny nasz album zamierzamy wydać na
kasecie. Dlaczego tak? Cóż, sądzimy, że pewne nośniki bardziej
pasują do pewnego rodzaju nagrań. Kaseta dobra jest przede
wszystkim do nagrań punkowych, ale także do eksperymentalnych
nagrań, takich jak nasze.
Dawid, kiedy
spotkaliśmy się po raz pierwszy grałeś w zespole rockowym, z tego
co pamiętam byłeś gitarzystą. Jak wyglądała twoja droga do
muzyki elektronicznej i skąd ten wybór?
Nie jest to tak do końca
droga do muzyki elektronicznej, ale gdzieś w jej obrębie,
stylistyce, poetyce na pewno można znaleźć dotychczasowe działania
Trupawzsypie. Miałem niedawno okazję usłyszeć wypowiedź
wybitnego amerykańskiego trębacza – Ambrose’a Akinmusire –
który powiedział, że dla niego trąbka to nie jest miłość, że
to jedynie narzędzie. Prawdziwą miłością jest po prostu muzyka.
Ja czuję podobnie. Nie ma znaczenia na czym, albo za pomocą czego,
tę muzykę tworzysz. Dzisiaj robię swoje dźwięki używając
instrumentów elektronicznych, analogowych. Ale jutro?
Trupwzsypie to dość
stary projekt, powstał jako swojego rodzaju wentyl bezpieczeństwa,
taki kanał ujścia dla wszystkich tych pomysłów, które nie
mieściły się w ramach post-rockowej Kolonii Postęp, w której
byłem gitarzystą. W solowym projekcie mogłem wykorzystać wiele
więcej instrumentów, w tym właśnie gitary, ale i fortepian,
sample, perkusjonalia, głosy wycinane ze starych filmów. Dopiero w
trakcie prac nad Intymnym życiem pantofelka poetyka
Trupawzsypie skłoniła się ku elektronice, ale nie sądzę żeby
tak pozostało na długo. Płyta, nad którą pracuję już od ponad
roku zarejestrowana będzie w składzie akustycznym, w którym
elektronika pełniła będzie jedynie jedną z ról, ale wcale nie
wiodącą. Zresztą tak widzę przyszłość tego projektu, lokującą
się gdzieś na pograniczu muzyki współczesnej i undergroundu,
piękna, brudu i eksperymentu.
„Intymne życie
pantofelka” – debiutancki album twojego solowego projektu
Trupwzsypie – składa się w dużej części z sampli pochodzących
z edukacyjnego filmu na VHS. Skąd wybór akurat takiego źródła?
Jesteś fanem hauntologii, wytwórni Ghost Box i projektów w stylu
Mordant Music lub Belbury Poly?
Nie, nie. Nie ma w idei
mojej muzyki takich pojęć, jak „hauntologia”.
Nie jestem też fanem żadnego z tych projektów. Zresztą sample, o
których wspominasz, faktycznie zapożyczone z edukacyjnego filmu o
pierwotniakach, w Intymnym życiu pantofelka pojawiły się
tylko w jednym utworze. Tak naprawdę pomysł na tę płytę był
bardzo prosty i zrodził się już w szkole muzycznej, kiedy
zastanawiałem się, czy mógłbym napisać lepszą muzykę do tych
filmów, niż ta, która się w nich pojawiała. Wiesz, dzisiaj tamta
muzyka, pisana w latach 70.-80. bardzo mi się podoba, ale idea
podjęcia tej stylistyki i próba jej reinterpretacji, połączona z
dużą dozą melancholii i sentymentu, skłoniła mnie do podjęcia
tego tematu, co ostatecznie zaowocowało płytą.
Zaczęliśmy od wpływu
Bachelarda na muzykę Tundry. W Intymnym życiu pantofelka
wyczuwam echo fascynacji Brunonem Schulzem. „Ogrody fruktowe”,
„Sytuacja komunikacyjna”, „Zmysłowość” – te tytuły
jakoś kojarzą mi się ze „Sklepami cynamonowymi”. Trafnie?
Bardzo lubię Brunona
Schulza, ale w tym wypadku nie była to jakaś bezpośrednia
inspiracja. Zdradzę, że przygotowując materiał na płytę lubię
oglądać filmy i podkładać pod nie moje dźwięki, wypatrywać
interakcji. Podczas tworzenia Intymnego życia pantofelka
towarzyszyła mi praktycznie bez przerwy jedna scena z filmu Żyć
własnym życiem Jeana Luca Godarda, w której główna bohaterka,
płacząc, ogląda w kinie niemy film o Joannie d’Arc. To właśnie
tego wspólnego mianownika pomiędzy muzyką, obrazem i emocjami
zawsze poszukuję.
czwartek, 28 czerwca 2012
Owczy Pęd - 4 Songs
Owczy Pęd
4 Songs
2012, Pawlacz Perski
5.7
Trafną ilustracją wydaje się cytat z Czekając na barbarzyńców Coetzee'ego: „Stoję pod gołym niebem obserwując zbliżanie się burzy. Niebo jest coraz bledsze, ma teraz kolor zbielałych kości, na północy pokrywają je różowe zmarszczki. Żółtobrunatne dachówki domów lśnią w rozświetlającym się z każdą chwilą powietrzu, miasto, w którym zabrakło cieni, zdaje się emanować własnym blaskiem, tajemniczo piękne w tych ostatnich chwilach przed burzą” (J. M. Coetzee, Czekając na barbarzyńców, przeł. A. Mysłowska, Kraków 2004). Ale ten sam cytat, pochodząc z powieści opisującej niemalże wyludnioną, prymitywną mieścinę na niezidentyfikowanych mroźnych rubieżach, uświadamia, jak drażniący potrafi być niedosyt po seansie z albumem Nienartowicza.
Przypadek sprawił, że kiedy po raz kolejny słuchałem 4 songs samolot przelatywał szczególnie nisko i przeciągły drone wdarł się w pierwszą z kompozycji. Całość wybrzmiała nowym blaskiem, a ja – zachęcony tą ingerencją – nałożyłem na utwory Owczego Pędu wydany niedawno przez Lievena Martensa tropikalny field recording (Lieven Moana – Um Tratado Sobre A Água Quente/A Treatise On Hot Water). Kolaże Nienartowicza, złożone z głębokich kineskopowych szumów lub zaprószonych maźnięć i odprysków sprzężeń przenikających okablowanie, zyskały nagle charakter bibliofilskiej przygody. Wieczór przy książkach przygodowych i filmach o ukrytych miastach szeroko otworzył swoje wierzeje. Szkoda więc, że ten krótki album nie jest bardziej malarski, bogatszy w bardziej wyrazistą paletę odcieni, która uniemożliwiłaby potencjalny złośliwy komentarz: „mgły Nienartowicza to pamiętnik człowieka dotkniętego kurzą ślepotą, brodzącego w szarościach i popielach niepełnosprawnego oka”. Na pewno jednak warto sięgnąć po 4 Songs, szczególnie z uwagi na dwie ostatnie kompozycje, demonstrujące na czym polega granie, które na początku tego roku tak dotkliwie znieważył Karol Gwóźdź bohomazem pod tytułem Tamte czasy.
4 Songs
2012, Pawlacz Perski
5.7
Wszystko przemawia za tym, że Pawlacz Perski zrezygnował z etosu niechlujności i opuścił mętne wody, wymagające ciągłego usprawiedliwiania niskiej jakości asortymentu wymuszonym luzikiem i przaśnym humorem (casus wczesnego Nasiona). Odświeżone łamy prezentują zachęcające fronty nagrań zarejestrowanych już nie tylko przez lokalnych właścicieli wzmacniaczy, ale także przez prawdziwych artystów, zarówno z Polski, jak i zagranicy. Z katalogu tak zreinkarnowanego Pawlacza wyłowiłem 4 songs Owczego Pędu. Umieszczone na przedzie wydawnictwa zdjęcie, przypominając okładki jednocześnie ambientowego kanonu i EPek Keep Shelly In Athens, zagadkowo kontrastowało ze słowami „minimalizm”, „obróbka”, „rezonans” użytymi do opisu muzyki projektu.
Pierwsze skojarzenie po przesłuchaniu czterech utworów Lecha Nienartowicza to widziana w mikroskopowym powiększeniu kartka o wysokiej gramaturze, lecz wcale przez to nie cięższa, nie bardziej masywna. To sama gramatura, gramatura egzystująca poza poligrafią, na poły w domenie abstrakcji, coś jak kalkomania z wgraną w siebie, wczytaną lotną ilustracją. A żeby było ciekawiej, ów obraz imprintowany w 4 songs – w płytę, która na papierze wydaje się tak sterylna i chłodna – to nic innego, jak utrzymany w nostalgicznych pastelach fragment celebrytki, dokładnie tak, jak na okładkach wydawnictw Deadboya, Top Girls czy City Girls. Nienartowicz nie nawiązuje do tego śmiesznego trendu, jest na to twórcą zbyt powaznym i świadomym, ale wrażenie jest nieodparte. Ten surowy album emanuje inspirującym dotykiem kobiety, przedzierzgającym się niekiedy w szkicowe marzenie o majaczących w oddali pejzażach.
Pierwsze skojarzenie po przesłuchaniu czterech utworów Lecha Nienartowicza to widziana w mikroskopowym powiększeniu kartka o wysokiej gramaturze, lecz wcale przez to nie cięższa, nie bardziej masywna. To sama gramatura, gramatura egzystująca poza poligrafią, na poły w domenie abstrakcji, coś jak kalkomania z wgraną w siebie, wczytaną lotną ilustracją. A żeby było ciekawiej, ów obraz imprintowany w 4 songs – w płytę, która na papierze wydaje się tak sterylna i chłodna – to nic innego, jak utrzymany w nostalgicznych pastelach fragment celebrytki, dokładnie tak, jak na okładkach wydawnictw Deadboya, Top Girls czy City Girls. Nienartowicz nie nawiązuje do tego śmiesznego trendu, jest na to twórcą zbyt powaznym i świadomym, ale wrażenie jest nieodparte. Ten surowy album emanuje inspirującym dotykiem kobiety, przedzierzgającym się niekiedy w szkicowe marzenie o majaczących w oddali pejzażach.
Trafną ilustracją wydaje się cytat z Czekając na barbarzyńców Coetzee'ego: „Stoję pod gołym niebem obserwując zbliżanie się burzy. Niebo jest coraz bledsze, ma teraz kolor zbielałych kości, na północy pokrywają je różowe zmarszczki. Żółtobrunatne dachówki domów lśnią w rozświetlającym się z każdą chwilą powietrzu, miasto, w którym zabrakło cieni, zdaje się emanować własnym blaskiem, tajemniczo piękne w tych ostatnich chwilach przed burzą” (J. M. Coetzee, Czekając na barbarzyńców, przeł. A. Mysłowska, Kraków 2004). Ale ten sam cytat, pochodząc z powieści opisującej niemalże wyludnioną, prymitywną mieścinę na niezidentyfikowanych mroźnych rubieżach, uświadamia, jak drażniący potrafi być niedosyt po seansie z albumem Nienartowicza.
Przypadek sprawił, że kiedy po raz kolejny słuchałem 4 songs samolot przelatywał szczególnie nisko i przeciągły drone wdarł się w pierwszą z kompozycji. Całość wybrzmiała nowym blaskiem, a ja – zachęcony tą ingerencją – nałożyłem na utwory Owczego Pędu wydany niedawno przez Lievena Martensa tropikalny field recording (Lieven Moana – Um Tratado Sobre A Água Quente/A Treatise On Hot Water). Kolaże Nienartowicza, złożone z głębokich kineskopowych szumów lub zaprószonych maźnięć i odprysków sprzężeń przenikających okablowanie, zyskały nagle charakter bibliofilskiej przygody. Wieczór przy książkach przygodowych i filmach o ukrytych miastach szeroko otworzył swoje wierzeje. Szkoda więc, że ten krótki album nie jest bardziej malarski, bogatszy w bardziej wyrazistą paletę odcieni, która uniemożliwiłaby potencjalny złośliwy komentarz: „mgły Nienartowicza to pamiętnik człowieka dotkniętego kurzą ślepotą, brodzącego w szarościach i popielach niepełnosprawnego oka”. Na pewno jednak warto sięgnąć po 4 Songs, szczególnie z uwagi na dwie ostatnie kompozycje, demonstrujące na czym polega granie, które na początku tego roku tak dotkliwie znieważył Karol Gwóźdź bohomazem pod tytułem Tamte czasy.
wtorek, 5 czerwca 2012
Innercity Ensemble - Innercity Ensemble
Innercity Ensemble
Innercity Ensemble EP
Innercity Ensemble EP
2012, Milieu L'Acéphale
5.3
Fotografia umieszczona na froncie EPki Innercity Ensemble przypomniała mi, trochę bezpodstawnie, okładkę wybornych Lapses Pausal. Bezpodstawnie tym bardziej, że materiał zaoferowany przez supergrupę (członkowie IE przewijali się przez Ed Wood, Tin Pan Alley, Potty
Umbrella, Something Like Elvis, Sing Sing Penelope, Contemporary Noise
Quintet i Sextet) zapewne stratowałby wszelkie ambientowe towarzystwo. Na pierwszy rzut oka to produkt, który zdążył się już przyjąć i znudzić, czyli sygnowane marką bydgoskiego Mózgu eksperymentalne improwizacje o jazzowej i noise'owej aparycji. Można by spodziewać się kolejnej odsłony trawienia własnego ogona, jednakże – być może po rozczarowaniu reaktywacją SLE, a być może po prostu z racji znudzenia lub udziału stosunkowo świeżej krwi – utwory Innercity zaskakują obecnością point. Wszystkie cztery kompozycje przypominają krótkie eseje lub anegdoty. Rozwijają się pokonując kolejne narracyjne etapy, nawet jeśli za wstęp służy im niekiedy bezładna erupcja sprzężeń i elektronicznych „przeszkadzajek”; lub może raczej pozory erupcji, nieuczesanie, które nie zwiedzie słuchacza doświadczonego przez kontakty z, dajmy na to, Acid Mothers Temple.
Być może przesadzę, jeśli jako źródło inspiracji czy choćby analogii wskażę na przykład Platoon Magic Lantern, ale mimo wszystko kuszą mnie takie porównania. Odsyłają ku nim rozchełstane fragmenty, na przykład ten pod koniec pierwszego rozdziału „Niedzieli życia”, gdzie niewiele brakuje, żeby na pierwszym planie zmaterializował się posthendriksowski instruktaż obsługiwania wajchy, żeby ogłuszające mosiężne pulsowanie przerodziło się w jawny cytat z Prawatta, żeby utwór pękł i osunął się albo w klasyczny slow-burner w duchu ostatniej płyty Same Road albo w math-yassową trawestację Paralaksy – zagubionego małego klasyka duetu Mazolewski/Kamiński. Być może to nieodłączna bolączka improwizacji, nagrania ściśle zespolonego z konkretnym czasem i miejscem, ale kulminacje – stanowiące niewątpliwą siłę EPki – pozostawiają słuchaczowi za szerokie pole manewru. Wyobraźnia z łatwością korzysta z licznych przesmyków, by – w zastępstwie muzyków – domyślać alternatywne wersje lub dokończenia kompozycji. Ta anarchizująca swoboda sugeruje, że Innercity zmarnowali niejedną okazję do zagęszczenia swoich jamów do stopnia uniemożliwiającego odbiorczą buńczuczność, z której korzysta się z zażenowaniem chuligana, psocącego, aby wyrazić potrzebę wzięcia w ryzy. Zabrakło wyjęcia tych czterech utworów spod praw obowiązujących harmonijne kinematograficzne granie, które nadawałoby się na ścieżkę dźwiękową niemego filmu lub na mieszczańskie psychodeliki wygrywane na dachu gdańskiej Plamy, lecz które niekoniecznie spełnia intuicyjnie odbierane dążenie projektu: uskutecznienie albumu kipiącego niczym ostatnie płyty Plum, The Kurws czy też Twilight Singers, z którymi IE prawdopodobnie mocno sympatyzują.
Wraz z drobnymi dolegliwościami pojawia się także świadomość dwóch istotnych pozamuzycznych aspektów EPki. Ensemble można czytać jako solidną próbę przekroczenia stereotypu wiszącego nad mikroskopijną, hermetyczną sceną orbitującą wokół bydgoskiego klubu. Po drugie jest też zaproszeniem do śledzenia dalszych losów ekscentrycznego labela Milieu L'Acéphale, osadzonego między innymi w lekturze pism Bataille'a i kojarzącego się z efemerycznymi rodzimymi mikrooficynami sprzed dekady. Te i jeszcze inne elementy, mniej podatne wyłuszczaniu, sprawiają, że „wstępność” EPki zaczyna nabierać sensu – to faktycznie rozbieg, przedmowa do bardziej skompresowanego dzieła, które będzie można przesłuchać już jesienią.
Być może przesadzę, jeśli jako źródło inspiracji czy choćby analogii wskażę na przykład Platoon Magic Lantern, ale mimo wszystko kuszą mnie takie porównania. Odsyłają ku nim rozchełstane fragmenty, na przykład ten pod koniec pierwszego rozdziału „Niedzieli życia”, gdzie niewiele brakuje, żeby na pierwszym planie zmaterializował się posthendriksowski instruktaż obsługiwania wajchy, żeby ogłuszające mosiężne pulsowanie przerodziło się w jawny cytat z Prawatta, żeby utwór pękł i osunął się albo w klasyczny slow-burner w duchu ostatniej płyty Same Road albo w math-yassową trawestację Paralaksy – zagubionego małego klasyka duetu Mazolewski/Kamiński. Być może to nieodłączna bolączka improwizacji, nagrania ściśle zespolonego z konkretnym czasem i miejscem, ale kulminacje – stanowiące niewątpliwą siłę EPki – pozostawiają słuchaczowi za szerokie pole manewru. Wyobraźnia z łatwością korzysta z licznych przesmyków, by – w zastępstwie muzyków – domyślać alternatywne wersje lub dokończenia kompozycji. Ta anarchizująca swoboda sugeruje, że Innercity zmarnowali niejedną okazję do zagęszczenia swoich jamów do stopnia uniemożliwiającego odbiorczą buńczuczność, z której korzysta się z zażenowaniem chuligana, psocącego, aby wyrazić potrzebę wzięcia w ryzy. Zabrakło wyjęcia tych czterech utworów spod praw obowiązujących harmonijne kinematograficzne granie, które nadawałoby się na ścieżkę dźwiękową niemego filmu lub na mieszczańskie psychodeliki wygrywane na dachu gdańskiej Plamy, lecz które niekoniecznie spełnia intuicyjnie odbierane dążenie projektu: uskutecznienie albumu kipiącego niczym ostatnie płyty Plum, The Kurws czy też Twilight Singers, z którymi IE prawdopodobnie mocno sympatyzują.
Wraz z drobnymi dolegliwościami pojawia się także świadomość dwóch istotnych pozamuzycznych aspektów EPki. Ensemble można czytać jako solidną próbę przekroczenia stereotypu wiszącego nad mikroskopijną, hermetyczną sceną orbitującą wokół bydgoskiego klubu. Po drugie jest też zaproszeniem do śledzenia dalszych losów ekscentrycznego labela Milieu L'Acéphale, osadzonego między innymi w lekturze pism Bataille'a i kojarzącego się z efemerycznymi rodzimymi mikrooficynami sprzed dekady. Te i jeszcze inne elementy, mniej podatne wyłuszczaniu, sprawiają, że „wstępność” EPki zaczyna nabierać sensu – to faktycznie rozbieg, przedmowa do bardziej skompresowanego dzieła, które będzie można przesłuchać już jesienią.
wtorek, 19 lipca 2011
Szelest Spadających Papierków - Rascheln Fallender Papiere
Szelest Spadających PapierkówRascheln Fallender Papiere
2011, Nasiono
5.4
Nie będę udawał, że Szelest jest w moim mniemaniu zespołem legendarnym. Kiedy Totart przeżywał swoje apogeum, mógł promieniować raczej tylko na gusta starszych odbiorców muzyki. Mimo wszystko jednak, jeśli istnieją zakurzone krajowe płyty zasługujące na rehabilitację, to nie należą wyłącznie do umownych kręgów popowych. Debiutancka Płyta redłowska wyprzedzała swoją epokę (1999), proponując niezbyt wyrobionemu jeszcze polskiemu słuchaczowi psychodelię o temperaturze jungle i dynamizmie klasycznego noise'u. Zupełnie przy okazji, ale z niemałym przecież sensem, można by rozpatrywać jeszcze i ilustracyjne wartości płyty– podszewką tematyczną bezpośrednio wskazywaną przez tytuł jest przecież jedna z gdyńskich lokacji.
Rascheln Fallender Papiere nie jest materiałem pionierskim, właściwie ani twórcy, ani wydawcy nie postawili przed płytą żadnych zadań. To po prostu zapis kilku jamów odegranych w zeszłym roku na festiwalach OFF i Moving Closer przez Szelest okrojony do dwóch osób – Szymona Albrzykowskiego i Sławka Żamojdy. Dynamicznie zmieniających się, barokowych struktur zaprezentowanych na Płycie prawdopodobnie nie okiełznałaby formacja tak skromna jak duet wspierany wysiłkami dwóch gości, tak więc w swoim nowym wcieleniu zespół skupia się na spokojnych, balladowych kolażach nagrań terenowych, syntezatorowych plam i raptownych wyładowań mechanistycznego, kineskopowego noise'u. Ambientowe fragmenty przypominają twórczość Brasil & The Gallowbrothers Band (choć sola tak organicznego, żywego instrumentu, jak kontrabas brzmią w wykonaniu Szelestu nie jazzowo, post-rockowo, czy w ogóle - gatunkowo, lecz obrazoburczo, jak kpina z własnej, wcale nie tak prymitywistycznej, przeszłości, kiedy to w składzie zespołu był np. saksofon), a kilka rozsianych po płycie zlepów i ciągów rytmicznych (między innymi pierdzonka wygrane na Gameboyu) zdradza zainteresowania psych-krautowymi niszami zaludnianymi przez kasety projektów pokroju Wet Hair.
Szelest Spadających Papierków to obecnie nazwa niekoniecznie żartobliwa, a raczej oddająca stan rzeczy: natężenie, emocjonalny ładunek tej twórczości, są niewielkie, usypiające i już wcale nie tak awangardowe, jak kiedy o hermetyczność przekazu dbały dziwaczne poematy Konnja, rozbijające muzyczne aranżacje, wyłonione w czasach, w których Polakom o fraktalach nawet się nie śniło, na sieć dziwnych i niepowiązanych ze sobą fraktali. Mimo początkowego zniechęcenia warto jednak trochę pogrzebać, choćby w poszukiwaniu ciekawych kontekstów okołomuzycznych. Na przykład irytująco ostentacyjne lekceważenie zwięzłości i zwyczajnej sensowności formy usprawiedliwiać może tytuł jednego z utworów – "Tetrapharmakos"; czyli czwórcjan leczniczy zaproponowany przez Epikura (negacja zwierzchnictwa bogów, namowa do obniżenia oczekiwań wobec życiowego szczęścia, podważenie znaczenia cierpień w roli elementu kształtującego charakter i, w końcu, rada, by nie przejmować się za życia śmiercią). Nonszalanckie uzależnienie jakości (a zapewne i w ogóle obecności) seksu od prochów w tytule przedostatniej kompozycji sugeruje, że Szelest, jako ruchliwy, amorficzny projekt, nie stracił na radykalności. Redukcja indeksów do pojedynczych liter alfabetu, nawet powtarzających się w obrębie tracklisty, wskazuje na inspirację enigmatycznymi ścieżkami artystów w rodzaju Autechre czy Xenakisa. Tego typu tropy przekazują, że nie mamy już do czynienia z kolektywem czy nawet zespołem, lecz ciasnym splotem pasji dwóch twórczych jednostek.
Zapewne, Nasiono jest obecnie oficyną, w której tego typu artyzm - muzyka anarracyjna, demonstrująca brak zainteresowania jakimkolwiek przekazem czy semantyką dźwięku - może się na polskim gruncie zaadaptować możliwie najlepiej. Premiera Rascheln uprzytamnia, że śmierć lub hibernacja labeli takich jak Obuh (nowy Szelest, pomimo stylistycznego rozziewu, można by przecież postawić na półce choćby obok Pieśni żałobnych projektu Miasto nie spało...) czy Dead Sailor (…lub Handmade Water Columbus Duo) jest zwyczajnie dziwna – na świecie to przecież właśnie tego typu wydawnictwa cieszą się od kilku lat wciąż rosnącą estymą. Niszowość przydaje pożądanej przez współczesnego słuchacza nierealności, postawienie na nagranie koncertowe – efemeryczności i pewnej kontrowersji. Ciężar hermetycznej legendy, który być może trudno byłoby znieść młodemu odbiorcy, jest skutecznie niwelowany – to awangarda sprytnie zakamuflowana jako jedna z paczuszek ściąganych masowo z mediafire, rzecz trudna, obwarowana absurdem i nieprzystępnością, gotowa do owocnego scrobblowania. Rascheln nie jest płytą, do której można by z przyjemnością wracać, to raczej dziwny wykwit, przypominająca Księżyc kurzajka na nosie krajowej fonografii.
Rascheln Fallender Papiere nie jest materiałem pionierskim, właściwie ani twórcy, ani wydawcy nie postawili przed płytą żadnych zadań. To po prostu zapis kilku jamów odegranych w zeszłym roku na festiwalach OFF i Moving Closer przez Szelest okrojony do dwóch osób – Szymona Albrzykowskiego i Sławka Żamojdy. Dynamicznie zmieniających się, barokowych struktur zaprezentowanych na Płycie prawdopodobnie nie okiełznałaby formacja tak skromna jak duet wspierany wysiłkami dwóch gości, tak więc w swoim nowym wcieleniu zespół skupia się na spokojnych, balladowych kolażach nagrań terenowych, syntezatorowych plam i raptownych wyładowań mechanistycznego, kineskopowego noise'u. Ambientowe fragmenty przypominają twórczość Brasil & The Gallowbrothers Band (choć sola tak organicznego, żywego instrumentu, jak kontrabas brzmią w wykonaniu Szelestu nie jazzowo, post-rockowo, czy w ogóle - gatunkowo, lecz obrazoburczo, jak kpina z własnej, wcale nie tak prymitywistycznej, przeszłości, kiedy to w składzie zespołu był np. saksofon), a kilka rozsianych po płycie zlepów i ciągów rytmicznych (między innymi pierdzonka wygrane na Gameboyu) zdradza zainteresowania psych-krautowymi niszami zaludnianymi przez kasety projektów pokroju Wet Hair.
Szelest Spadających Papierków to obecnie nazwa niekoniecznie żartobliwa, a raczej oddająca stan rzeczy: natężenie, emocjonalny ładunek tej twórczości, są niewielkie, usypiające i już wcale nie tak awangardowe, jak kiedy o hermetyczność przekazu dbały dziwaczne poematy Konnja, rozbijające muzyczne aranżacje, wyłonione w czasach, w których Polakom o fraktalach nawet się nie śniło, na sieć dziwnych i niepowiązanych ze sobą fraktali. Mimo początkowego zniechęcenia warto jednak trochę pogrzebać, choćby w poszukiwaniu ciekawych kontekstów okołomuzycznych. Na przykład irytująco ostentacyjne lekceważenie zwięzłości i zwyczajnej sensowności formy usprawiedliwiać może tytuł jednego z utworów – "Tetrapharmakos"; czyli czwórcjan leczniczy zaproponowany przez Epikura (negacja zwierzchnictwa bogów, namowa do obniżenia oczekiwań wobec życiowego szczęścia, podważenie znaczenia cierpień w roli elementu kształtującego charakter i, w końcu, rada, by nie przejmować się za życia śmiercią). Nonszalanckie uzależnienie jakości (a zapewne i w ogóle obecności) seksu od prochów w tytule przedostatniej kompozycji sugeruje, że Szelest, jako ruchliwy, amorficzny projekt, nie stracił na radykalności. Redukcja indeksów do pojedynczych liter alfabetu, nawet powtarzających się w obrębie tracklisty, wskazuje na inspirację enigmatycznymi ścieżkami artystów w rodzaju Autechre czy Xenakisa. Tego typu tropy przekazują, że nie mamy już do czynienia z kolektywem czy nawet zespołem, lecz ciasnym splotem pasji dwóch twórczych jednostek.
Zapewne, Nasiono jest obecnie oficyną, w której tego typu artyzm - muzyka anarracyjna, demonstrująca brak zainteresowania jakimkolwiek przekazem czy semantyką dźwięku - może się na polskim gruncie zaadaptować możliwie najlepiej. Premiera Rascheln uprzytamnia, że śmierć lub hibernacja labeli takich jak Obuh (nowy Szelest, pomimo stylistycznego rozziewu, można by przecież postawić na półce choćby obok Pieśni żałobnych projektu Miasto nie spało...) czy Dead Sailor (…lub Handmade Water Columbus Duo) jest zwyczajnie dziwna – na świecie to przecież właśnie tego typu wydawnictwa cieszą się od kilku lat wciąż rosnącą estymą. Niszowość przydaje pożądanej przez współczesnego słuchacza nierealności, postawienie na nagranie koncertowe – efemeryczności i pewnej kontrowersji. Ciężar hermetycznej legendy, który być może trudno byłoby znieść młodemu odbiorcy, jest skutecznie niwelowany – to awangarda sprytnie zakamuflowana jako jedna z paczuszek ściąganych masowo z mediafire, rzecz trudna, obwarowana absurdem i nieprzystępnością, gotowa do owocnego scrobblowania. Rascheln nie jest płytą, do której można by z przyjemnością wracać, to raczej dziwny wykwit, przypominająca Księżyc kurzajka na nosie krajowej fonografii.
czwartek, 9 czerwca 2011
Same Road - Sensem przekaźnika jest przekaz
Sensem przekaźnika jest przekaz
2011, self-released
6.9
Być może to kwestia podejścia, nawet nie czegoś tak poważnego jak metodologii, ale częstokroć okazuje się, że na trafności recenzji zaważa nie strukturalistyczna analiza, lecz obrazy, które jest w stanie wyszukać autor. Najczęstszym wyjściem z wizyjnych trudności jest stwierdzenie, że muzyka jest asemantyczna, nie ewokuje żadnych znaczeń. Tymczasem wydaje się, że ta niesłychanie rozpowszechniona teza jest nie tyle stwierdzeniem obiektywnego stanu rzeczy, ile pewnego rodzaju reakcją obronną: próbą odcięcia się od, z jednej strony, interpretacji zbyt mglistych i impresyjnych, z drugiej zaś, od odczytań trywialnie jednoznacznych. Przejście do defensywy zubożyłoby polskojęzyczną recenzję nowej płyty Same Road o słówko, którym dysponują anglojęzyczni komentatorzy. Slow-burner to określenie na wolno rozwijające się, transowe psychodelie. Opuśćmy się na samo dno tego wyrazu po obrazy, które ufundowały jego semantykę.
Szukamy przedmiotów, które wolno płoną. Nie spalają się, lecz są pochłaniane przez ogień. Perforowane karty, bilety, folie – ogień nie pożera ich natychmiast. Przez chwilę dławi się próbując je skurczyć, doprowadzić do implozji; podwija ich brzegi ku centrum, upodabniając do pająków w pozycji obronnej. Żarzą się długo, dymiąc. To, czego poszukujemy to żywotność jaszczurek wygrzewających się na nasłonecznionej skarpie; niby martwe, gdy spłoszone wizgają z prędkością przekraczającą możliwości niewprawnego oka. Ich sucha, zrogowaciała skóra ukrywa czerń zimnokrwistej, zakrzepłej witalności. Szukamy też śmierci, w której ukryta jest sprawiedliwość natury. Kiedyś wyciągnęliśmy psu opitego kleszcza, położyliśmy go na chusteczce, polaliśmy gazem do zapalniczek i podpalili. Niebieski, irrealny płomień pochłaniał go długo, aż spopielił się zachowując swój kształt. Odnóża, głowotułów, odwłok – wydrążone przez żar i sczerniałe, jak czaszka na pobojowisku bitwy toczonej z użyciem destrukcyjnej magii lub okręt ogarnięty ogniem świętego Elma.
Same Road zaznaczają na swoim blogu: This is how we really sound i faktycznie - Sensem przekaźnika rozpoczyna nowy etap w karierze zespołu. Osiem nowych jamów niezbyt już pasuje do estetyki minimal noise, w której, jak sami twierdzą, poruszali się od początku. Dopiero na tym etapie ich muzyka odrzuciła człon studenckości, już i tak ledwo wyczuwalnej, ale jednak stanowiącej istotny element wspomnienia z dawnych odsłuchów. Brzmienie jest pozornie zbliżone do Ewy Braun, na co wskazują dodatkowo surrealistyczne tytuły kawałków ("Nie Szatan zdobi człowieka", "Dusiciel fortepianów" i inne). Tak naprawdę jednak większą rolę zdają się grać zagraniczne inspiracje – zagęszczone, duszne, barowe granie, które zwykle pomijała Ewa, preferując otwarte przestrzenie. Przykładowo w nonszalanckim "Wszystkie rude będą wisieć" słychać wyraźne echa Slint, szczególnie narracyjnego "Good Morning, Captain". Szkoda, że fascynacja Spiderland okazuje się tak ostrożna - przydałaby się jeszcze mała śmierć rodem z "Breadcrumb Trail", szczególnie że trzy ostatnie tracki odkręcają wentyl i znużenie ciężarem gatunkowym korzennej psychodeli ulatnia się w dość niespodziewaną stronę.
Dałbym głowę, że w "Nie ma ludzi bez VAT" zastosowano akordy spożytkowane przez Andy podczas wyjątkowego wykonania "Złotych Rybek" w sopockiej Wersalce latem zeszłego roku. Schyłek wakacji, drinki w małym klubie, dość przypadkowy występ dziewczyn i bardzo dziwny skład sali: tata, mama i kilka eleganckich podlotków siedzący w rządku na krzesłach, trzy atrakcyjne trzydziestolatki wykonujące wolne zawody, widocznie wypuszczone na żer, Gulda, kilku słuchaczy niezależnej muzyki naśmiewający się z koncertu. Dziwne napięcie... Powolne spalanie, wrażenie, że świat starzeje się, a słońce, czerwieńsze niż maki, jest coraz bliżej (nieperforowanej) Ziemi, zostają wyparte przez wesołość roztargnioną tęsknotą. "Burza przed ciszą" i "Plaża" to już właściwie tylko odrapane nazwy rozsypujących się domów wczasowych lub postępująca z roku na rok erozja kredowej odkrywki na tczewskim poligonie. Szczególnie ostatni utwór, rozpierzchając się w ambient, przypomina, że głębinowa, ziemista witalność lata uwypukla się najwyraźniej w paradoksie: nieustępliwości rozpalonej słońcem ruiny.
Pomimo okładki na odwal i niewielkich mielizn w centrum albumu, Sensem przekaźnika wygląda na jedną z lepszych wakacyjnych płyt tego roku. Nagrane głuchą zimą, jamy emanują zaraźliwą tęsknotą za schyłkiem, drżą przed początkiem roku, nawet po zakończeniu edukacji jakoś ciągle szkolnego.
Szukamy przedmiotów, które wolno płoną. Nie spalają się, lecz są pochłaniane przez ogień. Perforowane karty, bilety, folie – ogień nie pożera ich natychmiast. Przez chwilę dławi się próbując je skurczyć, doprowadzić do implozji; podwija ich brzegi ku centrum, upodabniając do pająków w pozycji obronnej. Żarzą się długo, dymiąc. To, czego poszukujemy to żywotność jaszczurek wygrzewających się na nasłonecznionej skarpie; niby martwe, gdy spłoszone wizgają z prędkością przekraczającą możliwości niewprawnego oka. Ich sucha, zrogowaciała skóra ukrywa czerń zimnokrwistej, zakrzepłej witalności. Szukamy też śmierci, w której ukryta jest sprawiedliwość natury. Kiedyś wyciągnęliśmy psu opitego kleszcza, położyliśmy go na chusteczce, polaliśmy gazem do zapalniczek i podpalili. Niebieski, irrealny płomień pochłaniał go długo, aż spopielił się zachowując swój kształt. Odnóża, głowotułów, odwłok – wydrążone przez żar i sczerniałe, jak czaszka na pobojowisku bitwy toczonej z użyciem destrukcyjnej magii lub okręt ogarnięty ogniem świętego Elma.
Same Road zaznaczają na swoim blogu: This is how we really sound i faktycznie - Sensem przekaźnika rozpoczyna nowy etap w karierze zespołu. Osiem nowych jamów niezbyt już pasuje do estetyki minimal noise, w której, jak sami twierdzą, poruszali się od początku. Dopiero na tym etapie ich muzyka odrzuciła człon studenckości, już i tak ledwo wyczuwalnej, ale jednak stanowiącej istotny element wspomnienia z dawnych odsłuchów. Brzmienie jest pozornie zbliżone do Ewy Braun, na co wskazują dodatkowo surrealistyczne tytuły kawałków ("Nie Szatan zdobi człowieka", "Dusiciel fortepianów" i inne). Tak naprawdę jednak większą rolę zdają się grać zagraniczne inspiracje – zagęszczone, duszne, barowe granie, które zwykle pomijała Ewa, preferując otwarte przestrzenie. Przykładowo w nonszalanckim "Wszystkie rude będą wisieć" słychać wyraźne echa Slint, szczególnie narracyjnego "Good Morning, Captain". Szkoda, że fascynacja Spiderland okazuje się tak ostrożna - przydałaby się jeszcze mała śmierć rodem z "Breadcrumb Trail", szczególnie że trzy ostatnie tracki odkręcają wentyl i znużenie ciężarem gatunkowym korzennej psychodeli ulatnia się w dość niespodziewaną stronę.
Dałbym głowę, że w "Nie ma ludzi bez VAT" zastosowano akordy spożytkowane przez Andy podczas wyjątkowego wykonania "Złotych Rybek" w sopockiej Wersalce latem zeszłego roku. Schyłek wakacji, drinki w małym klubie, dość przypadkowy występ dziewczyn i bardzo dziwny skład sali: tata, mama i kilka eleganckich podlotków siedzący w rządku na krzesłach, trzy atrakcyjne trzydziestolatki wykonujące wolne zawody, widocznie wypuszczone na żer, Gulda, kilku słuchaczy niezależnej muzyki naśmiewający się z koncertu. Dziwne napięcie... Powolne spalanie, wrażenie, że świat starzeje się, a słońce, czerwieńsze niż maki, jest coraz bliżej (nieperforowanej) Ziemi, zostają wyparte przez wesołość roztargnioną tęsknotą. "Burza przed ciszą" i "Plaża" to już właściwie tylko odrapane nazwy rozsypujących się domów wczasowych lub postępująca z roku na rok erozja kredowej odkrywki na tczewskim poligonie. Szczególnie ostatni utwór, rozpierzchając się w ambient, przypomina, że głębinowa, ziemista witalność lata uwypukla się najwyraźniej w paradoksie: nieustępliwości rozpalonej słońcem ruiny.
Pomimo okładki na odwal i niewielkich mielizn w centrum albumu, Sensem przekaźnika wygląda na jedną z lepszych wakacyjnych płyt tego roku. Nagrane głuchą zimą, jamy emanują zaraźliwą tęsknotą za schyłkiem, drżą przed początkiem roku, nawet po zakończeniu edukacji jakoś ciągle szkolnego.
sobota, 14 sierpnia 2010
Locrian - Rhetoric of Surfaces + Territories
LocrianRhetoric of Surfaces
2008, BloodLust!
3.1
Na najstarszej z dotychczas odnalezionych przeze mnie ich płyt, Lokrianie baraszkują jeszcze w betach. Poza inspiracjami oczywistymi dla chłopaków odżegnujących się od klasyków metalu, Rhetoric jest jak wyrwana z kontekstu połówka frazy Leśmianowskiego Topielca: zniszczota wonnych niedowcieleń. Jak średniówka wiersz na pół, tak płytę na dwie równe części dzieli pożądanie kontrastu. W lewym kanale (serio) tłoczą się te wonne niedowcielenia: zmysłowe wołanki, pogłosy, zaśpiewy. Echa ich spotykają się na równiku odsłuchu ze zniszczeniem i brzeszczotami rozlokowanymi w kanale prawym (aż tak proste). Sczepiają się więc (!) dwie antytetyczne siły: ulotna pagan folkowa celebra życiodajnych sił natury i zmechanizowane riffy, rozciągane w czasie jak pociągi, których anormalną długość konstatuje się znudzonym zdziwieniem, potakując-ziewając nad monotonnym patosem płaskich, czarno-białych noisescape'ów. Owszem, potrwa to dłużej niż znalezienie Rhetoric na mediafire, ale warto raczej porozdzielać sobie mgiełki Mallarmégo między kolejne rozdziały Stu dwudziestu dni sodomy, aby osiągnąć identyczny efekt w wersji wartej zapamiętania i przy okazji mniej natarczywej.
Locrian
Territories
2010, Small Doses
5.4
Tę rozgrzewkę przed zaplanowanym na listopad jako wilczy dół na Natural Snow Buildings dwupłytowym Crystal World uznaję za niezobowiązujący szkic. Wszystko wydaje się zbyt oczywiste, aby mogło być inaczej: harmonijne, wygrywane na organach drone-ambienty kondensują się w epickie spacerockowe przestrzenie i nawet odczuwalne stygmaty lo-fi nie obniżają osiąganego przez to granie diapazonu, wyłącznie fasadowego zresztą. Dodatkowo autorski charakter projektu psują goście, zaproszeni chyba do przetestowania poziomu hermetyczności wizji. Zgodnie z oczekiwaniami odbijają się od pola siłowego i popieleją, na czym korzystać może ego rdzennych muzyków, lecz nie należna nam przyjemność, bo okopcone truchła członków Nachtmystium i Yakuzy zasmradzają powidok. To z ich winy w samym centrum płyty (Procession of Ancestral Brutalism) znalazła się podła gitara rodem z Caspian, Noma Falty lub Yndi Haldy, niwecząca pieczołowicie kolekcjonowane pikselki wizji umorusanych podbrzuszy przejrzałych chmur gotujących się do rzęsistego skropienia świata przedstawionego wysokooktanówką.
Tłuste plamy archaicznego petroleum, wilgotna rdza, lepkie kanistry wyczarowują mimo wszystko brud jędrnej, ociekającej czarną ropą industrialnej post-apokalipsy, dźwiękowo odzwierciedlanej przez dyskretny sludge, synonim teksańskiego oleju. Ciekawe odczytanie zaproponowano tutaj: roztoczoną na Territories wizję nieodstępnego syfu porównał autor z kompulsywnie ścieranymi przez Lady Makbet plamami wyimaginowanej krwi. Efektowne zestawienie, pociągające tak, jak i jak inne obecne tu odnogi intertekstualne (Borgesowski tytuł openera, tytuł trzeciego kawałka streszcza być może neo-barbarzyńskie ustępy Drogi McCarthy'ego, a ostatniego obowiązkowe rekwizyty holywoodzkiego katastrofizmu). Szkoda, że ciekawe linki wyprzedzają stronę dźwiękową i rozmyte gdzieś za horyzontem zdarzeń, tracą zdolność odwrócenia jej uwagi od szturchanie kijem napotkanych podczas wędrówki po rozsypanej w gruzy autostradzie rozkładających się ciał wyczerpanych genres. O wiele bliżej tej pozycji do Rhetoric niż bezpośrednio poprzedzającego Drenched Lands: są terytoria, brak terroru, a w kwestiach obrazowania nawrót apatii po eksploracji dynamicznej akcji równa się zwykle niepokojącemu regresowi. Crystal World pokaże (ten z kolei tytuł zaczerpnęli z jednego z opowiadań J. G. Ballarda umieszczonych w zbiorze Ogród czasu, wzmagając jeszcze napięcie).
2008, BloodLust!
3.1
Na najstarszej z dotychczas odnalezionych przeze mnie ich płyt, Lokrianie baraszkują jeszcze w betach. Poza inspiracjami oczywistymi dla chłopaków odżegnujących się od klasyków metalu, Rhetoric jest jak wyrwana z kontekstu połówka frazy Leśmianowskiego Topielca: zniszczota wonnych niedowcieleń. Jak średniówka wiersz na pół, tak płytę na dwie równe części dzieli pożądanie kontrastu. W lewym kanale (serio) tłoczą się te wonne niedowcielenia: zmysłowe wołanki, pogłosy, zaśpiewy. Echa ich spotykają się na równiku odsłuchu ze zniszczeniem i brzeszczotami rozlokowanymi w kanale prawym (aż tak proste). Sczepiają się więc (!) dwie antytetyczne siły: ulotna pagan folkowa celebra życiodajnych sił natury i zmechanizowane riffy, rozciągane w czasie jak pociągi, których anormalną długość konstatuje się znudzonym zdziwieniem, potakując-ziewając nad monotonnym patosem płaskich, czarno-białych noisescape'ów. Owszem, potrwa to dłużej niż znalezienie Rhetoric na mediafire, ale warto raczej porozdzielać sobie mgiełki Mallarmégo między kolejne rozdziały Stu dwudziestu dni sodomy, aby osiągnąć identyczny efekt w wersji wartej zapamiętania i przy okazji mniej natarczywej.
LocrianTerritories
2010, Small Doses
5.4
Tę rozgrzewkę przed zaplanowanym na listopad jako wilczy dół na Natural Snow Buildings dwupłytowym Crystal World uznaję za niezobowiązujący szkic. Wszystko wydaje się zbyt oczywiste, aby mogło być inaczej: harmonijne, wygrywane na organach drone-ambienty kondensują się w epickie spacerockowe przestrzenie i nawet odczuwalne stygmaty lo-fi nie obniżają osiąganego przez to granie diapazonu, wyłącznie fasadowego zresztą. Dodatkowo autorski charakter projektu psują goście, zaproszeni chyba do przetestowania poziomu hermetyczności wizji. Zgodnie z oczekiwaniami odbijają się od pola siłowego i popieleją, na czym korzystać może ego rdzennych muzyków, lecz nie należna nam przyjemność, bo okopcone truchła członków Nachtmystium i Yakuzy zasmradzają powidok. To z ich winy w samym centrum płyty (Procession of Ancestral Brutalism) znalazła się podła gitara rodem z Caspian, Noma Falty lub Yndi Haldy, niwecząca pieczołowicie kolekcjonowane pikselki wizji umorusanych podbrzuszy przejrzałych chmur gotujących się do rzęsistego skropienia świata przedstawionego wysokooktanówką.
Tłuste plamy archaicznego petroleum, wilgotna rdza, lepkie kanistry wyczarowują mimo wszystko brud jędrnej, ociekającej czarną ropą industrialnej post-apokalipsy, dźwiękowo odzwierciedlanej przez dyskretny sludge, synonim teksańskiego oleju. Ciekawe odczytanie zaproponowano tutaj: roztoczoną na Territories wizję nieodstępnego syfu porównał autor z kompulsywnie ścieranymi przez Lady Makbet plamami wyimaginowanej krwi. Efektowne zestawienie, pociągające tak, jak i jak inne obecne tu odnogi intertekstualne (Borgesowski tytuł openera, tytuł trzeciego kawałka streszcza być może neo-barbarzyńskie ustępy Drogi McCarthy'ego, a ostatniego obowiązkowe rekwizyty holywoodzkiego katastrofizmu). Szkoda, że ciekawe linki wyprzedzają stronę dźwiękową i rozmyte gdzieś za horyzontem zdarzeń, tracą zdolność odwrócenia jej uwagi od szturchanie kijem napotkanych podczas wędrówki po rozsypanej w gruzy autostradzie rozkładających się ciał wyczerpanych genres. O wiele bliżej tej pozycji do Rhetoric niż bezpośrednio poprzedzającego Drenched Lands: są terytoria, brak terroru, a w kwestiach obrazowania nawrót apatii po eksploracji dynamicznej akcji równa się zwykle niepokojącemu regresowi. Crystal World pokaże (ten z kolei tytuł zaczerpnęli z jednego z opowiadań J. G. Ballarda umieszczonych w zbiorze Ogród czasu, wzmagając jeszcze napięcie).
środa, 28 lipca 2010
Arabian Horses + Asian Women On the Telephone - Split
Arabian Horses + Asian Women On the TelephoneSplit
2010, Full of Nothing
6.4
Na samym dole drugiej odsłony Screenagersowego Out of Print znaleźć można o tysiąc i jedno słowo za mało nt. albumu Gilgamesh Lives Bong. Niestety, o splicie Arabian Horses i Asian Women On the Telephone również nie ma się ochoty pisać dużo. W niszę trzeba się wsunąć, głębsza analiza zamienia ją w zbyt rzęsiście, jak na standardy głęboko zalegającego cienia, oświetlony wykusz. Bong nagrali płytę odzwierciedlającą czasy tytułowego bohatera, jednostki wyłuskanej z orientalnego przepychu królestwa dynamicznie rozwijającego się w objęciach Eufratu i Tygrysu. Kasetowa kolaborka dwóch projektów zza wschodniej granicy kreśli scenerię przeciwstawną: ubogich, monotonnych płaszczyzn syberyjskiej tundry tającej pod wpływem nadciągającej wiosny. Zagubieni pod przytłaczająco ogromnym tunguskim niebem, ludzie pędzą witkami wychudłe bydło, brodzą w błocie, nawlekają na haczyki wijące się, czerstwe robaki, całkiem podobne do własnych schorowanych dzieci. W prześwietlonym ponurym światłem lesie znachor skrobie z drzew korę na leczniczy proszek mający uśmierzyć bóle kobiety rodzącej w rozsypującej się nieopodal przemarzłej lepiance. W punkcie szczytowej intensywności, snute w tej krainie fantazje osiągają pułap chleba powszedniego żebraka wegetującego w uniwersum Gilgamesza. Kiedy mezopotamski heros sięga po wieczną młodość, na mroźnych zauralskich pustyniach ludzie zdychają samotnie pod obumarłą sosną.
Pomimo wałkowania obskurnych, primordialnych skojarzeń, rosyjski drone-noise ze swoją charakterystycznie powolną, skupioną perką, jest zadziwiająco delikatny. W jednym z początkowych fragmentów wlokąca się ścieżka gitary napotyka wykluwający się z brei jękliwy wokal i opiekuńczo otacza go, wytwarza sprzężenia, aby osłonić narodziny noworodka. Ten niemal natychmiast się dusi, ale ów chwilowy gest troski o prywatność sonicznej jętki jednodniówki wykonywany jest przez niewiele mocniejsze, równie instynktownie działające stworzenie: nie stać go na wiele więcej niż słabiutkie, jakby chiptune'owe, zniekształcenia, niezdarne zmyłki, tak że widzimy wszystko i wyrzuty sumienia zrodzone z podłości wojeryzmu wyraźnie podnoszą obrzydzenie na widok rozdartego łożyska do rangi współczucia i skupionego pochylenia nad okrucieństwem tego świata. Skuteczność tej zasłony dymnej kojarzyć można np. z Gemini Syringes (z: Embryonic) Flaming Lips, gdzie regularnie powracające, wyrwane z kontekstu cyknięcia odciągały wzrok od stale toczącej się faktycznej akcji, wprawiając w dziecinną, zachwyconą irytację ustawicznego przegapiania detali. Drobne wydarzenia decydują o urodzie tego splitu, dyskretnie hipnotyzującego po stronie Arabian Horses i przerażającego, gdy dochodzą do głosu Asian Women On the Telephone, grając tak jak zapewne postąpiłby w zatłoczonym mieście golem - tocząc ślamazarną, nieczułą masakrę. Za punkt honoru stawia się w tej drugiej części mnożenie ą i ę, aby wytworzyć iluzję kontaktu z awangardą, ale ostatecznie naturalizmu całości nie da się strząsnąć.
Wydana w 65 egzemplarzach kaseta spokojnie podkreśla naczelną zasadę rządzącą odbiorem takiej muzyki: skipujesz = psujesz. Tylko skoncentrowany odbiór całości, uparte przezwyciężanie dzieła, pozwala uzyskać pojęcie o proporcjach poszczególnych elementów i na ułamek sekundy przychwycić całościowy obraz. Nużąca, lecz co chwila zawracająca głowę ledwie uchwytnymi fenomenami, psychogeograficzna pocztówka z Rosji.
środa, 16 czerwca 2010
Dead Letters Spell Out Dead Words - No Words
Dead Letters Spell Out Dead WordsNo Words
2010, Land of Decay
8.3
Podobno pamięta się tylko wycelowaną w siebie broń i ból, a huk wystrzału, rozlegający się pomiędzy, zostaje wykreślony. Po pierwszym przesłuchaniu tytułowego utworu z No Words (A1) utkwiła mi w głowie oczyszczająca pole repetycja, przebita po chwili matową linią basu, jakby ze spowolnionego remiksu If Your Girl Forest Swords. Potem, już w szóstej minucie, sztorm. Co było pomiędzy? Jak doszło do tego co się dzieje? Niepostrzeżenie to, co aktualne, zaciera się pod wpływem falami napływających wydarzeń przeszłych, których, jak się okazuje, tylko w teorii doznaje się jeden jedyny raz i odrzuca. Mózg gubi się, bo co niby ma wybrać: wspomnienia, na bieżąco reinterpretowane, pospieszną selekcję high-lightów (które już za chwilę, pod wpływem tego, co jeszcze czeka na spełnienie, zamienią się we wspomnienia do bieżącej reinterpretacji) czy odprężenie i bezmyślne doznawanie całościowego piękna?
Senne znużenie. zamazujące rzeczywistość, miesza się z wewnętrznym ożywieniem. Oślepia nagle krwawopomarańczowy blask słońca, które odsłaniają tuż nad horyzontem rozpierzchłe chmury, kładąc wzdłuż jeziora złoty chodnik, pocętkowany ciemnymi smugami marszczącej się powierzchni wody. Wieczór, w przeciwieństwie do dnia pokrywającego naturę jednym tonem światła, rozgranicza kolory, wyodrębniając i uwypuklając każdy: granatowy masyw na północy, różową biel zaśnieżonych szczytów alpejskich i wszystkie możliwe barwy na niebie i wodzie. Kolory światła poukładane są obok siebie niby w prospekcie fabryki farb. Cała ta kula czarnoksięska, usprawiedliwiona mocą stanów przejściowych, znów zaczyna umykać rzeczywistości. Zawieszona wysoko, wysoko nad poziomem morza, zawiera w sobie treść wszelkich krajobrazów ziemskich, naturalnych i sztucznych, ale idąc jakby poza ziemię, w innym wymiarze tworzy krainę baśni, w której wszystko może się wydarzyć. Chciałoby się za wszelką cenę zebrać i uporządkować myśli, ale to nie jest możliwe. Ściśnięte do granic mżliwości, a potem rozprężone nagle, wylatują z głowy, zabierając ze sobą pamięć i świadomość zdarzeń. (Dygat S., Jezioro bodeńskie)W moszczu kasetowego szumu ewokacje burzliwego lata pączkują doznaniami zupełnie innymi niż te płynące z katalogu chill-wave'owców czy Sincerely Yours. Mroczne, nocne lub może tylko ocienione nabrzmiałymi chmurami pejzaże nie przeszkadzają zabawie czy szczęściu, podszywając je jednak budującym zaciekawienie widza dreszczem niepokoju. Elektryfikacja: od dotyku własnej skóry, kamienia, spalonej słońcem trawy, chwilowo czernionej sunącymi po niebie zamkami, może przeskoczyć błękitna iskra lub piorun kulisty opuści ozdobne spirale znalezionej pod wodą, od lat opuszczonej zdawałoby się, ślimaczej muszelki i w zetknięciu z tlenem rozładuje całą magazynową w toni moc, by wypalić wzrok dziecku, którym zwykłaś być. Już pamiętam, co stało się pomiędzy dwoma częściami pierwszego kawałka (A1): czwarta minuta rozpoczęła się w lewym kanale od iskry oczyszczającej pole słyszenia z miękko zaścielających je gitarek.
Druga część tego samego kawałka (A2), choć stwierdzam to z żalem, w pył bez litości wyniszcza około 1/3 twórczości Eluvium, dotkliwie uszkadza mroczny filar sanktuarium jakie ku pamięci przyjaciela wzniósł niedawno Vini Reilly (A Pean to Wilson) i z pewnością siebie, którą dać może tylko przez bite 15 minut wzmagana rozkosz (inicjalny, ledwo wyczuwalnie orientalny loop jest, istotnie, przyczynkiem nieomalże seksualnej przyjemności), w szesnastej z ostentacyjną kokieterią sygnalizuje możliwość resuscytacji suity poprzez wypuszczenie kilku odosobnionych uderzeń bitu. Dosłownie parę niewyraźnych pulsów tętna, które szybko znikają ograniczone do roli niespełnionej obietnicy kolejnego kwadransa. Dlaczego ten krótki łańcuszek bitu jawił się być tak znikomym? Bo wcześniej całe długie minuty przemierzaliśmy monstrualne, z trzewi prastarego kontynentu wypchnięte, góry tykające szczytami wijącego się w barwnych spazmach nieba. Być może więc ów kwadrans był imaginacyjnym suwenirem z przełęczy Atlasu, ale tu i ówdzie napotykane połamane kolumny i skruszone portyki (potężne, echolokacyjne podwodne pianino daje pojęcie o sile i tempie z jaką kolejne ziarnka piasku walą się w dół klepsydry) sugerowałyby, że zatoczyliśmy krąg wokół miasta opisanego w Nieśmiertelnych Borgesa lub tysiące lat przed ludzkością wędrujący po niebie kompleks zamczysk tutaj właśnie runął, rozsypując się po kręgosłupie Afryki. Na wysokości 8:35 szczególnie warto wytężyć słuch i rozstrzygnąć czy dźwięk budujący zniewalającą urodę kilkunastu kolejnych sekund to damski wokal czy tylko niecierpliwe echo wrzasku balearycznej banshee, zbudzone po latach obecnością żywego ucha, z turystyczną gorliwością nadstawianego pod szepty duchów tego miejsca.
Druga strona kasety (B1) składa się z dwóch podrozdziałów jednego utworu. Forget Forgive Regret to wielominutowa medytacja oparta na pływach wzbudzanych powolnymi uderzeniami gongu rozchodzącymi się wewnątrz atolu. Skupiony, święty kwadrans obcowania z wodą nawiązuje być może do późnej, trochę już mało skoncentrowanej, twórczości Harolda Budda, z drugiej zaś strony wzmożony, intensywny szum czyni dość teatralną aluzję do taśm-magii Basinskiego. Ważnym jest jednak, że prowadzi ku odwrotnej, dotychczas skrywanej stronie medalu: potężnemu, zimnemu noise'owi. Przeszywające gitary są jak zaciskająca się wokół serca pięść, powoli składane palce giganta kruszące niknącą co chwila w podzwrotnikowym oparze i mgiełce wodnej wzburzonego morza tajlandzką wyspę. The Field? M83? Rozmyte Sleigh Bells? A może niezapomniane nereidyczne przedsionki Beaches&Canyons Black Dice? Pytania o cytaty i intertekstualność, prostackie i impertynenckie, są nie na miejscu, obce złożoności spiral kręconych przez słone fale, spokojnie pieszczących plażę po cichej, zawietrznej stronie targanej oceanem wyspy.
Oryginalnie rzecz pochodzi z 2006 roku, a rozmawiamy o tegorocznej reedycji. Bonus w postaci Forget Forgive Regret pozwala myśleć o umieszczeniu Dead Letters na liście rocznej, szczególnie, że kiedy wypływają takie perły można upiec dwie pieczenie przy jednym ogniu: docenić minione, przy okazji celebrując aktualną modę na powroty do przeszłości. Solidność obrazowania i delikatne, choć bezsprzeczne, piękno stawiają jednak No Words trochę ponad manipulacjami gustów i trendów, a tuż obok innych zapomnianych klejnotów typu Berserker Jane czy Violets Twine. Bez cwaniactwa więc: nie warto robić z takiej muzyki biznesu, nawet emocjonalnego. Zbyt rzadka to sytuacja, kiedy przebieg = rekomendacja.
poniedziałek, 12 kwietnia 2010
sobota, 31 października 2009
OOIOO - Armonico Hewa
OOIOOArmonica Hewa
2009, Thrill Jockey
7.0
Armonica Hewa, nie zrywając z tradycją poprzednich albumów OOIOO, wali się przez wszystkie otwory ciała dawką crapu tak kompletnego, że aż czerstwego. Po dłuższej chwili nie da się już tego chłonąć, ale jakoś ambicja (tak) nie pozwala odpuścić. Wraca się, chociażby puszczając gdzieś od środka, żeby odpowiednie momenty zadziałały znowu. Te okrutne pery (osławione już przez szlify w Boredoms), piekące smagnięcia pękających strun i pleniące się jak kryl, i równie jak on niezrozumiałe, onomatopeiczne wokale tworzą kłąb pojebania o mocy rażenia post-apokaliptycznego świata przybranego w różowe kokardki, ożywione maskotki i japanese-lolity myszkujące z wielkimi gnatami po norach spanikowanych mutantów. Dwie opcje zostają Darwinowi w tak skrojonym uniwersum, lecz nie dociekajmy,
bo już dość zboczonych rzeczy padło. Przy skupionym odbiorze (tak) okazuje się to jednak pięknawe, jak np. Uda Hah czy O O I A H czy Orokai czy Agacim - popowa psychoza w 3D, aż po Honki Ponki, usprawiedliwiające prawdopodobieństwo, że OOIOO zrezygnują z kurateli Thrill Jockey na rzecz twórców gry Kurukuru Kururin albo oddziału Microsoftu odpowiedzialnego za Xboxa.
Jak piszą na Dusted Magazine: Stylistically, Armonico Hewa’s music veers from squelchy disco to tribal reggae to proggy cartoon-Eastern drone. Bill Murray w Lost In Translation. Lekko rozbawiony z grzeczności, układny, ale protestujący przeciwko jakiejkolwiek dyfuzji Swojej z Nimi. Spontaniczne, barwne, ale obce. Żadnego przerywnika nawet (od biedy Kipepo) - jedna koherentna suita jaskrawego napierdalania nie mającego nic wspólnego z neonowością neo-psychodelek. Od nieskoordynowanego noise'u przez tribal i cold-wave'y po przerysowany landrynkowaty j-pop = sampler z niekontrolowanej, agresywnej ekspresji, klasycznie męskiej, furiackiej, i pewnie dzięki znalezieniu się w damskich rękach tak pociągającej (cave-woman maże się w pełnym słońcu podtopioną szminką po piersiach wyjąc do Dionizosa).
Patrz, ale nie dotykaj, ta fikcja nie zostanie przepchnięta do nędzy realu. Świadomość tego ratuje. Którąś ze stron. Jakoś ciężko zdecydować którą. Chyba jednak nadawcę (indywidualna decyzja, czy jest to w dzisiejszej sztuce fair lub dopuszczalne), bo laski z OOIOO na szóstym już (! - prawie jak Acid Mothers Temple: każdy inny porzygałby się już na własny widok) albumie jasno przekonują, że możliwym jest mieć doświadczenie nawet w tym czymś, co robią i w efekcie liczyć się artystycznie. Ich ofiary mogą popatrzeć, zwymiotować przy Nin Na Yama (tempa, Chryste), sarkać nad niepodważalnym bezsensem niektórych fragmentów i skomleć o kolejne Pervert's Originals.
bo już dość zboczonych rzeczy padło. Przy skupionym odbiorze (tak) okazuje się to jednak pięknawe, jak np. Uda Hah czy O O I A H czy Orokai czy Agacim - popowa psychoza w 3D, aż po Honki Ponki, usprawiedliwiające prawdopodobieństwo, że OOIOO zrezygnują z kurateli Thrill Jockey na rzecz twórców gry Kurukuru Kururin albo oddziału Microsoftu odpowiedzialnego za Xboxa.Jak piszą na Dusted Magazine: Stylistically, Armonico Hewa’s music veers from squelchy disco to tribal reggae to proggy cartoon-Eastern drone. Bill Murray w Lost In Translation. Lekko rozbawiony z grzeczności, układny, ale protestujący przeciwko jakiejkolwiek dyfuzji Swojej z Nimi. Spontaniczne, barwne, ale obce. Żadnego przerywnika nawet (od biedy Kipepo) - jedna koherentna suita jaskrawego napierdalania nie mającego nic wspólnego z neonowością neo-psychodelek. Od nieskoordynowanego noise'u przez tribal i cold-wave'y po przerysowany landrynkowaty j-pop = sampler z niekontrolowanej, agresywnej ekspresji, klasycznie męskiej, furiackiej, i pewnie dzięki znalezieniu się w damskich rękach tak pociągającej (cave-woman maże się w pełnym słońcu podtopioną szminką po piersiach wyjąc do Dionizosa).
Patrz, ale nie dotykaj, ta fikcja nie zostanie przepchnięta do nędzy realu. Świadomość tego ratuje. Którąś ze stron. Jakoś ciężko zdecydować którą. Chyba jednak nadawcę (indywidualna decyzja, czy jest to w dzisiejszej sztuce fair lub dopuszczalne), bo laski z OOIOO na szóstym już (! - prawie jak Acid Mothers Temple: każdy inny porzygałby się już na własny widok) albumie jasno przekonują, że możliwym jest mieć doświadczenie nawet w tym czymś, co robią i w efekcie liczyć się artystycznie. Ich ofiary mogą popatrzeć, zwymiotować przy Nin Na Yama (tempa, Chryste), sarkać nad niepodważalnym bezsensem niektórych fragmentów i skomleć o kolejne Pervert's Originals.
środa, 14 października 2009
Fuck Buttons - Tarot Sport
Fuck ButtonsTarot Sport
ATP, 2009
5.8
Jeśli ktoś dzwoni do ciebie, a ty musisz zakomunikować mu wrzaskiem, że za chwilę się odezwiesz, bo jesteś w tramwaju, prawdopodobnie jeździmy tym samym. Naderwana blacha napierdala rytmicznie o szkło. Zadowolone uśmieszki współpasażerów, którym dzień poprawiła właśnie czyjaś nieudana próba kontaktu, spełzają po chwili, kiedy sami stają przed wyzwaniem odebrania telefonu. Jeśli jedziesz autobusem i muzyka na słuchawkach o rozmiarach licujących z towarzyską ogładą jest stratą baterii, prawdopodobnie jeździmy tym samym. Utrapienie. Jeśli jesteś zmuszony ocierać się o ludzi, których nie tknąłbyś w najczarniejszych koszmarach, a zamykając oczy nie jesteś w stanie się odgrodzić, bo ciągle słyszysz jak przekrzykują rumor krzywej trakcji - czuj się jak u siebie w dupie. Prawdopodobnie jeździmy tym samym. Na przedostatnim wsiadają krzywe dziewczynki i zaczynają puszczać na całą pizdę dzwonki, które za laskę w kiblu ściągnął im sponsor? Zgryzota przy zerze pożądania, taki to tramwaj. Durna pinda parę metrów dalej, która wygląda jakby mogła cię zrozumieć nie raczy spojrzeć w twoją stronę i po chwili zaczynasz rozumieć, że cały ten burdel właściwie jej nie przeszkadza. Jest jedną z nich. Świat Bóg pomazał czerwonym markerem etc.
Spokojnie. Imaginuj utopijny świat: transport miejski wygląda jak obrazy Mehoffera a brzmi jak Tarot Sport. Wiadomo: w wyniku koniunkcji księżyców, gwiazd i reszty gówna, kilka dni listopada ma otworzyć alternatywnemu światu bramy na Ziemię i podobno muzyka da wtedy radę zagłuszyć pracę polskiego tramwaju nawet słuchana na najmniejszych słuchaweczkach. ALE. Jeśli nie chcecie czekać, bo już zwyczajnie, kurwa, nie możecie i jeśli nie przepadacie za Lightning Bolt, bo nie kręci was przegryzanie tętnic własnoręcznie ranionemu jeleniowi, wybór jest prosty. Tarot Sport daje radę zagłuszyć, bo miejscami łudząco przypomina pracę ww. podłych mechanizmów, więc przy okazji uczestniczycie w sprytnej dywersji w various bitrate, no a *płytka* sama w sobie pozostaje relaksująca, estetyczna, prosta i całkiem modna. Tarot Sport + nowy gruby katalog Ikei i w trasę z całym spoko, chociaż całkiem prawdopodobne, że to podręcznik nestingu zajmie was na dłużej.
Spokojnie. Imaginuj utopijny świat: transport miejski wygląda jak obrazy Mehoffera a brzmi jak Tarot Sport. Wiadomo: w wyniku koniunkcji księżyców, gwiazd i reszty gówna, kilka dni listopada ma otworzyć alternatywnemu światu bramy na Ziemię i podobno muzyka da wtedy radę zagłuszyć pracę polskiego tramwaju nawet słuchana na najmniejszych słuchaweczkach. ALE. Jeśli nie chcecie czekać, bo już zwyczajnie, kurwa, nie możecie i jeśli nie przepadacie za Lightning Bolt, bo nie kręci was przegryzanie tętnic własnoręcznie ranionemu jeleniowi, wybór jest prosty. Tarot Sport daje radę zagłuszyć, bo miejscami łudząco przypomina pracę ww. podłych mechanizmów, więc przy okazji uczestniczycie w sprytnej dywersji w various bitrate, no a *płytka* sama w sobie pozostaje relaksująca, estetyczna, prosta i całkiem modna. Tarot Sport + nowy gruby katalog Ikei i w trasę z całym spoko, chociaż całkiem prawdopodobne, że to podręcznik nestingu zajmie was na dłużej.
poniedziałek, 17 sierpnia 2009
Annna - myspace
Oślepiało. Uciekaliśmy itd. nadrywając sobie nawzajem ręce. Rośliny marniały w jej włosach; z tych wijących się pośród płatki osypywały się martwe na koronki, wymuszony efekt jej 5 5 0:0 0 samotności. Pomyślałem, że warto byłoby w tych ostatnich chwilach przejść się po mieście rysując szrapnelami karoserie bogatym skurRrwysynom z city. Światło dnia osaczało, zaciskało się wokół, dusząc jak pappa rara raradoksa dalekie od rozwiania. Rzeka szumiał, a po lewej miejscami błyszcząc tęczowo od benzyny )(petroror ror orleum)( układającej się w przypadkowe figury. Wizualizacja walenia po łacinie w klawirższe zdezelowanych organów tuż po ataku zazdradrodrosnej furJii.wKiaty, zabarwione chemią, zzbłyszczały jak wi gazdy, żelazne i rdzawe. Gdyby je o plizać, płatki smakowałyby ią krw wystąpioną z ran po brutalnym popraerzeniu. Na polach, wśród płonących stogów siana, żarzyły się gdzie nie! gdzie rozwleczone po trawie trupy nosorożców i słoni. Wodik widuj widok. Widokm kurwa tych mocarnych kiedyś cielsk, teraz obalonych, upajał przezmijrrrrghaniem niczym klejnot wyciągający rsłone ęce po wzrok swoimi własnymi, zielonymi oczami demonicznej chciwości. Spoglądasz w nie i już pociągają cię wgłąb, abyś po czwieność zastąpił ich właściciela w więzieniu faset. I chuj, nie szukają cie nie liczą na palcach. Kiedy to czytasz, twoja dziewczyna śpi z innym, a twój chłopak podrywa inną na teksty o tobie. Świat jest zły i chujowy i jeśli przejrzysz to dojrzysz: nie ma chmur a geometria. Jej sunące po niebie omeny są barwne, barwniejsze niż twoje życie. myspace
piątek, 1 maja 2009
Japandroids - Post-nothing
Japandroids Post-nothing
2009, Unfamilliar
8.0
Szastając w centrum handlowym hajsem ze sprzedaży promosów na allegro, zastanawialiśmy się wraz z Nicole i Roxette, co może oznaczać tytuł debiutu tej chujowo brzmiącej z nazwy grupy. Teorie padały, znacząc swoimi ścierwami kolejne łazienki, w których wsypywaliśmy w siebie nawzajem tony kokainy. Temat wracał ilekroć zmienialiśmy dyskotekę. Wypłynął także przy wyborze deski surfingowej dla Nicole. Ostatecznie jednak Roxette utrafiła w sedno, choć raczej nie przykłada większej wagi do muzyki: Post-nothing, bo tak serio rzecz biorąc, jednostkowo, nie jesteśmy po niczym. Nie przeżyliśmy niczego, zawsze będąc przed wszystkim; bez szans na przetrwanie choćby inicjalnej tylko tortury zapodanej przez hipotetycznych hitlerowców 2.0. Akapit dzięki uprzejmości pani Terakowskiej.
O świcie, zmęczeni nagrywaniem na wideo lubieżnych chwil w łóżku i bezczeszczeniem zdjęć naszych rodziców, legliśmy obok siebie w satynie, rozważając w ciszy, co jest bardziej cool niż charczące zajebiście gitary, mocna stoner popowa perka, teksty o wadze ripost dla wiodących systemów filozoficznych i cwelenie MGMT. Nie wiadomo, ale znak równości z Japandroids. Ponieważ na chwilę obecną nie słuchamy niczego innego spod tego znaku zodiaku. Ja jestem strzelcem, Nicole lwem, Roxy wagą, a Japandroids to wąż. Szorstki, czepiający się ubrań gad, fakturą linkujący wygarbowane tuatary lub warany. Tarantula, która opuściła terrarium i uwiła zastępcze gniazdo w pudle gitary. Ze strachu przed ruszeniem akustyka z bestią w środku, wszystko zelektryfikowało się i w mózgach mamy serotoninową burzę, a w oku cyklonu tłusty guzik repeat jak l'anus solaire.
Myślimy cytując Batailla i Molestę, czujemy niestety jedynie parafrazując Douglasa z Gorączki lub Instynktu. Wszystko to na papierze brzmi strasznie, jak gdybym pisał o płycie nagranej przez pedofili, próbujących się zbliżyć do swoich ofiar poprzez afirmację szczeniackiej afirmacji życia (We used to dream / I don't want worrying about dying albo piękny, shoegazujący opener). Ale ukąsił mnie kruk, więc widzę w ultrafiolecie i nie dostrzegam tu kłamstwa (możliwe, że dzięki faworyzowanemu I Quit Girls, wystarczająco dorosłemu w transowej niemal-poetyckości). Być może jednak starzeję się tylko i chcę wierzyć albo to zwyczajny powrót popędów, które wyparłem, gdy Six. by Seven się skończyli. To co dawało mi Six. powraca tutaj, nie w tak męskiej i agresywnej formie, za co wypada być nawet wdzięcznym z uwagi na lato i przeceny. Wystarcza mi reminiscencja tamtej otoczki, skrzyżowana z nowym Franzem oraz singlami z Nights Out Metronomy. Plusem jest też to, że epigoni frontu Swervediver-Dinosaur Jr. chwilowo zamilkli, Post-nothing zaś udatnie partneruje zeszłorocznemu noisowi Wye Oak w odnowie tych inspiracji poprzez peklowanie w popie.
Jedno poważne beware jednakże: wszystko jest tu uzależnione od najbardziej aktualnego nastroju odbiorcy. Przy niewielkim nawet przytłumieniu czakr, energia bijąca z tego albumu raczej irytuje niż podnosi na duchu. Paradoksalnie można stąd jednak zaczerpnąć kolejny atut: nie zużyje się tak szybko, szczególnie, że niepodważalnie jest to jedna z tzw. płyt towarzyszących, bliskich aurze debiutanckich płyt Interpolu czy She Wants Revenge, rozmawiających z tobą, kiedy jesteś młody i dużo czasu spędzasz samotnie w transporcie miejskim. Niedługo znowu wszystko się przełamie i wrócą liryki o miastach-wampirach, a póki co sunset, girls, cool disaster, she wears nothing / can't resist etc. No i jeszcze: we can french kiss some French girls. Spoko. Gdybym pisał o Cut Copy również wystawiłbym 8.0 i to asocjacyjne napomknienie o nich wydaje się być przy okazji rozmowy o Japandroids nieprzypadkowym. Te dwie gwiazdy suną po prostu równolegle po firmamencie ludzkiej emocjonalności! Szaleństwo.
myspace
O świcie, zmęczeni nagrywaniem na wideo lubieżnych chwil w łóżku i bezczeszczeniem zdjęć naszych rodziców, legliśmy obok siebie w satynie, rozważając w ciszy, co jest bardziej cool niż charczące zajebiście gitary, mocna stoner popowa perka, teksty o wadze ripost dla wiodących systemów filozoficznych i cwelenie MGMT. Nie wiadomo, ale znak równości z Japandroids. Ponieważ na chwilę obecną nie słuchamy niczego innego spod tego znaku zodiaku. Ja jestem strzelcem, Nicole lwem, Roxy wagą, a Japandroids to wąż. Szorstki, czepiający się ubrań gad, fakturą linkujący wygarbowane tuatary lub warany. Tarantula, która opuściła terrarium i uwiła zastępcze gniazdo w pudle gitary. Ze strachu przed ruszeniem akustyka z bestią w środku, wszystko zelektryfikowało się i w mózgach mamy serotoninową burzę, a w oku cyklonu tłusty guzik repeat jak l'anus solaire.
Myślimy cytując Batailla i Molestę, czujemy niestety jedynie parafrazując Douglasa z Gorączki lub Instynktu. Wszystko to na papierze brzmi strasznie, jak gdybym pisał o płycie nagranej przez pedofili, próbujących się zbliżyć do swoich ofiar poprzez afirmację szczeniackiej afirmacji życia (We used to dream / I don't want worrying about dying albo piękny, shoegazujący opener). Ale ukąsił mnie kruk, więc widzę w ultrafiolecie i nie dostrzegam tu kłamstwa (możliwe, że dzięki faworyzowanemu I Quit Girls, wystarczająco dorosłemu w transowej niemal-poetyckości). Być może jednak starzeję się tylko i chcę wierzyć albo to zwyczajny powrót popędów, które wyparłem, gdy Six. by Seven się skończyli. To co dawało mi Six. powraca tutaj, nie w tak męskiej i agresywnej formie, za co wypada być nawet wdzięcznym z uwagi na lato i przeceny. Wystarcza mi reminiscencja tamtej otoczki, skrzyżowana z nowym Franzem oraz singlami z Nights Out Metronomy. Plusem jest też to, że epigoni frontu Swervediver-Dinosaur Jr. chwilowo zamilkli, Post-nothing zaś udatnie partneruje zeszłorocznemu noisowi Wye Oak w odnowie tych inspiracji poprzez peklowanie w popie.
Jedno poważne beware jednakże: wszystko jest tu uzależnione od najbardziej aktualnego nastroju odbiorcy. Przy niewielkim nawet przytłumieniu czakr, energia bijąca z tego albumu raczej irytuje niż podnosi na duchu. Paradoksalnie można stąd jednak zaczerpnąć kolejny atut: nie zużyje się tak szybko, szczególnie, że niepodważalnie jest to jedna z tzw. płyt towarzyszących, bliskich aurze debiutanckich płyt Interpolu czy She Wants Revenge, rozmawiających z tobą, kiedy jesteś młody i dużo czasu spędzasz samotnie w transporcie miejskim. Niedługo znowu wszystko się przełamie i wrócą liryki o miastach-wampirach, a póki co sunset, girls, cool disaster, she wears nothing / can't resist etc. No i jeszcze: we can french kiss some French girls. Spoko. Gdybym pisał o Cut Copy również wystawiłbym 8.0 i to asocjacyjne napomknienie o nich wydaje się być przy okazji rozmowy o Japandroids nieprzypadkowym. Te dwie gwiazdy suną po prostu równolegle po firmamencie ludzkiej emocjonalności! Szaleństwo.
myspace
czwartek, 12 marca 2009
Lydia Lunch - Queen of Siam
Lydia Lunch
Queen of Siam
1980, Ze
8.2
No wave szybko się skończyło nie wytrzymując konkurencji z Sonic Youth, którzy bez trudu zaanektowali brud, hałas, dysonans do o wiele bardziej nośnej i w ogóle zjadliwej, układanki. Nie było szans na okrzepnięcie pierwotnego zamysłu, a co dopiero epigoństwo. Gdyby jednak debiutowi Lunch udało się wypłynąć na wody szerszej publiki, a reszta twórców no wave przestałaby definiować hałas jako symbol artystycznego bałaganu, kto wie jak wyglądałby świat. Może mniej pretensjonalnie?
Pojawiające się na Queen momenty chaosu funkcjonują już tylko jako mgliste odnośniki do programu artystycznego no wave oraz pomysłów macierzystego zespołu Lydii (Teenage Jesus & the Jerks). 75% albumu to piosenki łączące pop-punk z jamami jazzowych kapel akompaniujących aktualnej królowej balu na parowcu (serial Savannha?). Weźmy Spooky - cover instrumentalnego kawałka przeznaczonego oryginalnie na saksofon. Wielokrotnie melodia ta trafiała w różnych wykonaniach na szczyty list. W wersji z QoS mamy do czynienia z interpretacją cierpką, acz linkującą ciepłe nowofalowe brzmienia (zauważalny za którymś razem chórek), przy zachowaniu jazzowej genezy z pomocą startującej na wysokości 1:18 fuzji Morphine z Henrym Mancinim (np. Pink Panther Theme).
Pojawiające się na Queen momenty chaosu funkcjonują już tylko jako mgliste odnośniki do programu artystycznego no wave oraz pomysłów macierzystego zespołu Lydii (Teenage Jesus & the Jerks). 75% albumu to piosenki łączące pop-punk z jamami jazzowych kapel akompaniujących aktualnej królowej balu na parowcu (serial Savannha?). Weźmy Spooky - cover instrumentalnego kawałka przeznaczonego oryginalnie na saksofon. Wielokrotnie melodia ta trafiała w różnych wykonaniach na szczyty list. W wersji z QoS mamy do czynienia z interpretacją cierpką, acz linkującą ciepłe nowofalowe brzmienia (zauważalny za którymś razem chórek), przy zachowaniu jazzowej genezy z pomocą startującej na wysokości 1:18 fuzji Morphine z Henrym Mancinim (np. Pink Panther Theme).
- Atomic Bongos: piosenka nowa w szkole zapełnionej takimi łobuzami jak kolejne kawałki na soundtracku Deathproof. Tyle że nie zgadniecie. Zajmuje jej minutę skocenie wszystkich i ustanowienie dla swojej obecności kultu na klęczkach. Punx not dead, honey
- Lady Scarface: wodewil z dysonansowymi solówkami w tle; niekiedy zgrzyty (gitara? trąbka?) wychylają się przed danie główne czyniąc z sushi, sushi w samej Japonii. Najważniejsze jednak: gałązka magnolii, papierowe ściany - to sugestie, nie sam kraj i dzięki temu sushi pozostaje sushi. Bez jedzenia można umrzeć, bez Japonii można żyć sto lat. Tak samo z żywotnością tego utworu
- A Cruise to the Moon: staromodny jazz + zapełnianie przestrzeni nieskoordynowanymi proto-shoegazowymi dystorcjami = skondensowana przyjemność z odczytu translacji szlagierów Sinatry, szczególnie lukrowych, french-touch remiksów Girl From Ipanema, na język eksperymentu
- Knives In the Drain: seksowny teasing przywołujący lubieżność Anity Lane zabiera gdzieś indziej, a oddanie budzonych przez ten utwór konotacji zajęłoby kilka ociekających seksem ekranów. Zwraca uwagę chaotyczne, noisowe outro podkreślające drapieżny charakter wcześniej obrazowanej namiętności
Możliwe, że Queen of Siam to najbardziej miodna płyta w dorobku efemerycznej stylistyki. Kto wie jak daleko by to zaszło gdyby większość prekursorów tego grania nie pochodziło z anarchistycznych komun gromadzących pod każdą szerokością geograficzną nieuków i kwietystów. Lydia Lunch nie wydaje się w ogóle grać w ich lidze: spożytkowanie popowych tendencji, żywy seksapil i odważna inteligencja separują tą twórczą osobowość od jakiegokolwiek środowiska w ogóle. Później nagrała jeszcze masę płyt współpracując niezobowiązująco zarówno z samym Thurstonem jak i Sonic Youth, Einst ürzende Neubaten, 8-Eyed Spy i wieloma innymi mniej znaczącymi projektami, które zamierzały kanałować syf z przysłaniającej muzykę awangardy do istotnego dodatku estetycznego.
guitarwomen.blogspot - spora materiału nt. Lydii : całkiem interesujący official
Ogłoszenia: z powodu przekonania się o żywotności It's Not Me, It's You oraz wykrycia prawdziwej natury niepozornego closera, Lilly Allen dostaje +0,6 do siły. Na stałe.
piątek, 6 lutego 2009
Pains of Being Pure at Heart - Pains of Being Pure at Heart
Pains of Being Pure at Heart Pains of Being Pure at Heart
2009, Slumberland
7.2
Pomimo debiutanckości i znaczących epigońskich partii mamy tu do czynienia z nadspodziewanie dojrzałym albumem, który pewnie i stanowczo wije sobie gniazdko z patyków kilku pokrewnych stylistyk. To co się wykluwa to nie tylko przyjemny katalog nawiązań, ale przede wszystkim zbiór konsekwentnie rozwijających się piosenek przygotowanych z przemyślanie spreparowanych elementów udających sample z klasyków, ale jednak wyczuwalnie nowoczesnych i bardzo własnych na poziomie emocjonalnym. Trudno nie dać się zaangażować w ten stosunkowo krótki album, stawiający odbiorcę na metr od kameralnej, choć nieźle hałasującej, sceny.
Dla przykładu warto przyjrzeć się drugiemu na płycie Come Saturday, w którym odnaleźć można wszystko na czym świat stoi. Od punkowej, zadziornej linii wiodącej gitary, przez dream-popowy wokal, po shoegazowe mgiełki dystorcji porozkładane komfortowo po kanałach i wycofaną perkę. I o ile akcenty położone zostały na debiucie PoBPaH raczej na delay, nie brak, choćby w omawianym tu bliżej utworze, eksperymentów z prawdziwym brudem. Skoncentrowane dystorcje przybierają od czasu do czasu formę drone'ów urozmaicających w 85% stricte piosenkowy materiał. Godne uwagi też The Tenure Itch dekonstruujące Placebo i Pixies bez widoków na zbytnią siarę. Na podobną modłę skonstruowanych perełek odnaleźć można tutaj więcej, szczególnie, że dość prędko cementuje się zachęcające przeczucie obcowania z jedną z istotniejszych płyt tego roku.
Zmienne natężenie hałasu, kiedy osiąga apogeum, zależnie od ośrodków: punkowości, twee-popu, shoegaze'u czy noise'u, wymusza porównanie z wątpliwymi dokonaniami Vivian Girls, szczególnie, że oba zespoły wywodzą się z NY. W przypadku PoBPaH jest tej zabawy jednak o wiele więcej, bo brak ich debiutowi wyczuwalnego u VG pozowania na wypłynięcie z garażowego undergroundu z naciąganymi tradycjami. Zamiast masy gównianych, hałaśliwych kapel, wybór archedźwięków pada w przypadku PoPBaH raczej na, nie tak oczywiste już teraz, mniej wydumane, bo nie starające się przeczyć niezaprzeczalnemu, Nirvanę, Smashing Pumpkins czy The Pastels, a z bardziej aktualnych źródeł My Bloody Valentine przetworzone w, znów dalekiej od schematu, manierze czerpania nie z Loveless, a raczej z bardziej surowych i wyraźniej eksponujących melodię EPek poprzedzających Isn't Anything: Ecstasy, Strawberry Wine i Sunny Sundae Smile (era krótkotrwałego wydawania dla Lazy).
Kilka chwil będących bezpośrednią reminiscencją boskości You Made Me Realize nie wystarczałoby jednak do odkreślenia chociaż wierzchołka wykorzystanych wzorców. Wspomnieć należy także o Slowdive, Jesus And Mary Chain czy prawie już proto-shoegazowych projektach typu A.R.Kane. Prostota niektórych utworów, ograniczenie ścieżek i przybrudzenie ich przy jednoczesnym unormowaniu potencjału anektującego delaya odsyła już bowiem w rejony typowo rockowych numerów, w obrębie których na próżno szukać elementów ciotowatego indie na drogich gitarach kupionych przez rodziców w nagrodę za podjęcie wakacyjnej pracy. Chociaż wakacji przecież tu sporo, szczególnie w singlowym Everything With You.
Mimo tak ogromnego spektrum wykorzystywanych nawiązań (nie wspominam jakby o przywołaniu mi na powrót atmosfery odkrywania awangardowej twarzy Sonic Youth z czasów Confusion Is Sex w mniej eksperymentatorskiej wersji oraz kolekcjonowania po sieci poszczególnych splunięć Black Tambourine) udało się tej młodej kapelce sformułować zręby własnego stylu, wystarczające, aby mieć nadzieję, że nie okaże się to projekt-efemeryda, zjawisko tak charakterystyczne dla około shoegazowego (szczęśliwie na tyle true, aby być anty dla shoegaze 2.0) grania.
myspace
Subskrybuj:
Posty (Atom)






