Pokazywanie postów oznaczonych etykietą indie-pop. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą indie-pop. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 25 kwietnia 2010

Dinosaur Feathers - Fantasy Memorial

Dinosaur Feathers
Fantasy Memorial

2010, self-released


3.2


Przesłuchania: 1-2
Wrażenia: Po pierwszym razie wyglądało Dinosaur Feathers na któreś z kolei wesołe gówno. Uwagę przykuły: mgliste skojarzenie z Migala, jednym z zespołów tak ulubionych, że aż boję się doń za często wracać (i z perspektywy czasu wstyd mi, że przyszli mi do głowy przy okazji słuchania DF), i okładka, przypominająca trochę Dead Cities, Red Seas And Lost Ghosts M83. Czy opłaci się nie dać wiary pierwszemu wrażeniu i oprzeć się wpływowi rozczarowania stabilizującego się pod wpływem potopu bezsensownego happy-indie w uprzedzenie lub nawet orientację gustu? Wszyscy wiedzą, że nie. Poza mną, bo tak zdecydowałem się bawić. Niemal wszystkie kawałki DF irytują, odmawiając rozwijania się po mojej myśli, ale podjąłem się chwilowej akceptacji całej propozycji taką jaka jest, mając nadzieję przekonać się do płyty budzącej na samym starcie tak niby to ambiwalentne odczucia.
Ocena: 4.5
Samoocena: 9.3; spacer pod prąd własnych przekonań dobrze rokuje na wypadek powrotu totalitaryzmów

Przesłuchania: 3-5
Wrażenia: Korzystając z instrumentarium Japandroids czy Tings Tings, DF nagrali wszystko, czym chcieliby być Vampire Weekend – płytę jasną, pełną niedbałych melodii, nieoczywistych, jakby przypadkowych hooków, stylizowanej na pasjonacką amatorszczyznę rytmiki wprzęgniętej w podbijanie bębenka story-tellingowi ujętemu interesującymi tekstami, które momentami aż budzą współczucie, rzucane pochopnie, na wiatr, jakby stworzone, by umknąć uwadze. Dzięki ich liryzmowi płyta korzystająca z brzmień tropikalnych, żonglująca skojarzeniami z surf i bossa novą, opiera się stereotypowemu rozumieniu tych konwencji jako predestynowanych do przekazywania jednoznacznej rozrywki: tanecznej, beztroskiej, wysługującej się egzotyką przytemperowaną pod mieszczański hedonizm. Tropikanę obciążono na Fantasy Memorial przestrachem zetknięcia z nieznanym terytorium, nie tylko w sensie obcej przestrzeni geograficznej, ale też zaskoczenia białymi plamami na mapie psyche. Własne odczucia są ci obce, obserwujesz je z zewnątrz, jakby nie należały do ciebie? Skoro opuściły swoje miejsce i pałętają się wolno jak zoo podczas rozgardiaszu inwentaryzacji, twoim słownikiem są egzotyzmy, losem zaś ekspresja. Materiał – ścieżki, dźwięki, aranżacje, kompozycje, jakkolwiek – bywa tak nieskoordynowany, jakby sami twórcy wzbraniając się początkowo przed zbytnim komplikowaniem opowieści o uniwersalnych w gruncie rzeczy zjawiskach, ostatecznie, w trakcie tworzenia, zmuszeni byli dojść do wniosku, że to, co proste w odczuciu, trudne jest do wyrażenia, więc wymaga poczynienia przypisów, objaśnień, dygresji, zmuszając do pogodzenia się z niemożnością klarownej artykulacji.
Ocena: 7.5
Samoocena: 8.0 dla bożka przyzwalającej nadinterpretacji

Przesłuchania: 5-8
Wrażenia: Początkowo obrana postawa zaciekawienia i dyscyplinowania się, aby nie osądzić pochopnie czegoś, co nie zostało być może całkiem ogarnięte pierwszym spojrzeniem, okazała się błędem. Skrajnie wahające się szale uczuć wobec Fantasy Memorial przeważyło ostatecznie wypłynięcie na powierzchnię tendencyjnych inspiracji popem z lat obwieszczających familiarne stosunki Dinosaur Feathers z hype'ami Pitchforka pokroju Girls. Bełkotliwe przeskakiwanie z tematu na temat, gadulstwo i rzucanie słowami-fetyszami pozwoliło temu zespolikowi chwilowo zamydlić mi oczy. Zły na siebie, że sprzeniewierzyłem się pierwszemu wrażeniu, poszukałem zdjęć zespołu. Gdybym zrobił to od razu, nawet na moment nie zboczyłbym w jego kierunku. Oddając jednak sprawiedliwość: jest kilka momentów; podtrzymuję wartość liryków, być może najciekawszych spośród przesłuchanych w tym roku piosenkowych płyt zza granicy; słuchana przy wykonywaniu innych czynności, bez żadnego skupienia, płytka nie przeszkadza a Crossing the Canyon wydaje się być summą niezrealizowanych możliwości, które byłyby może zdolne przeciwstawić się jakoś niesmakowi po Teenage Whore, śpiewanym z obleśną manierą przeciągania samogłosek na modłę najebanych Sto lat albo Lechia. Kolejna okazja, by poczuć na własnej skórze, że chujowe indie nauczyło się naprawdę przekonująco udawać coś innego i ohydą napawa jak bardzo chujowe indie tą zdolnostką się napawa.
Ocena: 3.2
Samoocena: bicz za ignorowanie pierwotnych ustaleń własnego ego co do własnej intuicji

środa, 7 kwietnia 2010

CocoRosie - Grey Oceans + Hatakeyama - A Long Journey

CocoRosie
Grey Oceans

2010, Sub Pop


2.3


Koszmarne wokale stetryczałych dziewczynek to jedno, drugie to absolutny brak odwagi, a przecież śmiałość charakteryzowała kiedyś debiuty. CocoRosie miały i barok, i hop-hop, i pukanie łyżką w garnek, ale najważniejsze, że filtrowały obowiązujące trendy przez własne zainteresowania, sugerując, że poza muzyką jest coś jeszcze za co można by je lubić. W tej najnowszej wersji rozsiadły się w 2006 roku, jak zmęczone dźwiganiem zniczy baby na cmentarnej ławce. Nie chodzi przecież o to, że na Grey Oceans są słabe piosenki, że pojawiły się płyty swobodniej poruszające się po estetyce, że nie ma tellurycznych melodii na synkopie, perypatetycznych harmonii, kwintowe akordy nie ulegają progresjom katatonicznym, brakuje klimatu i chemii. Nie chodzi o to, że gdzieś jest lub już było lepsze Grey Oceans. W ogóle nie chodzi o muzykę. Chodzi o to, że znamy lepsze całe gatunki oraz podgatunki i znamy je en masse. Nie można nudzić się aż tak, żeby zacząć interesować się, eufemizuję, śmieciami, odpadkami. Czy w ogóle jeszcze istnieją fani CocoRosie, cherubinka upadłego do jednej trumny z White Stripes? Może i by się ujawnili, gdyby CocoRosie nie pajacowały, pośpiewały jak ludzie, zrobiły więcej normalnych bitów, takich jak w ratującym płytę od pały R.I.P. Burn Face, a mniej szwendały się po rejonach upokarzających minimalnie osłuchanego odbiorcę, jak dzieje się to we wstydliwym utworze tytułowym. Siara. Jezu, jak się wstydziłem słysząc to.

Chihei Hatakeyama
A Long Journey

2010, Home Normal



3.4







czwartek, 19 listopada 2009

Bez słuchania I

Od dzisiaj co jakiś czas będę wystawiał noty nie mając empirycznego pojęcia o przedmiocie oceniania poza paroma spojrzeniami na okładkę, wiedzą ogólną o planecie Ziemia oraz podłej naturze ludzkiej. Nie mówię, że to rewolucja w recepcji, tajemnicą poliszynela jest, że o większości polskich albumów nawet najpoważniejsze serwisy piszą w ciemno. Są tylko dwie zasady: 1) kiedy napiszę o czymś w cyklu Bez słuchania, a potem to wyląduje w mojej liście rocznej, moje poczucie humoru samo w sobie jest mocniejsze niż wasz zsumowany potencjał rozrodczy, 2) ALE: jeśli z grubsza kojarzycie Treny, rzymska cyfra przy kolejnych odsłonach cyklu powinna powiedzieć wam, że podchodzę do sprawy naprawdę serio.

Letting Up Despite Great Faults
Letting Up Despite Great Faults
2009, New Words



2.3


Otwórzcie okładkę w sąsiedniej zakładce - pokaże się powiększona. Będziemy mogli się lepiej przyjrzeć.

Dziewczyna farbuje się na czarno, ale do niej wrócimy. Koleś ma brzuszek piwny, bo przedkłada zabawę nad dyscyplinę. Nigdy nie był na siłowni, co można mu wybaczyć, ale można też zgadywać, że jest na tyle młody i pełnosprawny, że sto brzuszków dziennie nie powinno sprawiać mu problemu, więc zaniedbanie podstaw (ideologiczne oczywiście - tak jak każda kobieta w gruncie rzeczy lubi się malować, tak każdy facet marzy sobie, że jest nieźle zbudowany; parcie na przekór tym naturalnym ciągotkom to postanowienia w stylu wegetarianizmu: opacznie rozumiejące dyscyplinę wewnętrzną). Rurki dorzucają swoje jako kaprys ewolucji zapowiadający, że niedługo (ku uldze przedzierającej się do tronu kasty wiecznie zasapanych) będzie można sobie dać spokój z niezaplanowanym bieganiem.

Balon i maska jasno świadczą o kompleksie Piotrusia Pana, o którym pierwszy raz przeczytałem w książeczce do bierzmowania (tamże: *petting*, o ja). Wtedy jeszcze nie było indie. Tutaj to świadectwo bycia jakimś geekiem, szaleńczym pasjonatem, który jako lunatyk i autyk (skoro już mam zwolnienie z w-fu, czas nauczyć się opowiadać z błyskiem w oku o wampirycznym yaoi) pozostaje atrakcyjny dla pewnego typu kobiet. Najczęściej tych, które myślą o sobie jako o skrycie wrażliwych, ale zmuszonych (przez Życie...) grać absolutnie racjonalne, twardo stąpające po ziemi. Zazwyczaj nie urodziły się takie, ale wykształciły w sobie to fałszywe i powierzchowne przekonanie na podstawie presji rodzicielskiej lub nastoletniego samobiczowania, więc, konsekwentnie, zostały obciążone kompleksem a-dziecinna-zdążę-być-jutro, który streszcza się w schemacie: mój chłopak jest taki wolny (balon i maska tego stojącego w miejscu, zdziecinniałego idioty vs. ostentacyjnie dorosłe/kobiece hiper niskie biodrówki z rezygnacją wnoszące pochodnię w mroczny tunel początków eksperymentowania z kobiecością) + ach, jaki to wymagający związek, tak się różnimy = apologia wojny na kompromisy. Kto pierwszy zaproponuje kompromis wygrywa - dojrzałość okazuje się przez potulne uznanie tej jedynej reguły za obowiązującą.

Mając to wszystko na uwadze pozostaje stwierdzić, że gdyby tylko koleś z okładki nie był grubiutki, impuls emo przeszedłby ze sfery przeczuć do zony przekonań. Jasnym więc staje się, że zabalansowano tu na krawędzi, a my mamy w efekcie do czynienia z indie, czyli wyczuciem marketingu. O czym później. Do zapamiętania krótkotrwałego: jeśli pewnym jest, że mógłbym ciągnąć charakterystykę postaci z okładki przez kolejne ekrany (a pewnym jest), oznacza to, że każdy potencjalny odbiorca może to robić i mniej lub bardziej świadomie - robi. Mamy więc przekaz podprogowy, szperający za idealnym odbiorcą zdolnym stworzyć najbardziej kompletną mapę umysłu dotyczącą okładki-trailera. Złem jest tutaj fakt, że album ten trafił do sprzedaży i jest dziełem sztuki, więc idealny odbiorca charakteryzuje się też potencjałem nabywczym, a więc do pewnego stopnia (tego, na którym sięga po portfel) stworzona przez niego mapa umysłu musi prowadzić do aprobaty treści zasugerowanych.



Do aprobaty zjednuje m.in. tło. Otwarte pole i zamglony las na dalekim, dalekim planie implikują ambient, ale zieje też luka po skrajności tego genre - ortodoksyjnego przywiązania do plam, smug, impresji etc. Pozostaje więc tylko pusta sugestia, że coś na płycie będzie powiązane ze stereotypowym przekonaniem o wymagającej naturze gatunku, a więc spodziewać się można także pretekstu do podbicia sobie ego. To zakamuflowany przekaz dla ludzi operujących pojęciem ambitnej, inteligentnej muzyki. To oni, we własnym mniemaniu, uwrażliwieni na najbardziej aktualne drgnienia kultury, mają odkryć, że ostrość ździebeł trawy, ich barwa (ochra, sepia etc. broczące przy okazji konotacjami powiązanymi z tanim sentymentalizmem starych fotografii lub, jeszcze tańszym, nowych drukowanych z filtrem), krzyżowanie się i gęstość linkują po prostu shoegaze z jego nakładającymi się ścieżkami i nostalgią, rewizytacją marzenia. ALE, jak już ustaliliśmy, postacie ludzkie będące centrum okładki są wyznawcami jakiegoś indie i depczą po trawie. Więc: shoegaze poniżony, shoegaze dolorosa; zepchnięty do roli ozdobnika funkcjonuje na tej płycie głównie na bazie rozbudzanych przez rozmyte syntezatory reminiscencji. Co warto zapamiętać? Niezdecydowanie i letniość: to w końcu shoe- czy może jednak trochę więcej jaj i przyznamy się, że jednak o niebo mniej wymagające, a funkcjonujące już prawie jako genre (ilość posiada bowiem, choć krotochwilne często, moce stwórcze), unfocused electro?

Wniosek: jeśli wszystkie detale zostają spożytkowane, aby budować całość i żaden z nich nie jest przypadkowy, najprawdopodobniej mamy do czynienia z manipulacją odbiorem. Propaganda zastosowana na tej okładce mówi jasno: jeśli chcesz posłuchać muzyki, którą tworzą ludzie ubierający się jak ty, podczas gdy ubierasz się jak ludzie przedstawieni na okładce naszej płyty - powinieneś mieć naszą płytę. To naprawdę ohydne: odwołanie się do naturalnej (choć przereklamowanej jako mus) potrzeby akceptacji zarobionej przebywaniem z osobami o podobnych gustach odzieżowych zamiast do samych przeżyć estetycznych, które powinna gwarantować muzyka, sprawia, że kupujący płytę płaci tak naprawdę za substytut kontaktów interpersonalnych, a nie za dzieło sztuki. Jeszcze przed chwilą cisnęło się na usta indie, teraz coraz nachalniej gumowa lala. W ten sposób Letting Up Despite Great Faults przyczyniają się do ochłodzenia klimatu emocjonalnego ludzkości XXI w. - wąskie, bo wąskie (przypadek z tymi rurkami, co?), ale jednak *jakieś* spektrum emocji żywi się do FOTOGRAFII, MANEKINÓW i ŻURNALI, które powoli zastępują takie wartości jak poznanie siebie nawzajem, bliskość, zaufanie, antykoncepcja angażująca procesy pamięciowe i tym podobne cechy czyniące z nas piękne i kompetentne jednostki. Won!

sobota, 18 lipca 2009

Girl With the Gun - Girl With the Gun, Sore Eros - Second Chants


Girl With the Gun
Girl With the Gun

2009, ???


5.1



Brakuje w tym niemal anonimowym dziełku tytułowych dziewczyny i desert eagle'a, ale jasnym jest, że są tylko zmyłką mająca przydać ze wszech miar przyjacielskiej płycie odrobinę nośnej powierzchownej agresji i erotyzmu. To powinno być odkrycie kogoś z Uwolnij Muzykę, kogoś, kto swobodnie przecenił by wartość płyty i sprzedał ją tym, którzy nadal wymieniają Saint Etienne i Belle&Sebastian w dziesiątce najlepszych zespołów ever. Posłusznie poznali Reindeer Section oraz Hope Sandoval, z uporem pozostają pełni sympatii dla Múm, a obecnie z lubością akceptują God Help the Girl oraz większość natchnionego damskiego folku. Niektórzy z nich słyszeli o Siddal i pamiętają szczytowe momenty James. Sporadycznie wracają jeszcze do Placebo żeby łatwiej przełknąć zakradające się do akustyków electro i móc razem z resztą modniaszek słuchać Florence And the Machine i postrzegać jako niezobowiązujący przełom wypłynięcie takich projektów jak The Bird And the Bee oraz Au Revoir Simone. Clap Your Hands Say Yeah i I'm From Barcelona jakoś wyblakły im z czasem na rzecz żywszych dance-punków i Roisin Murphy. Gdyby Rojek wiedział, że jest coś takiego jak Girl With the Gun zaprosiłby to na OFFa.

download

Sore Eros
Second Chants

2009, ShdwPly Records



5.7



Chciałem napisać poemat tragironiczny, którego sugestywna wymowa wytknęłaby raz na zawsze błędy wszystkim ludziom próbującym za pomocą li tylko wzmożonego użycia dystorcji i usilnej identyfikacji z obowiązkową neo-psychodelią przepchnąć się na Parnas muzyków sprzedających swoje albumy w Empikach i Kolporterach. Zamiast jednak zgrzytać zębami nad szarlatanerią uosobioną w Navigatorze, Crepuscule With Pacman oraz Wavves, stwierdziłem, że produktywniej będzie napomknąć o tej tutaj skromnej płycie, która nie doczeka się prawdopodobnie należnej jej sympatii.



Sore Eros, zależnie od utworu - mniej lub bardziej ostrożnie, włącza standardy lo-fi oraz shogaze/noise do sypialnianego popiku. Daje się odczuć, że ten ostatni to naddatek, swoją melodyjną obecnością wyrażający chęć uprzystępnienia wcześniejszych, zgrzytliwych zapewne i denerwujących, nagrań, które szczęśliwie nie ujrzały światła dziennego. Bezpretensjonalne w równym stopniu co Girl With the Gun, choć o wiele bardziej brudne i przez swój liryzm usiłujące przedstawiać się jako silnie doświadczone przez los, Second Chants łatwo porównać do twórczości Benoit Pioularda. W obu przypadkach chropawość i fragmentaryczność mogą być bez problemu uznane za uczciwe wyznanie wierności jakiejś poetyce, a nie za pozerstwo na experimental czy chęć dostąpienia awangardy przez bezmyślne utrudnianie odbioru.
Lekka, piosenkowa przystawka do nowego Mt. Eerie.

myspace

poniedziałek, 29 czerwca 2009

5.0's, pt 4

Mane, tekel, zjebane:

Junior Boys
Begone Dull Care

2009, Domino


Gdyby było tych kolesi więcej można by śmiało mówić o zespole jednej płyty. Być może nie ma większego sensu upatrywanie całości sukcesu Last Exit w bitach Darka, ale coś jest na rzeczy, bo robiąc sobie prezent z odrobiny szczerości, można z perspektywy czasu stwierdzić, iż osierocone przezeń So This Is Goodbye było jedynie przystanięciem w rozwoju dla przeglądu dostępnych opcji. Wybór padł na ścieżkę starożytnego mistrza Chu-Jozy. Monotonia i letniość Begone Dull Care sprawiają, że nawet na siłę trudno wynaleźć tu ów touch circa 2004, który z łatwością narzucił się najbardziej wytrwałym pokładom pamięci. To nie Junior Boys, a tylko smutnawe disco i klubowy miał do puszczenia w empiku.


Yppah
They Know What Ghosts Know

2009, Ninja Tune



To byłby hit, gdyby wcześniej nie było Salaryman, którzy z płyty na płytę wciskali sztylet coraz głębiej w plecy pełnego werwy instrumentalu. Na ten moment tego typu grania *nie ma*, nawet, jeśli jest tworzone jako opracowanie kolejnego genre w ramach czyjegoś osobistego hobby (w 2006 na You Are Beautiful At All Times Yppah referował okolice instrumentalnego hip-hopu i break-beatu). Koleś na pewno dobrze się bawił, poznał kawałek historii muzyki mniej i bardziej popularnej, przekopał się przez masę fascynujących płyt funkcjonujących jako zapomniane kamienie milowe najbardziej aktualnych obecnie stylistyk. Ale nie wiem, co niby jest tu przeznaczone dla mnie: jakaś autotematyczna refleksja nad możliwymi motywacjami tworzenia czy bryk z kanonu najlepszych zagrywek w fuzji elektronika-gitary ostatnich lat? Jedyne co cieszy to niezły kant: do bólu formalistyczne gówno bez jednego zająknięcia się w temacie neo-poważki.


Julianna Barwick
Florine EP
2009, eMusic Selects



Piękny damski wokal, zapętlony w hipnotyczne, syrenie harmonie, sam jeden zapełnia krótką, efemeryczną płytę idealną do ukołysania do snu. Jeżeli jesteś kimś, kto lubi piękny damski wokal, zapętlony w hipnotyczne, syrenie harmonie, który sam jeden zapełnia krótką, efemeryczną płytę idealną do ukołysania do snu, to na pewno Florine zadowoli cię i powodzenia. Jeżeli jednak twoje koleżanki już wystarczająco dużo zawodzą, szybko będziesz miał dość tej EPki, poręcznej, ale zawierającej piękny, zapętlony w hipnotyczne, syrenie harmonie damski wokal, który sam jeden zapełnia krótką, efemeryczną płytę idealną do ukołysania do snu.

piątek, 15 maja 2009

5,0's, pt 3

Majowa odsłona 5.0's, przedstawia się tak:


Halloween, Alaska
Champagne Downtown

2009, East Side Digital


Ciekawie wyprodukowane, dosyć klimatyczne, ale zwyczajnie odpychające. Przede wszystkim nachalność budzonych skojarzeń: Halloween = dzieciństwo, beztroska + groteska i groza; Alaska = daleko, zapyziale, śnieg i noc cały semestr. Wiadomix. Na tym tle rozprowadzone, rotujące kłamliwie między optymizmem a depresją, liryki starają się przekazać jakąś prawdę o targającym nami świecie, osiągając poziom intymności toalety. Jest zadowalająco prywatnie, ale jakoś trudno przywołać skojarzenia z sielską arkadią występującą w deja vu i przebłyskach z poprzedniego wcielenia. Daremny trud szukać prawdziwych uczuć pod tą okładką, bliźniaczo przecież podobną do bardzo emocjonalnego April Kozeleka. Próżno też spodziewać się po ze wszech miar epigońskim artyście, wydania muzyki operującej na tyle otwartą formą, by pozostawiała jeszcze miejsce na zgrabnego słuchacza. (myspace)




Michachu and the Shapes
Jewelry

2009, Rough Trade

Świat bez wyrazu postmodernizm: Imię róży pozostaje aż fajnym filmem z Connerym, ludzie dzielą się wrażeniami z Joyce'a tylko w rodzinnym gronie, a Micachu nagrywa jakieś demo, nazywa je Jewelry, ale po pierwszym przesłuchaniu własnego rzygania, kaja się i kupuje wszystkie płyty Flauberta, żeby pozyskać nowy start. W pełnym zaś realu, obcuje się tu z anomalią, którą współczesność dzieli ze średniowieczem: całą prawdę o przedmiocie podmiot zna zanim zacznie go jeść. Naczytałem się elaboratów na temat, przemieliłem tony hurraentuzjastycznych newsów i trailerów tego debiutu i zdobyłem wiedzę, że jest zajebisty. Wyostrzony, napięty, pulsujący i rozedrgany - był mój umysł zespolony wraz z pięcioma zmysłami w złoty heksagram. Ostrzyłem swoje wspaniałe instrumenty, ale w efekcie nie zrobiłem nic, bo przecież halo, na takie właśnie okazje mam od dwóch miesięcy swoje 5.0's, w której to rubryce ujawnia się autoterapeutyczna funkcja tego bloga.

Jewelry
to podręcznikowy falstart: projekt, nad którym pracowało się jak na możliwości i cierpliwość twórców za długo, tak że w końcu można go
było już tylko wydać. Tak więc spontaniczność wydaje się wymuszona, podobnie jak większość obecnych tu bardzo modnych atrakcji, obowiązkowych już współcześnie, a nagminnie mylonych z odkrywczymi czy chociaż eksperymentalnymi. W paru słowach psychoanalizy: trzy fajne (ale serio) szkice piosenek, brzydka laska korzystająca z faktu, że androgynizm powrócił w charakterze eufemizmu oraz małomiasteczkowy queer (właśnie na bazie bycia chłopczycą?). Nie wydaje mi się to być żadnym wyzwaniem. Hałas i sranie, pop pop: jak bardzo możemy zmodyfikować wszystko, moja odpowiedź: nic nie ma znaczenia ostatecznie, a jej, że ma i tym czymś jest zabawa, to twój kompleks, bo kochasz zaprzeczać i odraza to twoja masturbacja. Ja do niej: i kto tu się masturbuje, suko? Ja suka?, mam w dupie rodzaj żeński, rodzaj każdy - jestem muzyką! I tak w kółko, przez 35:34 czystego marnowania energii. Ludzkość jest przereklamowana, a ona na to: raczej niewyczerpana w durnocie, tak wspaniale bezmyślnej. Przecież. I co upiorne w związku z tym, to że nie ma na tym albumie ani słowa o śmierci. Mając fakt na uwadze, czujecie już zapewne, jak mało wiarygodna to sprawa. (myspace)


Telepathe
Dance Mother
2009, IAMSOUND


I can do a real bang-bang, we can be a real thing-thing powtórzone dziesiąty raz w jednym kawałku potrafi naprawdę człowieka wkurwić, jeśli nie pochodzi z ust buddystów, hostess October Festu lub dziewczyn bikini. Póki nie usłyszałem tego w całości byłem zachęcony dosyć przekonującymi recenzjami, a singiel, jak to zwykle u mnie bywa, specjalnie nie wpłynął na egzystencję. Po jednym dokładnym przesłuchaniu całości, spocony i zmarnowany, rzucam to jednakowoż w chuj postanawiając nigdy więcej nie mieć dobrego humoru. Sprowadza na manowce, nakłania do ufności, która w efekcie gwarantuje stratę czasu, a i przetarła się znacznie nadzieja na materializację w tym roku porządnego hip hop/electro dicha w wykonaniu składu mającego pojęcie jak się w ogóle ubrać. Istnieje oczywiście możliwość inna: poświęciłem DM za mało czasu i np. nie odczytałem pokładu autoironii, która (jeśli już ją sobie wyobrazić) mogłaby chyba polegać na tym, że słabo powielamy schematy, ale wystarczy na dwa remiksy i 1/8 domówki, a to wszystko czego osobiście oczekujemy od własnej muzyki. Zero wymagań wobec siebie. Gdzie byli rodzice? I ta niepokojąco dokładna aluzja do IAMXa w nazwie labelu! (myspace)



piątek, 8 maja 2009

Bill Callahan - Sometimes I Wish We Were an Eagle

Bill Callahan
Sometimes I Wish We Were an Eagle

2009, Drag City



6.9



Bill potrafi przynudzać, jednakże jego męska powściągliwość stanowi w tych smutnych czasach niemalże już wartość. Wśród krzykliwie intertekstualnych, postmodernistycznych rzygów dobrze zrealizowany folk pozostaje azylem dla zawartości treściowej: wolnych od magnetyzmu trendów, mniej lub bardziej archetypicznych, ludzkich dramatów opowiadanych przez charyzmatyczną personę. Bogata dyskografia nagrana jako Smog, i ten drugi album pod już imiennym tylko szyldem (kontynuacja przyjemnego Woke On a Whaleheart) ukazują wyraźnie, że priorytetem jest dla Callahana narracja, chwilami równająca z gigantami storytellingu, a przez większość czasu stanowiąca problematyczną konkurencję dla Lambchop czy Magnolia Electric Co.

Trzy pierwsze kawałki to właściwie osobne majstersztyki i na nich powinna się skupić pozytywna impresja z SIWWWaE. Zwraca szczególną uwagę prawdziwie orientalizujący motyw w The Wind And the Dove z ujmującym zwieńczeniem linkującym niemal zapomnianego już Vincenta Gallo. Wraz z transowo repetetywnym closerem, detal ten wzbogaca kontrastem całokształt delikatnie psychodelizujących, jasnych aranżacji. Na wyłowienie zasługuje też sympatyczny, oryginalny tekstowo erotyk Eid Ma Clack Shaw, w którym Bill zjednuje jako poeta-nerd. Teatralnie Waitsowskiemu, stosunkowo agresywnemu My Friend udaje się zadowalająco równoważyć monotonię centralnych partii albumu, aż do końcowej ody do ateizmu, szczególnie interesującej, bo z nagła zacierającej kwakierską naiwność poprzednich tracków cieniem mizantropii czy po prostu gorzkiej w swoim negującym wolnomyślicielstwie refleksji teologicznej.

Końcowe wrażenia plasują się gdzieś w okolicach wyluzowanego diagnozowania słabości Fleet Foxes. Mimo całkowitej skromności
Callahana i nieźle przezeń odgrywanej obojętności wobec własnej ugruntowanej pozycji jednego z bardziej niedocenianych, bije z jego wydawnictw ogarnięcie stylistyki na eksperckim poziomie. O ile dla FF folk wydaje się być formułą, której popowa modyfikacja w ogóle umożliwiła artykulację, o tyle dla Billa to cała filozofia, światopogląd sięgający tradycyjnej topiki, pozamuzyczne źródło, w którego zakresie nie leży manifestacja rozziewu własnej skali aż do sopranu, a raczej zaprezentowanie życiowego doświadczenia w oparach spokojnego stoicyzmu. Na rzeczy jest tutaj ponowne napomknięcie o Eid Ma Clack Shaw, absolutnie nie płaczliwym, heroicznie autoironicznym wobec własnego niepogodzenia z utraconym uczuciem.

Wraz z
Beasts of Seasons Laury Gibson, nowy Bill wydaje się być przodownikiem pracy w propozycjach rzucanych przez 2009 w temacie folku. Nazwisko zobowiązuje: każdy szeryf pod każdą szerokością geograficzną zmienia swoje rodowe na Callahan żeby chociaż szczątkowo przypodobać się bożkowi teksańskich kapeluszy i zrezygnowanych splunięć. Niczym więc Tommy Lee Jones lub Eastwood eksperymentujący z przedrostkiem indie-, nasz biały brat emanuje krzepą, mrukowatością oraz wrażliwością usilnie skrywaną pod maską twardego rezydenta stacji benzynowej gdzieś w kosmosie Arizony. Godne polecenia, koniecznie z tagiem dobre, bo bez szans na hype i lokatę w rocznych zestawieniach, a więc uczciwa, bezpretensjonalna robota do intymnego doświadczania.


myspace

piątek, 1 maja 2009

Japandroids - Post-nothing

Japandroids
Post-nothing

2009, Unfamilliar


8.0



Szastając w centrum handlowym hajsem ze sprzedaży promosów na allegro, zastanawialiśmy się wraz z Nicole i Roxette, co może oznaczać tytuł debiutu tej chujowo brzmiącej z nazwy grupy. Teorie padały, znacząc swoimi ścierwami kolejne łazienki, w których wsypywaliśmy w siebie nawzajem tony kokainy. Temat wracał ilekroć zmienialiśmy dyskotekę. Wypłynął także przy wyborze deski surfingowej dla Nicole. Ostatecznie jednak Roxette utrafiła w sedno, choć raczej nie przykłada większej wagi do muzyki: Post-nothing, bo tak serio rzecz biorąc, jednostkowo, nie jesteśmy po niczym. Nie przeżyliśmy niczego, zawsze będąc przed wszystkim; bez szans na przetrwanie choćby inicjalnej tylko tortury zapodanej przez hipotetycznych hitlerowców 2.0. Akapit dzięki uprzejmości pani Terakowskiej.

O świcie, zmęczeni nagrywaniem na wideo lubieżnych chwil w łóżku i bezczeszczeniem zdjęć naszych rodziców, legliśmy obok siebie w satynie, rozważając w ciszy, co jest bardziej cool niż charczące zajebiście gitary, mocna stoner popowa perka, teksty o wadze ripost dla wiodących systemów filozoficznych i cwelenie MGMT. Nie wiadomo, ale znak równości z Japandroids. Ponieważ na chwilę obecną nie słuchamy niczego innego spod tego znaku zodiaku. Ja jestem strzelcem, Nicole lwem, Roxy wagą, a Japandroids to wąż. Szorstki, czepiający się ubrań gad, fakturą linkujący wygarbowane tuatary lub warany. Tarantula, która opuściła terrarium i uwiła zastępcze gniazdo w pudle gitary. Ze strachu przed ruszeniem akustyka z bestią w środku, wszystko zelektryfikowało się i w mózgach mamy serotoninową burzę, a w oku cyklonu tłusty guzik repeat jak l'anus solaire.



Myślimy cytując Batailla i Molestę, czujemy niestety jedynie parafrazując Douglasa z Gorączki lub Instynktu. Wszystko to na papierze brzmi strasznie, jak gdybym pisał o płycie nagranej przez pedofili, próbujących się zbliżyć do swoich ofiar poprzez afirmację szczeniackiej afirmacji życia (We used to dream / I don't want worrying about dying albo piękny, shoegazujący opener). Ale ukąsił mnie kruk, więc widzę w ultrafiolecie i nie dostrzegam tu kłamstwa (możliwe, że dzięki faworyzowanemu I Quit Girls, wystarczająco dorosłemu w transowej niemal-poetyckości). Być może jednak starzeję się tylko i chcę wierzyć albo to zwyczajny powrót popędów, które wyparłem, gdy Six. by Seven się skończyli. To co dawało mi Six. powraca tutaj, nie w tak męskiej i agresywnej formie, za co wypada być nawet wdzięcznym z uwagi na lato i przeceny. Wystarcza mi reminiscencja tamtej otoczki, skrzyżowana z nowym Franzem oraz singlami z Nights Out Metronomy. Plusem jest też to, że epigoni frontu Swervediver-Dinosaur Jr. chwilowo zamilkli, Post-nothing zaś udatnie partneruje zeszłorocznemu noisowi Wye Oak w odnowie tych inspiracji poprzez peklowanie w popie.

Jedno poważne beware jednakże: wszystko jest tu uzależnione od najbardziej aktualnego nastroju odbiorcy. Przy niewielkim nawet przytłumieniu czakr, energia bijąca z tego albumu raczej irytuje niż podnosi na duchu. Paradoksalnie można stąd jednak zaczerpnąć kolejny atut: nie zużyje się tak szybko, szczególnie, że niepodważalnie jest to jedna z tzw. płyt towarzyszących, bliskich aurze debiutanckich płyt Interpolu czy She Wants Revenge, rozmawiających z tobą, kiedy jesteś młody i dużo czasu spędzasz samotnie w transporcie miejskim. Niedługo znowu wszystko się przełamie i wrócą liryki o miastach-wampirach, a póki co sunset, girls, cool disaster, she wears nothing / can't resist etc. No i jeszcze:
we can french kiss some French girls. Spoko. Gdybym pisał o Cut Copy również wystawiłbym 8.0 i to asocjacyjne napomknienie o nich wydaje się być przy okazji rozmowy o Japandroids nieprzypadkowym. Te dwie gwiazdy suną po prostu równolegle po firmamencie ludzkiej emocjonalności! Szaleństwo.

myspace

niedziela, 12 kwietnia 2009

Joker's Daughter - Last Laugh

Joker's Daughter
Last Laugh

2009, Team Love


7.3



Razem z Panem Jezusem odżywa instytucja interesującej płyty z 2009 roku. Ale w temacie: guma balonowa w średniowieczu. Wizualizujcie znudzoną księżniczkę wysiadującą tydzień na trybunach turnieju. Do stópek rzucają jej odrąbane głowy smoków i garbusów. Jej krótki rzut oka na trofea. Balon pęka. Księżniczka ostentacyjnie wraca do nowego Kaczora Donalda. Wieczorem staje przed lustrem. Za kotarą służba wygrywa
ostrożne covery Modestów. Ona przymierza trampki, które z innego wymiaru sprowadził Merlin, mag na rozkapryszone rozkazy.

Znów go wołają grymaśne usteczka, bo nie wszystko jest jeszcze jak we śnie. Nowy kaprys to Danger Mouse grający z folkową panną w jednym teamie, więc emocjonujący mezalians o wadze rzutującej na sens romansowych scen u Orzeszkowej. Bez spinania się na easterowy storytelling dziadziusia powiem wam w punktach, czemu to jest dobre:
  1. Estetyka cross-overu wyzwala w twórcach o zakrzepłym paradygmacie ukryte pokłady mocy. Jeśli aspiracje to oryginalność oraz spożytkowanie charyzmy jednostek na zniweczenie planów zebranej do kupy konkurencji to Danger naprawdę robi dla swojej kolaborantki wszystko, praktycznie transportując jej, dość klasyczne przecież, pomysły w nowy wymiar Niech Cake And July będzie tu przykładem prawdziwego, eterycznego folku, tyle że z produkcją zdolną podbić rozwiązania formalne do elementu równorzędnego dla treści w procesie interpretacji,
  2. Legenda arturiańska, Merlin, Hadrian i Mordred, skarby, Król olch superłotrem nowojorskiej kanalizacji etc. realizują się w gotycyzującym folku (cytujące nowoczesne, groteskowe interpretacje gregoriańskich chórów, gustowne i dynamiczne tytułowe Last Laugh) tuż przy modnie shoegazującym popiku (Under the Influence of Jaffa Cakes - możliwe, że największe, mimo niepozorności, wydarzenie na płycie). Danger włącza surowe brzmienia library music, old-schoolowych jinglowych melodii, przerysowanych komiksowych onomatopejek z płyt zawierających producencki hip hop, do kontrastowego środowiska folku, co budzi spore wow nawet nie tyle wobec faktu, że na kokpicie tego kolesia wszystkie diody są zielone + pstryczki na ON, co wobec ilości rozwiązań proponowanych przez rzeczywistość w ogóle,
  3. Storytelling Costas nawraca co i rusz do średniowiecznej metaforyki, sennej symboliki skandynawskiej i brytolskiej mitologii. Zwraca uwagę niedbałe kreślenie pejzaży oparte raczej na konotacjach niż opisach. Narratorka zestawia w jednym kawałku (high-lightowe Go Walking) zmierzchające niebo, złowrogie omeny, armie, skarby, powietrze nabrzmiałe odorem śmierci, głosy niosące się nad jeziorem u stóp czarnej góry, a anaforycznie powtarzane cytaty z codzienności zbliżają te wszystkie cuda do poziomu zwykłego spaceru. Linie gitary i skrzypce często trzeba wykopywać spod zawłaszczającej kurateli Danger Mouse'a, co w sumie tylko przydaje im oczekiwanej po folkowej minstrelce delikatności. Próżno jednak szukać, znów: zbyt oczywistych, aluzji do Newsom. Mimo, iż mniej tu gitar, ściślej nakładające się spektrum barw leży jednak w sąsiedztwie Neutral Milk Hotel. Zważmy, że przy jednoczesnym udziale czarnucha.


Na papierze wygląda to pięknie, i nawet udało się hipotetyczną urodę tej płyty w praktyce ocalić od, łatwo przychodzącego na myśl, celtyckiego tknięcia. Przede wszystkim więc imponuje w tym albumie chytre uniknięcie wszystkich oczywistości narzucających się zarówno odbiorcom jak i twórcom. Wysoce cool, eksperymentalnie popowe prześwity w medieval-folkowej topice oraz pozytywna świadomość obcowania z udaną kolaboracją artystów właściwie sobie przeciwstawnych, sprawiają, ze można dzięki Last Laugh spokojnie przełknąć zawód nowym Bat For Lashes, pobłażliwie olać Nite Jewel i nadal mieć co robić na świecie.

myspace

środa, 1 kwietnia 2009

5.0's, pt. 2

Kolejne podejrzane pozycje, które, być może pochopnie, oceniłbym na 5.0 lub zostawił miejsce na notę puste. Aloha!


Squares on Both Sides
Indication

2009, Own


Folk #332: charakterystyczne użycie elektroniki steruje w stronę niezasłużenie zapomnianego już trochę, Eleven Continents, ale gdzie temu do klasy RF. Czuć niemieckość projektu, co ukazuje rozmiary mijania się z celem: oni nie mają tam nawet lasu chyba, samo techno, tetris i sklepy z winylami. Folk leży więc daleko, a w bezpośrednim zasięgu pozbawione odpowiedniego kontekstu, naburmuszone z nudy: -tronica i gitara. (myspace)


Dakota Suite
The End of Trying

2009, Karaoke Kalk


Prawie każdy chce mieć stały wgląd w lata młodości i prawie każdy zrzucił w co poniektórych punktach życia zajarzyste bojki, do których teraz może wracać z każdego punktu mapy. Rozległość tagów możliwych do przypisania Dakota Suite może robić wrażenie: folk, drone, post-rock, ambient, rock, slow-core i na tym pewnie nie koniec. Sumując jednak - te piękne, harmonijne utwory cierpią na to samo co wszystkie rzeźby: brak życia. Potencjalne zainteresowanie nie jest w stanie do końca się rozwinąć podduszone mdłymi, rozwlekłymi pejzażami jednoznacznie konotującymi depresję i rozległe pustkowia. Z drugiej natomiast strony: jedną z moich bojek jest Labradford, który przy odrobinie złej woli można by podsumować podobnie. The End of Trying może więc, poprzez swoją stosunkową przystępność, wystudiowany eklektyzm i
urodę (w wybaczalnym przecież stopniu wykalkulowaną), natchnąć kogoś do uważniejszej eksploracji używanych w jego obrębie genres. Dla mnie za późno, ale wy zawstydźcie diabła, elo! (myspace)


Marissa Nadler
Little Hells

2009, Kemado


Folk #462: śpiewaczka o bogatej dyskografii odkrywa produkcję i gubi gdzieś druidyczną atmosferę swoich poprzednich nagrań. Brakuje szczerego gotyckiego/wiktoriańskiego akcentu, który pojawiał się wcześniej, istotnie wzbogacając przetartą stylistykę. W efekcie: zestaw melancholijnych, pozbawionych charakteru piosenek, które, jeśli nie słyszało się Marissy na Songs III: Birds On the Water (2007), mogą jeszcze nie bez kozery zostać przez kogoś miłego uznane za piękne czy urokliwe. (myspace)


Whitest Boy Alive
Rules

2009, Bubbles


Kolejna porcja disco na instrumentach bez przycisku on/off. Od Erlenda Øye. Tego wiecie. Trochę mniej tu akustycznego grania, ale jeszcze więcej Erlenda Øye, tak że WBR staje się projektem tak charakterystycznym, że w sumie odizolowanym od reszty Faktów TVN. Porównując ten album z pierwszym można dojść do identycznych wniosków, co w przypadku debiutu i sofomora Kings of Convenience: kontynuacja jest miła, ale czy potrzebna? Nie do końca przemyślane Riot on Empty Streets zakreśliło wokół KoC kredowy krąg: nic nowego nie przebije się w obręb projektu, nic też nowego go nie opuści. Horyzont oczekiwań zakrzepł. Podobnie tutaj: rozbudowane w stosunku do debiutu instrumentarium to sztuczna podnieta, którą docenia się na siłę, kiedy trzeba dopisać recce jeszcze jeden akapit. Tak naprawdę liczy się co innego i tego czegoś jest tutaj za dużo. Erlenda Øye; niestety NIE w sąsiedztwie nośnych melodii czy atmosfery pełnego lajtu. Być może przesadzam, ale facet wydaje się akceptować ogólną opinię o sobie jako o fabryczce najbardziej niezal, bo akustycznej, najbardziej pięknej, bo beztroskę przełamują akcenty goryczy, muzyki tanecznej. Trudno więc oprzeć się wrażeniu, że Rules służy raczej umocnieniu pozycji projektu niż potrzebie realnego przekazu. Irytująca, nużąca płyta, której wystawia się po trzech przesłuchaniach 8.0, i słucha ponownie tuż przed końcem roku, aby koniecznie wpierdolić ją w podsumowanie i uniknąć zarzutów o brak konsekwencji. Zaangażowane słuchanie Rules uzasadniać może sentyment (już? bez żartów!) albo obowiązek, bo na pewno nie jest to przysłowiowe the real thing.

środa, 25 lutego 2009

5.0's, pt. 1

Pierwsza odsłona serii nieregularnych notek nt. płyt, których nie potrafię ocenić albo którym jak leci wystawiłbym najdalsze od zajęcia stanowiska 5.0. Pozycje te dają jednak odczuć, że dla kogoś w wielkim świecie mogą być warte więcej. Bez ram czasowych, bez zbędnych emocji - miły gest, którego adresatami są posiadacze sporej ilości wolnego czasu na odsłuchy:


Red Light Company
Fine F
ascination
2009, Lavolta


Pewnie i tak to łykniecie, bo trudno ostatnimi czasy o lepszą okładkę. Wbrew pozorom to nie mroczniejsze Air France, ale czterech pół-glamowych anorektyków (drugi gitarzysta przebrany za Azjatę, reszta androgyniczna). Txty o trudnych
doświadczeniach na tle dość nośnego, dziwnie pogodnego gitarowego popu, którego głównym przesłaniem jest rozpierdolić tę budę dla uśmierzenia przeklętych clash-wspomnień. Regularnie wypływające na wierzch przesada i anachroniczność, pozbawiają melodie charyzmy, a cały klimat wydaje się oszukaństwem, kiedy po drugim przyjebaniu (With Lights Out) nikt jakoś nie rwie się do bitki. Kilka supełków zawiązanych na tym nagraniu może stanowić rozrywkę na kilka przejażdżek nocą po mieście, ale nie da się ukryć: myśleli, że wystarczy być. I miss you, Jesus Zero.





Plushgun
Pins And Panzers

2009, Tommy Boy

Próba zaanektowania Junior Boysów do ram tanecznego indie-electro, zarówno w wersji nawiązującej do nu-rave, jak i balladowej (high-lightowe An Aria). Zabawne txty o podrywaniu dziewczyn na swoją domorosłą sławę graniczą z bardziej poważnymi lirykami ściągniętymi od metro-gwiazdek new/no wave'owej sceny NY. Głównie jednak solidny song-writing, niestety przesłaniany zazwyczaj przez pragnienie bycia cool, jak gdyby sam miał nie wystarczać (że zapobiegawczość w przeczuciu własnych kompleksów). Podobno jeszcze jako projekty kawałki te zostały skomponowane na pojedynczą gitarę, jednakże w pełnych aranżacjach, mariaż z przejrzystą elektroniką przesterował je w rejony reklamówek Saaba czy Punto. Szczególnie warte wyodrębnienia są momenty pozowania na dziewczyńskie Gorillaz .





Inara George with Van Dyke Parks
An Invitation

2008, Everloving


Flirt damskiej połowy The Bird And the Bee ze zbliżającym się do siedemdziesiątki dawnym współpracownikiem Beach Boysów (facet obchodzi fajrant po pracy nad That Lucky Old Sun), Grace Kelly i Joanny Newsom, etnomuzykologiem i aktorem dziecięcym. Zanim na dobre zacznie się lans na Ray Guns... warto rzucić okiem na Inarę nagiętą do wizji człowieka pracującego na co dzień dla Walta Disneya. W efekcie: Edith Piaf śpiewająca rozmarzone, quasi-jazzowe standardy za kulisami niemego filmu o jelonku Bambi. Szybko się nudzi, jako że prawdziwym brylantem pozostaje tutaj pomysłowo wystylizowana produkcja oraz czysto utylitarna okazja zerknięcia w przeszłość. Przy pewnym wysiłku, poza klasycznymi animacjami, daje się wizualizować rękawiczki w lecie, etole i wyemancypowane, palące leniwie Paryżanki. Apaszki w grochy. Skutery Vespa. Alfons Mucha.



Szabas do 5 marca, c'ya!

piątek, 6 lutego 2009

Pains of Being Pure at Heart - Pains of Being Pure at Heart

Pains of Being Pure at Heart
Pains of Being Pure at Heart

2009, Slumberland


7.2



Pomimo debiutanckości i znaczących epigońskich partii mamy tu do czynienia z nadspodziewanie dojrzałym albumem, który pewnie i stanowczo wije sobie gniazdko z patyków kilku pokrewnych stylistyk. To co się wykluwa to nie tylko przyjemny katalog nawiązań, ale przede wszystkim zbiór konsekwentnie rozwijających się piosenek przygotowanych z przemyślanie spreparowanych elementów udających sample z klasyków, ale jednak wyczuwalnie nowoczesnych i bardzo własnych na poziomie emocjonalnym. Trudno nie dać się zaangażować w ten stosunkowo krótki album, stawiający odbiorcę na metr od kameralnej, choć nieźle hałasującej, sceny.

Dla przykładu warto przyjrzeć się drugiemu na płycie Come Saturday, w którym odnaleźć można wszystko na czym świat stoi. Od punkowej, zadziornej linii wiodącej gitary, przez dream-popowy wokal, po shoegazowe mgiełki dystorcji porozkładane komfortowo po kanałach i wycofaną perkę. I o ile akcenty położone zostały na debiucie PoBPaH raczej na delay, nie brak, choćby w omawianym tu bliżej utworze, eksperymentów z prawdziwym brudem. Skoncentrowane dystorcje przybierają od czasu do czasu formę drone'ów urozmaicających w 85% stricte piosenkowy materiał. Godne uwagi też The Tenure Itch dekonstruujące Placebo i Pixies bez widoków na zbytnią siarę. Na podobną modłę skonstruowanych perełek odnaleźć można tutaj więcej, szczególnie, że dość prędko cementuje się zachęcające przeczucie obcowania z jedną z istotniejszych płyt tego roku.

Zmienne natężenie hałasu, kiedy osiąga apogeum, zależnie od ośrodków: punkowości, twee-popu, shoegaze'u czy noise'u, wymusza porównanie z wątpliwymi dokonaniami Vivian Girls, szczególnie, że oba zespoły wywodzą się z NY. W przypadku PoBPaH jest tej zabawy jednak o wiele więcej, bo brak ich debiutowi wyczuwalnego u VG pozowania na wypłynięcie z garażowego undergroundu z naciąganymi tradycjami. Zamiast masy gównianych, hałaśliwych kapel, wybór archedźwięków pada w przypadku PoPBaH raczej na, nie tak oczywiste już teraz, mniej wydumane, bo nie starające się przeczyć niezaprzeczalnemu, Nirvanę, Smashing Pumpkins czy The Pastels, a z bardziej aktualnych źródeł My Bloody Valentine przetworzone w, znów dalekiej od schematu, manierze czerpania nie z Loveless, a raczej z bardziej surowych i wyraźniej eksponujących melodię EPek poprzedzających Isn't Anything: Ecstasy, Strawberry Wine i Sunny Sundae Smile (era krótkotrwałego wydawania dla Lazy).



Kilka chwil będących bezpośrednią reminiscencją boskości You Made Me Realize nie wystarczałoby jednak do odkreślenia chociaż wierzchołka wykorzystanych wzorców. Wspomnieć należy także o Slowdive, Jesus And Mary Chain czy prawie już proto-shoegazowych projektach typu A.R.Kane. Prostota niektórych utworów, ograniczenie ścieżek i przybrudzenie ich przy jednoczesnym unormowaniu potencjału anektującego delaya odsyła już bowiem w rejony typowo rockowych numerów, w obrębie których na próżno szukać elementów ciotowatego indie na drogich gitarach kupionych przez rodziców w nagrodę za podjęcie wakacyjnej pracy. Chociaż wakacji przecież tu sporo, szczególnie w singlowym Everything With You.

Mimo tak ogromnego spektrum wykorzystywanych nawiązań (nie wspominam jakby o przywołaniu mi na powrót atmosfery odkrywania awangardowej twarzy Sonic Youth z czasów Confusion Is Sex w mniej eksperymentatorskiej wersji oraz kolekcjonowania po sieci poszczególnych splunięć Black Tambourine) udało się tej młodej kapelce sformułować zręby własnego stylu, wystarczające, aby mieć nadzieję, że nie okaże się to projekt-efemeryda, zjawisko tak charakterystyczne dla około shoegazowego (szczęśliwie na tyle true, aby być anty dla shoegaze 2.0) grania.

myspace