Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dream folk. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dream folk. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 10 lipca 2012

Enchanted Hunters - Peoria

Enchanted Hunters
Peoria
2012, Antena Krzyku


6.6



I Zgodnej aprobacie Peorii jak gdyby brakuje słów potrzebnych na wspięcie się do entuzjazmu i w efekcie rozbrzmiewa ton łańcuszka wysyłanego na święta do wszystkich z domowego adresownika. Z poszumu wokół płyty wyłania się trochę gęba polskiej płyty alternatywnej, przyprawiana już Kyst, Basi Bulat i wielu innym projektom okołofolkowym. Debiut Enchanted Hunters ma prasę soczystego rodzynka w posusze, jaka zapanowała w tym roku na gruncie rodzimej fonografii albo kolejnego z lokalnych pomniczków urzekającego grania do ukochanych baśni dzieciństwa. Przebąkuje się o czymś więcej, czymś dalej, ale... To zahamowanie recenzentów płynie prawdopodobnie z samej istoty płyty. Próżno szukać na Peorii tanich wzruszeń, patosu lub ładunku ideologicznego, na których zwykło się polegać. Opis zdaje się wymagać – tylko i aż – trafnego doboru przymiotników.

II Na pewnym poziomie własnej konstrukcji Peoria okazuje się być albumem ryzykanckim. W jego strukturach toczy się utajona debata na temat folku jako gatunku. Ten dyskretny ferment łatwo porównać z transfiguracją estetyki dream popowej dokonaną niedawno przez Julię Holter (Ekstasis). Z jednej strony można sobie wyobrażać EH jako bezczelnie młodą, kobiecą Ściankę („Twin” bardzo w stylu sopockich ballad), z drugiej jako zespół nawiązujący do brzmień i koncepcji, które od dawna rotowały w umysłach polskiej krytyki muzycznej, torując w końcu projektom w stylu Izy Lach drogę do serc przeciwników popu. Łatwo pokusić się o zwrot „sophisti-folk”, tak ze względu na wyrafinowanie kompozytorskie, jak i na całą gamę skojarzeń emitowanych przez ów potencjalny tag. Wśród nich najważniejsze wydaje mi się przesunięcie folku z archetypicznej dlań przestrzeni mrocznej, żywiołowej głuszy ku obrazom spacerowego szlaku wśród gajów i przedmieść. Suche starcie gatunków i teorematów (pop i folk) okazuje się być odpowiednikiem naprzemiennych przebłysków frustracji i wolności, towarzyszących mieszczuchowi podczas spaceru po skraju lasku. Że mamy do czynienia z muzyką asocjacyjną podpowiada także długość utworów i ich szkicowa aparycja, kamuflująca barokową złożoność niektórych fragmentów. 

Ulotność i pograniczność uwodzą, ale sprawiają także, że EH zatrzymują się niekiedy w połowie drogi do pociągnięcia audytorium za sobą, ku swoim własnym, osobistym terytoriom. Za te przestoje chętnie obwiniłbym producenckie wysiłki Michała Kupicza, który „wykazał się” dość nikłym wyczuciem, jeśli chodzi o kwestię lo-fi. Wystarczy zestawić „Frost” z It Might Like You Julli Marcell, aby jasno nakreślić różnicę między nachalnymi przeszkadzajkami (pustymi znakami lo-fi) a „punkową” jakością DIY. Wprowadzone przez Kupicza drobne, lecz liczne dysonanse 1) zakłócają komfort odbierania utworu, który nosi znamiona singla, z definicji przypisanego domenie czystości produkcyjnej, 2) swoją niezborną rzutkością przeczą ewokowanej przez tekst atmosferze kruchej koncentracji, zapatrzenia w głąb w siebie z inspiracji kwietnych wzorów wyświetlanych na szybie przez mróz. Przy wnikliwszym wejrzeniu nasuwa się jeszcze jedno interesujące spostrzeżenie: pęknięcie pomiędzy zabiegami Kupicza, a grą Magdy Gajdzicy. Partie fletu jej autorstwa zdają się od czasu do czasu nieświadomie sprzeczać z syntetycznymi dodatkami.

Trudno się dziwić: zarówno na koncertach, jak i tutaj, na albumie, flet swobodnie radzi sobie z imitowaniem wszelkich efektów specjalnych. Ani trochę nie szkodzą mu tandetne chwile w stylu fałszywych Indian prezentujących muzykę Majów na starówkach Polski. Wprowadzany przez flet kicz w barwach new age jest punktem, w którym Peoria osiąga zamierzony efekt odrealnienia, podczas gdy, przeciwnie, poczynania Kupicza sprowadzają album na dukty siermiężnej muzyki klubowej, której tropy odnaleźć można, żeby daleko nie szukać, choćby na wydanym parę miesięcy temu III-MMXII Clubroot. Przesadzam, aby uwydatnić powody nadpsucia „Holy Virgin” (zmiażdżenie delikatnej atmosfery potężnymi harmoniami syntezatora) czy „Ladybug” (rozmontowanie klarownej konstrukcji potencjalnego singla zbędnymi powieleniami strun i wokali).

Trzeba jednak przyznać, że moja niechęć do producenckich zabiegów Michała płynie w przypadku Peorii z przywiązania do wcześniejszych, niemal ascetycznych wersji niektórych utworów. Taki wniosek podsunęła mi recenzja Jakuba Knery, który – podobnie jak ja – znał i lubił dema EH, i z równie automatyczną (można swobodnie mówić o pochopności) niechęcią zareagował na zmiany. Należy przecież oddać Kupiczowi wprawne opanowanie trudnej materii, jaką jest rejestracja i obróbka kapryśnego brzmienia gitary akustycznej, stanowiącej trzon płyty, a także odważne zarządzanie wokalami, których zdecydował się nie kiełznać, lecz – preparując ze ścieżek głosu własne sample – pomnażać w stronę barokowej misterności, minimalizującej wrażenie niedosytu. Mimo wszystko jednak widać wyraźną różnicę pomiędzy utworami sprzed kilku lat a nowszymi. Także i tutaj ujawniają się szwy, które z jednej strony spajają połowy albumu, a z drugiej samą swoją obecnością podkreślają jego niespełnienie, tuszowane tu i ówdzie wspólnym mianownikiem songwritingu. Peoria to bez wątpienia kolekcja, antologia twórczych poszukiwań, soczysta i eklektyczna, ale niezdolna jeszcze wykreować osobnego mikrokosmosu.

Furtką okazuje się – dość niespodziewanie – otwarcie na słuchacza. Niektóre z opowiadanych na Peorii błyskotliwych historyjek zachęcają do snucia fantazyjnych dopowiedzeń, zaprzęgając słuchacza do łączenia narracyjnych kropek. Przykładem niech będzie „Pawn Shop”, gdzie już pierwsze frazy przywołują wizję utajonego kramiku, na który – za sprawą przeznaczenia skromnie ukwefionego w szatki ślepego przypadku – trafia postać grana przez Benedicta Cumberbatcha. Do zapadających w pamięć fragmentów zaliczyć należy również jasną, astragalową psychodelię „April Drop” utrzymaną w linii The (mimo że za długa o przedział 01:50 – 02:10), czy uderzającą pointę liryku „Ladybug” (mimo że sam utwór wystrzelony za wcześnie, na czym sporo traci dramaturgia tracklisty). Sporo przyjemności sprawia także ostatnie pociągnięcie struny w „Go On, Don” (01:17). W tym mikrocytacie z Vincenta Gallo może chodzić równie dobrze o zacytowanie „Honey Bunny”, jak i o wskazanie niepowtarzalnego stroju gitary z When w roli brzmieniowego patrona. Brakuje mi w tej wyliczance malarskiego przerywnika instrumentalnego, który nie tylko uwydatniłby baśniową atmosferę, ale i pozwolił odpocząć od wokalu, zadomowić się w akustycznej esencji.

III Wśród polskich muzyków „alternatywnych” sporą popularnością cieszą się bogate listy udziałowców. Materiały prasowe, wnętrza książeczek i digipacków wypełnione są nazwiskami: ktoś napisał teksty, ktoś zagrał na garnku, ktoś inny zrobił okładkę. Jest to o tyle zrozumiałe, że zespoły zmuszone są przez realia naszego rynku płytowego do obracania się wśród znajomych. Muzykę wydaje się u nas poprzez i dla przyjaciół, tak więc nikt nie ma skrupułów przed korzystaniem z ich pomocy. Materiał atomizuje się w ten sposób, rozkleja się z twórczą osobowością pomysłodawcy, który w oczach przewrażliwionego odbiorcy zaczyna trochę mówić językami. Poza obszernymi creditsami naprowadza na ten trop uskok ziejący pomiędzy „Pawn Shop” i „Fountains”. Nie znam kulisów powstania tych piosenek, ale gdybym miał strzelać to obstawiłbym, że pierwszy został napisany w samotności, a drugi – ogółem dość na płycie niepotrzebny – z poduszczenia któregoś ze znajomych zespołu. Wyczuwam tutaj niewielki błąd, jeśli chodzi o selekcję materiału: za dużo przyjęło się z zewnątrz, za mało natomiast było przyzwolenia na własne szaleństwa. Wyobrażam sobie, że zespół mógł parokrotnie cofnąć się przed uwiecznieniem momentów, które faktycznie go pociągały, ale mogły by okazać się zbyt „szalone” dla statystycznego odbiorcy. 

Zdaję sobie jednak sprawę, że to właśnie momenty zachowawcze zapewniły Enchanted Hunters sympatię prezenterek radiowych i szeregowych słuchaczy. „Zachowawcze”! Dość już. Małostkowo czepiam się minusów Peorii tylko dlatego, że wychwalanie tej płyty uważam za niepotrzebne. W swojej działce jest zapewne najlepszym wydawnictwem tego roku, a może i lat sąsiednich, punktem, do którego będą musieli odnieść się inni muzycy działający na polu okołofolkowym. Wyliczenie uchybień rozumiem raczej jako przyjacielską motywację do nagrywania bezkompromisowo osobistej muzyki, w której nie dałoby się uchwycić refleksji nad potrzebami odbiorcy. Teraz, kiedy zespół pozyskał już sobie koncertową renomę nie tylko wśród przyjaciół i zgromadził na fizycznym nośniku kilkanaście utworów wysoko ocenianych przez obcych ludzi, staje się to tym łatwiejsze, a w przyszłości może okazać się inwestycją w interesującą dyskografię i nieprzewidywalną jej recepcję.

środa, 30 maja 2012

Félicia Atkinson - The Owls

Félicia Atkinson
The Owls
2012, Le Bon Accueil


7.1



Nie dziwi mnie umieszczenie tej kasety w drewnianej szkatułce z miedzianymi zawiasami. Na miejscu wydaje się też artwork przedstawiający oślepioną dziewczynę z dłonią wpuszczoną w szkic nonagramu. Nawet jeśli wywołane przez ten obraz skojarzenia wiodą do satanistyczno-rasistowskiego Zakonu Dziewięciu Kątów, to większość utworów jest tak introwertyczna, że nie przepuszcza słuchacza wyposażonego w jakikolwiek bagaż. Trzeba wejść nago w te rzeki, a w ostatnich latach muzyka odzwyczaja od naturyzmu i spontaniczności. Nie jestem w stanie określić, dlaczego The Owls – krótki występ na microkorgu w galerii Le Bon Accueil w Rennes – jest najciekawszą pozycją w dotychczasowej dyskografii Félicii Atkinson. Niektórym nurtom towarzyszy długi, ciągnący się pogłos, inne rwą, pijane i rzewne. U końca jakiś ton ledwo słyszalny; może gong zdławiony nagle jak płomień świecy albo wyładowanie elektryczne, spazm gitary poprzedzony głuchym pulsem pokrytego futrem bębna. Gdzieniegdzie rozsiane ziarna żwiru, przez które przejść należy stopą ostrożną i lękliwą. Skromny, surowy, chaotyczny poemat, w którym pobrzmiewają echa „Naked Trance” Fabio Orsiego.

Przepięknie wydany drobiazg podszywa się pod szeroko eksploatowaną ostatnio krzyżówkę dronu i dream folku. Powinien spodobać się fanom Julii Holter czy Aloonaluna. Ale Sowy Atkinson pomieszkują na rubieżach kategoryzacji. Wystarczy prześledzić progres doskonałego „With Her Own Hands”: rozpoczętą na wysokości jedenastej minuty wspinaczkę ku ledwo słyszalnej eksplozji i następującą potem falę uderzeniową, implodującą sferę odkształcaną przypadkowymi podmuchami, tak że rozpościera się ostatecznie w przejrzyste borealne halo. Te dziewiętnaście minut, w samym momencie dziania się i tylko wtedy, w samym epicentrum, jakim jest moment odsłuchu, zdaje się dystansować nie tylko całą dyskografię Natural Snow Buildings, ale i sięgać do stratosfery zajmowanej przez beautiful noise'owych kuzynów My Bloody Valentine. Kiedy się skończą nie wiadomo, czym były. Minutami. I tyle. Fragmenty najśmielej wdzierające się w shoegaze nie są rekonesansem podjętym w imię intertekstualnej strategii. Nie chcą i nie potrafią być parafrazą innej stylistyki. Po prostu tak wyszły. W tę, a nie w inną stronę wybiegła improwizacja.

Sygnatura „Félicia Atkinson” dziwacznie prezentuje się pod tym albumem. Personalia kojarzą się z niezbyt dobrą wiktoriańską pisarką o przeszłości pensjonarki. Czytam na głos to imię i nazwisko, i słyszę dzieciństwo skromnej panienki zmuszonej śnić o wydarzeniach, z których relacje podsłuchała późno w noc przez uchylone drzwi salonu. Przytłumione, poważne szepty o doświadczeniach, które nieomal zabrały z tego świata wujka-włóczykija. Kojący zgrzyt lodu w szklaneczkach brandy (pobłażliwe naigrawanie ze służącej: „Martha znów wrzuciła o jedną kostkę za dużo”), skwir przygasłej cygaretki. Portrety przodków. Równiutko oddzielona od ramienia i zmumifikowana sinawa dłoń w szkatułce wyłożonej granatowym safianem. Jak rozszalałą duszę w laseczce lub krysztale, tak pomiędzy dwie ześrubowane razem płytki plastiku zainstalowano mroczny rejon w postaci taśmy magnetycznej szepczącej w kółko złowrogie pseudonimy wyklętych postgotyckich poetów.


wtorek, 13 marca 2012

Mirroring - Foreign Body

Mirroring
Foreign Body
2012, Kranky


5.7



Efekt współpracy Tiny Vipers i Grouper musi spodobać się fanowi solowych nagrań obu artystek – bez trudu rozpozna, do której należą poszczególne partie i nie będzie potrafił przedłożyć jednej ponad drugą. Ale przecież efekt tej współpracy tak łatwo przewidzieć: Jesy Fortino, Liz Harris, Kranky – te słowa wystarczą za całą recenzję i jednocześnie apelują do odwagi cywilnej. Obowiązkiem krytyki jest przeciwstawianie się tak łatwemu zaspokajaniu potrzeb estetycznych. Sugeruje ono koniunkturalną podściółkę, populistyczną deformację indywidualnego stylu. Zastrzeżenia te łatwo jednak podkopać, bo przecież skojarzenie folku i shoegaze'u to mariaż absolutnie niemodny i mimo wszystko nie aż tak często spotykany, a Mirroring nie usiłują nawet stylizować swoich utworów na materiał nagrany w czasach szczytowej popularności obu gatunków z osobna. Osiągamy oto konsensus, który usatysfakcjonuje słuchacza nie nawykłego do pogłębiania swojego odbioru.

Spróbujmy jednak mocniej przeciwstawić się tej płycie, jej manifestacyjnemu introwertyzmowi, i uwypuklić poszlakę koniunkturalizmu. Spokojnie, jeśli zidentyfikujemy ów konformistyczny trop, to zabronimy mu wpływu na ocenę albumu, nie zależy bowiem od samych artystek, lecz zostaje wprowadzony do pola recepcyjnego płyty przez słuchacza. Powoływałem się już na ten przykład przy okazji pisania o Mirrorwriting Jamiego Woona, ale powtórzę. Ola Stockfelt – autor artykułu Odpowiednie sposoby słuchania zamieszczonego w Kulturze dźwięku – opowiada o powrocie do domu po długim dniu spędzonym w natłoku rozlicznych zajęć, zwykle podejmowanych w natarczywym chaosie przypadkowego otoczenia dźwiękowego. Wskazuje na muzykę jako na metodę oczyszczenia się z miejskiego hałasu. Wieczorne słuchanie nosi wszelkie znamiona ucieczki od harmidru aglomeracji: Stockfelt wspomina o uldze, odprężeniu. To właśnie odsłuch zakańcza dzienną aktywność, a przede wszystkim zakańcza czytanie rzeczywistości. Analizując prozę Pynchona nazywałem to przesytem lub nawet bulimią semiotyczną, Barthes ujmuje zjawisko następująco:

Rozwój reklamy, popularnej prasy, radia, ilustracji, nie mówiąc już o istnieniu niezliczonych rytuałów porozumienia (rytuałów społecznego pokazania się), sprawia, że stworzenie nauki semiologicznej staje się szczególnie pilne. Ile co dzień mijamy przestrzeni rzeczywiście pozbawionych znaczeń? Bardzo niewiele, czasami żadnej. Jesteśmy nad morzem: zapewne nie niesie ono żadnego przekazu. Ale ile materiału semiologicznego na plaży! Chorągwie, slogany, sygnały, tablice, ubrania, nawet opalenizna – są przekazami (R. Barthes, Mit i znak. Eseje, przeł. W. Błońska, Warszawa 1970, s. 29).

Wyłamując się z takiego środowiska automatycznie poszukujemy bodźców, które nie wymagają odczytań, stąd popularność pseudo-medytacyjnych praktyk, jak ikebana czy joga. I stąd też popularność rozmytej, impresjonistycznej muzyki. Mirroring narzucają wizję świata, w którym deszcz przestał padać, jasność rozlała się po niebie, jeszcze zasnutym chmurami, i lekki chłód, miły, rozkoszny, niosący z sobą zapach mokrych ziół i liści, płynie przez otwarte okno. Nawet mroczniejsze i stosunkowo depresyjne pasaże albumu niosą ten sam, relaksacyjno-introspektywny przekaz. Wniosek jest więc taki, że poszukujemy albumów w rodzaju Foreign Body nie z racji ich przynależności do konkretnego genre (w przypadku albumu Mirroring można by porzucić takie tagi jak shoegaze czy folk i spiąć całą zawartość klamrą ambientu) czy wysokiej jakości, lecz po prostu dlatego, że ich potrzebujemy, dosłownie, w sensie fizjologicznym. Są remedium na jeden z cywilizacyjnych dyskomfortów. Wysoka ocena tego i wielu innych podobnych albumów płynie wyłącznie z responsu organizmu, który spragniony jest asemantycznych doznań, nie zaś ze świadomego sądu estetycznego.

Taka refleksja prowokuje do zastanowienia się nad tytułem albumu. Foreign Body – obce ciało – to przecież element przeciwstawny dla powyższej charakterystyki, wprowadzający podrażnienie, nadmiar, interferencję zewnętrznych i zwykle wrogich sił. Obce ciało przywodzi na myśl przede wszystkim obrazy sprzętu chirurgicznego zaszytego przez nieuwagę w ciele pacjenta, wzierników wprowadzanych w otwory lub dziwacznych narośli, które – zależnie od fantazji – okazują się nieszkodliwą nadprodukcją keratyny lub syjamskim bliźnięciem. Na albumie Harris-Fortino niewygodnym naddatkiem są wokale – ponownie wbrew tezie o asemantyczności Foreign Body. Najlepsze utwory („Fell Sound”, „Silent From Above”, „Cliffs”) to te operujące klasycznym storytellingiem, wysuwające na pierwszy plan klarowne wokale Tiny Vipers. Udaje im się przeciwstawić podstawowej bolączce płyty skoncentrowanej na wykreowaniu sennej atmosfery, a mianowicie przesadnemu użyciu delayów (szczególnym rażące okazuje się nałożenie ich w wersji multitap na akustyczne palcówki). To miło, ale „klarowne”... czy to właśnie tego słowa oczekujemy po śpiewie Jesy Fortino?

Ostatecznie powraca myśl o korodującym wpływie konsensusu – tym razem pomiędzy autorkami albumu. Brak utworów o paraliżującej nerwy ekspresji – utworów w rodzaju „Swastiki”, „Young God” czy „Heavy Water” – spowodowany jest beznamiętnością Grouper, odchylającej się po A I A w stronę klinicznego ambientu. Wyrafinowaną psychodeliczność Dragging A Dead Deer Up A Hill zastąpiła dość oczywista hipnoza spod znaku new age. Kompromisy znaczą szlak otwarty przez Foreign Body liniami sennych, lecz nie angażujących prądów. Wyzwaniem jest sformułowanie wrażeń z albumu w czasie dzielącym włączenie go i nieuniknione zapadnięcie w sen (na etapie „Mine”, złożonego z samych chórków i plam, odsłuch toczy się już w głębokiej fazie alfa). Można aprobować leczniczy aspekt płyty, docenić jej zbawienne przeciwdziałanie chaosowi znaków albo protestować przeciwko nagrywaniu materiału, który wzbudza sympatię wykorzystując ułomności ludzkiego organizmu, jego najbardziej przewidywalne, bezwiedne reakcje (szerzej o takich manipulacjach w recenzji Tamtych czasów Karola Gwoździa). Osobiście korzystam ze złotego środka w postaci ucieczki: po zaznajomieniu się z Foreign Body, wracam do wcześniejszych, solowych dokonań obu artystek.

czwartek, 14 lipca 2011

Sister Irene O'Connor - Fire of God's Love

Sister Irene O'Connor
Fire of God's Love

1976, Alba House


6.4



Siostra Irene O'Connor grała w latach siedemdziesiątych tak, jak wielu chce grać dzisiaj (Grimes, Joker's Daughter, John Maus i setki innych). Nagrywany na sprzęt niskiej próby prosty, przejrzyście melodyjny dream pop z dodatkami witch, chiptune i dub, to nie tylko jedna z najmodniejszych estetyk, ale także utopijna charakterystyka zaginionych gemów, które blogosfera stara się śledzić i odkurzać od czasu pierwszych EPek Air France. "Messe du Saint Esprit" i "Keshukoran" samplowaliby Avalanches, ale kojarzą się też z twórczością Marii Minervy, "Teenager's Chorus" mogłaby wykonywać Inara George, zaś "O Great Mystery", w którym piskliwy głosik zakonnicy przeplata się z tenorem ojca Desa O'Neilla, to siermiężna wersja pastoralnych demówek Julianny Barwick. Siostrze udaje się nawet niekiedy brzmieć jak Pigeons, a obskurny prymitywizm automatu perkusyjnego uwiarygadnia pseudonim post punk nun nadany Irene w rodzinnej Australii. Religijne teksty drażnią właściwie tylko w pozycjach już i tak najsłabszych muzycznie – "Mary Was There" i "Christ, Our King". W pozostałych wzmacniają odczucie groteskowości, uczestniczenia w przeglądzie dziwolągów, który pozostawia widzów w stanie krępującej ambiwalencji: spotykają się debile i geniusze, na pewno, lecz nie wiadomo, jak kompetentnie odróżnić jednych od drugich.

Moją pierwszą reakcją było więc przeświadczenie o mistyfikacji, dowcipnym muzycznym trollingu. Fan Futuramy, zainspirowany historią Pieśni Osjana, przeniósł się w czasie, widząc w chrononautyce jedyny pewny sposób na uniknięcie oskarżeń o plagiatowanie trendów obowiązujących we współczesnej muzyce rozrywkowej. Fire of God's Love zawiera nawet pierwiastek fałszywego dystansu wobec konwencji, właściwy naszemu pudel fin de sieclowi. Kwietyzm koegzystuje z nawiedzonymi, pełnymi reverbu fragmentami, tworząc ilustrację do Dzieci kukurydzy, sekciarskich ustępów Dziecka Rosemary lub wertowania jehowych książeczek podczas złego, samotnego tripu. Nerwowa kompulsywność mogłaby ewentualnie poświadczyć autentyczność tych nagrań. Daje się odczuć, że zostały zarejestrowane nie tyle przez artystkę, co zwykłego człowieka, borykającego się z tremą i niepewnego swoich sądów aranżacyjnych. W "O Great Mystery" szczególnie, ale i w innych utworach także, zdarza się Irene znacząco fałszować, elektryczne pianino rozjeżdża się chwilami lub jest przeciągane, dosłownie – jak papieros, o procent macha za dużo. Wszystko to obniża ocenę jednocześnie ją windując, bo przecież dokładnie takich uchybień oczekuje się po ekscentrycznym, wygrzebanym z niebytu albumie nagranym przez lekko stukniętą zakonnicę.

Na zakończenie dość ciekawy, choć pełen (uzasadnionych) uprzedzeń przegląd starych katolickich winyli z Australii i link do samego Fire of God's Love.

wtorek, 30 listopada 2010

Fight!Suzan - Viper's Eye An Open Wound

Ze stron Nasiona można już ściągnąć moją płytkę. Poniżej znajdziecie bezpośredni link do .zipa. Total lo-fi nagrane w jednym pokoju, w dwóch różnych domach, na minimum sprzętowym. Całość trwa 30:40 i jest podsumowaniem moich dotychczasowych publikacji na myspace, ale przede wszystkim pamiątką z wakacji lat 2007-2010. Podczas nagrywania dążyłem do podzielenia klimatu płyt Piotra Szczepanika, Washed Out, Mirta, Tiny Vipers czy Secret Colors, ale faktyczną inspiracją były raczej nastroje, pogody i przypadki. Genres: sampledelia, lo-fi, dreamfolk, parę rekwizytów chill wave'u, ambient, field-rec.
Płytę można dostać w fizycznej wersji. Białe cd, ręcznie klejone okładki, osobiście cyknięte zdjęcia, grzbiecik z taśmy papierowej. Sprawdźcie tu i tu. Koszt takiego luksusu to 20 PLN z przesyłką. Detale do ustalenia mailowo (fight.suzan@wp.pl). W Trójmieście można nabyć płytę osobiście: w Cafe Fikcja za 15 PLN. Sięgnijcie też po mój split z No One Wished to Settle Here (2007) tutaj.