Pokazywanie postów oznaczonych etykietą freakfolk. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą freakfolk. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 7 lutego 2010

Sean McCann - Midnight Orchard


Sean McCann
Midnight Orchard
2009, Roll Over Rover


8.0



Tuż po skompletowaniu listy rocznej wypływają w końcu na powierzchnię klejnoty przyduszane wcześniej nalotem bardziej medialnych błyskotek. Od pierwszego styku narzuca się porównanie McCanna do Basinskiego wypośrodkowanego między Disintegration Loops a Garden of Brokenness, uliryzowanego wpływami wczesnego Eluvium, zahipnotyzowanego naturą jak Leśmian i grzebiącego w pleromenie z zaangażowaniem najbardziej onirycznych fragmentów Schulza. Umieszczony na pierwszej stronie Midnight Orchard kawałek tytułowy trwa 39:30, składa się z pętli i od ponad dwóch tygodni słucham niemalże wyłącznie jego jednego. Przy całej sympatii dla Williama, sięgnięcie po naturę, już nawet magiczny folklor, działa na wyobraźnię mocniej niż jakikolwiek kosmos i nasłuch neutrin. Kwestia doboru totemów: Rousseau/Hermaszewski.

Jakiś jeden obraz, który łączyłby slow-core, freak-folkowo-jazzowe pobocza, ambient z taśm, repetycje i groźne toposy poważki? Z nor metempsychozy jedno happy word wychodzi: gomon. Folklorystyczny micik sąsiadujący z pogłoską o kwiecie paproci: nocny pochód zwierząt, drzew, kamieni - ogółem wszystkiego, co zazwyczaj albo się nie porusza wcale albo przynajmniej nie gromadzi w celu ślepego podążania w ściśle wytyczonym kierunku, pchane nieodgadnioną dla człowieka motywacją. Przepisując gusła na jakieś popularniejsze wyobrażenia chodzi o instynktowne zmierzanie wielkich zwierząt na cmentarzyska swojego gatunku albo o zminiaturyzowaną alegorię cyklu natury albo o poruszenia cielska Uroborosa, węża oplatającego świat. Mimo że w ciemności trudno rozróżnić kształty poszczególnych elementów gomonu z kasety McCanna, stanowi on zaprzeczenie przysłowiowego eksperymentalnego bredzenia przewalającego się z kanału w kanał. Porównanie do Basinskiego opiera się bowiem także na podłożu emanujących z Midnight Orchard klasycystycznych cnów: ładu, spokoju i harmonii. Jeśli jest w tej muzyce jakaś histeria, przestrach, groza utraty kontroli nad własnymi poczynaniami, panika uwięzienia w marionetkowym ciele przejętym przez instynkt podążania, to są to lęki kiełznane właśnie ścisłymi rygorami formalnymi. Na końcu znaleźć się więc musi światło, w którego stronę idzie się z ulgą, kokieteryjnie wzbraniając się przed uznaniem za katharsis czegoś tak prostego jak oddalona folk-jazzowa melodia.

Druga strona taśmy to szesnaście krótkich utworów bliższych już stereotypowi eksperymentu. Dużo cięć, samplowania, loopów, drone'ów i innych standardów, przypominających po trosze Sylviana, po trosze Scotta Tumę, pobrzmiewając opiumicznymi IDMami Vincenta Gallo, nostalgiczną groteską animacji ze studia Ghibli i po Proustowsku (konkretnie: Imiona miejscowości: miejscowość) prześwietlonymi, akwatycznymi utworami Debussy'ego. Szczególną przyjemność sprawiają Straw Hat 1 i 16, otwierająca i zamykająca całość, chill-folkowa klamra, ściśle kompresująca potencjalną progresywną suitę do wypaczonych eksperymentem, żwawych coplas. Można by pominąć obszerny fragment toczący się pomiędzy tą zgodną parą, gdyby nie fakt, że po którymś przesłuchaniu całości, druga część okazuje się być stworzona do nałożenia na pierwszą, tak by gomon toczył się tym razem w dzień, objaśniony. Krótkie jego, rozsegmentowane fragmenty, zdają się być nagimi cząstkami utworu tytułowego, poszczególnymi kręgami kręgosłupa, legendą zawikłaną o nakładające się na siebie słoje drzewa genealogicznego. Pod lejącymi się z letniego nieba promieniami naturalnego Roentgena, widać szkielety i poszczególne kości jak tazo łączące się w pierwszą stronę kasety. Druga część MO to przypisy do pierwszej, rozjaśnienie jej o pierwiastek czysto kulturalnego, wyrafinowanego wojeryzmu wymierzonego w intymność nieodgadnionej natury.

McCann sprzedaje fanom eksperymentu obszerną syntezę stanu zdrowia muzyki dziwnej. Midnight Orchard przypomina trochę czytanie krótkich form Borgesa: długie percypuje się jako krótkie, przepakowane światem przedstawionym, jak alef, lewiatan kompresji; krótkie dłużą się wyjaśniając długie odczuwanym, a nie realnym czasem swego trwania.

środa, 11 listopada 2009

Wooden Veil - Wooden Veil

Wooden Veil
Wooden Veil

2009, Dekorder


7.4



Plemienne bębny jako dominanta kompozycyjna jakiejkolwiek muzyki wydanej w '00 to sprytny zabieg. Teoretycznie wiadomo, że to archaizm, a archaizmy trzeba śledzić, uwydatniać ich genezę i uzasadniać użycie, więc pojawiają się w recenzjach, na zasadach kalki już, takie odruchowe sformułowania jak plemienne, pierwotne, rytualne, szamańskie itp. W praktyce 99% odbiorców Gang Gang Dance, OLAibi, OOIOO, Animal Collective, Gnod, Pocahaunted i tysiąca innych, nie ma pojęcia o co chodzi - o tam-tamach ostatnio dało się słyszeć jakoś w okolicach Przygód Tomka, odchodzą w przeszłość nawet frajerzy z dredami walący w bębenki pod dworcami i w akademikach, a tribal to tylko typ tatuażu preferowany przez dziewczynę dresiarza.

Na swoim s/t Wooden Veil naświetlają mechanizm stojący za tym modnym zwrotem: archaizm jakim są ewokujące rytualność bębny przepycha się między inne konwencje i zabarwione nimi, wprzęga w służbę eklektyzującego, "odważnego", post-modernistycznego twórcy. Zaczynają być, pozbawione swojej pierwotnej tożsamości, sprzedawane jako zaskakujący neologizm, synonim oryginalności i umiejętności ujęcia niewyrażalnego (na zasadzie synekdochy: jedno pojęcie bębnów za całość sięgania po pradawne dzieje; wszystko dla wytworzenia u zblazowanego i wyrafinowanego odbiorcy wrażenia oryginalności, "genialnej prostoty", rewizji zapomnianego itd.). W przypadku WV ewentualną monotonię plemiennych rytmów lub wygodną możliwość ograniczenia ich do manifestacji nadążania za modą, odsuwa na dalszy plan spożytkowanie (dark) ambientu (tła, niekiedy anektujące całą przestrzeń), (post) industrialu, (ghotic/freak-) folku i masy innych (zwykle sub!) genres, dzięki czemu wszystkie bębny są tym czym być powinny: motorem transu ukrytym za dezorientująco poszatkowanym światem przedstawionym i spajającym go.



Narzucające się w ciemno porównanie z Saint Dymphna nie jest jednak trafnym zdiagnozowaniem niby oczywistej inspiracji. Gang Gang Dance są raczej artystycznym rodzicem, z którym WV próbują walczyć i ostatecznie, jako cenny element, nie wydalić go, lecz zasymilować tak, by nie wypływał na powierzchnię, ale wypychał ku górze kształtujący się odrębny styl. Zabiegi jakie podejmują w tym celu Niemcy do złudzenia przypominają świadome lub podświadome czynności punktowane przez Harolda Blooma, badacza intertekstualności, jako metody walki twórców literackich z artystycznym rodzicem:
  • Clinamen – poetycka błędna interpretacja (język). Poeta próbuje odsunąć się od prekursora w taki sposób, aby czytając jego wiersze dokonać świadomie złej interpretacji,
  • Tessera – proces dopełnienia. Poeta czyta wiersze prekursora w taki sposób, aby przypisać jego terminom nowy sens,
  • Kenosis – następuje wtedy, gdy poeta zupełnie zrywa ciągłość myśli, która łączyła go z prekursorem,
  • Demonizacja – pojawia się, kiedy poeta tworzy wiersz mający na celu zatarcie oryginalności wiersza macierzystego,
  • Askesis – zabiegi poetyckie mające na celu pomniejszenie bogactwa twórczości prekursora,
  • Apophrades – moment w końcowej twórczości poety kiedy to otwiera się ponownie na prekursora. Wydaje się wtedy paradoksalnie, że to poeta tworzył swego prekursora.
Wszystkie ogniwa tego łańcuszka można swobodnie przyłożyć do s/t Wooden Veil. Przykładowo cały komplet w następującym zjawisku:

To, co dla Gang Gang Dance było wtórnym neologizmem, świadomie spożytkowanym w walce obojętne już, o oryginalność, kreatywność czy przystępność, dla Wooden Veil jest niechcianym rdzeniem własnej twórczości, o czym zaświadczać mogą: 1) powracające redukowanie struktury całego utworu do samych elementów perkusyjnych-rytmicznych, co obnaża ich utylitarny charakter - szkieletu na tyle twardego, aby debiutanckie, z założenia niepewne, dzieło ucementować w rzeczywistości wymagającej szybkiej adaptacji do chwilowych trendów, 2) przywrócenie tym elementom pierwotnego nacechowania treściowego i próba rozwinięcia go w nowym kierunku: jako nośnika pamięci o naturalnych impulsach popychających człowieka do aprobowania rytmu bardziej niż skomplikowanych struktur, która to preferencja jasno koreluje ze społecznościami plemiennymi, zgrupowanymi wokół powtarzalnego (zrytmizowanego) rytuału i uzależnionymi odeń.

Plemienność tego nagrania jest jednak względna, chociaż na nią stawiają ideologicznie członkowie zespołu jako kolektyw artystyczny pozujący na komunę odrzucającą zdobycze nowoczesnej cywilizacji. Rzeczywiście zaskakuje plastyczność krzyżówki folku i industrialu (Shiverings i Wooden People), pozostawiającej doom-folkom i drone'om kreślenie wizji zagłady, podczas gdy Wooden Veil idą krok dalej, oczami wyobraźni widząc już nie rozpad sam w sobie, ale utopię ekspansywnej natury wkradającą się między wytwory ludzkiej ręki. Fuzja tych dwóch elementów: nieprzydatnych techniki i wiedzy oraz ignoranckiej, entropicznej natury, składa się, być może, na imaginacyjny przekaz tego albumu (m.in. dość istotne operowanie asocjacjami związanymi z motywem czerwonego nieba). Jeśli trzymać się tej interpretacji, należałoby podeprzeć ją zaobserwowaniem trójpodziału płyty: a) wczesne partie są najbardziej dzisiejsze, najwidoczniej nawiązujące do neo-psychodelii i tym podobnych subgenres, b) fragmenty centralne swoim wyrafinowaniem i wysoką estetyką sięgając już po formy barokowo skomplikowane przypominają raczej Bitte Orca Dirty Projectors lub coś zupełnie futurystycznie dekadenckiego, c) finalne zaś (mniej więcej od Bird Shaped) coraz wyraźniej (oniryzm, miazmatyczność, rytualny sztafaż etc.) nawiązują do praktyk szamańskich i sztuki traktowanej mimetycznie i magicznie.

Nachalne odsłanianie kart, obnażanie użytych środków poprzez chwilowe oczyszczanie struktury utworów aż do tych paru konkretnych tropów samych-wyłącznie, wcześniej ginących, organicznych, przydaje temu debiutowi dodatkowy charakter jakiegoś meta- dziełka. Wyraźnie intertekstualny zaś charakter całości nie działa na zasadzie erudycyjnej zagadki dla oczytanych w pojedynczych dziełach, a raczej na kształt mozaiki konwencji. Pierwsze dziesięć sesji należy poświęcić na odnalezienie się pośród dziesiątek ponadindywidualnych wyznaczników przynależności do określonych (niekoniecznie muzycznych) tradycji. Zadanie utrudnia fakt, że płyta jest krótka i dynamiczna - prędzej podrażni, zirytuje niż znudzi. Efekt wysiłku jest więc naprawdę imponujący jak na dzisiejsze czasy: satysfakcja z dokonanej (nad)interpretacji (użycia materiału) i estetyczna przyjemność oparta na zróżnicowanych konkretyzacjach (feeria nawiązań do utartych, choć w większości nie wyeksploatowanych zespołów wyobrażeń). Przy okazji zasługują ci ludzie na wdzięczność: udało się im utrzymać z dala od muzyki swoje odpychającego nerdostwo, swoje sekciarstwo, swoje życie w komunie i praktycznie wszystko, co żenującego się z tymi zjawiskami wiąże.

Wooden Veil na innych blogach:
microphones on the trees : niebieskawy

środa, 23 września 2009

Folklore - The Gost of H.W. Beaverman

Folklore
The Ghost of H.W. Beaverman

2007, bumbleBEAR/The Chamber of Commerce


6.3



Jimmy Hughes, który jako członek Elf Power wydawał onegdaj za pośrednictwem Elephant 6, chciał początkowo napisać książkę o pustelniku Beavermanie, ale zdecydował się nagrać płytę i możemy tylko gdybać, czy dobrze zrobił. Być może kawałek prozy byłby lepszy niż te trochę chaotyczne kawałki, które złożone w album mają charakter raczej ciekawostki niż pełnoprawnego dzieła. Z drugiej jednak strony, wątpliwe, aby
książkowej narracji stworzonej przez niezbyt doświadczonego autora udało się unieść zamysł: poszczególni wokaliści wymieniają się z kawałka na kawałek dopowiadając kolejne rozdziały domysłów do niedorobionej mitologii rejonów leżących na północ od Nowego Jorku, a wydziedziczonych z luksusów metropolitalnej cywilizacji. Przecząc sobie nawzajem, plotkując i nadużywając ironii, kolejni opowiadający łatwo odnajdują się w konwencji miejskich legend czy historii o duchach. Szczególnie spodobać się to może tym, którzy czytali Masona i Dixona T. Pynchona, ponieważ Hughes wyraźnie czyni aluzje do tej książki. M.in. a) na Carpenter's Fall, kontynuacji The Ghost..., precyzuje miejsce akcji do okolic Susquehanny - rzeki, przy której toczy się pierwsza szkatułka powieści Pynchona, b) w końcowych partiach MiD spotykamy samego beavermana - bobrołaka - faceta, który podczas pełni porasta futrem, buduje żeremie i zębami karczuje knieję, c) Pynchonowską historię dwóch astronomów poznajemy z ust narratora równie niewiarygodnego, skłonnego do fantazjowania i pochopnego udzielania głosu idiotom, co tasujący wokalistów Hughes. Warto po oba dzieła sięgnąć i warto rozszerzyć sobie jedno o drugie, m.in. dlatego, że nie istnieją przeciwwskazania. A jeśli nie dotrzecie do Pynchona, old-schoolowo zrealizowane indie ze szczyptą Waitsowskiego humoru i niegłupim, literackim konceptem to zestaw, który przy odpowiedniej pogodzie potrafi być miłym sam w sobie.

myspace