Pokazywanie postów oznaczonych etykietą szamanizm. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą szamanizm. Pokaż wszystkie posty

środa, 31 października 2012

Publikacje: Lot oniryczny

W marcu miałem okazję uczestniczyć w niewielkim panelu poświęconym obecności ptaków w tekstach kultury. Zapis mojego referatu – Lot oniryczny – o znanym malowidle z Lascaux (Bird-man) można przeczytać w pokonferencyjnej publikacji na stronach 67-72. Wystarczy kliknąć tutaj lub na ptaszka obok. Lot oniryczny to poetycka fantazja interpretacyjna na temat tego, co nie zmieściło się na paleolitycznym petroglifie. Zaczynam od Zbigniewa Herberta, a kończę na Bachelardzie, w międzyczasie sygnalizując autobiograficzny charakter prehistorycznego dzieła i porównując je do dziecinnej rozrywki opartej na oszpecaniu twarzy celebrytów w kolorowych magazynach. Sporą inspiracją okazały się Solar Tongues, taśma projektu Ypotryll wydana na początku tego roku przez Sangoplasmo Records. Zapraszam do lektury. 

środa, 11 listopada 2009

Wooden Veil - Wooden Veil

Wooden Veil
Wooden Veil

2009, Dekorder


7.4



Plemienne bębny jako dominanta kompozycyjna jakiejkolwiek muzyki wydanej w '00 to sprytny zabieg. Teoretycznie wiadomo, że to archaizm, a archaizmy trzeba śledzić, uwydatniać ich genezę i uzasadniać użycie, więc pojawiają się w recenzjach, na zasadach kalki już, takie odruchowe sformułowania jak plemienne, pierwotne, rytualne, szamańskie itp. W praktyce 99% odbiorców Gang Gang Dance, OLAibi, OOIOO, Animal Collective, Gnod, Pocahaunted i tysiąca innych, nie ma pojęcia o co chodzi - o tam-tamach ostatnio dało się słyszeć jakoś w okolicach Przygód Tomka, odchodzą w przeszłość nawet frajerzy z dredami walący w bębenki pod dworcami i w akademikach, a tribal to tylko typ tatuażu preferowany przez dziewczynę dresiarza.

Na swoim s/t Wooden Veil naświetlają mechanizm stojący za tym modnym zwrotem: archaizm jakim są ewokujące rytualność bębny przepycha się między inne konwencje i zabarwione nimi, wprzęga w służbę eklektyzującego, "odważnego", post-modernistycznego twórcy. Zaczynają być, pozbawione swojej pierwotnej tożsamości, sprzedawane jako zaskakujący neologizm, synonim oryginalności i umiejętności ujęcia niewyrażalnego (na zasadzie synekdochy: jedno pojęcie bębnów za całość sięgania po pradawne dzieje; wszystko dla wytworzenia u zblazowanego i wyrafinowanego odbiorcy wrażenia oryginalności, "genialnej prostoty", rewizji zapomnianego itd.). W przypadku WV ewentualną monotonię plemiennych rytmów lub wygodną możliwość ograniczenia ich do manifestacji nadążania za modą, odsuwa na dalszy plan spożytkowanie (dark) ambientu (tła, niekiedy anektujące całą przestrzeń), (post) industrialu, (ghotic/freak-) folku i masy innych (zwykle sub!) genres, dzięki czemu wszystkie bębny są tym czym być powinny: motorem transu ukrytym za dezorientująco poszatkowanym światem przedstawionym i spajającym go.



Narzucające się w ciemno porównanie z Saint Dymphna nie jest jednak trafnym zdiagnozowaniem niby oczywistej inspiracji. Gang Gang Dance są raczej artystycznym rodzicem, z którym WV próbują walczyć i ostatecznie, jako cenny element, nie wydalić go, lecz zasymilować tak, by nie wypływał na powierzchnię, ale wypychał ku górze kształtujący się odrębny styl. Zabiegi jakie podejmują w tym celu Niemcy do złudzenia przypominają świadome lub podświadome czynności punktowane przez Harolda Blooma, badacza intertekstualności, jako metody walki twórców literackich z artystycznym rodzicem:
  • Clinamen – poetycka błędna interpretacja (język). Poeta próbuje odsunąć się od prekursora w taki sposób, aby czytając jego wiersze dokonać świadomie złej interpretacji,
  • Tessera – proces dopełnienia. Poeta czyta wiersze prekursora w taki sposób, aby przypisać jego terminom nowy sens,
  • Kenosis – następuje wtedy, gdy poeta zupełnie zrywa ciągłość myśli, która łączyła go z prekursorem,
  • Demonizacja – pojawia się, kiedy poeta tworzy wiersz mający na celu zatarcie oryginalności wiersza macierzystego,
  • Askesis – zabiegi poetyckie mające na celu pomniejszenie bogactwa twórczości prekursora,
  • Apophrades – moment w końcowej twórczości poety kiedy to otwiera się ponownie na prekursora. Wydaje się wtedy paradoksalnie, że to poeta tworzył swego prekursora.
Wszystkie ogniwa tego łańcuszka można swobodnie przyłożyć do s/t Wooden Veil. Przykładowo cały komplet w następującym zjawisku:

To, co dla Gang Gang Dance było wtórnym neologizmem, świadomie spożytkowanym w walce obojętne już, o oryginalność, kreatywność czy przystępność, dla Wooden Veil jest niechcianym rdzeniem własnej twórczości, o czym zaświadczać mogą: 1) powracające redukowanie struktury całego utworu do samych elementów perkusyjnych-rytmicznych, co obnaża ich utylitarny charakter - szkieletu na tyle twardego, aby debiutanckie, z założenia niepewne, dzieło ucementować w rzeczywistości wymagającej szybkiej adaptacji do chwilowych trendów, 2) przywrócenie tym elementom pierwotnego nacechowania treściowego i próba rozwinięcia go w nowym kierunku: jako nośnika pamięci o naturalnych impulsach popychających człowieka do aprobowania rytmu bardziej niż skomplikowanych struktur, która to preferencja jasno koreluje ze społecznościami plemiennymi, zgrupowanymi wokół powtarzalnego (zrytmizowanego) rytuału i uzależnionymi odeń.

Plemienność tego nagrania jest jednak względna, chociaż na nią stawiają ideologicznie członkowie zespołu jako kolektyw artystyczny pozujący na komunę odrzucającą zdobycze nowoczesnej cywilizacji. Rzeczywiście zaskakuje plastyczność krzyżówki folku i industrialu (Shiverings i Wooden People), pozostawiającej doom-folkom i drone'om kreślenie wizji zagłady, podczas gdy Wooden Veil idą krok dalej, oczami wyobraźni widząc już nie rozpad sam w sobie, ale utopię ekspansywnej natury wkradającą się między wytwory ludzkiej ręki. Fuzja tych dwóch elementów: nieprzydatnych techniki i wiedzy oraz ignoranckiej, entropicznej natury, składa się, być może, na imaginacyjny przekaz tego albumu (m.in. dość istotne operowanie asocjacjami związanymi z motywem czerwonego nieba). Jeśli trzymać się tej interpretacji, należałoby podeprzeć ją zaobserwowaniem trójpodziału płyty: a) wczesne partie są najbardziej dzisiejsze, najwidoczniej nawiązujące do neo-psychodelii i tym podobnych subgenres, b) fragmenty centralne swoim wyrafinowaniem i wysoką estetyką sięgając już po formy barokowo skomplikowane przypominają raczej Bitte Orca Dirty Projectors lub coś zupełnie futurystycznie dekadenckiego, c) finalne zaś (mniej więcej od Bird Shaped) coraz wyraźniej (oniryzm, miazmatyczność, rytualny sztafaż etc.) nawiązują do praktyk szamańskich i sztuki traktowanej mimetycznie i magicznie.

Nachalne odsłanianie kart, obnażanie użytych środków poprzez chwilowe oczyszczanie struktury utworów aż do tych paru konkretnych tropów samych-wyłącznie, wcześniej ginących, organicznych, przydaje temu debiutowi dodatkowy charakter jakiegoś meta- dziełka. Wyraźnie intertekstualny zaś charakter całości nie działa na zasadzie erudycyjnej zagadki dla oczytanych w pojedynczych dziełach, a raczej na kształt mozaiki konwencji. Pierwsze dziesięć sesji należy poświęcić na odnalezienie się pośród dziesiątek ponadindywidualnych wyznaczników przynależności do określonych (niekoniecznie muzycznych) tradycji. Zadanie utrudnia fakt, że płyta jest krótka i dynamiczna - prędzej podrażni, zirytuje niż znudzi. Efekt wysiłku jest więc naprawdę imponujący jak na dzisiejsze czasy: satysfakcja z dokonanej (nad)interpretacji (użycia materiału) i estetyczna przyjemność oparta na zróżnicowanych konkretyzacjach (feeria nawiązań do utartych, choć w większości nie wyeksploatowanych zespołów wyobrażeń). Przy okazji zasługują ci ludzie na wdzięczność: udało się im utrzymać z dala od muzyki swoje odpychającego nerdostwo, swoje sekciarstwo, swoje życie w komunie i praktycznie wszystko, co żenującego się z tymi zjawiskami wiąże.

Wooden Veil na innych blogach:
microphones on the trees : niebieskawy

środa, 4 lutego 2009

Margaret Atwood - Wynurzenie

Margaret Atwood
Wynurzenie
(Surfacing)
Warszawa 1987



9.5





Wydano tę książkę oryginalnie w 1972, i mimo dość niejasnego dla współczesnego polskiego czytelnika tła historycznego i obyczajowego, jest cenną pozycją, jako że winduje o jeden stopień bliżej rozwiązania dylematu: czy Atwood stosuje uparcie narrację pierwszoosobową, bo opisuje wydarzenia powiązane ze swoją biografią? Jej jedyna stricte powieść sci-fi (Oryks i derkacz) stanowi jednocześnie powieść najsłabszą (Opowieść podręcznej kwalifikuję raczej jako fikcję polityczną/socjologiczną czy dystopię). Więc być może wszystkie te historie to prawda albo przynajmniej jej cienie, co świadczyłoby o tym, że życiu możemy zadać jednak więcej interesujących pytań niż astronomii, fizyce i chemii organicznej. Nawet na podstawie takich ulotnych wrażeń można jednak zaryzykować stwierdzenie, że bohaterka Wynurzenia to alternatywna wersja czy raczej prototyp dorosłości młodej Elaine Risley z późniejszego Kociego oka.

W Kocim oku Elaine zostaje malarką i zaklina w obrazach wspomnienia ze swoich pierwszych przyjaźni, będących niestety długotrwałą katastrofą, w której jedyną ostoją okazywała się szklana kulka. Hipotetyczna Elaine z Wynurzenia (bohaterka nie ma tu imienia) to ilustratorka książek, która zabiera przyjaciół do domku, w którym dorastała. W tym właśnie domku po raz ostatni widziano jej ojca, zdziwaczałego trapera. Bohaterka Atwood to zdystansowana, wycofana w głąb siebie kobieta. Typowo dla tej pisarki, nie można powiedzieć, aby jej postacie miały się dokąd wycofywać: w sercu też nic nie ma. Główne postacie Atwood to lalki o wiele bardziej niż postacie drugoplanowe, które chwilami narzucają się ze swoją mięsistością, głodem, odczuwaniem potrzeb. Pierwszoplanowi, ci, z którymi obcuje czytelnik najwięcej, to manekiny wodzące po swoim ciele dłońmi i dziwiące się, gdy palec znienacka zawadza o pępek, skazę tak zbędną, jak nie przymierzając pochwa lub penis. Nie jest to więc żadne jędrne i mroczne
écriture femine, ale raczej kobiecość sucha, obserwująca świat zza zasłony swojej nierozumianej fizyczności, choć przyznać trzeba, że pozostaje przewrotnie motorem dekonstruowania patriarchalnego świata, coraz bardziej zatracającego przez wpływy cywilizacji możliwość prześledzenia swojej pępowiny i dotarcia do sił definiujących mężczyznę przez coś więcej niż obsługę ekierki przy mierzeniu sobie kutasa z kolegami.

Poszukiwania ojca prowadzą bohaterkę Wynurzenia ku odkryciu prawdziwej motywacji obrania zawodu, prawdziwych przyczyn, dla których sypia z mężczyzną, z którym nie chce sypiać, a Tamten odszedł zabierając jej dziecko. Taką mniej więcej miałką akcję-introspekcję zapowiada Wynurzenie dopóki jego akcja toczy się w granicach cywilizacji. Poszukiwania ojca podarują jednak wspaniały dodatek: tatuś był niezwykłym człowiekiem, który nigdy nie ustał w swojej pracy z naturą, i zaraził tym swoją córkę. Wraz z zetknięciem z przeszłością, jeziorem i lasem jej oczy wywracają się na stronę odpowiedzialną za pierwotne postrzeganie rzeczywistości. Tym razem ścieżki ojca przecięły się z przedhistorycznymi indiańskimi symbolami przedstawiającymi m.in. ducha kanadyjskich kniej. Mniej więcej w momencie natknięcia się na malunki, bohaterka odkrywa, że jest w ciąży. I jest to wspaniała niepewność: czy Atwood pozwoliła sobie na postać zapłodnioną przez demona lasu? Nie. To tylko po raz kolejny kobieta, która się zmienia, bo wie czym jest zmiana i po co istnieje.


Po rozstaniu z przyjaciółmi bohaterka Wynurzenia ukrywa się w lesie w pobliżu swojej chatki jedząc chwasty, sypiając pod drzewami, rozmawiając z liśćmi i rozwijającym się w brzuchu embrionem. Jej przemiana jest brutalna, bolesna i brudna jak narodziny. Tyle, że konieczna: jej codzienne ja, ego operacyjne, nie byłoby w stanie odnaleźć ojca, prześledzić jego ścieżek. Żeby czegoś dokonać należy czasem zaufać innej osobie, a jeśli boisz się lub jesteś zbyt dumna żeby się komuś powierzyć, wykształć ją w sobie. Niech idzie obok ciebie albo sama nią bądź. Jeśli ci się spodoba zostań nią na zawsze – po co ci słabe, bezużyteczne ludzkie self, jeśli masz do wyzwolenia potężne, potężne id? Na tym właśnie polega sugestywna i charyzmatyczna przemiana, pokazywana przez Atwood w kontekście staroindiańskich malowideł i kanadyjskich lasów, o których wpływie na psychikę krążą legendy.


Podobnie jak Zły charakter Jean Stafford (opowiadanie relacjonujące walkę z nieznośnym bólem prowadzoną przez całkowicie sparaliżowaną kobietę), także Wynurzenie, ponad resztą dorobku Atwood, ogarnia swoim zdecydowaniem i stanowczością. Dylematy stawiane przed bohaterką, to oczywiście także dylematy czytelnika, ale podnieść rękę i zaproponować alternatywne rozwiązania to robota dla prawdziwych twardzieli. Być może jest tak dlatego, że Atwood, która ma obecnie około 70 lat, to kobieta w starym stylu: wyczuwalny jest drobny grymas niechęci, kiedy wprowadza na scenę mężczyzn nie wstydzących się swojej słabości, tłumaczących się, jąkających. Aktualny partner bohaterki Wynurzenia budzi litość (a litość to zbrodnia), podczas gdy występujący w retrospektywach jej pierwszy mąż, kawał chuja, ale twardego, otoczony jest swoją męskością jak lekkim nimbem, który nigdy nie zniknie i po wielokroć huczeć będzie w głowie bohaterki raniącym do krwi: nie potrzebuję ciebie, ani żadnej innej kobiety, wystarczy mi chusteczka umaczana w ciepłej wodzie. Nie ma innej drogi dla Atwood niż modlenie się o więcej siły. Kto pragnie usunięcia przeszkód nie zasługuje na to, żeby żyć.


Być może za mało jest w tej książce fascynującego i oryginalnego, kobiecego szamanizmu – poszukiwania na drogach, w których istnienie nie wierzą symbolizujący nowoczesną cywilizację przyjaciele bohaterki oraz napotkani na jeziorze Amerykanie dręczący dla sportu zwierzęta. Być może za mało także sygnalizowanego tu i ówdzie na poziomie reminiscencji, zainteresowania seidem, transem uzyskiwanym bez pomocy atrybutów, a mającym na celu tzw. powrót z wiedzą otrzymaną od duchów, np. na temat sposobów radzenia sobie z chorobą. czy lokalizacji zaginionego Jednakże gdyby proporcje były odwrotne trudno byłoby odczuć obecną tu metafizykę jako coś naprawdę niezwykłego. Atwood opisuje ostatecznie magię bardzo praktyczną, intuicyjną, czary, które dzieci, chorzy i niepełnosprawni wykonują ot tak sobie poprzez prosty krok przeskoczenia piekła kultury. Superego bohaterki Atwood to nie podręcznikowo Freudowskie pole starcia self z nakazami społecznymi, ale po prostu super ego, ja rozwinięte, skoncentrowane, waleczne. Dziewica i potwór w jednym. Co interesujące: moc otacza bohaterkę stopniowo, napięcie jest budowane w Wynurzeniu jak w filmach o Wielkiej Stopie albo psychopacie zakradającym się przez las. Nie ma jej nigdzie tam, gdzie koncentruje się uwaga czytelnika, jest zawsze na peryferiach widzenia czepiając się jak ognie św. Elma, drzew, krzewów, belek pomostu i chaty, żeby w końcu upostaciowić się najbardziej, bo w ciąży.


Tajemniczość atmosfery odbija kontrastowo, nawet podana w małych porcjach, od obrazu kontrkultury obecnej w Kanadzie '60. Śmieszne projekty przyjaciół bohaterki, silny makijaż Anny, bez którego jej maż nie chce jej oglądać, mijane po drodze do chatki billboardy, odwieczny konflikt mentalny Kanadyjczycy-Amerykanie, palenie trawy... Czym jest to wszystko przy wspomnieniu ojca samodzielnie karczującego pół lasu żeby odsunąć swoją rodzinę od wpływów wojny? To właśnie z takiej tradycji ludzi, którzy sobie radzą, pragną sprostać przyrodzonej sobie roli, wypływają metody bohaterki wynurzenia, odległe od kontestacji cywilizacji i jej wygód, a bliskie nadania najwyższego priorytetu aktualnemu celowi, aktualnej narracji, bez której życie wyglądałoby jak poszatkowane, pełne luk, na które tylko czekają słabi partnerzy i niezbyt satysfakcjonujące zajęcia, żeby móc umościć się w nich i już zawsze prześladować jako balast, łańcuch, wrzód na dupie.

Warto sięgnąć, szczególnie, że chodzi na allegro w okolicach 5 zł. Nie czytałem, jeśli są, innych tłumaczeń niż tego Plakwicz i Poniatowskiej, które intuicyjnie oceniam jako bardzo dobre, bo udatnie odhumanizowane, absolutnie oszczędne i dalekie od stereotypowo kobiecej kwiecistości. Styl Atwood, zdystansowany i hermetyczny, może początkowo sprawiać problemy, podobnie jak odzwierciedlające go bohaterki, ale warto przywyknąć i sięgnąć po resztę jej utworów, szczególnie, że pani jest poważną pretendentką do nagrody Nobla, szybko się czyta, a poza Kocim okiem wszystkie jej propozycje są raczej niewielkie objętościowo. Aż wstyd być pierwszym, który coś więcej o tej książce napisał, przynajmniej jeśli chodzi o polski Internet.


trochę na temat na biblionetce :
Szczuka o Opowieści podręcznej

I krótki fragment:

Wołam go „Tato”.
Odwraca się w moją stronę, lecz nie jest to mój ojciec. Jest to coś, co on widział; to, co można spotkać, gdy za długo przebywa się samotnie.

Nie boję się, strach przed tym naraziłby mnie na niebezpieczeństwa; patrzy na mnie przez jakiś czas swoimi żółtymi oczami,
oczami wilka, beznamiętnymi, lecz łagodnymi jak oczy zwierząt uchwycone nocą w światłach samochodowych reflektorów. Nie czuje do mnie sympatii, nie czuje antypatii; mówi, że nie ma mi nic do powiedzenia, jedynie to, że jest.
Następnie odwraca głowę, dziwnym, niemal kalekim ruchem; nie jest mnie ciekaw, jestem częścią pejzażu, mogę być wszystkim, drzewem, szkieletem jelenia, kamieniem.
Teraz rozumiem, że to coś nie jest moim ojcem, jest tym, w co się zamienił. Wiedziałam, że nie umarł.


Z jeziora wyskakuje ryba.

Wyobrażenie ryby wyskakuje.

Wyskakuje ryba, ryba rzeźbiona w drewnie, z bokami malowanymi w kropki, nie, rogata niby-ryba namalowana czerwoną farbą na skale, duch opiekuńczy. Nieruchomieje zawieszona w powietrzu, żywe ciało zamienione w ikonę, znów przybrał inny kształt, powrócił do wody. Ileż to kształtów może jeszcze przybrać?

Obserwuję ją z godzinę lub więcej; nagle spada i ożywa, rozchodzą się kręgi, jest znów zwyczajną rybą.
Zbliżając się do ogrodzenia widzę ślady stóp, jedne obok drugich, odciśnięte w błocie. Zaczynam oddychać szybciej, więc to prawda, widziałam go. Ale ślady są małe, mają palce; włożywszy w nie nogi widzę, że są moje.

sobota, 13 grudnia 2008

Koen Holtkamp - Field Rituals

Koen Holtkamp
Field Rituals

2008, Type


7.0




Jeśli minimal jest taki jak amerykańskie malarstwo terapeutyczne po wojnie w Wietnamie, a mash-upy to efektowne kolaże z pociętych losowo fragmentów Flamandów, to Field Rituals jest muzyką, a nie malarstwem. Trudno wyrazić uczucie wiedzy, że, jakkolwiek uporządkowane, dźwięki są przejawem życia wewnętrznego tak pierwotnym i potężnym, że ściga się z nimi tylko pojęcie symbolu. Dzięki tej parze realne staje się zawarcie świata w łupince orzecha i bezstronne doświadczanie go bez ryzyka zetknięcia z niesprawiedliwością własnego systemu oceniania.

Można pojechać do Maroka i Tangeru i jest to łatwe. Może się przyśnić Maroko i Tanger i jeśli nie bagatelizuje się potencjału doświadczenia jaki tkwi w śnieniu, można swobodnie mówić, że się w nich było. FR to tego typu sen albo mocne przeświadczenie, że nie trzeba jechać na biegun, żeby dowiedzieć się, że jest tam zimno. Narzucające się woli doświadczenie rozległych przestrzeni przebijało już w niektórych slow-corowych wydawnictwach (debiuty Low i Maquiladory żeby nie sięgać dalej) w wersji piosenkowej, o wiele bardziej melicznej niż chłodne, mantrowo repetycyjne zabiegi Holtkampa. Konsekwencja i logika tej narracji wyzwala namacalną wizualizację, nieosiągalną w takich rozmiarach przy bardziej odhumanizowanym treściowo materiale z tego samego worka: Fenneszu, Supersilent, Jamesie Blackshawie itp..

Kojąca ludzkość tego wydawnictwa płynie prawdopodobnie z przezierającego spod dźwięków folku jako estetyki prostoty, podróży, stopienia z naturą, choćby pustą i niegościnną.
Tyle że jest to oszustwo: folk to tylko wolne wrażenie, przeczucie obecności. Pod spodem FR jest wręcz matematyczne, tak że czysto emocjonalne wrażenia rodzące się w trakcie odsłuchu muszą się pojawić, są już zaplanowane. Daleki od bycia odhumanizowanym materiał skutecznie przecina jednak związki łączące odbiorcę z ludzką rasą.
Przestrzeń odsłuchu wypełniają strzępki repetowane i spajane ze sobą aż do złudzenia obcowania z chybotliwą melodią, która odpłaca własnym urokiem za uwagę poświęconą na wyłuskanie jej z pojawiających się gdzie nie gdzie statycznych dronów, field-reców i ambientowych teł. Momentami natomiast wywołuje realny trans ewokujący praktyki szamanistyczne w wykonaniu hipotetycznego duetu Lisa Gerrard + Mira Calix (np. oniryczny a tak przecież ogarniający Night Swimmer).

Za pomocą tak mało romantycznej stylistyki, Holtkampowi udało się zrealizować próżne dążenia Feral Children i Bon Ivera: stworzenia hipnotycznej, synestezyjnej ścieżki dźwiękowej do przebywania z dala od ludzi. Aż miło popatrzeć jak ów, przystępny w gruncie rzeczy, eskapizm rodzi się bez pomocy hipsterstwa i z dala od marketingu. Lecznicze właściwości FR opierają się głównie na przywróceniu starego dobrego porządku: działania wynikłe z mizantropii nie motywują żadnego rozbuchanego PRu serialowych czarnych charakterów, a poezja może pozostawiać ogromne pole do interpretacji pomimo zawarcia w oszczędnej, chłodnej formie. Beznamiętna, brutalna analiza/kategoryzacja nie jest w stanie naruszyć jej dyskretnego piękna opartego na uniwersalnej symbolice i intymnych, samotniczych pragnieniach, które spełniają się w intymności i samotnictwie.

myspace : download