Pokazywanie postów oznaczonych etykietą slowcore. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą slowcore. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 8 kwietnia 2012

Sounding The Deep - Glacier, Union According to the Energy, Night

Nie pisałem ostatnio tyle, ile bym chciał, przynajmniej nie o muzyce i o słuchanych płytach. Złożyło się na to wiele powodów, ale na wzmiankę zasługuje jedynie angażujące odkrycie albumowe, za którym poszła natychmiastowa eksploracja całej dyskografii, szczęśliwie niezbyt obszernej. „Szczęśliwie”, bo składające się na nią tytuły są do tego stopnia zróżnicowane pod względem przynależności gatunkowej i metod ekspresji, że w większej dawce mogłyby okazać się obciążeniem dla nerwów nadszarpniętych niezobowiązującą pogonią za debiutami. Pisząc, mam na celu do pewnego stopnia uwolnienie się od Sounding The Deep i dlatego decyduję się na pierwszy ruch dominacji wobec tego projektu: porzucam chronologię – zarówno daty wydania poszczególnych płyt, jak i kolejność w jakiej po nie sięgałem – żeby narzucić własny porządek, podług którego, wedle moich przeczuć, rozwijała się artystyczna droga Davida Williamsa.

Glacier (Sonic Meditations, 2009; reedycja 2011) to najbardziej szablonowa pozycja w dyskografii Sounding The Deep. Już na poziomie tytułów – „Cosmic Shore”, „Ice Cave”, „Underwater Cathedral” – ujawnia się zależność projektu od artystycznych rodziców: Black Dice (autorzy space indietroniki Beaches & Canyons), Biosphere (autor powszechnie kojarzony z dźwiękowymi reprezentacjami glacjałów), Claude Debussy (autor preludium „La cathédrale engloutie”). Ta triada ruguje wszelkie przejawy inwencji Williamsa i reguluje całość jego twórczego wysiłku. Uległość wobec mistrzów jest wręcz wzruszająca, kiedy glitch ambientowy szkic, zdolny konkurować co najwyżej ze słabszymi indeksami Endless Falls Loscil, dziedziczy tytuł po kompozycji, w której Debussy wykorzystał akordy równoległe, by zakłócić przewidywalność tradycyjnych progresji. „Underwater Cathedral” to w wersji Williamsa bezkształtna magma – pseudo-kompozycja antytetyczna dla śmiałej, anarchizującej wolty harmonicznej dokonanej przez Francuza. Podobnie – choć w wyraźnie space rockowej manierze – prezentują się Anthems of Light, zbiór wczesnych szkiców Sounding The Deep.

W odmiennym kierunku podąża Union According to the Energy (Sonic Meditations, 2010). Trzymając się klucza tytułów, warto wyróżnić te nawiązujące do Earth, jak na przykład „Desert Feathers”, „Skullcap & Honey”, „Canopy Mist”. Williams kojarzy charakterystyczne dla Carlsona potoczyste riffy z bębnami wyprodukowanymi z fanatyczną wręcz dbałością o zachowanie złożonej surowości tego instrumentu, surowości jednoczącej naturalizm (obraz trzewi narzucany wyobraźni przez drgania skórzanej membrany) i sensualizm (marzenie o Czarnym Lądzie, który niekoniecznie jest Afryką, lecz fantastyczną domeną mrocznego pożądania, zgubnej bujności głuszy wchłaniającej pogańskie miasta wraz z ich mieszkańcami). W kolejnych utworach Williams skupia się na dawkowaniu dramatyzmu: rytm wyłania się dopiero po jakimś czasie; początkowo nie ingeruje w czerwonawe Arrakiańskie pejzaże, by z czasem przejąć przestrzeń całych utworów skomasowanym naporem prymitywnego tumultu.

Esencją Sounding The Deep (ujętą najtrafniej w nazwie projektu) jest jednak dopiero Night (self-released, 2008; Sonic Meditations 2011) – album dowodzący elastyczności w posługiwaniu się matrycą dronu. Już konstrukcja pierwszego utworu epatuje słuchacza niebywałą samoświadomością. „Dusk” posiada jak gdyby dwa alternatywne intra, wygrane jedno po drugim, każde ograniczone do zaprezentowania jednej ścieżki gitary. We właściwej części kompozycji obie partie zostają połączone, eksponując korzyści płynące z chwilowego porzucenia minimalizmu. Ów gest zdaje się wyrażać ulgę odczuwaną przez muzyka drone, kiedy zrywa z rzekomym wymogiem ascetyzmu, aby oddalić się w stronę bardziej złożonych aranżacji, które nie onieśmielają już stopniem ekspozycji poszczególnych ścieżek, fascynujących lub obdarzonych wartością sentymentalną, lecz często niemożliwych do satysfakcjonującego obrobienia, oczyszczenia z szumów i niedoskonałości edycyjnych. Drony Williamsa, poprzez skłębienie i wzajemne tarcia, ukrywają wzajemnie swoje niedociągnięcia, sprytnie separując Sounding The Deep od estetyk lo-fi.

Night zorientowane jest na tematykę miłosną lub literacką. Temperatura i kolorystyka dźwięków podpowiada dokładną lokację. Smoliste, powolne riffy przesycone są tęsknotą fado, namiętnym chrzęstem wężowych ciał bazyliss, opowieściami związanymi z Półwyspem Iberyjskim i Ameryką Łacińską, od Carmen po Rękopis znaleziony w Saragossie, od Amigos Em Portugal po twórczość Joaquína Sabinego, Lô Borgesa czy Caetano Veloso. Rzadkie, lecz stanowcze wystąpienia basu – zazwyczaj w roli introdukcji oszałamiającej otchłanną głębią – znajdują dopełnienie w doskonale zaaranżowanych bębnach, tym razem działających jako obsadki i wytłumienia dla desertrockowych riffów, które bez ich czujnej obecności rozpadłyby się w nieznośną, abstrakcyjną improwizację. „Obsadki”, bo każda para uderzeń bierze między siebie szczytowy moment wybrzmiewania riffu. „Wytłumienia”, bo partie gitary, mimo że ewokują ostre, poszarpane i górzyste terytoria, pozostają subtelne i ciche, podporządkowane slowcore'owej kontemplacji dzikości, niespiesznemu rozpatrywaniu żywiołu w jego zastygłych formach. Najpełniej obrazują te wrażenia centralne utwory, zatytułowane znacząco, lecz już bez intertekstualnego balastu nawiązań do innych artystów, „Solitude” oraz „Primordial Void”.

Za szczytowe osiągnięcie Sounding The Deep uznałem jego debiutancki materiał. Uprawniony jest więc wniosek o postępującej degradacji projektu i niewątpliwie najistotniejszy wpływ na tę dewolucję ma obecność przyjaciół Davida Williamsa, którzy z płyty na płytę, dyskretnie, lecz coraz pełniej, przeobrażają całe przedsięwzięcie z solowego projektu w typowy zespół o, być może, większych możliwościach koncertowych, lecz znacznie mniejszym potencjale ewokatywnym, często ściśle powiązanym z solową ekspresją. Night – perła w dyskografii globalnie pojmowanego gatunku drone – nie jest jednak mimo wszytko jedynym godnym uwagi fragmentem aktywności Sounding The Deep.


poniedziałek, 28 marca 2011

Low - C'mon

Low
C'mon

2011, Sub Pop


3.7



Low sprawiedliwie obdzielają wytwórnie: nagrali po trzy albumy dla Vernon Yard, Kranky i Sub Popu. Może więc zgodnie z tym cyklem C'mon jest zwieńczeniem niezbyt owocnej współpracy z tymi ostatnimi. Mimo wszystko niesprawiedliwie byłoby w trwałym spadku formy widzieć impakt porządnego skądinąd labelu. Można szukać usprawiedliwienia na przykład w tle. Slowcore jest zapomnianym genre. W XXI wieku źle się kojarzy z samej nazwy. Dyskografia licząca dziewięć albumów i tyle samo EPek uśmierza eksplozywne emocje ewentualnych eksploratorów, nawet jeśli o zespole wciąż jest głośno. O Low nie jest. Tytuł pionierów slowcore'u, jeśli nawet słusznie przyznany, na wysokości trzech ostatnich albumów zdążył pokryć się patyną i zdezaktualizować.

Można też oskarżać sam zespół i wydaje się to, jak zwykle, najrozsądniejszym wyjściem, bo od ponad pięciu lat Low uparcie grają anachronicznego rocka, który, aby zamaskować stadionowy potencjał, zadłużył się w bankach folku. Prostacka diagnoza, ale niekiedy ordynarny riot ułatwia wykaraskanie się z coraz trudniejszej miłości. Low słusznie cofnęli się do akceptowalnego jeszcze materiału z Great Destroyer (Drums and Guns zniszczyła otoczka protestu przeciw konfliktom w Iraku), ale maniakalnie obstają przy obciążającym kompozycje patosie. Widocznie Sparhawkowi nadal (pół dekady!) mylą się kapele, bo przecież ma swoje U2 w pobocznym Retribution Gospel Choir. Być może te wątpliwe decyzje to schodki do nowego wizerunku. A może wyraz błędnego przekonania o obowiązku uwznioślenia zadań stojących przed zespołem o długim stażu i własnej legendzie. Nieważne, bo polityki i filantropie sprawiły, że Low stracili z oczu własny znak wodny. Żałosne są nawiązania do slowcore'owej tradycji w "$20", mierzi autoplagiat pochodzącego ze świętego Secret Name "Missouri" w "Majesty/Magic". To, co dobre („Witches”, "Try to Sleep" i jeszcze kilka fragmentów) błyszczy jedynie od potu, harując nad podciąganiem średniaków.

W stronę "Witches", utrzymującego się bezproblemowo na wielokrotnym repeacie, powinny pójść ewentualne reformy, biegunowo przeciwstawne dla np. "You See Everything" – tendencyjnego folkowego planktu (chociaż tekst ma momenty). Dziwi, że na płycie mistrzów etherealu brakuje takich chórków, jak te otwierające i kontynuowane z dobrym skutkiem w refrenach. Każda z tych łagodnych fal antycypowana jest kokieteryjnym, soulowym woop, które, jeśli nie wyłowiliście ich od razu, wyłonią się jeszcze na klarowniejszym tle, rozpirzajac rozmarzoną kodę (2:30-3:00), funkcjonującą nie tylko jako kontrast dla maczoistycznego tekstu i atmosfery korzennego blues-rocka, ale i zabieg retardacyjny, chroniący koncept przed przedwczesnym przyjściem na świat. Troskliwą reżyserię dźwięku potwierdza wejście banjo (01:36), pozornie niepotrzebne z punktu widzenia kompozycji, ale zespalające tekst z muzyką – partia instrumentu jednoznacznie kojarzącego się z legendą amerykańskich pionierów ubarwia wejście na scenę postaci twardego, bezkompromisowego ojca, który doradza synowi wytłuc strachy bejzbolem. I powiałoby gotycką amerikaną rodem z wczesnego McCarthy'ego (W ciemność, Kraków 2011, s. 129-140), gdyby nie rozładowująca napięcie żartobliwa pointa, porównująca przeciwników bohatera lirycznego do Ala Greena.

W tym utworze, wyjątkowym na przestrzeni ostatnich kilku lat ich kariery, Low sięgają gdzieś poza siebie: nie ewoluują jedynie w stęchłym sosie własnym, ale ważą się na potępiane przez Kościół rozwiązania, bo pobrzmiewają tu echa Dulliego, jakieś wyobrażenie o Earth jako zespole piszącym piosenki, majaczy Callahan. Związki to niebezpiecznie bliskie, ale, jak przestrzega Lord Raglan w Kazirodztwie jako tabu (Payot 1935, s. 145), osoby, które nie przestudiowały tego zagadnienia, łatwo dają się wprowadzić w błąd. Romans bowiem okazał się owocny i stawia w nowym świetle ikonografię, która zawsze była Low bliska: rubieże, motele, kryjące w łunie lampek choinkowych tajemniczy bal maskowy groteskowe stacje benzynowe. Ale sumując - to tylko jeden utwór, do pustynnego dekameronu nie ma już powrotu, więc jedźmy, prawie nikt nie woła.

Jeśli Low to obecnie dojrzały zespół, to w feralnym znaczeniu tego słowa. Wielu marzy, będąc jeszcze dzieckiem, że dorosłość będzie się wiązała z możliwością bezproblemowego prowadzenia rozmowy, podtrzymywania konwersacji, światowego brylowania przy każdym stole. Kiedy ta umiejętność zostaje z grubsza opanowana, okazuje się, że wychodzenie bez słowa było nie tylko łatwiejsze, ale i oszczędzało zajadów.

piątek, 29 października 2010

Barn Owl - Ancestral Star

Barn Owl
Ancestral Star

2010, Thrill Jockey



7.6



Moje czytanie fantasy zakończyło się dawno temu. Pomimo wcale licznych lektur nie wyniosłem z genre tyle, ile być może jest ono warte. Z perspektywy czasu sądzę, że wpływ na to miał, i ma nadal, fakt, że na mojej półce stoi prawdziwy klejnot: dwa pierwsze tomiki oryginalnego, Howardowskiego Conana. To pierwsze polskie wydania – jedno starsze ode mnie, drugie niewiele młodsze. Skąd się wzięły? Naprawdę nie mam pojęcia. We wstępie tłumacz określa fantasy mianem baśni nowoczesnej. Z takich oto zamierzchłych czasów pochodzą te książki.

Obok wyboru opowiadań, na których Howard szlifował swój styl, pierwszy tomik zawiera niepowtarzalny dodatek w postaci nakreślonej przez samego autora genezy uniwersum. Ten skromny rozdzialik (podejrzewam, że wyrwany przez wydawcę ze zbioru esejów Era hyboryjska) jest Sillmarilionem serii o Conanie. Szkicowaniem mitologii, topografii i całą resztą worldbuildingu najnowszych bestsellerów fantasy zajmują się korporacyjne think tanki. U zarania genre był to jednak niezbywalny obowiązek twórcy, który na kompletowanie imaginarium poświęcał lata. Howard rozpoczął niestandardowo, bo tomikiem poezji (Cimmeria). Spektakularny pokaz siły jego wyobraźni inicjuje jednak dopiero opowiadanie Wieża słonia. Conan jest jeszcze drobnym, prowincjonalnym złodziejem. Postanawia wedrzeć się do obrosłej w legendę wieży i wynieść z niej klejnot posiadający rzekomo magiczne właściwości. Skok ma jednak przede wszystkim zaprzeczyć upadlającemu wizerunkowi barbarzyńcy jako materiału na galery. Po perypetiach, na szczycie niesamowitej budowli Conan napotyka stworzenie przypominające Śiwę – indyjskiego boga z głową słonia. Stworzenie telepatycznie przekazuje prymitywnemu intelektowi barbarzyńcy swoją historię: od lotu przez otchłanie kosmosu, przez uwięzienie we wieży zdegenerowanego maga i wielowiekową służbę jego żądzy władzy, aż po wciąż tlące się marzenie o powrocie na rodzinną planetę.

Poza niespotykaną sugestywnością narracji, inspirowanej jeszcze opowieściami niesamowitymi raczej niż jakąkolwiek zborną myślą o fantasy, Howard onieśmiela charyzmatycznym stylem gry: wprowadza do partii rozgrywanej w świecie stylizowanym mniej więcej na średniowiecze zranionego, postarzałego i wykorzystywanego przez zdeprawowanego czarnoksiężnika kosmitę, sugerując, że właściwym pępkiem cywilizacji hyboryjskiej jest ów obcy, nie mana czy racjonalna myśl. Tym krótkim opowiadaniem Howard podważa cały wysiłek włożony w kreację autorskiego kosmosu, z wdziękiem światowca oświadczając, że całkiem możliwe, iż jego porywająca opowieść jest tylko cieniem cienia prawdziwej historii, dawno zapomnianej. Czy Hyboria jest uniwersum postapokaliptycznym, mierną pozostałostką po obcej cywilizacji? Czy przygody Conana, zbezczeszczone nieudolnie konkurującą z He-Manem kreskówką i potwornymi ekranizacjami ze Schwarzeneggerem, składają się na postapokaliptyczny epos o około dwie dekady wyprzedzający kanoniczne dla podgatunku powieści? Nie ma na to dowodów, ale sugestia padła, została podjęta przez autorów słabiutkich kontynuacji dzieła Howarda (goście z kosmosu powracają jeszcze niejednokrotnie, a na kartach powieści pojawiają się również artefakty, które czytelnik bardziej ogarnięty od Conana rozpoznaje jako skomplikowane mechanizmy lub ich odseparowane elementy) i może spędzać sen z powiek fanom konwencji.

Na wydanym dwa lata temu From Our Mouths A Perpetual Light Barn Owl przywoływali pustynie, tajemnicze dżungle i świątynie, klimat old schoolowego fantasy magii i miecza. W 2010 skupili się na kreśleniu pozornie dalekich od spektakularności obsydianowych, szklistych powierzchni znanych z surrealistycznej Ostatniej plaży J. G. Ballarda. Ancestral Star to odbywany letnim zmierzchem spacer między opuszczonymi wieżowcami albo po cienistym dnie zwietrzałego kanionu, którego wypolerowane upływem czasu ściany jasno wykładają warstwy geologicznej genealogii ziemi. Dorzućmy hasła takie jak desert rock i Earth i będziemy prawie w domu. Prawie, bo Barn Owl znacząco się rozwinęli: surowy, barbarzyński drone pozyskał wyraźnie impresjonistyczny, malarski wymiar. Plamy pylistego cienia przywołują na myśl beznamiętne, medyczne dubstepy, ale liryczna druga połowa albumu przerzuca pomost między suchym, ascetycznym Hex; Or Printing In The Infernal Method Earth a opalizującym nowością Dagger Paths Forest Swords. Generujące naturalny trans operowanie przestrzenią odsyła do hipnotyzującego space rocka obu części Dryystonian Dreamscapes Yume Bitsu (sugestywna, zaraźliwa stylizacja na wyzwolone z granic wykonanie live). Obszerne fragmenty na pozór nieczułych jamów konsultują dobór palety barw z kinematograficznymi projektami typu Mono lub World's End Girlfriend, a mistycyzm, którego nie mogło zabraknąć w tym nieprzyjaznym, skalistym otoczeniu, wyłania się za sprawą interesującej manipulacji: twarde, zdyscyplinowane riffy, przywołujące na myśl spartańskie brzmienie zastosowane przez Albiniego na tegorocznym albumie Scout Niblett, spoczywają w otulinie miękkich, płynnych drone'ów, które poddane skrupulatnie kontrolowanemu delayowi imitują wokale, przejrzyste jak obraz rzucany przez nierówno zasilany projektor ("Visions In Dust"). Przewijając się tu i ówdzie, sztuczka ta antycypuje piękny ghost noise'owy finisz "Light From the Mesa".

Początkowo nie ma się nic do powiedzenia. Ancestral Star zaczyna działać dopiero na odprężonego, wzwyczajonego słuchacza,
subtelnie redefiniując jego oczekiwania wobec przyszłości drone, gatunku wydawałoby się od dawna już kompletnie skodyfikowanego. Łatwo uwierzyć, że za paręnaście lat ten album będzie dla jakiegoś miłośnika muzyki tym, czym antykwaryczne Conany były dla mnie jako czytelnika - artefaktem, przez pryzmat którego można z wyższością spoglądać na teraźniejszość, bo, sam szacownie postarzały, jest cieniem czegoś jeszcze starszego, co zginęło w mrokach czasu.


poniedziałek, 5 lipca 2010

Low - Secret Name

Low
Secret Name

1999, Kranky


9.1


Gorące letnie wieczory wiążą się zwykle z odrobiną podskórnego niepokoju, tworząc idealne środowisko do przesłuchiwania klasyków slowcore'u. Wymijająco nie piszę nic własnoręcznie, zapodając raczej świetnie oddający atmosferę dzisiejszego wieczoru cytat z Podziemi Dona DeLillo.

Jechałem lexusem wśród szelestu wiatru. (…) Powiedzmy dla uproszczenia, że pustynia to impuls. W mgnieniu oka postanowiłem zmienić rezerwację lotniczą, wynająć wóz i pojechać bocznymi drogami. Dawne czasy budzą w nas uczucia, które spełniają się w spontaniczności. Im szybsza decyzja, tym bardziej akuratna spłata długu wobec pamięci. Chciałem znów zobaczyć tę kobietę (…) a potem zawrócić w wietrzną dal. Bo wszystko było tam dalą. Spieczona ziemia, niebo, zarys góry cienki jak opłatek – góry czy chmury przycupniętej nad kotliną, kotokształtnej: jakież to ludzkie, żeby widząc jedno, dopatrywać się czegoś całkiem innego!

Stara droga skręciła na północ, mniej więcej prosto w słońce, a ja zapragnąłem poczuć na twarzy i rękach jego żar. Wyłączyłem klimatyzację i otworzyłem okna. Sięgnąłem po tubkę kremu przeciwsłonecznego, z którą się nie rozstaję, chociaż cerę po ojcu mam oliwkową, śniadą.


Piżmowa woń kokosowego balsamu, nastoletni aromat upału i plaży, a gdzieś w podszewce pamięci nadciągająca fala morska, piekąca sól w oczach i w nosie. Gniotłem tubkę, aż wycisnąłem ją do dna. Cmoknęła, plasnęła, opustoszała. Coś mignęło mi przed oczami, mentalny obraz, jakby iskra przebiegła po nerwach, pustynny błysk – efemeryczna, mętna plama barw, lodziarz brnący zygzakiem przez nagrzany piach.


Potem wiatr zamarł, a na niebie zawisła rafa chmur w bladoróżowej obwódce. Jechałem drogą bez asfaltu, aż efektownie zbłądziwszy, zatrzymałem wóz, wysiadłem i rozejrzałem się po krajobrazie, czując się jak ostatni głupek, a między kępami juki zamajaczyły mi schrony – stare betonowe bunkry, ślad po jakiejś kopalni albo poligonie wojskowym. Miałem ćwierć baku benzyny, pół puszki mrożonej herbaty, nic do jedzenia, żadnych ciepłych ciuchów, mapę ubogą w szczegóły.


Pomyślałem, że dopiję herbatę i umrę.


A wtedy prysnęło pyłem i z jasnej kreski zachodu wyłonił się mglisty kształt. Zbliżający się obiekt przypomniał mi sto filmów, w których przez falistą równinę nadciąga coś lub ktoś, konno, z karabinem w futerale, albo samotny wielbłądnik spowity muślinem kuli się na grzbiecie tępogłowego wierzchowca. Ale tutaj było inaczej, obiekt wzniecał dwa bliźniacze kłęby kurzu i zdrowo zasuwał. Nie był to jednak zwykły, przeciętny pojazd terenowy. Miał lampkę na dachu, lśnił żółtym lakierem, nadciągał butnie i w podskokach, z komiksowym polerem. Ta najweselsza ze zjaw zbliżała się dróżką o wyjeżdżonych koleinach i wyglądała jak dzieło popartu. Niecałe pięćdziesiąt metrów ode mnie. Czyżby, ależ tak, nowojorska taksówka, nie do wiary, a jednak, żółciejsza niż żółtko mknęła w moją stronę.


Jakiż lepszy gest mogłem wymyślić niż wyciągnięcie ręki: taxi stop?


Ale to cholerstwo nawet nie zwolniło. Z otwartych okien zionęła muzyka – porywisty rock na sterydach. Ustąpiłem z drogi, wciąż jeszcze z podniesioną ręką, tą do opalania, chemicznie wymuskaną.

czwartek, 23 kwietnia 2009

Speck Mountain - Some Sweet Relief

Speck Mountain
Some Sweet Relief

2009, Carrot Top



3.5



Kiedy ponad rok temu pisałem o debiucie SM, obstawiałem, że będzie to projekt jednej płyty. Some Sweet Relief przeczy tym przypuszczeniom i, oczywiście, żal, że nie miałem jednak racji. Było co czuć i analizować na Summer Above, natomiast na tej tutaj pochopnie wydanej płytce, wyczuwalne jest tylko pragnienie poszerzenia spektrum ogarnianych brzmień. Nie jest więc już tak skromnie pod względem formalnym, ale nie przepisuje się to na wiele więcej ponad krótkotrwałe zaciekawienie podczas inicjalnego kontaktu. Brakuje już delikatnego cieniowania slow-core'u elementami folku czy bluesa (pamiętny bas z SA). W totalnie nienasyconej, rozmytej, ultra-unfocused psychodelce, polatują bezsensowne, rzutkie liryki. Po kilku przesłuchaniach wydaje się być jasnym, że to, co się tutaj dzieje to raczej wywiad niż album: dzięki tej płycie można się dowiedzieć, czego ostatnio Speck Mountain słuchali, co zamierzają do swojej muzyki włączyć i jak bardzo będą w tym podrywie odważni. Samych realizacji jednak brak.



Na tle
jakichś instrumentów, Marie-Claire eksperymentuje z baduizmem, mikroskopijnie próbując soulować, przynajmniej w kwestii charakterystycznej maniery, co momentami rzuca odbiorcę w niewolę odwiecznego pytania: po chuj? Przestrzenne, na maksa delajowane gitary pozostały, ale jakże uproszczone. Serio: otwierająca wszystko solówka jest na poziomie moich umiejętności obsługi instrumentu; nawet nie jestem pewien czy kiedyś nie wpadłem na tę melodyjkę próbując nauczyć się jakiejś skali.

Nadal słucha się tego przyjemnie, szczególnie, kiedy pierwsze gorące dni na nowo uzasadniają doznania domyślnie niesione przez slow-core i ethereal, ale niesmak rozczarowania pozostaje, szczególnie, że I Feel Ethernal, wyizolowane z reszty albumu jako preview czy singiel, budziło nadzieję na sytuację odwrotną. Czekałem na wzbogacenie palety barw jakimi zwykło się portretować Sandoval i Kerouaca, a dostałem tylko miło usypiającą college-psychodelię, nie licującą z potencjałem tego projektu. Sory.

myspace

środa, 1 kwietnia 2009

5.0's, pt. 2

Kolejne podejrzane pozycje, które, być może pochopnie, oceniłbym na 5.0 lub zostawił miejsce na notę puste. Aloha!


Squares on Both Sides
Indication

2009, Own


Folk #332: charakterystyczne użycie elektroniki steruje w stronę niezasłużenie zapomnianego już trochę, Eleven Continents, ale gdzie temu do klasy RF. Czuć niemieckość projektu, co ukazuje rozmiary mijania się z celem: oni nie mają tam nawet lasu chyba, samo techno, tetris i sklepy z winylami. Folk leży więc daleko, a w bezpośrednim zasięgu pozbawione odpowiedniego kontekstu, naburmuszone z nudy: -tronica i gitara. (myspace)


Dakota Suite
The End of Trying

2009, Karaoke Kalk


Prawie każdy chce mieć stały wgląd w lata młodości i prawie każdy zrzucił w co poniektórych punktach życia zajarzyste bojki, do których teraz może wracać z każdego punktu mapy. Rozległość tagów możliwych do przypisania Dakota Suite może robić wrażenie: folk, drone, post-rock, ambient, rock, slow-core i na tym pewnie nie koniec. Sumując jednak - te piękne, harmonijne utwory cierpią na to samo co wszystkie rzeźby: brak życia. Potencjalne zainteresowanie nie jest w stanie do końca się rozwinąć podduszone mdłymi, rozwlekłymi pejzażami jednoznacznie konotującymi depresję i rozległe pustkowia. Z drugiej natomiast strony: jedną z moich bojek jest Labradford, który przy odrobinie złej woli można by podsumować podobnie. The End of Trying może więc, poprzez swoją stosunkową przystępność, wystudiowany eklektyzm i
urodę (w wybaczalnym przecież stopniu wykalkulowaną), natchnąć kogoś do uważniejszej eksploracji używanych w jego obrębie genres. Dla mnie za późno, ale wy zawstydźcie diabła, elo! (myspace)


Marissa Nadler
Little Hells

2009, Kemado


Folk #462: śpiewaczka o bogatej dyskografii odkrywa produkcję i gubi gdzieś druidyczną atmosferę swoich poprzednich nagrań. Brakuje szczerego gotyckiego/wiktoriańskiego akcentu, który pojawiał się wcześniej, istotnie wzbogacając przetartą stylistykę. W efekcie: zestaw melancholijnych, pozbawionych charakteru piosenek, które, jeśli nie słyszało się Marissy na Songs III: Birds On the Water (2007), mogą jeszcze nie bez kozery zostać przez kogoś miłego uznane za piękne czy urokliwe. (myspace)


Whitest Boy Alive
Rules

2009, Bubbles


Kolejna porcja disco na instrumentach bez przycisku on/off. Od Erlenda Øye. Tego wiecie. Trochę mniej tu akustycznego grania, ale jeszcze więcej Erlenda Øye, tak że WBR staje się projektem tak charakterystycznym, że w sumie odizolowanym od reszty Faktów TVN. Porównując ten album z pierwszym można dojść do identycznych wniosków, co w przypadku debiutu i sofomora Kings of Convenience: kontynuacja jest miła, ale czy potrzebna? Nie do końca przemyślane Riot on Empty Streets zakreśliło wokół KoC kredowy krąg: nic nowego nie przebije się w obręb projektu, nic też nowego go nie opuści. Horyzont oczekiwań zakrzepł. Podobnie tutaj: rozbudowane w stosunku do debiutu instrumentarium to sztuczna podnieta, którą docenia się na siłę, kiedy trzeba dopisać recce jeszcze jeden akapit. Tak naprawdę liczy się co innego i tego czegoś jest tutaj za dużo. Erlenda Øye; niestety NIE w sąsiedztwie nośnych melodii czy atmosfery pełnego lajtu. Być może przesadzam, ale facet wydaje się akceptować ogólną opinię o sobie jako o fabryczce najbardziej niezal, bo akustycznej, najbardziej pięknej, bo beztroskę przełamują akcenty goryczy, muzyki tanecznej. Trudno więc oprzeć się wrażeniu, że Rules służy raczej umocnieniu pozycji projektu niż potrzebie realnego przekazu. Irytująca, nużąca płyta, której wystawia się po trzech przesłuchaniach 8.0, i słucha ponownie tuż przed końcem roku, aby koniecznie wpierdolić ją w podsumowanie i uniknąć zarzutów o brak konsekwencji. Zaangażowane słuchanie Rules uzasadniać może sentyment (już? bez żartów!) albo obowiązek, bo na pewno nie jest to przysłowiowe the real thing.

piątek, 13 lutego 2009

Barzin - Notes to an Absent Lover

Barzin
Notes to an Absent Lover

2009, Monotreme



5.0


Jak czytać staropolskie barzo? Jest niewielki problem, panowie i panie. Zapisy fonetyczne - spalone. Najstarsi starcy - martwi. Taśmy z kursami językowymi dla imigrujących do RP innowierców - poplątane. Intuicja - zawodna. Dr Emmet Lathrop Brown - niestety fikcyjny. Co teraz? Można próbować zapomnieć. Na przykład weźmy sobie komiks Manary. Przekartkujmy dla pewności: czy nie tylko sztuka, ale też gołe baby? Są. Niezła kreska. Tło historyczne - dosyć obecne, postacie - Dostojewski erotyki, a co do narracji to interesująca jest trudna do umotywowania maniera oddawania kobiet jako nagród kompletnym błaznom. Korzystając z ogólnodostępnej metempsychozy stwierdzam, że w naszym plemieniu inne panowały w tej materii porządki. Odczuwam nostalgię za początkami swojego drzewa genealogicznego, więc Indiańskie lato > Borgia > El Gaucho. Chwilowe zaabsorbowanie i już nie myślę jak wymawiać Barzin.

Faktem jednak pozostaje, że słucham ich najnowszej płyty z pewnym rozrzewnieniem, którego nie potrafię tak po prostu z siebie strząsnąć (szczególnie Summer Soft Girls oraz Stayed Too Long In This Place). Fernepiks, fefer, słabostka i feblik. Dawno temu Notes... opisano by na Caramel Brown albo zabrałby się za nie Rojek w jakimś felietonie. Obracamy się w tym samym kręgu co zawsze: Low, Galaxie 500, Savoy Grand, Red House Painters, Spain (chyba najcelniejszy strzał), Reindeer Section, Oh! Bijou (bardzo celny), Idaho i wolne kawałki w ogóle (celny). Rozmyty cień rzuca na żaluzję mól książkowy. Chwilowo oderwany od kolejnej powieści rzuca okiem na podwórko i bawiące się na nim dzieciaki. Pod ścianą przemyka jakaś starsza już dziewczyna z zakupami, bojąc się, że oberwie piłką. Facet w oknie naprzeciwko wydmuchuje dym z fajki i po pobieżnym zlustrowaniu przebiegu gry w klasy dalej pucuje wazon szmatką. Istnieje świat i to rozprasza, ale mól gładzi już palcami tylko dla niego wyczuwalne zgrubienia na papierze. Nanomilimetrowe wzgórza druku wyrastające z kartek. Lepiej do nich wrócić. Po co naprawdę żyć, lepiej marzyć. Wymarzyć sobie można najweselsze rzeczy, a żyć jest nudno.

Z nostalgii płynie więc względne docenienie płyty niewiele przecież wartej, jeśli poddać ją trzeźwej ocenie. Monotonia dziewięciu równych, melancholijnych numerów stawiających sobie za zadanie rozmarzenie odbiorcy (pojawia się nawet nachalnie klimatyczna harmonijka ustna), może zemdlić, a z drugiej strony... Satysfakcjonująco jest obserwować jak poszerzają się horyzonty i bieżące eksperymentalne granie staje się coraz łatwiejszym doznaniem, ale możliwe jest to tylko przy wcześniejszej troskliwej asyście dzieł prostolinijnie odwołujących się do jakiejś tradycji. W przypadku milutkiego Barzin niechlubne są wycieczki w stronę Damiena Rice'a, ale już wyraźne rozmienienie konturu oryginalności (jakby slow-minimal na EPce Just More Drugs, niefortunnie zarzucony) na drobne odsyłacze do w/w kanonu lektur, nie razi, a nawet zjednuje. Można bowiem użyć tej płyty tak jak używa się suwenirów z podróży. W środku roku trudno rewizytować Seszele, tak jak nie wypada pobieżnie odhaczyć powrotu do swoich muzycznych korzeni. Dzięki Notes... można sobie miło powspominać odkładając the real thing na dającą się przewidzieć, bardziej sprzyjającą, przyszłość, ale nie warto spodziewać się po tej płycie czegoś ponad zbudowanie atmosfery 2-3 wieczorów.

myspace