Pokazywanie postów oznaczonych etykietą song-writing. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą song-writing. Pokaż wszystkie posty

piątek, 25 lutego 2011

Julianna Barwick - The Magic Place

Julianna Barwick
The Magic Place

2011, Asthmatic Kitty


7.1



Ponieważ niezbyt podeszło mi Florine, a Sanguine traktowałem jako demo, niezbyt reprezentatywne dla przyszłości Julianny, chciałem dowcipnie podważyć także Magic Place. Całkiem możliwe, że gdyby przyszło wam, moje drogie, podśpiewywać przy goleniu nóg w jaskiniach Taj Mahal, również powstałby niezły materiał na płytę. I tak dalej. Okazało się jednak, że tym razem Julianna wygrała. Podoba mi się przyrównanie zawartości jej debiutanckiego albumu do tytułu książki, którą właśnie czytam: Dżinn w oku słowika. Magia, wizualność, śpiew.

Zwracam uwagę szczególnie na świetną sekwencję obrazów w "Keep Up the Good Work". Wokal na wysokości 01:17, dołączając do już obecnych dwóch innych, mniej inwazyjnych, imituje linią melodyczną wybieg typowy dla ścieżek dźwiękowych filmów opowiadających o życiu na pograniczu: w Pożegnaniu z Afryką, w Malowanym welonie, w Duchu i mroku bohaterowie witają egzotyczną krainę z okien pociągu, a ich przybycie obwieszcza Disneyowski damski pean, uzupełniający stereotypowe wyobrażenie człowieka Zachodu o fotogenicznej wzniosłości egzotycznego pejzażu. Rolę elementu rytmicznego bierze na siebie stukot kół hamującego pociągu – coraz wolniejszy, coraz gęściej omotywany pomniejszymi dźwiękami: skrzypieniem nitów, zgrzytem spoiw i bolesnym piskiem ręcznego hamulca, wyczekiwanym przez zgromadzonych na dworcu nierobów. I ów rytm hamującej lokomotywy pojawia się w "Keep Up the Good Work" (od 01:22). Barwick każe czekać całe pięć sekund na dopełnienie sceny ulotnym bicikiem, a przecież przy inicjalnych odsłuchach cierpliwość jest tym bardziej wystawiona na próbę: pierwsze stuknięcia kół o szyny trudno wyłowić, bo wspinają się mozolnie po łagodnej krzywej niespiesznego fade in. I tu obrazowanie mogłoby się zakończyć: zamrożony w czasie, wiecznie wjeżdżający na pograniczną stacyjkę pociąg.

Na 01:52 dołącza jednak kolejny wokal. Prosty, o ludowej melodyjności, brzmi jak zatarte, ale pod wpływem krajobrazu odświeżające się w oku wewnętrznym wspomnienie zagrzewającej do pracy piosenki nuconej podczas żniw, w gorące sierpniowe popołudnie. I w 02:55 zyskujemy potwierdzenie tego tropu: ścieżka pianina jest drażniąco rozjaśniona, prześwietlona. Wysokie, trzepotliwe tony, jak powieki walczące z napastliwym słońcem, aż do 03:23, kiedy koi je basowa gitara – plamy wilgotnego cienia, w które zmysły chronią się przed skwarem, jakby uciekały przed piekącym deszczem. Oba instrumenty zaczynają funkcjonować jako akuszerka głęboko zagrzebanego wspomnienia: wysoki, sztywny tembr klawiszy jest jak fiszbin, wąsy dojrzałego jęczmiennego kłosa, które wyginane w dłoni zdają się chcieć żartobliwie smagnąć palce ciekawskiego dziecka; niska, zaprószona wibracja strun podsuwa dotyk mącznej, miękiszowej substancji - jądro przejrzałego pszenicznego ziarna. Obecna jest w tej scence przyjazna ironia rodem z Harfy traw Capote'a, podszywająca związek Steinbeck-Faulkner. Odcisnęła się też poetyka małej ojczyzny, w przypadku Barwick – Luizjany, ogólniej – schyłku dorodnego lata pośród pierzastych, spieczonych słońcem łanów dojrzałego zboża.

Ostatecznie trudno orzec, jakie emocje niesie z sobą ów powrót na wieś: jesteśmy świadkami jedynie prologu. Do podtrzymania jakiej pracy zachęca tytuł? Być może brakuje więc na The Magic Place trochę odważniejszego artyzmu, mniej kompromisowego, a bogatszego w manifestacje, w stylu Medulli, która jest niewątpliwie automatycznie narzucającym się, choć zbyt łatwym i w gruncie rzeczy fałszywym odniesieniem. Bardziej owocnym byłoby porównanie metod Barwick z technikami zaprezentowanymi przez Eno na Apollo - Atmospheres & Sountracks, szczególnie w "An Ending (Ascent)" i "Always Returning". Kontekst Bjork jest jednak przydatny: przy okazji Medulli nie można mówić o przypadku. Całe free jest tam rzekome, udawane - każde jęknięcie obliczono na estetyczny efekt, a głos zuchwale nawiązuje do koloraturowych, wielooktawowych wokali profesjonalnych wokalistek. Julianna unika chłodu wionącego od wyrachowania charakteryzującego każdy formalny eksperyment i w zamian zdarza się jej oczywiście zapomnieć: niewielkie turbulencje nachodzących na siebie loopów burzą spójność kompozycji, obrazowanie jest fragmentaryczne, uchyla się od fabularnego udramatyzowania. Ale to właśnie ów brak artyzmu, aura domorosłości, wizja ubrudzenia się muzyką tak, jak ubrudzą się paznokcie i dłonie wdrapującej się na drzewo dziewczynki w dostojnym apanażu przyszłej dziedziczki, dają Barwick coś, co ona zazdrośnie strzeże, a co słuchacz chce oczywiście tym bardziej poznać.

Być może dzięki tej grze na wścibstwie odbiorcy The Magic Place prowokuje kolejne odsłuchy, mimo że nawet w pseudo-singlowym rozwinięciu "Prizewinning" nie ma mowy o popie. Debiutancki self-titled La Sera – basistki Vivian Girls - bywa tagowany jako pastoralny pop i słusznie, ale Julianny to sformułowanie nie dotyczy. Albumu nie zaciemnia żadna maska, zabawy z konwencjami, świętość nie jest tutaj żartem, intertekstualną grą czy prowokacją. Elementarna piosenkowość jest raczej odwołaniem do ludowości, intuicyjnej rytmiki, podskórnej melodyki glosolalii, niż zabiegiem estetycznym. Skojarzenia z przestrzenią sakralną to nie tylko turystyczne klisze: Gaudi, rozproszone światło wpadające przez witraże, pomruk ściszonych głosów i homilii dolatującej z oddalonej kruchty. Tak jak Michael Tanner z Plinth, Barwick wyznaje panteizm: przeczucie obecności wyższego porządku w każdej cząstce otaczającej rzeczywistości. Z perspektywy słuchacza przedstawia się to jako ambientowy porządek w rzeczywistości songwritingu i Barwick za jego boginię, muzę, maszynistkę.

poniedziałek, 21 lutego 2011

Adele - 21

Adele
21

2011, Columbia


3.9



Obudziłem się odkryty: lekko do piątku mogę zapomnieć o byciu huzarem pędzącym z dobytą szablą na zwarty szyk nazistowskich tanków. W nastroju autodeprecjacji i użalania się nad sobą byłem podatny na kreację przepitej diwy, zaproponowaną w "Rumour Has It", szczególnie, że refren to taki klasyczny krzykliwy bałns, jakim wyobrażają sobie szaleństwo uczestnicy geriatrycznych turnusów. Z niesmakiem, lecz bez targów kupiłem pianino w "Turning Tables", bo przypominało Eltona Johna, a ja byłem przecież Mufasą od rana szarpiącym bezowocnie krawędź klifu. Zirytowany próbowałem ocalić to słodkie plumkanie od wokalu z przesadnymi wykończeniami rodem z rygorystycznego kursu dźwigania arii, lecz... Ten sam problem z "Don't You Remember": wokal, przeznaczony dla maniakalnych angeloptorologów, przeszkadzał w doświadczaniu niezwykle luksusowej produkcji gitary, budzącej głupawe skojarzenie z "Rehab" Rihanny. Poprzedzające refren wersy proponowały emocjonujące ćwiczenie w efekcie kuli śnieżnej, niestety: umiejętnie piętrzona enumeracja znalazła zbyt prostoduszne rozładowanie napięcia w pełnym patosu wyciu. Hojny datek sypnął prężny drive basu w "Set Fire to the Rain", nawiązując nikłą nić porozumienia między klasyczną elektroakustyczną balladą a dubstepem. Mętną pikanterię sponsorowały tropy neo soulu i bluesa, choć nie wiem, dokąd mogły prowadzić odciśnięte w torfie o kolorze i konsystencji jogurtu greckiego.

I tak dalej, wzloty i upadki. Życie jak tzatziki.

Kiedy odzyskałem swoją męskość nienawidziłem się za sympatię dla tej płyty, jednakże była faktem. Przygarnąłem zaropiałe oczka, dołożyłem do bułek gitom na przepustce, biłem brawo, bo jakiś smutny kmiot grał w tunelu Perfect. Polubiłem album Adele. Polubiłem album Adele i nic się nie stało. Sądzę nawet, że ta dziewczyna ma potencjał w stylu Anity Lipnickiej i do tego samego targetu skierowana jest jej twórczość, która będzie się jeszcze rozwijać i być może osiągnie pułap przysłowiowej nowej Brodki - czegoś, co na wstępie szturchane kijkiem, z czasem przyciąga i głaskane nie prowokuje torsji. Wszystkie swoje kompozycje Adele hołubi, jakby zmieniały świat. Piosenki pieczołowicie się rozwijają, dają się wyczerpująco poznać, są uzasadnione pod każdym względem i stylizowane na potrzebne. Zależy jej na nich i trochę tym zaraża. Na awersie wybito systematyczną, pracowitą artystkę, na rewersie przyjaciółkę z benefitami dla gości z Red Hot Chilli Peppers i coacha z Idola, traktującego wyciągnięcie jakiegoś dźwięku w kategoriach posągowej minety. Mętna pikanteria - danie dnia.

W porównaniu do debiutu, na którym sens miał tylko jeden kawałek ("Chasing Pavements"), 21 jest wzorowym referatem na temat kobiecego songwritingu i wokalistyki (Rykarda Parasol, Regina Spector, Joker's Daughter, PJ Harvey, Joni Mitchell etc.) i tyle, nie ma czym się ekscytować, ani na co narzekać. Komponenty tej kujońskiej wprawki funkcjonują jako reminiscencje, ale też odnajdują się w roli ekspresji własnego stylu podjętej przez osobę pozbawioną własnego stylu. I również tu: na próżno szuka serce wektora gdzie indziej niż z dala od zagadek gnozy: artysta pokroju Adele (Grammy, Brit Awards, Janelle Monáe) nie musi dysponować fenomenalną charyzmą. Autentycznie zaskakuje więc, powtórzę, fakt, że tej kolekcji cytatów i plagiatów słucha się przyjemnie, szczególnie, kiedy nie ma się jaj, na nogach kapcie, a śnieg na drogach zachowuje się jak drożdże.

poniedziałek, 12 lipca 2010

poniedziałek, 1 czerwca 2009

Wywiad z Tiny Vipers



Co mógłbym podarować
wam na Dzień Dziecka, jak nie przekonanie, że mi się chce? Specjalnie dla was krótki wywiad z Jesy Fortino (Tiny Vipers), gwiazdką tegorocznego OFFa. Enjoy!


Surowy zapis rozmowy (.txt) w oryginalnej wersji językowej:




Dawno temu czytałem gdzieś, że bywałaś roztrzęsiona na pierwszych koncertach, jakby nie do końca przekonana o wartości swojej muzyki. Teraz jesteś jedną z bardziej interesujących spośród okołofolkowych artystek Sub Popu. Marzenia się spełniły czy to dopiero początek twoich oczekiwań?

No, nieźle się tremowałam przed występami. Nadal zresztą jestem nerwowa, ale zdążyłam się trochę przyzwyczaić. A oczekiwania? Bywają serio szkodliwe, więc na ten moment po prostu skupiam się na gitarze, na materiale do zagrania, już bez zwracania uwagi na to, jak mogą oceniać to ludzie. Zerwałam z tym przyzwyczajeniem i dzięki temu jestem w stanie hamować własne oczekiwania zanim jeszcze zdążą podrosnąć.

Oczywiste dla mnie, że twoja muzyka to nie tylko dźwięki, ale także odzwierciedlenia jakichś widoków czy wspomnień. Momentami Hands Across the Void brzmi jak concept-album o różnych krajobrazach zmieniających się pod wpływem światła. Są jakieś miejsca czy może dziecinne mity, które są dla ciebie inspiracją?

Rzeczywiście, las i góry, przy których dorastałam mocno na mnie wpłynęły. Jak dla mnie, las jest najkorzystniejszym miejscem dla dziecięcej wyobraźni, bo ona naprawdę w takich warunkach eksploduje. Wokół nie ma nikogo innego, a natura staje się rzeczywistością alternatywną dla pewnych aspektów dorastania w małym miasteczku. Dużo moich obserwacji płynie właśnie z doznania kontrastowości życia na prowincji z całym tym łażeniem po miejscach typu Fred Meyer And Target (sieć sklepów), przymusem szkoły etc., a powrotem do domu przy ciemnym lesie, szwendaniem się po miejscu, w którym nikt inny się nie liczy... Zawsze chciałam skakać sobie tylko swobodnie z drzewa na drzewo, jak zwierzęta, z dala od ohydy nowoczesnego człowieka.

Heh, mam trochę podobnych doświadczeń. W wielu recenzjach czytałem, że twój debiut to płyta nawiedzona czy niepokojąca. Spotkałaś się kiedyś podczas pobytu w lesie z czymś w takim klimacie?

Kiedyś łażąc tu i tam natknęłam się w nim na kilka wejść do starych, opuszczonych kopalń, ale nigdy nie próbowałam wejść głębiej, bo jest to rzeczywiście przerażające doznanie. Poza tym niebezpieczne, bo korytarze mogą się zawalić, no i niekiedy w takich miejscach jest trujące powietrze, gaz. Przy Black Diamond i Cougar Mountain są na przykład takie szyby, które wydają się nie mieć w ogóle dna. Są ogrodzone, żeby ludzie i zwierzęta nie wchodziły do nich, ale kiedyś z chłopakiem sondowaliśmy taki pionowy tunel wrzucając do niego rzeczy i absolutnie nie było słychać, aby gdzieś w końcu lądowały. Czasami w okolicy, w której dorosłam, można było też napotkać pozostałości po zrujnowanych miasteczkach: fundamenty porzuconych budynków czy urywające się nagle tory.

Moje ulubione kawałki z Hand Across the Void to chyba Forest On Fire i Swastika. Jaka jest historia tych utworów?

Forest On Fire to piosenka prawie całkowicie zaimprowizowana w studiu. Kilka utworów na nowej płycie także zostało w ten sposób zrobionych. Mam parę słów, ale tylko kilka i właściwie pozwalam kolejnym się doklejać jak chcą.

Fajnie w ogóle, że akurat te utwory wspominasz, bo nagrywanie Forest On Fire miało wielki wpływ i może ujmę to tak: nagrywając debiut czułam się czasami ograniczana czy przymuszona do niektórych działań; hamujące było to pragnienie odwalenia nieziemsko dobrej roboty, bezbłędnej. Myślałam, że o to chodzi w nagraniu płyty, o utrwalenie idealnego występu - odtworzenia pewnych doświadczeń, ale bez właściwych im uchybień. Forest On Fire nagrywaliśmy już po czasie, jaki mieliśmy zarezerwowany w studiu; dopiero w momencie, kiedy już materiału na album było dość, a więc presja była zerowa. Czułam się wtedy jedyny raz zdolna improwizować i jednocześnie coś dobrego nagrać.

Do tego momentu rejestrowanie nie było zabawą. Realizator posuwał się nawet do usuwania ze ścieżek dźwięku przesuwania palców po strunach... Paraliżująca akcja i wtedy stwierdziłam, że przyszłe nagrania będą takie jak Forest On Fire, a więc raczej okazją do stworzenia czegoś nowego, zamiast prób bycia perfekcyjnym odwzorowywaczem (take za take'em do formalnego ideału) czy nagrywania pod przyszłe występy live. No i to był krok od nienawidzenia nagrywania do pokochania tego.

A więc gdyby nie Forest On Fire, kolejna płyta prawdopodobnie wcale by nie powstała, a tak jest i to poświęcona właśnie takiej swobodzie. Kawałki rejestrowałam na taśmie analogowej, spory procent materiału jest praktycznie grany na żywo, niekiedy nawet improwizowanie, bo to tym bardziej podkreśla, że taki kawałek czy płyta mogły zdarzyć się tylko ten jeden jedyny raz. Teraz widzę nagrywanie raczej jako łapanie czegoś wyjątkowego na taśmę, czegoś co nie mogłoby zostać odtworzone. Zachodzi gdzieś-coś bardzo delikatnego i skomplikowanego i nie jest dobrą metodą spisanie tego czy tłumaczenie. To jednorazowa sprawa, która nigdy nie powtórzy się tak samo i stąd płynie w pewien sposób magiczny charakter rejestrowania dźwięku.

Shipwreck to dziwny tytuł jak na piosenkę dziewczyny, która dorastała przy lesie. Masz jakiś taki obraz w wyobraźni, który byłby inspiracją?

No był taki moment, że wszystko się sypało i byłam w ogóle odcięta od świata. Z tego doznania wyłoniła się wizualizacja wraku. Pewnie wielu ludzi ma takie chwile w życiu - bezradności i osadzenia na mieliźnie.

Dałabyś radę wyróżnić jakąś manierę, wspólny mianownik, jeśli chodzi o interpretację twoich utworów? Tytuły i potencjał do ewokowania pewnych obrazów czy sytuacji sprawiają, że można by postrzegać to wszystko jako jakiś rodzaj poezji.

Trudno powiedzieć. Nie piszę na pewno, żeby to było potem interpretowane. Żadna zaszyfrowana układanka czy coś, raczej czyste abstrakcje, więc przynajmniej zostaje sporo miejsca na pomysły, jakiekolwiek wpadną komuś do głowy.

A jest taka kanadyjska pisarka - Margaret Atwood i jej Wynurzenie miejscami wyraźnie przypomina twoje granie.

Nie słyszałam o niej. Jeszcze.

Co w procesie twórczym jest dla ciebie najważniejsze? Polegasz na intuicji i spontanicznych pomysłach czy raczej na wyuczonych umiejętnościach?

Zdecydowanie intuicja. Nie przeszłam żadnego kursu gitary. Nauczyłam się grać, bo podobały mi się dźwięki jakie wydaje, potem tylko dopasowałam się do ograniczeń instrumentu. Ważnym jest czuć szczęście - najistotniejsze kawałki powstały, kiedy byłam absolutnie wolna od presji.

Jest taki cytat z New York Timesa na stronie Sub Popu: [Jesy Fortino] nie opowiada historii, podąża raczej ku inkantacjom, osiąga trans. Czy twoja muzyka ma na celu eskapizm, wyzwolenie od rzeczywistości?

Nie, raczej nie nagrywam w jakimkolwiek celu. Nie ma żadnej misji ani wiodącego tematu. Wypuszczam materiał, a jeśli ludzie go lubią to mnie to cieszy i wątpię, aby było wiele więcej ponad to.

Co będzie zawierał twój nadchodzący album - Life On Earth? Masz zamiar kontynuować coś w stylu minimalistycznego dream-folku czy raczej zaskoczyć czymś nowym?

Zdaje się, że stylistycznie pozostanę w rejonach Hands Across the Void, ale przy o wiele większej samoświadomości. Jestem bardziej pewna nowych kawałków, bo wydają się być bardziej dojrzałe i bardziej osobiste. Debiut był częścią mnie, jasne, ale też po części próbą spełnienia mojej własnej wizji siebie. Sofomor natomiast to po prostu zbiór historyjek czy wspomnień, które są w stanie egzystować na własną rękę. Nagranie tego materiału nie było już odczuwane jako praca - wyszło bardzo naturalnie przelewanie tych przeżyć w muzykę, podczas gdy na Hands Across... momentami musiałam przymuszać się i kombinować.

Co z inspiracjami ze strony innych muzyków?

Townes Van Zandte, Durutti Column, Aiden Baker, Crystal Hell Pool

Na koniec, trudno mi się powstrzymać od spytania o twoje tatuaże. Mają jakieś znaczenie? Miejscami są podobne do tradycyjnych eskimoskich czy innuickich wzorów.


Jeden wysoko na lewym ramieniu to kompletny idiotyzm zrobiony w wieku 15 lat. Chryste, nie cierpię go, nie znaczy nic ponad nastoletni bunt, ale jak chcesz to bliżej pokażę ci go, mam nadzieję, w Polsce. Na przedramieniu prawej ręki mam tatuaż na pamiątkę przyjaciela, który umarł, kiedy byłam młodsza. Na piersi natomiast mam wydziergany mikroskop. Mam jeszcze parę, ale, Boże, nie cierpię o nich mówić, więc sorry, jeśli moja odpowiedź ssie - gdybym mogła pozbyłabym się 90 %, ha!


myspace

piątek, 8 maja 2009

Bill Callahan - Sometimes I Wish We Were an Eagle

Bill Callahan
Sometimes I Wish We Were an Eagle

2009, Drag City



6.9



Bill potrafi przynudzać, jednakże jego męska powściągliwość stanowi w tych smutnych czasach niemalże już wartość. Wśród krzykliwie intertekstualnych, postmodernistycznych rzygów dobrze zrealizowany folk pozostaje azylem dla zawartości treściowej: wolnych od magnetyzmu trendów, mniej lub bardziej archetypicznych, ludzkich dramatów opowiadanych przez charyzmatyczną personę. Bogata dyskografia nagrana jako Smog, i ten drugi album pod już imiennym tylko szyldem (kontynuacja przyjemnego Woke On a Whaleheart) ukazują wyraźnie, że priorytetem jest dla Callahana narracja, chwilami równająca z gigantami storytellingu, a przez większość czasu stanowiąca problematyczną konkurencję dla Lambchop czy Magnolia Electric Co.

Trzy pierwsze kawałki to właściwie osobne majstersztyki i na nich powinna się skupić pozytywna impresja z SIWWWaE. Zwraca szczególną uwagę prawdziwie orientalizujący motyw w The Wind And the Dove z ujmującym zwieńczeniem linkującym niemal zapomnianego już Vincenta Gallo. Wraz z transowo repetetywnym closerem, detal ten wzbogaca kontrastem całokształt delikatnie psychodelizujących, jasnych aranżacji. Na wyłowienie zasługuje też sympatyczny, oryginalny tekstowo erotyk Eid Ma Clack Shaw, w którym Bill zjednuje jako poeta-nerd. Teatralnie Waitsowskiemu, stosunkowo agresywnemu My Friend udaje się zadowalająco równoważyć monotonię centralnych partii albumu, aż do końcowej ody do ateizmu, szczególnie interesującej, bo z nagła zacierającej kwakierską naiwność poprzednich tracków cieniem mizantropii czy po prostu gorzkiej w swoim negującym wolnomyślicielstwie refleksji teologicznej.

Końcowe wrażenia plasują się gdzieś w okolicach wyluzowanego diagnozowania słabości Fleet Foxes. Mimo całkowitej skromności
Callahana i nieźle przezeń odgrywanej obojętności wobec własnej ugruntowanej pozycji jednego z bardziej niedocenianych, bije z jego wydawnictw ogarnięcie stylistyki na eksperckim poziomie. O ile dla FF folk wydaje się być formułą, której popowa modyfikacja w ogóle umożliwiła artykulację, o tyle dla Billa to cała filozofia, światopogląd sięgający tradycyjnej topiki, pozamuzyczne źródło, w którego zakresie nie leży manifestacja rozziewu własnej skali aż do sopranu, a raczej zaprezentowanie życiowego doświadczenia w oparach spokojnego stoicyzmu. Na rzeczy jest tutaj ponowne napomknięcie o Eid Ma Clack Shaw, absolutnie nie płaczliwym, heroicznie autoironicznym wobec własnego niepogodzenia z utraconym uczuciem.

Wraz z
Beasts of Seasons Laury Gibson, nowy Bill wydaje się być przodownikiem pracy w propozycjach rzucanych przez 2009 w temacie folku. Nazwisko zobowiązuje: każdy szeryf pod każdą szerokością geograficzną zmienia swoje rodowe na Callahan żeby chociaż szczątkowo przypodobać się bożkowi teksańskich kapeluszy i zrezygnowanych splunięć. Niczym więc Tommy Lee Jones lub Eastwood eksperymentujący z przedrostkiem indie-, nasz biały brat emanuje krzepą, mrukowatością oraz wrażliwością usilnie skrywaną pod maską twardego rezydenta stacji benzynowej gdzieś w kosmosie Arizony. Godne polecenia, koniecznie z tagiem dobre, bo bez szans na hype i lokatę w rocznych zestawieniach, a więc uczciwa, bezpretensjonalna robota do intymnego doświadczania.


myspace

środa, 1 kwietnia 2009

5.0's, pt. 2

Kolejne podejrzane pozycje, które, być może pochopnie, oceniłbym na 5.0 lub zostawił miejsce na notę puste. Aloha!


Squares on Both Sides
Indication

2009, Own


Folk #332: charakterystyczne użycie elektroniki steruje w stronę niezasłużenie zapomnianego już trochę, Eleven Continents, ale gdzie temu do klasy RF. Czuć niemieckość projektu, co ukazuje rozmiary mijania się z celem: oni nie mają tam nawet lasu chyba, samo techno, tetris i sklepy z winylami. Folk leży więc daleko, a w bezpośrednim zasięgu pozbawione odpowiedniego kontekstu, naburmuszone z nudy: -tronica i gitara. (myspace)


Dakota Suite
The End of Trying

2009, Karaoke Kalk


Prawie każdy chce mieć stały wgląd w lata młodości i prawie każdy zrzucił w co poniektórych punktach życia zajarzyste bojki, do których teraz może wracać z każdego punktu mapy. Rozległość tagów możliwych do przypisania Dakota Suite może robić wrażenie: folk, drone, post-rock, ambient, rock, slow-core i na tym pewnie nie koniec. Sumując jednak - te piękne, harmonijne utwory cierpią na to samo co wszystkie rzeźby: brak życia. Potencjalne zainteresowanie nie jest w stanie do końca się rozwinąć podduszone mdłymi, rozwlekłymi pejzażami jednoznacznie konotującymi depresję i rozległe pustkowia. Z drugiej natomiast strony: jedną z moich bojek jest Labradford, który przy odrobinie złej woli można by podsumować podobnie. The End of Trying może więc, poprzez swoją stosunkową przystępność, wystudiowany eklektyzm i
urodę (w wybaczalnym przecież stopniu wykalkulowaną), natchnąć kogoś do uważniejszej eksploracji używanych w jego obrębie genres. Dla mnie za późno, ale wy zawstydźcie diabła, elo! (myspace)


Marissa Nadler
Little Hells

2009, Kemado


Folk #462: śpiewaczka o bogatej dyskografii odkrywa produkcję i gubi gdzieś druidyczną atmosferę swoich poprzednich nagrań. Brakuje szczerego gotyckiego/wiktoriańskiego akcentu, który pojawiał się wcześniej, istotnie wzbogacając przetartą stylistykę. W efekcie: zestaw melancholijnych, pozbawionych charakteru piosenek, które, jeśli nie słyszało się Marissy na Songs III: Birds On the Water (2007), mogą jeszcze nie bez kozery zostać przez kogoś miłego uznane za piękne czy urokliwe. (myspace)


Whitest Boy Alive
Rules

2009, Bubbles


Kolejna porcja disco na instrumentach bez przycisku on/off. Od Erlenda Øye. Tego wiecie. Trochę mniej tu akustycznego grania, ale jeszcze więcej Erlenda Øye, tak że WBR staje się projektem tak charakterystycznym, że w sumie odizolowanym od reszty Faktów TVN. Porównując ten album z pierwszym można dojść do identycznych wniosków, co w przypadku debiutu i sofomora Kings of Convenience: kontynuacja jest miła, ale czy potrzebna? Nie do końca przemyślane Riot on Empty Streets zakreśliło wokół KoC kredowy krąg: nic nowego nie przebije się w obręb projektu, nic też nowego go nie opuści. Horyzont oczekiwań zakrzepł. Podobnie tutaj: rozbudowane w stosunku do debiutu instrumentarium to sztuczna podnieta, którą docenia się na siłę, kiedy trzeba dopisać recce jeszcze jeden akapit. Tak naprawdę liczy się co innego i tego czegoś jest tutaj za dużo. Erlenda Øye; niestety NIE w sąsiedztwie nośnych melodii czy atmosfery pełnego lajtu. Być może przesadzam, ale facet wydaje się akceptować ogólną opinię o sobie jako o fabryczce najbardziej niezal, bo akustycznej, najbardziej pięknej, bo beztroskę przełamują akcenty goryczy, muzyki tanecznej. Trudno więc oprzeć się wrażeniu, że Rules służy raczej umocnieniu pozycji projektu niż potrzebie realnego przekazu. Irytująca, nużąca płyta, której wystawia się po trzech przesłuchaniach 8.0, i słucha ponownie tuż przed końcem roku, aby koniecznie wpierdolić ją w podsumowanie i uniknąć zarzutów o brak konsekwencji. Zaangażowane słuchanie Rules uzasadniać może sentyment (już? bez żartów!) albo obowiązek, bo na pewno nie jest to przysłowiowe the real thing.

środa, 25 lutego 2009

5.0's, pt. 1

Pierwsza odsłona serii nieregularnych notek nt. płyt, których nie potrafię ocenić albo którym jak leci wystawiłbym najdalsze od zajęcia stanowiska 5.0. Pozycje te dają jednak odczuć, że dla kogoś w wielkim świecie mogą być warte więcej. Bez ram czasowych, bez zbędnych emocji - miły gest, którego adresatami są posiadacze sporej ilości wolnego czasu na odsłuchy:


Red Light Company
Fine F
ascination
2009, Lavolta


Pewnie i tak to łykniecie, bo trudno ostatnimi czasy o lepszą okładkę. Wbrew pozorom to nie mroczniejsze Air France, ale czterech pół-glamowych anorektyków (drugi gitarzysta przebrany za Azjatę, reszta androgyniczna). Txty o trudnych
doświadczeniach na tle dość nośnego, dziwnie pogodnego gitarowego popu, którego głównym przesłaniem jest rozpierdolić tę budę dla uśmierzenia przeklętych clash-wspomnień. Regularnie wypływające na wierzch przesada i anachroniczność, pozbawiają melodie charyzmy, a cały klimat wydaje się oszukaństwem, kiedy po drugim przyjebaniu (With Lights Out) nikt jakoś nie rwie się do bitki. Kilka supełków zawiązanych na tym nagraniu może stanowić rozrywkę na kilka przejażdżek nocą po mieście, ale nie da się ukryć: myśleli, że wystarczy być. I miss you, Jesus Zero.





Plushgun
Pins And Panzers

2009, Tommy Boy

Próba zaanektowania Junior Boysów do ram tanecznego indie-electro, zarówno w wersji nawiązującej do nu-rave, jak i balladowej (high-lightowe An Aria). Zabawne txty o podrywaniu dziewczyn na swoją domorosłą sławę graniczą z bardziej poważnymi lirykami ściągniętymi od metro-gwiazdek new/no wave'owej sceny NY. Głównie jednak solidny song-writing, niestety przesłaniany zazwyczaj przez pragnienie bycia cool, jak gdyby sam miał nie wystarczać (że zapobiegawczość w przeczuciu własnych kompleksów). Podobno jeszcze jako projekty kawałki te zostały skomponowane na pojedynczą gitarę, jednakże w pełnych aranżacjach, mariaż z przejrzystą elektroniką przesterował je w rejony reklamówek Saaba czy Punto. Szczególnie warte wyodrębnienia są momenty pozowania na dziewczyńskie Gorillaz .





Inara George with Van Dyke Parks
An Invitation

2008, Everloving


Flirt damskiej połowy The Bird And the Bee ze zbliżającym się do siedemdziesiątki dawnym współpracownikiem Beach Boysów (facet obchodzi fajrant po pracy nad That Lucky Old Sun), Grace Kelly i Joanny Newsom, etnomuzykologiem i aktorem dziecięcym. Zanim na dobre zacznie się lans na Ray Guns... warto rzucić okiem na Inarę nagiętą do wizji człowieka pracującego na co dzień dla Walta Disneya. W efekcie: Edith Piaf śpiewająca rozmarzone, quasi-jazzowe standardy za kulisami niemego filmu o jelonku Bambi. Szybko się nudzi, jako że prawdziwym brylantem pozostaje tutaj pomysłowo wystylizowana produkcja oraz czysto utylitarna okazja zerknięcia w przeszłość. Przy pewnym wysiłku, poza klasycznymi animacjami, daje się wizualizować rękawiczki w lecie, etole i wyemancypowane, palące leniwie Paryżanki. Apaszki w grochy. Skutery Vespa. Alfons Mucha.



Szabas do 5 marca, c'ya!

poniedziałek, 5 stycznia 2009

Sian Alice Group - 59.59

Sian Alice Group
59.59
2008, Social Registry



5.6



- Nie kłopocz się o naszą zapłatę, dobry człowieku. Jużci może złotem nie sypiemy, ale wiedźmę utłuczemy jakeśmy przyrzekli - rzekł Don Kichot do skrzywionego gnuśnie karczmarza, czemu zawtórował zaraz Sancho Pansa uznając w takich sytuacjach szczęśliwą gwiazdę swego pana za snadnie oddaloną od iluzji:
- Spójrz no, obwiesiu, jak napełniłeś brzuchy bohaterów, którzy oczyszczają włości twe od tałatajstwa! Czegoś tak nos swój kwincie w alfonsiadę oddał? - zaśmiał się szyderczo.
Poprawił jedyny popręg, który dzielony między Rozynanda i osiołka dzisiaj przypadał wierzchowcowi Sancza, i puścili się w drogę, Don Kichot pobrzękując żelastwem, a dzielny jego giermek czyniąc nie mniejszy raban puszczonymi samopas wodzami wyobraźni.

Pod wieczór dnia następnego, znużeni i ospali, z minuty na minutę tracili nadzieję na przytulny kąt.
- Dalibóg, panie, choć w zbroi tej jak mocarny wyglądasz pyszałek, kości swe złożysz dziś na gołej glebie... - stwierdził Sanczo Pansa obrażony lekko na sprawiedliwość, która przyznała tego dnia popręg Rozynandowi. Jednakże, kiedy tylko wypowiedział te słowa, nikłe światełko oblało dwóch wędrowców ciepłą falą. Mijali właśnie niewielki domek ulokowany przytulnie między dwoma potężnymi dębami. Chatka przycupnęła w wijących się konarach gigantów, które maskowały ją przed wzrokiem ciekawskich, chyba że zbliżyli się przypadkiem tak bardzo jak nasi błędni herosi.
Bez słowa Don Kichot zsiadł z konia i mocno dzierżąc płochliwe zwierzę za uzdę, zastukał w rosochate, nieheblowane drzwiczki.

- A kogóż niesie w noc tak głęboką? - ozwał się we wnętrzu słodki głos. Po chwili drzwi otworzyły się ukazując oczom podróżnych cudnej urody dziewczynę. Stojąc w swobodnie teraz płynącej strudze światła wydała się Sanczo Pansie wierutnym cudem. Giermek przeżegnał się i szepnął:
- Aliści...
- Nie słuchaj tego głupca, pani! Nie liści szukamy, boć tych pod dostatkiem twoi sąsiedzi oferować nam mogą, ale strawy i spoczynku - z uszanowaniem okpił swego giermka rycerz-pozornie-tylko-wyzbyty-poczucia-ironii.
- Zali! - poprawił się szybko Sanczo - Z oczy jej skry niczym zorza na tafle lodowców padają na alabastrowe policzki!
Dama śmiejąc się z niezręcznego komplementu wpuściła wędrowców do środka i ugościła ich czym chata bogata.

Nasyceni wędrowcy rozparli się przy stole i rozochoceni wybornym kuperwasem z radością przystali na propozycję gospodyni. Zaoferowała się ukoić skołatane nerwy pielgrzymów grą na swoim teorbanie. Chwyciła więc instrument i poczęła wygrywać dźwięki, którym rycerz i giermek przysłuchiwali się początkowo bez zbytniego zaangażowania, z czasem jednak coraz bardziej marszcząc w skupieniu czoła.
- Twoja gra przypomina mi muzykę, którą słyszałem już gdzieś indziej, pani... - mruknął Don Kichot.
- Panie mój! Czy to... czy to nie wtedy gdyśmy usiekli tę skośnooką wiedźmę? - wtrącił Sanczo.
- Mówisz o Kazu Makino, mój chłopcze. Nie - pokręcił głową zamyślony rycerz - Piękniejsza ta tutaj od Japonki z Blonde Redhead, choć melodie mniej chłonne. Poza tym nie posądzaj o czary tej grzecznej panienki!
Sanczo Pansa stęknął pod sójką zapodaną mu przez Don Kichota, a nieznajoma uśmiechem powitała komplement co do swej urody, ale nie przerwała gry, która zaczęła na nowo zajmować jej gości.
- Panie, wybacz mi, ale gdy śpiewać przestała jako żywo na pamięć mi spadła ta inna...
- Jaka znowu, głupcze małej wiary?
- Toć Elizabeth Hart z... z... - szepnął cichutko giermek, lecz zasłonić się musiał przed kolejnym ciosem.
- I od niej piękniejsza, choć przecie od Dulcynei nie bardziej - zawołał Don Kichot gniotąc w dłoni wstążkę od pani swego serca - Wybacz mi kułak ten, chłopcze, siła nawyku go niosła, bo niesforne z ciebie zwierzę, lecz teraz masz rację... Niczym Psychic Ills brzmi, z którą to bandą wiedźma trzymała!
- Mówiłem ci, panie... Nie daj zwieść się nawet tym jazzującym załomom! Przecie tego nie może produkować jeno taki teorban, za tym stać musi nieczysta, zbrodnicza moc...
Bez słowa Don Kichot chwycił za miecz i nim zatopiona w swojej wrażliwej muzyce Sian Alice mrugnąć zdążyła, potężne ostrze przecięło w pół jej instrument. Ostatni dźwięk poraził uszy zebranych zgrzytliwym, niby glitch lub niewprawnie prowadzony drone, jękiem. Wiedźma, bo o niej to wczoraj nadmienił był karczmarz, skrzywiła się ohydnie i mieniwszy w pluszowego kaczorka swe kształty rzuciła się do ucieczki. Tuż przy drzwiach dosięgło ją pudowe żelastwo rycerza. Oszołomieni wojownicy stracili się na chwilę z oczu w zamieci karminowych konfetti, w którą rozprysło się ciało czarodziejki.

- I czegóż brakło, mój panie, jej melodiom, żeśmy się zaczarować nie dali? - spytał rano zadowolony z rzezi i ocalonej skóry Sanczo Pansa.
- Zauważ, giermku, iż za bardzo kluczyła widząc w nas wprawnych w boju wagabundów! Ilekroć nas szorstkim riffem a la PJ ująć chciała, pochopnie z drugiego końca materii wątek podjęła i w trans wbić chciała improwizowaną psychodelią. Brak konsekwencji ją ubódł, nie miecz mój, Sanczo.
- Mądryś, rycerzu, choć na fantazji zbyło ci niejednokrotnie...
- Nie kręć nosem na mnie, sługo, lecz pomnij co bardziej anielskie jej pienia! Jak to choćby, od którego zaczęła mamienie, ech... - westchnął Don Kichot i zamilkł do południa. Choć zbroja pobrzękiwała jak zawsze, a rumaki rżały swawolnie, w jego uszach pobrzmiewał jeszcze dźwięk dzikiego, pełnego mocy pianina, które chwilami imitowała Sian Alice. Pokiwał w zadumie głową nad mocnym jej atutem: otóż wycofać się ze swą pieśnią umiała jak w raz, by dać pole melodii, z rzadka przecież wionącej agresją przyrodzonej
wiedźmie wykarmionej pewnie przez wilczycę.
- Nie dręcz się, wielki rycerzu - rzekł spokojnie Sanczo Pansa - Na szczęście wątpliwe, aby zaśpiewała jeszcze, więc i w pomrokach pamięci się rozpłynie.
Tu splunął.
- Nie może to być, Sanczo. Choć do Dulcynei nigdy się równać nie może, przecie uczczę jej urodę i granie kilkoma nieznacznymi wersami w epopei o mnie, którąć to dziś ci wyśpiewam przy wypasie.
Sanczo splunął raz drugi i jęknął trzymając się pod bok, lecz wiedza o tym, co na pewno go czeka dziś wieczór rozprężyła jego członki i uległ kojącemu kołysaniu osiołka niosącego go przez pustkowie.