Pokazywanie postów oznaczonych etykietą idm. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą idm. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 11 sierpnia 2013

Dalhous - An Ambassador For Laing

Dalhous
An Ambassador For Laing
2013, Blackest Ever Black






Nie umiem pływać, więc jeziora, nad którymi znalazłem się w tym i poprzednim roku, były dla mnie głównie atrakcją wizualną. Akweny w okolicach Swornegaci (Bory Tucholskie) mają tę zaletę, że są od siebie diametralnie różne, zatem nie nużą oka. Nawet jeśli oddziela je tylko wąskie pasmo gruntu, to nie sposób ich owocnie porównać. Płęsno jest zielonkawe z uwagi na kolonie glonów, Gardliczne zaś – oddalone o paręset metrów, przejrzyste i o piaszczystym dnie – pozwala zrozumieć sens jubilerskiego terminu „woda kamienia”. Kiedy próbowałem obejść dokoła to ostatnie, usłyszałem ptaka, którego śpiew jeszcze wzmógł wrażenie przejrzystości. Wyraźnie niebieskawy trel, wilgotny i pełen płynnych uskoków harmonicznych – jak gdyby żywy syntezator w stylu Panabrite lub Güntera Schlienza – sprzęgł się z lazurem i uwydatnił jeszcze jedno doznanie, tym razem olfaktoryczne: zapach d-aletryny, popularnego insektycydu, którego chemiczna woń wywołuje silne skojarzenie z błękitnymi kwarcami, a także z sinymi odcieniami skóry i środkami stosowanymi w prosektoriach. W nocy – porze, wydawałoby się, wolnej od tego rodzaju wrażeń – jeszcze jedno: uporczywy drone ukrytego gdzieś w ścianie bojlera, sprężone powietrze albo wiatr tłukący się po rurach. Długie, echotyczne dźwięki przypomniały mi niektóre nagrania Panosa Alexiadisa i splotły się – razem z resztą odczuć – w węzeł sygnowany An Ambassador For Laing.

„Skrzypce (podobnie jak sonet) należą do przeszłości. We czci jest teraz dawna peryferia orkiestry: bęben, trąbka itd. Uczuciom podziemnym trzeba stosownych instrumentów” (Cioran, Zeszyty 1957-1972, s. 292). Dalhous potwierdzają tę myśl. W post-IDM-owej rytmice i subtelnych partiach trąbki nie podobna doszukać się orkiestry, są jednak „podziemne uczucia” i dyskretna refleksja nad muzyką elektroniczną jako tradycyjnym czynnikiem rewitalizacji utartych sposobów słuchania. Wystarczy natężyć uwagę od punktu 4'39'' „He Was Human And Belonged With Humans”, gdzie trąbka funkcjonuje jako substytut pamięci, wstrzymująca czas wzmianka o pełnych klasy czasach sprzed połamanej, hiperaktywnej i bałaganiarskiej motoryki, której tak udaną satyrę niejednokrotnie szkicowali Autechre. Duet Marc Dall–Alex Ander korzysta także z tropów wchłoniętych przez muzykę gitarową: przenikliwy zgrzyt, tańczący po kanałach w toku całej kompozycji, gra w „Physical Body” rolę emocjonalnej solówki, ale przypomina również rozdzierające wrzaski z debiutanckiego albumu Sigur Rós i twórczość Holly Herndon z jej fizjologicznym sztafażem. Przede wszystkim jednak jest żywym – i drażniącym – dowodem na to, że „skrzypce należą do przeszłości”. Podkład w miniaturce „Who's Here, You're Here, I'm Here” dysponuje niezapomnianą konsystencją „Pulk/Pull Revolving Doors” Radiohead, ale dorzuca wartość naddaną w postaci wyrzutu sumienia: mimo doskonałości brzmienia i dynamiki niełatwo myśleć o nim inaczej niż jako o kalce. Wspomnijmy jeszcze o samplu wokalnym w utworze tytułowym – ów fragment może równie dobrze pochodzić z jednej z audytywnych bibliotek zagubionych w Internecie, ale czy nie przywołuje na myśl także Jacko, którego głos coraz trudniej wywabić z pamięci?

Można by jeszcze długo wymieniać tego rodzaju efekty, z tym że wszystkie sprowadzają się do jednego: An Ambassador For Laing to album silnie zadłużony w nagraniach Boards of Canada (ze wszystkich etapów ich działalności) i przewyższający najnowszy album Szkotów za sprawą prostego manewru. Odmawiając udziału w nurcie nostalgii, Dalhous nie „mglą” odniesień, lecz krystalizują je i wyostrzają, zacierając rozróżnienie na sample i pracę „prawdziwych” syntezatorów. Wygląda to jak gdyby Dall–Ander wyrzucali BoC (i słuchaczom zachwyconym Tommorow's Harvest) kolejno: a) puszczenie w niepamięć heroicznego okresu elektroniki circa Silver Apples, b) podszyte hipokryzją ekscytowanie się huczną premierą luminarzy elektroniki przy równoczesnym stronieniu od popu („Dwelling by the Meadow”), a w końcu także c) uzależnienie od signature sound, kiedy to można – bez trudu, jak przekonują Dalhous – rozwinąć każde rozpoznawalne brzmienie po prostu trochę poczytawszy, trudno bowiem odmówić sobie wiary, że nad dwoma ostatnimi pozycjami albumu – „Dreamers of Decadence” i „Eros, Love And Lies” – nie unosi się awanturniczy duch André Bretona. Zgodnie z założeniami surrealizmu trafiło do tych kompozycji wszystko to, co sąsiednie, ale na pierwszy rzut oka nie do pogodzenia: glitch, techno i noise osaczają patenty BoC i miażdżą je, każąc wrócić pamięcią do najbardziej znamiennego tytułu – „The Cruel Practice of Art” – umiejscowionego w centrum płyty. Wspomnienia pobudzane przez An Ambassador For Laing są wyzute z sentymentu. Pod ich oskarżającym wpływem nie wiadomo, gdzie podziać oczy. Jak mogliśmy zapomnieć o tych płytach, a wraz z nimi o tym, że „istoty, które kochaliśmy, kazały nam cierpieć, każda bez wyjątku; jednak pozrywany łańcuch, jaki tworzą, jest radosnym widowiskiem intelektu” (G. Deleuze, Proust i znaki, Gdańsk 2000, s. 27).

Wymowę An Ambassador For Laing można by wyrazić hasłem „guilty memory” – odpowiednikiem „guilty pleasure”, polegającym na napiętnowaniu odsyłania w niepamięć, które postępuje niebywale prędko w wypadku zaangażowanego słuchania muzyki, i budzi w odbiorcach poczucie winy, skrzętnie tajone próbami systematyzacji nagrań, ustalania ich kanonu i pogranicz. Tę intuicję potwierdza, w sposób wyraźnie autoironiczny, nazwa projektu – zniekształcone nazwisko niemieckiego muzykologa i historyka muzyki Carla Dahlhausa. Bycie „winnym zapomnieniu” to doświadczenie znane każdemu, kto gmera w pamięci w poszukiwaniu tytułu lub nazwy, które pierzchły pomimo długotrwałego hołubienia. Ale „guilty memory” uderza zwłaszcza w krytykę, od której wymaga się nieustannego operowania kontekstami, często zamierzchłymi lub odtrąconymi przez masy. Ten niewygodny – i często zbędny – balast prowokuje karykaturalne ujęcia: bełkotliwe enumeracje, kluczenie wśród gatunków i tagów, a w końcu wprawia w złość i zachęca do pójścia w stronę jezior, minerałów, użytkowej chemii, nasłuchiwania starych rur i ptaków.

wtorek, 12 marca 2013

Michał Kupicz - Bez tytułu

Michał Kupicz
Bez tytułu
2012, Sangoplasmo






Kiedy producent zabiera się do nagrania własnego albumu, przyznając bez ogródek, że materiał zaczerpnął z sesji nagraniowych, które zorganizował zaprzyjaźnionym muzykom, ciekawość rośnie. Zwłaszcza, że Michał Kupicz, korzystając ze ścieżek dostarczonych głównie przez projekty gitarowe, niemal w pełni odciął to tworzywo od macierzystego kontekstu, idąc raczej w stronę IDM-owych szkiców Vincenta Gallo lub ostatnich – trudnych do sklasyfikowania – nagrań Etamskiego. W jego wykonaniu sampling okazuje się więc nie tyle grą zapożyczeń, co raczej zaburzeniem porządku wyjściowego dyskursu, procesem zacierania źródeł.

Zajmowałem się ostatnio obróbką rozmaitych trąbek podkradzionych z Nocy na Ziemi Jima Jarmuscha, więc zwróciłem uwagę szczególnie na drugi fragment strony A. Fundamentem jest tu „bit” złożony z paru, dwóch-trzech, uderzeń – lekkich i ciężkich, po prostu. Te drugie rezonują na kształt misy tybetańskiej albo basowego klawisza wciśniętego do oporu i przytrzymanego do pełni wybrzmienia. Na przemian eksponowany i ukrywany, wykorzystywany to w roli drone'u, to w funkcji rytmizującej – ów fundament dostarcza sporej przyjemności, ale o wiele ciekawsze wydają się wznoszone na jego gruncie chybotliwe konstrukcje ze strzępków trąbki. Śmigają na modłę jaszczurczych języków albo zawisają w powietrzu jak confetti. Ta, która przed chwilą panoszyła się jako tłustawy drone, teraz jest tylko milisekundowym trzaskiem. Za przykład tej sieci kontrastów niech posłużą wydarzenia rozgrywające się po ósmej minucie. Poczynając od 08’18’’ trąbka parę razy wybrzmiewa przeciągle niczym syrena okrętowa, przywodząc na myśl Parting the Veil of Isis Softland City Singers, jedną z najpiękniejszych kaset w katalogu Tranquility Tapes. Kilka sekund później po wzniosłym zewie ani śladu. Wyparły go milisekundowe trzaski imitujące amatorski beatboxing.

W najdrobniejszych spośród niuansów albumu Kupicz zdradza zainteresowanie mikrodźwiękiem, które wielu artystów (na przykład Nils Quak) przekuwa w osobną klasę muzyki lo-fi, kultywując dosłowne rozumienie minimalizmu jako pracy nad dźwiękami „małymi”, „mini”. Igraszki z trąbkami uwydatniają stopień, w jakim Michał jest w stanie jako siła kreatywna naśladować elastyczność obrabianego materiału, ale na prostej mimikrze się nie kończy. Zaimponowała mi szczególnie umiejętność dostosowania się do wymogów stawianych przez niską jakość niektórych ścieżek. Fragment, o którym opowiadam – stary dobry drugi rozdział strony A – jest niewątpliwie reprezentantem lo-fi, i Kupicz ani razu nie wymusza na nim zmiany. Zakłóceń usunąć nie może, bo – zdaje się – są sklejone z kluczowym elementem rytmicznym, ale też nie każe im odgrywać tego, czym nie są. Nie przesuwa trzasków i szumów do tła, nie rozmywa ich nadmiernymi opóźnieniami, lecz stawia je na równi z właściwymi samplami. Akcentuje i odsuwa, manipulując niemal wyłącznie pokrętłem głośności. Intensywny szum otaczający właściwą ścieżkę staje się w ten sposób integralną częścią aranżacji i można tu mówić nawet o etyce lub ekologii samplingu, bo doprawdy bije z tego podejścia szacunek do materii, nie tylko dlatego, że należała pierwotnie do kogo innego, ale ogólnie – jako do cennego tworzywa poczynań artystycznych.

Taka postawa zostaje zresztą nagrodzona. W centrum powtarzającej się chmury szumu uważne ucho wychwyci cień paru kontrolnych uderzeń w perkusyjne talerze – płochliwy dźwięk, który bez umiejętnej zachęty Kupicza mógłby na zawsze przepaść w gąszczu instrumentacji. Okazuje się nagle, że wspomniany wyżej „bit” jest bogatszy o te właśnie nikłe blaszki, a ile takich drobiazgów czeka jeszcze na odkrycie? Jeśli zresztą podjąć próbę sportretowania narratora albumu, to będzie nim właśnie postać pełnego uszanowania kolekcjonera rupieci, który zaprzyjaźnia się z porzuconymi przedmiotami i delikatnie nagabuje do zrzucenia patyny, wyjścia z cienia minionej chwały i przeobrażenia w coś innego, nowego. Jednym słowem, Kupicz stawia te ścinki na nogi, pomaga im wziąć się w garść, rehabilituje je. Pod naciskiem debiutanckiej kasety Michała, pod wpływem jej „szumowo-zlepowej” natury, także słowa zsuwają się bliżej, chcą być razem. „Tworzywo” przyciąga „towarzystwo” i – na prawach anagramu – „żywotność”, a z pamięci wyłaniają się jedne z moich ulubionych zdań Wyobraźni poetyckiej Bachelarda:
Czy rzeczy, miłe rzeczy, rozproszone na wyprzedaży, oferowane byle jakiemu nabywcy – odnajdą tych, co by nad nimi marzyli? Zacny pisarz z Szampanii rodem, Troyen Grosley, powiada, że jego babka, gdy nie potrafiła odpowiedzieć na jego dziecięce pytania, mówiła w końcu: „A dajże mi spokój, kiedy dorośniesz, zobaczysz, ile jest rzeczy w tym rzeczowisku”.

sobota, 6 marca 2010

RxRy - RxRy

RxRy
RxRy
2010, self-released



7.1


Po zdementowaniu pogłosek jakoby był awatarem Noah Lennoksa, anonimowy ów outfit zabiera głos w temacie pogodzenia poszukiwań straconego czasu z rozbudową bica. Nie ma tu żadnego mocarnego bitu, ale jakby być z tego bity miały. Nie ma eksplodujących neonami syntezatorów, ale przenika nocne chmury promień wieszczącego wojnę czerwonego księżyca, włamany, gdzieś w połowie podróży przez drina rozlanego na okładkę f#a#infinity, w głęboki szafir denaturatu z bacardi. Balsamowanie się światła w tafli tężejącego w lepką plamę alkoholu, długie i słodkie, daje pojęcie o tajemnicach profesjonalnego, solidnego teasingu: musi od pierwszego manewru uzależniać bestię od łańcuchów. W takich rozkoszy kontekście litość to zbrodnia, wyrafinowanie cnota.



Micro- nie jest dla RxRy znakiem na ascezę i przestrzeń, ale potencjalność, litotę, niedowcielenie, kalambur. Pantha du Prince (extended mix) + mityczny neo hip hop w postaci Fly Lo + The Field (choć brak suit) i Eluvium (mglistość Talk Amongst the Trees) w roli long shotów, na fokusie Burial i M83 potraktowani metodami kompresji nakazującymi bez uchybień rozpoznać tu chill-wave. Wszyscy oni ścięci na niemowlaka - do preinkarnacji, amputowani do zamiaru, szczególnie, że, od początku skupione na wachlarzu możności niż realizacji samych, dziełko RxRy epatuje niechęcią do powielania ścieżek i popisu zarazem, do samplowanych damskich wokali, do glitchy, wpływologii, po sarmacku szerokiego justowania własnej fajności, noise'ów, trudności i reszty standardów, wymieniając je raczej na miękki mrok basu, zaprószoną przestrzeń powierzchni tulących rozmieszczanych regularnie i gdzie to konieczne, jak niecki z tlenem, gdy w podziemnej grocie utonąć ma Bond.

Zawsze w asyście jedwabistej, sprężystej i zwierzęco żywotnej jak węgorz, amplitudy niestygnących bicików, kraucików i housików wytwarzanych na jakimś lampowym sprzęcie, na Rubinie może, w którego ekranie na stałe odbiło się nocne życie miasta jak w oczach ofiary twarz mordercy. Koniecznie tak wtórnie, bo jest tu pejzaż nocny symbolem ambientu zrodzonego nie ze źródeł genre, lecz dopiero z zafascynowania informatyków esencją shoegaze'u i tak naokoło dopiero znalazł swój wyraz. Mimo stechnicyzowania, lansiarskiego potencjału i taneczności, owiewa RxRy przede wszystkim gotyckim luksusem roziskrzonego wieczoru w ogrodzie (oniryzm i niesamowitość wywodzi się tu często ze zwyczajnego zmniejszenia tempa disco), z nutką niebezpieczeństwa wszytą w czarny gorset, którego haftkami sprowadzony dla rozrywki arystokracji ninja mógłby ewentualnie zabić.

Jest to jednak także powiastka z zawartą w warstwie formalnej tezą i dążeniem. Przyciągają uwagę zjawiska takie jak np. buksujący w ilastym podłożu bit tracący swoją rytmikę, rozrywający się powoli i cicho jak wilgotny materiał, a kiedy ostatnia niteczka pęka wchodzi bicik nowy, równie malutki i zdystansowany co poprzedni, dosłownie zszywając rozdartą powierzchnię (końcówka Eaurowi). Innym razem dynamiczna niedbałość i fragmentaryczność tasowanych pomysłów kładą jednym dźwiękiem bałaganiarski vibe G.L.O.V.E.S. sprowadzając w okolice Hearts On Fire, za co dostaje Rex Ray oskara za rolę nemezis gleborzutów puszczanych w dyskotece tak modnej, że już nie bojącej się wpuszczać w dresach.

Wszystko, co złożyło się na ten ambientowo efemeryczny, ale jednak - workout, toczący swój bieg daleko od bieżni, w oparach cygarka i dziesiątków małych, kolorowych wódeczek, wszystko to są tylko sygnały opanowanych technik. Realia są tymczasem takie, że niewiele brakuje RxRy do mrocznej, gotycyzującej wersji Washed Out i to powstrzymanie się w pół kroku trochę rozczarowuje. 36 minut wystarczyło do rozmieniania idei, zawarcia cytatów (chociażby trochę szyderczo spożytkowanych odniesień do jj) i penetracji zakamarków, ale, programowo poniekąd, pomysłu nie zrealizowało. Ta kokieteria czyni RxRy projektem obiecującym, trochę na wyrost pchającym się w pole widzenia, legitymującym się jednak w miarę odpowiednimi świadectwami. Może to właśnie gdzieś tutaj leży magiczny bryl zdolny przedłużyć życie chill-wave'u przynajmniej do końca tego roku? Farewell.

sobota, 13 grudnia 2008

Koen Holtkamp - Field Rituals

Koen Holtkamp
Field Rituals

2008, Type


7.0




Jeśli minimal jest taki jak amerykańskie malarstwo terapeutyczne po wojnie w Wietnamie, a mash-upy to efektowne kolaże z pociętych losowo fragmentów Flamandów, to Field Rituals jest muzyką, a nie malarstwem. Trudno wyrazić uczucie wiedzy, że, jakkolwiek uporządkowane, dźwięki są przejawem życia wewnętrznego tak pierwotnym i potężnym, że ściga się z nimi tylko pojęcie symbolu. Dzięki tej parze realne staje się zawarcie świata w łupince orzecha i bezstronne doświadczanie go bez ryzyka zetknięcia z niesprawiedliwością własnego systemu oceniania.

Można pojechać do Maroka i Tangeru i jest to łatwe. Może się przyśnić Maroko i Tanger i jeśli nie bagatelizuje się potencjału doświadczenia jaki tkwi w śnieniu, można swobodnie mówić, że się w nich było. FR to tego typu sen albo mocne przeświadczenie, że nie trzeba jechać na biegun, żeby dowiedzieć się, że jest tam zimno. Narzucające się woli doświadczenie rozległych przestrzeni przebijało już w niektórych slow-corowych wydawnictwach (debiuty Low i Maquiladory żeby nie sięgać dalej) w wersji piosenkowej, o wiele bardziej melicznej niż chłodne, mantrowo repetycyjne zabiegi Holtkampa. Konsekwencja i logika tej narracji wyzwala namacalną wizualizację, nieosiągalną w takich rozmiarach przy bardziej odhumanizowanym treściowo materiale z tego samego worka: Fenneszu, Supersilent, Jamesie Blackshawie itp..

Kojąca ludzkość tego wydawnictwa płynie prawdopodobnie z przezierającego spod dźwięków folku jako estetyki prostoty, podróży, stopienia z naturą, choćby pustą i niegościnną.
Tyle że jest to oszustwo: folk to tylko wolne wrażenie, przeczucie obecności. Pod spodem FR jest wręcz matematyczne, tak że czysto emocjonalne wrażenia rodzące się w trakcie odsłuchu muszą się pojawić, są już zaplanowane. Daleki od bycia odhumanizowanym materiał skutecznie przecina jednak związki łączące odbiorcę z ludzką rasą.
Przestrzeń odsłuchu wypełniają strzępki repetowane i spajane ze sobą aż do złudzenia obcowania z chybotliwą melodią, która odpłaca własnym urokiem za uwagę poświęconą na wyłuskanie jej z pojawiających się gdzie nie gdzie statycznych dronów, field-reców i ambientowych teł. Momentami natomiast wywołuje realny trans ewokujący praktyki szamanistyczne w wykonaniu hipotetycznego duetu Lisa Gerrard + Mira Calix (np. oniryczny a tak przecież ogarniający Night Swimmer).

Za pomocą tak mało romantycznej stylistyki, Holtkampowi udało się zrealizować próżne dążenia Feral Children i Bon Ivera: stworzenia hipnotycznej, synestezyjnej ścieżki dźwiękowej do przebywania z dala od ludzi. Aż miło popatrzeć jak ów, przystępny w gruncie rzeczy, eskapizm rodzi się bez pomocy hipsterstwa i z dala od marketingu. Lecznicze właściwości FR opierają się głównie na przywróceniu starego dobrego porządku: działania wynikłe z mizantropii nie motywują żadnego rozbuchanego PRu serialowych czarnych charakterów, a poezja może pozostawiać ogromne pole do interpretacji pomimo zawarcia w oszczędnej, chłodnej formie. Beznamiętna, brutalna analiza/kategoryzacja nie jest w stanie naruszyć jej dyskretnego piękna opartego na uniwersalnej symbolice i intymnych, samotniczych pragnieniach, które spełniają się w intymności i samotnictwie.

myspace : download