Pokazywanie postów oznaczonych etykietą jazzy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą jazzy. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 18 sierpnia 2014

Innercity Ensemble – II

Innercity Ensemble
II
2014, Instant Classic




Niełatwo przyszło mi nawiązanie kontaktu z tym albumem, podzielenie zachwytów tym bardziej, bo II to przecież zaledwie krzyżówka Something Like Elvis (ilustracyjność), Natural Snow Buildings (rozmach) i, przy odrobinie swobody, Jackie–O Motherfucker (narracyjność). Ot, post rock; nie przeczę, że awangardowy. Wzruszenie ramionami trudno pogodzić z patosem kolorystycznej opozycji. Przynajmniej na pozór. Bezkompromisowość wielkich kwantyfikatorów – zawsze albo nigdy, czarne albo białe, nic pośrodku – wywiera pewne wrażenie, ale przypomina też „imponującą” formułkę „brutalizm magiczny”, podkradzioną z opracowań powieści latynoamerykańskiej (już w 2004 roku o „brutalizmie” pisał Tomasz Pindel w Zjawach, szaleństwie i śmierci), podobnie jak tytuł debiutanckiej płyty Starej Rzeki również „skądś” ściągnięto (o „cieniu chmury nad ukrytym polem” wspomina Heidegger w dziewiątym dopisku do Listu o „humanizmie”). Z tym że za zgryźliwością „kryje się” moje przeczulenie wobec tak zwanych „projektów Ziołka” (na przykład o Kapital No New Age pomyślałem złośliwie, że za parę lat mogliby tak grać Myslovitz), a przecież Innercity to zaledwie projekt „z Ziołkiem”, projekt, z którym sympatyzowałem zanim Ziołka ogłoszono ikoną. Ale dość już, bo z przyzwyczajeniem do uszczypliwości wiąże się groźba przemilczenia tego, co na II najlepsze, a mianowicie występów perkusyjnych Tomka Popowskiego. Może to właśnie jest sposób na ogarnięcie tego przytłaczającego wydawnictwa: zacząć od jednego z filarów ensemble’u i przez badanie jego relacji z innymi dojść do obrazu całości, przy okazji przenikając do podszewki własnego odbioru.

Michał Pudło omawia album w porządku zaproponowanym przez autorów, a zatem dzieli II na części białą i czarną. Ja proponuję – tymczasowo, bo później wrócimy do podstaw – pracować na mniejszych fragmentach. Przyjrzyjmy się choćby dwóm pierwszym kawałkom jasnej strony. Słuchacze, którzy ekscytują się nowym Innercity, mają na myśli jedynkę – klarowną, ambientującą psychodelię – a nie dwójkę, gdzie mamy do czynienia z tumultem zamiast muzyki. Bardzo wygodnie jest utożsamiać improwizację z chaosem, upajać się tajemnicą tam, gdzie sprawy nie da się rozwikłać, bo jest zwyczajnie pozbawiona sedna. Pudło pisze o trąbce Wojtka Jachny, że jest „liryczna”, ale to powierzchowne rozpoznanie, w którym chodzi tak naprawdę o to, że rola, jaką zdarza się temu instrumentowi odgrywać na II jest analogiczna z funkcją wielokropka na końcu bełkotliwego wersu. W poezji będzie chodziło o banalny sygnał zadumy, w ramach albumu Innercity o równie czczy rekwizyt muzyki improwizowanej, co zresztą koresponduje z faktem, że autorzy nie potrafili powstrzymać elokwencji i poprzestać na zerojedynkowych tytułach utworów. Na Bandcampie korzystają już z linijek, których autorstwa, jakże by inaczej, nie zdradzają, wersy można więc przypisać równie dobrze Hölderlinowi, Białoszewskiemu, jak i gimnazjaliście. Ktoś konsekwentny mógłby na tej podstawie postulować wycięcie partii dętych, bo ich spory odsetek dałoby się z powodzeniem wstawić do losowo wybranej kompozycji losowo wybranego artysty.

Pasowałyby, bo są amorficzne. Owszem, potrafią jątrzyć, ale tak to już jest, zwłaszcza w improwizacji o gęsto rozpisanych i wzajemnie się atakujących punktach napięć, że trębacz jest zmuszony uciec się do nadekspresji (w tym wypadku równoznaczne z przesadą są zamierzone niedostatki komunikatywności, tak jak rozmyślne przemilczenie na końcu wersu projektuje elaborat), bo napotyka o wiele większe trudności z czytelnym frazowaniem (takim jak w wypadku „Ołowianego słońca” czy „Storm–Stereo” z Katahdin), niż na przykład gitarzysta. Przypomina się zdanie ze Skreśleń Michela Leirisa: „Smutek pozytywki, katarynki, pękniętego karylionu lub sygnału wzywającego do gaszenia świateł – dźwięki, które mogą być raz pełne, raz suche, czasem rzewne, a czasem ponure…”. No właśnie, trąbka Jachny generuje niekiedy dźwięki, które mogą być wszystkim, zależnie od aktualnej koniunktury uczuciowej słuchacza, podczas gdy perkusjonalia Popowskiego uderzają zawsze w punkt, w ten sam. To one są odpowiedzialne za transowość. To ich wycofania się są rękojmią oddechu. Z jednej strony masywność brzmienia zachęca do powrotu do rzeczywistości, ale z drugiej – oderwania się od niej i zanurzenia z powrotem w muzykę. Polecam uwadze zwłaszcza dwa fragmenty: humorystyczna perka w drugim fragmencie czarnej płyty oraz narracyjny pasaż w białej czwórce. Warto zwrócić uwagę, co dzieje się z gitarą dzięki takiemu akompaniamentowi: brzmi ostro, pustynnie, jak gdyby… „jastrzębio”, podjudzana wibrującymi rytmami, których spora część odsyła do popularnego wyobrażenia folkloru północnej Afryki z Tangerem na czele.

To, rzecz jasna, niesprawiedliwe: Jachna zapewne wypadłby lepiej, gdyby miał po prostu więcej miejsca (jak w pierwszym i dwóch ostatnich fragmentach czarnej płyty). Mógłby wówczas grać tak jak choćby w „Czasie brody” z niesłusznie przemilczanych Tapes (Milieu L’Acéphale, 2013). Ale wszyscy członkowie kolektywu byli zmuszeni do tego rodzaju wyrzeczeń (to tyle jeśli chodzi o wzajemne poszanowanie akcentowane przez Richarda Allena). Wytłumaczenie jest proste. Nie traćmy Jachny z oka, ale odsuńmy go na chwilę, żeby nie zawadzał oglądowi warunków czasoprzestrzennych, w jakich powstała II. Jeśli Pałac w Ostromecku miał komuś ujawnić swoje limity przestrzenne, to właśnie siedmiu facetom z masą sprzętu i kabli. Zresztą sama lokalizacja nie pozostaje bez wpływu. Barok chyłkiem przesącza się do nagrań i wymusza postawienie kwestii, która w chwili wtłoczonej pomiędzy Odrodzenie i Oświecenie była może jeszcze bardziej drażliwa niż obecnie: po co robić coś dalej, przynajmniej od pewnej chwili, wszak to już wszystko, pełnia. Zwłaszcza że przesyt (ludzi, instrumentów, utworów, odniesień) jest de facto tylko przejściem między Katahdin a przyszłymi nagraniami Innercity. Biała płyta podejmuje wątek urwany w „Niedzieli życia”, czarna kontynuuje go, rozwija, alteruje… i całe to natężanie się nie znajduje finału w spektakularnej zapaści. Można by kontynuować ten album w nieskończoność (grając go, słuchając i myśląc o nim), ale – dla dobra własnego i projektu – lepiej potraktować go jako poboczną ścieżkę wydeptaną przez wydawnictwa dokumentujące występ na żywo (okazjonalność nie musi umniejszać wagi; dla wielu najlepszą płytą Nirvany jest Unplugged in New York).

W ten sposób możemy przejść do czasu. Przede wszystkim nie dramatyzujmy: zagranie trochę ponad godziny muzyki w przeciągu trzech dni nie jest, samo w sobie, wiekopomnym wyczynem. Problem leży we wcześniejszym zgraniu oczekiwań i potrzeb uczestników takiej sesji. Trąbka Jachny może posłużyć za miernik postępującego odprężenia. Biała płyta (ta, gdzie Jachna, zdaniem Pudły, „liryzuje”) jest nerwowa, podszyta stresem. Wciąż obecne jest podejrzenie, że trzy dni mogą nie wystarczyć i należy się spieszyć, zwłaszcza że sens spotkania polega na nieliczeniu się z ograniczeniami. Na czarnej sytuacja się uspokaja i dopiero tutaj można mówić o stabilnym transie. Ta połowa albumu jest bardziej zrelaksowana i, co za tym idzie, także relaksująca. W ostatnich minutach trąbka może sobie pozwolić na prawdziwe ozdobniki (vide ustęp 5’30’’–5’40’’ czarnej szóstki). „Prawdziwe”, to znaczy nie zawieszone w próżni, lecz niuansujące suwerenną frazę; równoległą, a nie służebną, wobec reszty instrumentów. Opieram te przeczucia na chwiejnym założeniu, że utwory były wykonywane i rejestrowane w porządku, w jakim dobiegają z płyty. W rzeczywistości mogło być zupełnie inaczej, ale nie zmienia to przyczyn, dla których obcuję z II w takim, a nie innym, trybie. Chodzi o to, że pomimo długich i interesujących sesji z albumem, nie zdołałem go polubić, a tylko jakoś zrozumieć. „Jakoś” kondensuje tu wszystkie możliwe znaczenia: 1) „jakoś”, a więc na jeden z możliwych sposobów, 2) „jakoś”, a zatem „ledwo co” (przypadkiem, nie dzięki świadomym staraniom), 3) „jakoś”, bo rezultat nie satysfakcjonuje. Zrobiłem, co mogłem, ale – mogąc już nie wracać do tej płyty – czuję ulgę, jak Barthes, gdy w Dzienniku żałobnym notował moment wstania od telewizora: „Wolnoamerykanka: opisana, już bez potrzeby jej oglądania”.

wtorek, 12 marca 2013

Michał Kupicz - Bez tytułu

Michał Kupicz
Bez tytułu
2012, Sangoplasmo






Kiedy producent zabiera się do nagrania własnego albumu, przyznając bez ogródek, że materiał zaczerpnął z sesji nagraniowych, które zorganizował zaprzyjaźnionym muzykom, ciekawość rośnie. Zwłaszcza, że Michał Kupicz, korzystając ze ścieżek dostarczonych głównie przez projekty gitarowe, niemal w pełni odciął to tworzywo od macierzystego kontekstu, idąc raczej w stronę IDM-owych szkiców Vincenta Gallo lub ostatnich – trudnych do sklasyfikowania – nagrań Etamskiego. W jego wykonaniu sampling okazuje się więc nie tyle grą zapożyczeń, co raczej zaburzeniem porządku wyjściowego dyskursu, procesem zacierania źródeł.

Zajmowałem się ostatnio obróbką rozmaitych trąbek podkradzionych z Nocy na Ziemi Jima Jarmuscha, więc zwróciłem uwagę szczególnie na drugi fragment strony A. Fundamentem jest tu „bit” złożony z paru, dwóch-trzech, uderzeń – lekkich i ciężkich, po prostu. Te drugie rezonują na kształt misy tybetańskiej albo basowego klawisza wciśniętego do oporu i przytrzymanego do pełni wybrzmienia. Na przemian eksponowany i ukrywany, wykorzystywany to w roli drone'u, to w funkcji rytmizującej – ów fundament dostarcza sporej przyjemności, ale o wiele ciekawsze wydają się wznoszone na jego gruncie chybotliwe konstrukcje ze strzępków trąbki. Śmigają na modłę jaszczurczych języków albo zawisają w powietrzu jak confetti. Ta, która przed chwilą panoszyła się jako tłustawy drone, teraz jest tylko milisekundowym trzaskiem. Za przykład tej sieci kontrastów niech posłużą wydarzenia rozgrywające się po ósmej minucie. Poczynając od 08’18’’ trąbka parę razy wybrzmiewa przeciągle niczym syrena okrętowa, przywodząc na myśl Parting the Veil of Isis Softland City Singers, jedną z najpiękniejszych kaset w katalogu Tranquility Tapes. Kilka sekund później po wzniosłym zewie ani śladu. Wyparły go milisekundowe trzaski imitujące amatorski beatboxing.

W najdrobniejszych spośród niuansów albumu Kupicz zdradza zainteresowanie mikrodźwiękiem, które wielu artystów (na przykład Nils Quak) przekuwa w osobną klasę muzyki lo-fi, kultywując dosłowne rozumienie minimalizmu jako pracy nad dźwiękami „małymi”, „mini”. Igraszki z trąbkami uwydatniają stopień, w jakim Michał jest w stanie jako siła kreatywna naśladować elastyczność obrabianego materiału, ale na prostej mimikrze się nie kończy. Zaimponowała mi szczególnie umiejętność dostosowania się do wymogów stawianych przez niską jakość niektórych ścieżek. Fragment, o którym opowiadam – stary dobry drugi rozdział strony A – jest niewątpliwie reprezentantem lo-fi, i Kupicz ani razu nie wymusza na nim zmiany. Zakłóceń usunąć nie może, bo – zdaje się – są sklejone z kluczowym elementem rytmicznym, ale też nie każe im odgrywać tego, czym nie są. Nie przesuwa trzasków i szumów do tła, nie rozmywa ich nadmiernymi opóźnieniami, lecz stawia je na równi z właściwymi samplami. Akcentuje i odsuwa, manipulując niemal wyłącznie pokrętłem głośności. Intensywny szum otaczający właściwą ścieżkę staje się w ten sposób integralną częścią aranżacji i można tu mówić nawet o etyce lub ekologii samplingu, bo doprawdy bije z tego podejścia szacunek do materii, nie tylko dlatego, że należała pierwotnie do kogo innego, ale ogólnie – jako do cennego tworzywa poczynań artystycznych.

Taka postawa zostaje zresztą nagrodzona. W centrum powtarzającej się chmury szumu uważne ucho wychwyci cień paru kontrolnych uderzeń w perkusyjne talerze – płochliwy dźwięk, który bez umiejętnej zachęty Kupicza mógłby na zawsze przepaść w gąszczu instrumentacji. Okazuje się nagle, że wspomniany wyżej „bit” jest bogatszy o te właśnie nikłe blaszki, a ile takich drobiazgów czeka jeszcze na odkrycie? Jeśli zresztą podjąć próbę sportretowania narratora albumu, to będzie nim właśnie postać pełnego uszanowania kolekcjonera rupieci, który zaprzyjaźnia się z porzuconymi przedmiotami i delikatnie nagabuje do zrzucenia patyny, wyjścia z cienia minionej chwały i przeobrażenia w coś innego, nowego. Jednym słowem, Kupicz stawia te ścinki na nogi, pomaga im wziąć się w garść, rehabilituje je. Pod naciskiem debiutanckiej kasety Michała, pod wpływem jej „szumowo-zlepowej” natury, także słowa zsuwają się bliżej, chcą być razem. „Tworzywo” przyciąga „towarzystwo” i – na prawach anagramu – „żywotność”, a z pamięci wyłaniają się jedne z moich ulubionych zdań Wyobraźni poetyckiej Bachelarda:
Czy rzeczy, miłe rzeczy, rozproszone na wyprzedaży, oferowane byle jakiemu nabywcy – odnajdą tych, co by nad nimi marzyli? Zacny pisarz z Szampanii rodem, Troyen Grosley, powiada, że jego babka, gdy nie potrafiła odpowiedzieć na jego dziecięce pytania, mówiła w końcu: „A dajże mi spokój, kiedy dorośniesz, zobaczysz, ile jest rzeczy w tym rzeczowisku”.

piątek, 30 grudnia 2011

Piotr Kurek - Heat

Piotr Kurek
Heat

2011, Digitalis Ltd.



8.1



Przetrząsałem w pośpiechu biurko w poszukiwaniu jakiejś rzeczy koniecznej dla zaplanowanego wyjścia z domu i w licznym zestawie kryjówek pomijałem tylko dwie małe szufladki, do których nie zaglądałem od miesięcy, a może i lat. W końcu jednak, pod presją spóźnienia, wyszarpnąłem jedną z nich, spodziewając się hałasu rozsypki, chaosu bibelotów i papierków, korespondującego z moim rozdrażnieniem. Nic takiego się nie stało: stare klucze, numerek z szatni, spinacze, pinezki, zapinka od rozerwanej biżuterii – masa metalowych drobiazgów zamiast rozproszyć się, pacnęła na podłogę w zwartej kupce złomu. Zawiedziony pochyliłem się, żeby sprawdzić, jak to możliwe, że moje rupiecie zaczęły gorliwie trzymać się razem i odkryłem, że skonsolidował je okrągły magnesik, nie większy niż bateria zegarka. Nie wiem, czy to możliwe z punktu widzenia fizyki, ale zdaje się, że moc tego niewielkiego magnesu, pozostawiona na lata w spokoju, rosła i w końcu obdarzyła go potencjałem spoiwa, zdolnego udźwignąć masę wielokrotnie przewyższającą jego ciężar. Nawet jeśli ja oddaliłem go od siebie, to magnes o sobie nie zapomniał. Działał, furczał, wibrował, skrycie gromadząc energię.

Możliwe, że rzeczy odłożone do wspólnego smętarza, z dala od wzroku świadków, jednoczą się, tak że po czasie, w wyniku tajemniczej dyfuzji, tworzą konglomerat pozbawiony widocznych śladów zespojenia. Być może na odpowiednio długim odcinku czasu porzucone luzem kółka zębate sformowałyby kompletny i działający werk, tak jak w nowo utworzonych grupach ludzkich każdy instynktownie zaskakuje na przewidziane dlań miejsce. Kurek wytrząsnął ze swojej szuflady nagrania amazońskie, sample z tropikalii, melodie organów, szkice sekwencerowe, dźwięki puzonu i wszystkie te skrawki materiału, jakby z wyłączeniem jego woli, samoistnie zorganizowały się wokół idei muzyki złożonej, ale na tyle lekkiej, że zdolnej wznieść się ponad kategorie gatunkowe i siatkę konwencjonalnych skojarzeń.

Porównania pozostają w ciągłym ruchu: od pierwszych wątłych analogii z IDM, przez skojarzenie z Donną Reginą i Dark Island Pram, aż po wspomnienie ciepłoty Veckatimest i wrażenie obcowania ze szkicową, choć nie bardziej przez to ascetyczną, wersją Swim Caribou. Ta ostatnia impresja jest szczególnie uzasadniona przy okazji zamykającego płytę "She". Transowa, seksowna pointa rysuje orzeźwiające pęknięcie na koherentnym wizerunku Heat jako efektu inżynierii. Ów akcent zmysłowego zapamiętania przydaje taśmie niemal cielesnego ciężaru, wyprowadzając ją na szersze wody muzyki rozrywkowej, funkcjonalnej i czarującej różnorodnością, kultywującej kobiecą emocjonalność z niepoprawną politycznie nostalgią za czasem jasnego rozdziału uczuciowości podług kryterium płci.

Jako moderator dialogu między dźwiękami pochodzącymi często z zupełnie różnych domen, jest Kurek tak delikatny i kulturalnie wycofany, że łatwo sobie wyobrazić Heat własnego autorstwa. Zarządzanie ścieżkami nie może być przecież takie trudne! Faktycznie, w dobie Internetu estetyka polegająca na kojarzeniu antypodycznych względem siebie dźwięków nie jest niczym zaskakującym. Słuchaczom, którzy bawili się w sporządzanie takich amalgamatów na domowym komputerze, nie zaimponuje egzotyka wyszperanych przez Piotra sampli. Zazdrość i odruch samokrytyki wzbudza dopiero aspekt kompozycyjny – wydaje się, że Kurek faktycznie *napisał* swoje utwory, osadzając skrawki w partyturowym ordynku. Każdy z obfitej plejady dźwięków jest z wyprzedzeniem anonsowany przez swoich poprzedników, a wskoczywszy na miejsce prognozuje charakter następców, tak że cała taśma zdąża ku z góry obmyślanemu finałowi. Niewątpliwie wejście w posiadanie wielu ze zgromadzonych przez Kurka sampli było przypadkowe, jednakże ich rozlokowanie nie pozostawia miejsca na losowe impulsy, dorzucając do dyskursu muzycznego luźne uwagi zaczerpnięte z podręczników świadomego managementu.

W tym kontekście na baczną uwagę zasługują fragmenty, których osią jest ekscentryczna praca organów ("Coda", "Organs Slide", "Time Takes What It Wants"). Śmiałym brakiem koordynacji, kojarzącym się zależnie od sytuacji odsłuchu z histerią lub omdleniem, przywołuje tytułową melodię z Cul-De-Sac Komedy, płyty nagranej jako ścieżka dźwiękowa do najzabawniejszego chyba filmu Polańskiego (na tym samym albumie znalazło się także świetne "Walk On the Water", utrzymane w stylu omawianej taśmy). Pseudo-jazzowe etapy Heat uwypuklają jeszcze dwie spośród licznych kompetencji Piotra. Po pierwsze doświadczenie w dekonstrukcji muzyki etnicznej, zdobyte w pracy nad Innymi pieśniami. Po drugie etos multiinstrumentalisty, kolekcjonera instrumentów i muzyka działającego na gruncie międzynarodowym, którego powaga stawia w sympatycznym świetle ów miły skok w bok ku błyskotliwej lekkości muzyki realizowanej w przytulnych ramach oficyny wyspecjalizowanej w wydawnictwach limitowanych.

Mimo natłoku referencji składających się na życiorys Kurka, zdanie rozpoczynające Lectures ("I don't know how many of you are musically educated") nie dotyczy Heat: to płyta upajająca, przyjemna, towarzyska. Nie sądzę, aby wyjałowiła autora, mimo że jest bez wątpienia możliwie pełną realizacją popularnego, lecz rzadko osiąganego, zamysłu. Erudycyjności Heat daleko do suchej żonglerki odniesieniami. To raczej praktyczna umiejętność olśniewania retoryką, której mistrzem pozostaje hrabia Henryk z Portetu Doriana Graya: przeciwko wyrafinowaniu własnych bon motów błyskawicznie wystosowywać rzutkie riposty, tak by naświetlić paradoksalną spójność swojej pełnej sprzeczności natury. Ten sposób bycia nie tylko bawi, ale i trzyma w napięciu publiczność oczekującą kolejnych, jeszcze trafniejszych wycieczek.

czwartek, 9 lipca 2009

Sir Richard Bishop - The Freak of Araby

Sir Richard Bishop
The Freak of Araby

2009, Drag City



3.7


W jednej ze swojej książek Bukowski wspomina o miejscu, w którym mylono Byrona z Lawrencem z Arabii i Richard Bishop musiał chyba
nie raz wizytować tę lokację. Tanie wirtuozerskie sztuczki jakie wyczynia ze swoją gitarą z rzadka dają radę przywoływać klimat orientalnych eskapad i bezkompromisowej żądzy przygód Lorda. Imaginacja jest więc w odwrocie, co wydaje się być tendencją-kluczem dla większości nieźle zapowiadających się tegorocznych albumów. Wystarczyło pójść np. w trochę pretensjonalne, ale pociągające, arystokratyczne zadufanie światowca starającego się uwiecznić swoje wojaże. A tu karygodny brak opiatów, hurys odzianych jedynie w chwiejne światło mięsiście wykrojonych klejnotów, za mało też cudów architektonicznych i egzotyki ujmowanej w karby stoickiej blazy Europejczyka. Sir - to powinno być słychać, dawać się odczuć w barokowych formach, rozlewiskach dystynkcji.

Na koniec ziarno prawdy: NIE BYŁO JAK. Bishop jest w połowie Libańczykiem, a większość melodii wygrywanych tu przez niego to covery tradycyjnych hymnów Środkowego Wschodu, które poznał jeszcze jako
wychowujący się na przedmieściach Detroit dzieciak za sprawą dziadkowego kartonu pełnego beduińskich kaset. Zamiast ufać krwi i przekazom przodków, było wybrać marzenie, fikcję symboli i metafor, bo jeśli chodzi o realizm i etnografię mamy Internet, foldery biur podróży, składanki z muzyką najdziwniejszych kultur, a styk jest coraz rzadszy właśnie z treścią oraz kreatywnymi produktami wyobraźni i Bishop za sprawą The Freak of Araby staje się tej próżni cząstką, co wiecznie sławy pragnąc wiecznie chuj osiąga.

myspace

czwartek, 12 marca 2009

Lydia Lunch - Queen of Siam

Lydia Lunch
Queen of Siam

1980, Ze



8.2



No wave szybko się skończyło nie wytrzymując konkurencji z Sonic Youth, którzy bez trudu zaanektowali brud, hałas, dysonans do o wiele bardziej nośnej i w ogóle zjadliwej, układanki. Nie było szans na okrzepnięcie pierwotnego zamysłu, a co dopiero epigoństwo. Gdyby jednak debiutowi Lunch udało się wypłynąć na wody szerszej publiki, a reszta twórców no wave przestałaby definiować hałas jako symbol artystycznego bałaganu, kto wie jak wyglądałby świat. Może mniej pretensjonalnie?

Pojawiające się na Queen momenty chaosu funkcjonują już tylko jako mgliste odnośniki do programu artystycznego no wave oraz pomysłów macierzystego zespołu Lydii (Teenage Jesus & the Jerks). 75% albumu to piosenki łączące pop-punk z jamami jazzowych kapel akompaniujących aktualnej królowej balu na parowcu (serial Savannha?). Weźmy Spooky - cover instrumentalnego kawałka przeznaczonego oryginalnie na saksofon. Wielokrotnie melodia ta trafiała w różnych wykonaniach na szczyty list. W wersji z QoS mamy do czynienia z interpretacją cierpką, acz linkującą ciepłe nowofalowe brzmienia (zauważalny za którymś razem chórek), przy zachowaniu jazzowej genezy z pomocą startującej na wysokości 1:18 fuzji Morphine z Henrym Mancinim (np. Pink Panther Theme).



Pozostałe high-lighty:
  1. Atomic Bongos: piosenka nowa w szkole zapełnionej takimi łobuzami jak kolejne kawałki na soundtracku Deathproof. Tyle że nie zgadniecie. Zajmuje jej minutę skocenie wszystkich i ustanowienie dla swojej obecności kultu na klęczkach. Punx not dead, honey
  2. Lady Scarface: wodewil z dysonansowymi solówkami w tle; niekiedy zgrzyty (gitara? trąbka?) wychylają się przed danie główne czyniąc z sushi, sushi w samej Japonii. Najważniejsze jednak: gałązka magnolii, papierowe ściany - to sugestie, nie sam kraj i dzięki temu sushi pozostaje sushi. Bez jedzenia można umrzeć, bez Japonii można żyć sto lat. Tak samo z żywotnością tego utworu
  3. A Cruise to the Moon: staromodny jazz + zapełnianie przestrzeni nieskoordynowanymi proto-shoegazowymi dystorcjami = skondensowana przyjemność z odczytu translacji szlagierów Sinatry, szczególnie lukrowych, french-touch remiksów Girl From Ipanema, na język eksperymentu
  4. Knives In the Drain: seksowny teasing przywołujący lubieżność Anity Lane zabiera gdzieś indziej, a oddanie budzonych przez ten utwór konotacji zajęłoby kilka ociekających seksem ekranów. Zwraca uwagę chaotyczne, noisowe outro podkreślające drapieżny charakter wcześniej obrazowanej namiętności
Możliwe, że Queen of Siam to najbardziej miodna płyta w dorobku efemerycznej stylistyki. Kto wie jak daleko by to zaszło gdyby większość prekursorów tego grania nie pochodziło z anarchistycznych komun gromadzących pod każdą szerokością geograficzną nieuków i kwietystów. Lydia Lunch nie wydaje się w ogóle grać w ich lidze: spożytkowanie popowych tendencji, żywy seksapil i odważna inteligencja separują tą twórczą osobowość od jakiegokolwiek środowiska w ogóle. Później nagrała jeszcze masę płyt współpracując niezobowiązująco zarówno z samym Thurstonem jak i Sonic Youth, Einstürzende Neubaten, 8-Eyed Spy i wieloma innymi mniej znaczącymi projektami, które zamierzały kanałować syf z przysłaniającej muzykę awangardy do istotnego dodatku estetycznego.

guitarwomen.blogspot
- spora materiału nt. Lydii : całkiem interesujący official



Ogłoszenia: z powodu przekonania się o żywotności It's Not Me, It's You oraz wykrycia prawdziwej natury niepozornego closera, Lilly Allen dostaje +0,6 do siły. Na stałe.

środa, 25 lutego 2009

5.0's, pt. 1

Pierwsza odsłona serii nieregularnych notek nt. płyt, których nie potrafię ocenić albo którym jak leci wystawiłbym najdalsze od zajęcia stanowiska 5.0. Pozycje te dają jednak odczuć, że dla kogoś w wielkim świecie mogą być warte więcej. Bez ram czasowych, bez zbędnych emocji - miły gest, którego adresatami są posiadacze sporej ilości wolnego czasu na odsłuchy:


Red Light Company
Fine F
ascination
2009, Lavolta


Pewnie i tak to łykniecie, bo trudno ostatnimi czasy o lepszą okładkę. Wbrew pozorom to nie mroczniejsze Air France, ale czterech pół-glamowych anorektyków (drugi gitarzysta przebrany za Azjatę, reszta androgyniczna). Txty o trudnych
doświadczeniach na tle dość nośnego, dziwnie pogodnego gitarowego popu, którego głównym przesłaniem jest rozpierdolić tę budę dla uśmierzenia przeklętych clash-wspomnień. Regularnie wypływające na wierzch przesada i anachroniczność, pozbawiają melodie charyzmy, a cały klimat wydaje się oszukaństwem, kiedy po drugim przyjebaniu (With Lights Out) nikt jakoś nie rwie się do bitki. Kilka supełków zawiązanych na tym nagraniu może stanowić rozrywkę na kilka przejażdżek nocą po mieście, ale nie da się ukryć: myśleli, że wystarczy być. I miss you, Jesus Zero.





Plushgun
Pins And Panzers

2009, Tommy Boy

Próba zaanektowania Junior Boysów do ram tanecznego indie-electro, zarówno w wersji nawiązującej do nu-rave, jak i balladowej (high-lightowe An Aria). Zabawne txty o podrywaniu dziewczyn na swoją domorosłą sławę graniczą z bardziej poważnymi lirykami ściągniętymi od metro-gwiazdek new/no wave'owej sceny NY. Głównie jednak solidny song-writing, niestety przesłaniany zazwyczaj przez pragnienie bycia cool, jak gdyby sam miał nie wystarczać (że zapobiegawczość w przeczuciu własnych kompleksów). Podobno jeszcze jako projekty kawałki te zostały skomponowane na pojedynczą gitarę, jednakże w pełnych aranżacjach, mariaż z przejrzystą elektroniką przesterował je w rejony reklamówek Saaba czy Punto. Szczególnie warte wyodrębnienia są momenty pozowania na dziewczyńskie Gorillaz .





Inara George with Van Dyke Parks
An Invitation

2008, Everloving


Flirt damskiej połowy The Bird And the Bee ze zbliżającym się do siedemdziesiątki dawnym współpracownikiem Beach Boysów (facet obchodzi fajrant po pracy nad That Lucky Old Sun), Grace Kelly i Joanny Newsom, etnomuzykologiem i aktorem dziecięcym. Zanim na dobre zacznie się lans na Ray Guns... warto rzucić okiem na Inarę nagiętą do wizji człowieka pracującego na co dzień dla Walta Disneya. W efekcie: Edith Piaf śpiewająca rozmarzone, quasi-jazzowe standardy za kulisami niemego filmu o jelonku Bambi. Szybko się nudzi, jako że prawdziwym brylantem pozostaje tutaj pomysłowo wystylizowana produkcja oraz czysto utylitarna okazja zerknięcia w przeszłość. Przy pewnym wysiłku, poza klasycznymi animacjami, daje się wizualizować rękawiczki w lecie, etole i wyemancypowane, palące leniwie Paryżanki. Apaszki w grochy. Skutery Vespa. Alfons Mucha.



Szabas do 5 marca, c'ya!