Pokazywanie postów oznaczonych etykietą indie-rock. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą indie-rock. Pokaż wszystkie posty

sobota, 15 sierpnia 2009

Wye Oak - The Knot

Wye Oak
The Knot

2009, Merge


7.5



Noisowy, delikatny w gruncie rzeczy i eksperymentalny, debiut Wye Oak niewiele ma wspólnego ze swoim charyzmatycznym, silnym i dynamicznym następcą. The Knot wydaje się być zapisem marzenia o nowoczesnym rockowym albumie noszącym ślady stylizacji na '90, z hookami propagującymi namiętność, brud i emocje zamiast metro pierdzenia. Jenn Wesner wyładniała i śpiewa na płycie naturalnej i zdecydowanej, pomimo premiery w 2009 wolnej od lamerskich neo-psychodelek, sopranów, usprawiedliwiania swojej obecności udziałami w obowiązującym nurcie czy brania odbiorców na litość zachwianą tożsamością erotyczną. Można by to nazywać prostolinijnością, gdyby słowo to miało należyte jaja.



Kiedy to byt masy projektów ukonstytuowany jest wyłącznie istnieniem innych, o niewiele dłuższym stażu, próbuje się przepchnąć całe albumy ustawiając je w tunelu aerodynamicznym wytwarzanym przez ciągnącego przodem hype'owanego średniaka. W oczach podążających zań miernot jawi się być gigantem, w którego orbicie pozostając będzie można uszczknąć trochę wątpliwego splendoru. Ile balearycznych gówienek by powstało, gdyby nie docenione na kredyt Air France? Ilu w ogóle nie wzięłoby się za granie, gdyby nie zwietrzyli forsy i chwały, w którejś z dłużej trwających mód (St. Vincent, La Roux etc.)?
W tak nakreślonym kontekście Pitchforkowe diagnozowanie Wye Oak jako pewnego rodzaju anachronizmu, wydaje się być dobrym tropem: posłużyli się jako bazą momentem w historii, który popularny był tylko, kiedy trwał (w porównaniu z drobiazgowo wskrzeszonymi '80, '90 ciągle wydają się być '90), a za źródło inspiracji i motywator ekspresji obrali uczciwe, podstawowe emocje. Takie krytyczne odsianie własnej propozycji z obowiązujących trendów wymusza ich znajomość i zautomatyzowane negowanie, co brzmi jak pielęgnacja uprzedzeń, ale całkiem możliwe, że już niedługo będzie można przeczytać o tym w Słowniczku mizantropa jako o suplemencie kreatywności.

Efekty słychać w lirykach, w płynącej z potrzeby chwili nierównej ekspozycji hałaśliwych fragmentów (jędrne, rzężące, cool - nie jazgotliwe tym razem), w sile tego albumu, a przede wszystkim - w idei bycia alternatywą nawet wobec własnego poprzednika.
The Knot to nie tyle bardziej piosenkowa kontynuacja interesującego If Children, co wyraźny etap w zdobywaniu erudycji metodą najprostszą do obrania, a najtrudniejszą w realizacji: przez eksplorację tematu. Aby zrobić krok dalej, przestali nawet grać jak Yo La Tengo, które to powszechne porównanie dawało poczucie bezpieczeństwa z trwania w cieniu. Nawet dwie niewielkie mielizny (szczególnie epickie Tatoo) zostały tu spożytkowane jako zaświadczenie o ciągłym przetwarzaniu danych, co daje pewność, że i kolejne albumy tej pary będą poszukujące, nawet jeśli to postawa zakładająca popełnianie błędów. To płyta, która powstała bez deadline'u. Gdyby nie wyszła nic by się nie stało, ale zajebiście, że jest. Powinniście jej posłuchać, bo wstyd, że w całym polskim Internecie chyba tylko ja przyuważyłem tak bombowy zespół.

myspace

poniedziałek, 29 czerwca 2009

5.0's, pt 4

Mane, tekel, zjebane:

Junior Boys
Begone Dull Care

2009, Domino


Gdyby było tych kolesi więcej można by śmiało mówić o zespole jednej płyty. Być może nie ma większego sensu upatrywanie całości sukcesu Last Exit w bitach Darka, ale coś jest na rzeczy, bo robiąc sobie prezent z odrobiny szczerości, można z perspektywy czasu stwierdzić, iż osierocone przezeń So This Is Goodbye było jedynie przystanięciem w rozwoju dla przeglądu dostępnych opcji. Wybór padł na ścieżkę starożytnego mistrza Chu-Jozy. Monotonia i letniość Begone Dull Care sprawiają, że nawet na siłę trudno wynaleźć tu ów touch circa 2004, który z łatwością narzucił się najbardziej wytrwałym pokładom pamięci. To nie Junior Boys, a tylko smutnawe disco i klubowy miał do puszczenia w empiku.


Yppah
They Know What Ghosts Know

2009, Ninja Tune



To byłby hit, gdyby wcześniej nie było Salaryman, którzy z płyty na płytę wciskali sztylet coraz głębiej w plecy pełnego werwy instrumentalu. Na ten moment tego typu grania *nie ma*, nawet, jeśli jest tworzone jako opracowanie kolejnego genre w ramach czyjegoś osobistego hobby (w 2006 na You Are Beautiful At All Times Yppah referował okolice instrumentalnego hip-hopu i break-beatu). Koleś na pewno dobrze się bawił, poznał kawałek historii muzyki mniej i bardziej popularnej, przekopał się przez masę fascynujących płyt funkcjonujących jako zapomniane kamienie milowe najbardziej aktualnych obecnie stylistyk. Ale nie wiem, co niby jest tu przeznaczone dla mnie: jakaś autotematyczna refleksja nad możliwymi motywacjami tworzenia czy bryk z kanonu najlepszych zagrywek w fuzji elektronika-gitary ostatnich lat? Jedyne co cieszy to niezły kant: do bólu formalistyczne gówno bez jednego zająknięcia się w temacie neo-poważki.


Julianna Barwick
Florine EP
2009, eMusic Selects



Piękny damski wokal, zapętlony w hipnotyczne, syrenie harmonie, sam jeden zapełnia krótką, efemeryczną płytę idealną do ukołysania do snu. Jeżeli jesteś kimś, kto lubi piękny damski wokal, zapętlony w hipnotyczne, syrenie harmonie, który sam jeden zapełnia krótką, efemeryczną płytę idealną do ukołysania do snu, to na pewno Florine zadowoli cię i powodzenia. Jeżeli jednak twoje koleżanki już wystarczająco dużo zawodzą, szybko będziesz miał dość tej EPki, poręcznej, ale zawierającej piękny, zapętlony w hipnotyczne, syrenie harmonie damski wokal, który sam jeden zapełnia krótką, efemeryczną płytę idealną do ukołysania do snu.

sobota, 20 czerwca 2009

Sunset Rubdown - Dragonslayer

Sunset Rubdown
Dragonslayer

2009, Jagjaguwar



5.4



Gdybym kiedyś zapodał takie czary jak przedział 02:40-03:10!-03-25 Silver Moons, zapewne też nie powstrzymałbym się od spożytkowania tego jako wizytówki. Fascynacja openerem wpływa ujemnie na odbiór pozostałych kawałków, operujących już bardziej standardowym indie-rockowym song-writingiem, ale trzeba przyznać, że cierpliwie obcując z całością, można uznać ją za grower wymagający uleżenia się. Idealnie dopasowane tonacją damskie wsparcie (Camilla Wynn Ingr) dla wokalu Kruga jest tutaj na pewno kartą przetargową umożliwiającą przełknięcie charakterystycznej maniery człowieka dzielącego swój czas między SR a Wolf Parade.

ALE: od niedocenionego, bo wydanego o półtora roku za wcześnie, Random Spirit Lover, trochę się SR odwrócili od rzygania flakami i teleportacji w środek ogniska rozpalonego przez Flaming Lips, co niestety = deficytowi dziwnego, tajemniczego piękna. Jest go na Dragonslayer mniej, ubranego w przymałe dlań ciuszki interpolowej poetyki. Niezaprzeczalnie solidne Idiot Heart czy Black Swan wprowadzają jeszcze trudne do rozstrzygnięcia igranie z konwencjami, ale takie Apollo And the Buffalo And Anna Anna Anna Oh! wzbogaca zbędnie repetowane skandowanie jedynie solówką słabo stylizowaną na kiczowatą, rockową balladę. Równie zabawnie brzmi tu wokal Camilli, z trudem, jakby z obowiązku, wpasowanej w ciasną i płaską, jak przenośny wymiar, przestrzeń tego kawałka-wpadki.

SR odstręczają tak samo jak Of Montreal: drażniąc nawarstwianiem w piosenkach kolejnych kubistycznych konturów *czegoś tak bardzo Innego*. Przykładem ponad dziesięciominutowy closer Dragonslayera, operujący większością dostępnych gitarowej muzyce sposobów ekspresji. Obsesyjny, bliski słowotoku eklektyzm stawia obok siebie nie tylko skrajnie różne genres, ale przede wszystkim dramatycznie słabe dłużyzny obok sekund maksymalnej charyzmy. Atakowany nieuzasadnionym chaosem song-writing udaje się w ostatniej chwili ratować czymś lo-fi, czymś barwnym i ciepłym, jakby wyrwanym z '60 czy '70. Melodie zachowują old-schoolowo art-rockowy charakter: przeciągane z lekka, balansują na granicy estetycznej ekonomii. Teksty zasługują czasami na miano literackich, mimo iż przywołują zazwyczaj jedynie którąś wersję topiki Szkoły uczuć. Sumując: bardzo dziwny, miejscami nie do zdzierżenia, broniący się przebłyskami geniuszu, bliźniak niemal równolegle wydanego Bitte Orca Dirty Projectors.

piątek, 15 maja 2009

5,0's, pt 3

Majowa odsłona 5.0's, przedstawia się tak:


Halloween, Alaska
Champagne Downtown

2009, East Side Digital


Ciekawie wyprodukowane, dosyć klimatyczne, ale zwyczajnie odpychające. Przede wszystkim nachalność budzonych skojarzeń: Halloween = dzieciństwo, beztroska + groteska i groza; Alaska = daleko, zapyziale, śnieg i noc cały semestr. Wiadomix. Na tym tle rozprowadzone, rotujące kłamliwie między optymizmem a depresją, liryki starają się przekazać jakąś prawdę o targającym nami świecie, osiągając poziom intymności toalety. Jest zadowalająco prywatnie, ale jakoś trudno przywołać skojarzenia z sielską arkadią występującą w deja vu i przebłyskach z poprzedniego wcielenia. Daremny trud szukać prawdziwych uczuć pod tą okładką, bliźniaczo przecież podobną do bardzo emocjonalnego April Kozeleka. Próżno też spodziewać się po ze wszech miar epigońskim artyście, wydania muzyki operującej na tyle otwartą formą, by pozostawiała jeszcze miejsce na zgrabnego słuchacza. (myspace)




Michachu and the Shapes
Jewelry

2009, Rough Trade

Świat bez wyrazu postmodernizm: Imię róży pozostaje aż fajnym filmem z Connerym, ludzie dzielą się wrażeniami z Joyce'a tylko w rodzinnym gronie, a Micachu nagrywa jakieś demo, nazywa je Jewelry, ale po pierwszym przesłuchaniu własnego rzygania, kaja się i kupuje wszystkie płyty Flauberta, żeby pozyskać nowy start. W pełnym zaś realu, obcuje się tu z anomalią, którą współczesność dzieli ze średniowieczem: całą prawdę o przedmiocie podmiot zna zanim zacznie go jeść. Naczytałem się elaboratów na temat, przemieliłem tony hurraentuzjastycznych newsów i trailerów tego debiutu i zdobyłem wiedzę, że jest zajebisty. Wyostrzony, napięty, pulsujący i rozedrgany - był mój umysł zespolony wraz z pięcioma zmysłami w złoty heksagram. Ostrzyłem swoje wspaniałe instrumenty, ale w efekcie nie zrobiłem nic, bo przecież halo, na takie właśnie okazje mam od dwóch miesięcy swoje 5.0's, w której to rubryce ujawnia się autoterapeutyczna funkcja tego bloga.

Jewelry
to podręcznikowy falstart: projekt, nad którym pracowało się jak na możliwości i cierpliwość twórców za długo, tak że w końcu można go
było już tylko wydać. Tak więc spontaniczność wydaje się wymuszona, podobnie jak większość obecnych tu bardzo modnych atrakcji, obowiązkowych już współcześnie, a nagminnie mylonych z odkrywczymi czy chociaż eksperymentalnymi. W paru słowach psychoanalizy: trzy fajne (ale serio) szkice piosenek, brzydka laska korzystająca z faktu, że androgynizm powrócił w charakterze eufemizmu oraz małomiasteczkowy queer (właśnie na bazie bycia chłopczycą?). Nie wydaje mi się to być żadnym wyzwaniem. Hałas i sranie, pop pop: jak bardzo możemy zmodyfikować wszystko, moja odpowiedź: nic nie ma znaczenia ostatecznie, a jej, że ma i tym czymś jest zabawa, to twój kompleks, bo kochasz zaprzeczać i odraza to twoja masturbacja. Ja do niej: i kto tu się masturbuje, suko? Ja suka?, mam w dupie rodzaj żeński, rodzaj każdy - jestem muzyką! I tak w kółko, przez 35:34 czystego marnowania energii. Ludzkość jest przereklamowana, a ona na to: raczej niewyczerpana w durnocie, tak wspaniale bezmyślnej. Przecież. I co upiorne w związku z tym, to że nie ma na tym albumie ani słowa o śmierci. Mając fakt na uwadze, czujecie już zapewne, jak mało wiarygodna to sprawa. (myspace)


Telepathe
Dance Mother
2009, IAMSOUND


I can do a real bang-bang, we can be a real thing-thing powtórzone dziesiąty raz w jednym kawałku potrafi naprawdę człowieka wkurwić, jeśli nie pochodzi z ust buddystów, hostess October Festu lub dziewczyn bikini. Póki nie usłyszałem tego w całości byłem zachęcony dosyć przekonującymi recenzjami, a singiel, jak to zwykle u mnie bywa, specjalnie nie wpłynął na egzystencję. Po jednym dokładnym przesłuchaniu całości, spocony i zmarnowany, rzucam to jednakowoż w chuj postanawiając nigdy więcej nie mieć dobrego humoru. Sprowadza na manowce, nakłania do ufności, która w efekcie gwarantuje stratę czasu, a i przetarła się znacznie nadzieja na materializację w tym roku porządnego hip hop/electro dicha w wykonaniu składu mającego pojęcie jak się w ogóle ubrać. Istnieje oczywiście możliwość inna: poświęciłem DM za mało czasu i np. nie odczytałem pokładu autoironii, która (jeśli już ją sobie wyobrazić) mogłaby chyba polegać na tym, że słabo powielamy schematy, ale wystarczy na dwa remiksy i 1/8 domówki, a to wszystko czego osobiście oczekujemy od własnej muzyki. Zero wymagań wobec siebie. Gdzie byli rodzice? I ta niepokojąco dokładna aluzja do IAMXa w nazwie labelu! (myspace)



niedziela, 15 marca 2009

Drivealone - Thirty Heart Attacks A Day

Drivealone
Thirty Heart Attacks A Day

2009, Ampersand



4.8



- I mówię mu wtedy: Za tą taksówką, już! Zawsze chciałem to powiedzieć, po czym dodaję: Zawsze chciałem to powiedzieć, hehe.
- Haha, śmieszny jesteś. Mogę fajkę?
- Jasne. Może jeszcze po jednym?
- Ok, jeszcze raz to samo. Ale dlaczego właściwie chcesz rozmawiać o Piotrku to nie wiem.

- No właśnie. Bo my się przez telefon źle zrozumieliśmy. Piotrka mam w dupie.

- Aha.

- Mnie interesujesz raczej ty, a wężej: twoja wersja wydarzeń. Słuchałaś Letitout?

- Trudno było nie posłuchać. Wszystkie kumpele dzwoniły, że, wiesz, nagrał... Że powinnam pomyśleć, bo to lepsze niż białe róże w porshe, hehe.

- No właśnie. I myślisz, że to ostatnie to jest jakieś logiczne rozwinięcie, czy że dojrzał, czy zesrał się? Bez urazy, bo wiesz, mi zależy, żebyś abstrahując od...

- Nie, ok, ja rozumiem. Zesrał się!

- Och.

- Przepraszam. Wyjaśniam głębiej. Więc głównie chodzi o to, że na tym...

- Thirty Heart Attacks A Day.

- ...jest pełno takich głupich wpadek. Wiesz, niby mówi się, że w dziele twórca próbuje zawrzeć siebie. Całego siebie. On nigdy na przykład nie opuszczał, kurwa, deski, i spójrz na Be A Soldier: You're almost as good as the best things you've done / Except of the fact that you're stupid. Stupid! Niby pierdół, ale pokazuje... obnaża...

- ...unhappy words koegzystują z wyrafinowaniem. No siara.

- Mniej więcej. Przecież tak przemyślanie sentymentalnie, momentami wręcz groteskowo jest... Widziałeś Sweeney Todda?

- Mhm.

- Niektóre wersy zakańcza z taką rozterką, że, kurwa, Johnny w No Place Like London, a tu taki but. Stupid! Ha!

- A to zwyczajnie naiwne otwarcie kawałka pojedynczymi trąceniami struny puszczonymi od tyłu? Już nie pamiętam w którym to było. Jest to mdłe i, znowu, wybaczalne tylko w przypadku jakiegoś początkującego wykręta, zeloty Aphex Twina. I te sampelki. Ale nie przy tym co zapowiadał.

- No i własnie widzisz. Dochodzimy do sedna sprawy. Bo on się nie ubiera jak wiesz...

- ...pała?

- Nie, no... emo... To żadne emo. To jest monotonia, melancholia, ale nie realny spleen. A przecież o autoparodię nie podejrzewasz? No właśnie. A podejrzewałbyś o prog?

- Piotrka?

- Nie, co? No właśnie. A kojarzysz Rough Measures? No to są cytaty z Wilsona co się zowie.

- Briana?

- Stevena! Bez kitu, to Porcupine Tree. Ratują to tylko jakaś tam jedna gitara linkująca puls Bloodflowers. Ale zobacz wokal, zobacz linię wiodącej gitary. To progowe jest. Jakby czytał Dicka. Smutny, kosmopolityczny progowiec, dlatego to się wydaje takie ani emo, ani pop, ani rock, jedna ściema.

- Ale te amerykańskie inspiracje są wg ciebie też, że Dream Theater?

- Nie, nie. Porcupine Tree - gdzieś Stupid Dream. Sunny Day Real Estate? Hah, może w jakiejś tam melodii, może w manierze, ale pamiętasz tamtą atmosferę, bo musisz, i wiesz jaka jest różnica: w tejże atmosfery braku na Thirty Hearts.... Dalej nie idźmy, bo nie chodzi o to, żeby zmyślać tabloidy. Tak słyszę i trudno te jego wpadki odtrącić, co szybko ekstrapoluję się na pozostałe utwory. To niezła płyta, ale słyszysz jak jelonek rozjeżdża się na nóżkach? Jeszcze go nie niosą, i nie chodzi o to, że sam to nagrał, tylko nie wiem... może za bardzo patrzyli mu na ręce? Zresztą, teraz mało mnie to już obchodzi!

- Jesteś na filozofii?

- Byłam. Odpadłam po pierwszym roku. Czekaj, jeszcze dodam, że Letitout było takie wiesz, poetyckie w sumie: impulsywne, o krótkotrwałym czasie inkubacji, podporządkowane wyrażeniu się, pełne zamorskich inspiracji dla czystego szpanu. A tutaj już poziom stał się osiągalny dla zwykłych ludzi... Bo produkcja!... produkcja jest dla zwykłych ludzi właśnie.

- Pewnie dlatego, że już sporo czasu temu go rzuciłaś, wiesz - wywietrzała mu bolesna wena, a komputer mu od tego nie padł. Szkoda, że nie odwrotnie wszechświat działa. Ale zgadzam się z tobą.

- Hehe, że odpadłam z filozofii czy w tym o Thirty Heart...?

- I w tym i w tym. Jeszcze tylko...

- ... raz to samo, ok?


myspace