Pokazywanie postów oznaczonych etykietą electro. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą electro. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 20 czerwca 2016

Pro8l3m – Pro8l3m

Pro8l3m
Pro8l3m
RHW, 2016






I. Po upojnej nocy ona wchodzi do kuchni rozczochrana, w jego koszulce. Mogła włożyć ją przez pomyłkę, ot, jeszcze zaspana, ale wiadomo, że nie. Chciała być bardziej „jego”, nosić ich wspólny zapach jak perfumy. Dzięki temu echo bliskości sprzed paru godzin trwa i obiecuje powtórkę jeszcze przed rannym prysznicem. To piękne i szkoda, że w tym wypadku wymiary stają na przeszkodzie równouprawnieniu. Od czasu do czasu każdy ma ochotę wrzucić na siebie szmatki swojej pani, dlatego też chwała grubym laskom – człowiek przynajmniej mieści się w ich ciuchy. Równie urocze przedstawienie dają dzieci przebrane za dorosłych. Wpadają do salonu, ciągnąc za sobą niezdarny tren o metr za długich nogawek i sukni, rękawy zwisają do ziemi. Rodzina w uśmiechu. „Kochane łamagi”. Ale nie tylko dzieci i kobiety mają prawo do noszenia za dużych ubrań – mają je także hiphopowcy. A czemu, a po co?

Za ikselkami stoi przede wszystkim dziecięca fascynacja gabarytami dorosłych. „My kiedyś też wypełnimy sobą te koszulki, też będziemy duzi”. To dosyć banalne odczytanie w duchu kompensacyjnym, na które można by machnąć ręką, gdyby nie apel o wyrozumiałość zakodowany w ulubionej garderobie hiphopiarzy. Ikselki są z jednej strony objawem neotenii, z drugiej – ubiorem proszalnym. Zawiera się w nim wołanie o czas na osiągnięcie dojrzałości skierowane głównie do kobiet. Są one nieodłącznym elementem wizerunku prawdziwego rapera, ale w każdej chwili mogą zniknąć z obrazka. Niełatwo jest pokazać się na mieście z wytatuowanym, przeklinającym parolatkiem, marzącym o popełnianiu wykroczeń. „Pieprzyć, co inni myślą”, jasne, ale mimo wszystko. Dlatego też, jak sądzę, narrator jednej z nowych piosenek Pro8bl3mu musi – wystrojony do klubu właśnie w ikselkę – płacić za towar swojej sztuki. Na trzeźwo nie dałaby rady plus właśnie zaczęła Theweleita.

II. Że Pro8bl3my będą dwa, było wiadomo. Nie da się – to nie kwestia wyboru – nagrać paru Art Brutów czy C30-C39. Jeśli Jakub Bożek pisze o prestidigitatorstwie, Houdinim i ogólnej nieprzewidywalności nowej płyty duetu, to raczej tylko po to, żeby jeszcze bardziej napompować swój obłąkańczo entuzjastyczny artykuł dla „Dwutygodnika”. Jak powiedziało się hiperbolę A, trzeba powiedzieć hiperbolę B. W rezultacie powstał tekst konsekwentny, ale chyba najmniej wiarygodny w dorobku Bożka („To mój pierwszy wywiad z zespołem hip-hopowym i nie mogłem sobie wymarzyć lepszej miejscówki niż osiedlowa ławka!”; Chryste!). Nie ma niespodzianki w tym, że Szulc i Tuszyński nagrali płytę inną niż poprzednie. Alternatywą była autofagia. Jedyne, co zdumiewa, to sposób, w jaki nową stylistykę zdefraudowali.

Sample ze starego polskiego popu były tylko ornamentem Art Brutu. Bez problemu wyobrażam sobie ten album bez nich. Podobnie ma się rzecz z cytatami filmowymi. C30-C39 obyła się bez nich, a przecież zawiera jeden z najlepszych kawałków o samochodach w polskim rapie („Knockdown”), osiedlowe „Summertime Sadness” („Letnie przesilenie”), dobry kawałek o seksie (dewastująca „Bierz mój miecz” Kalibra „Tori Black”) i tak dalej. Bohaterowie pierwszych wydawnictw naoglądali się Killerów, Siar, Poranków Kojota i cały ten repertuar był dla nich źródłem wzorcowych figur, z którymi jednak nie utożsamiali się 1:1 z braku możliwości i – tak myślę – z odrazy (pamiętamy „200% prawdy”). Natomiast autorzy Pro8bl3mu zamiast odrzucić ten balast – może i charakterystyczny, ale jednak balast – postanowili przedzierzgnąć się w samplowanych wcześniej cinkciarzy, cwaniaków, oszustów, którzy „młodzi i szczupli byli lat temu trzydzieści”, i nauczyć słuchaczy, że szybkie siano źle się kończy. Słuchacze jednak żyją na umowę zlecenie, a w konsekwencji chcą się hajsem bawić. Zarówno reprezentowanie biedy, jak i karykaturalny nadmiar stały się w rapie grą. Kto bierze ją śmiertelnie serio, przegrywa.

III. Na pierwszy rzut oka stylizacja na Rewińskiego jest szalenie udana. Między wersy o Bentleyach i Omegach wkrada się linijka o zakupach w Carrefourze. „Rajski przysmak na hawajskich wyspach” pozwala wspiąć się na szczyty januszerii w nie mniejszym stopniu co mięsny jeż albo fantazja o rudej i czarnej na raz w łóżku. Agresywne komentarze przy stole, podczas gdy po plecach cieknie zimny pot z lęku, że krupier już na zawsze zabiera nasze pięćdziesiąt złotych w żetonach, to być może ironiczne nawiązanie do hazardowych przygód Gangu, ale też do marzenia o wielkiej wygranej, za którą będzie można kupić sobie do grilla żonę piłkarza. Spora część tekstów koncentruje się na wymienianiu marek produktów uznawanych za luksusowe w krajach podzielonych między działkowiczy i kler. To dla hip hopu zabieg tradycyjny, ale Pro8bl3m doprowadza go do skrajności znanej z powieści Pynchona czy DeLillo – tam również człowiek jest malutki wobec otaczających go reklam, logo, neonów. Konsumpcyjny darwinizm: produkt zjada podmiot na śniadanie. Przychodzi do głowy wiele kontekstów, masa nawiązań, płyta jest wyraźnie intertekstualna.

Archaizmy z więziennego czy też gangsterskiego slangu spotykają się z futurystycznymi bitami i to również jest trafny, oryginalny pomysł, tyle że punchline’y zawisają w powietrzu pozbawione oparcia w sensowych wersach pomocniczych. Pro8bl3m jasno nawiązuje do tradycji albumów konceptualnych, ale fizycznie niemożliwe jest naszkicowanie wiarygodnego świata przedstawionego za pomocą takich na przykład kiksów: „Dzwoni ziomek, chce wbić się / Mówię: mordo, chyba nie jednak / Gdyby jakimś cudem wbiegł / Spytałbym: na chuj żeś wszedł?”. Tutaj pauza, trzeba się napić. Na Art Brucie w identyczny sposób – od niezapowiedzianej wizyty – zaczynało się „TEB 200-1”, ale ze sporą różnicą w grze (aktorstwie) i gigantyczną w puencie. Cytuję te karygodne linijki nie bez powodu. W odróżnieniu od poprzednich nagrań duetu na Pro8bl3mie sporo akcji toczy się w trybie przypuszczającym, dalekim od konkretu. Wcześniej to był rap dziejący się tu i teraz, absorbujący słuchacza apostrofami czy narracją w drugiej osobie. Obecnie mamy do czynienia z przekazem mało konkretnym i „gdybającym”.

Tę nędzę przeczuł już parę miesięcy temu Witek Tyczka, pisząc na Porcys o „2040” („Wordbuilding na poziomie przedszkolaka”, zaprawdę), i o ile można wybaczyć niedociągnięcia trackowi utrzymanemu w klimacie science fiction, o tyle ciężko zrozumieć, dlaczego ulica raptem okazała się przerastać Pro8l3m. Szorstkość – nadgorliwie wspominana przez recenzentów – została zastąpiona oślizgłym, anachronicznym electro, którego nie da się orzeźwić offbeatowością, wątkami postdubstepowymi czy trapem. Ten makijaż nie jest dojrzalszy od pierwszych nagrań projektu, pełni raczej rolę zasłony dymnej. Ulicy nie ma, w ogóle nie opuszczamy pomieszczeń. I ta ciasnota znajduje odzwierciedlenie w wąskich horyzontach realizacyjnych. W recenzji dla Onetu Marek Fall z właściwą sobie wnikliwością rekonstruuje „patenty producenckie”. I tak na Pro8bl3mie pojawiają się na przykład „zmodyfikowane próbki kobiecych wokali («Prequel», «Molly») czy «organiczne» sample – między innymi pianino”. „Doskonała jest ta zabawa z konwencją”. Cóż, tekst Falla ma tę wartość, że oddaje istotę opisywanej w nim płyty: jest szukaniem po omacku czegokolwiek, co nie byłoby oczywiste, szukaniem, które przeważnie kończy się porażką.

IV. Nienaturalne akcentowanie na pierwszej sylabie, które występuje w roli bezustannie eksploatowanego substytutu „niepowtarzalnego flow”, jest na płaszczyźnie czysto technicznej odpowiednikiem kłopotów z dobrymi tekstami i wizją. Każdy wyraz jest na tej płycie wykrzyczany, na każdym kładzie się potężną emfazę, ale ów ciężar nie wydusza spod spodu ani grama treści. „Ale leje!” – słyszymy w intrze do „Art. 258” – „Ty, a co z tamtym, co zalega?”. Te dwie wypowiedzi dzielą milisekundy, jak gdyby deszcz spontanicznie skojarzył się narratorowi z czyimiś długami albo był pretekstem, żeby po raz enty poruszyć ich temat. To obsesja, do której duet ucieka się, kiedy nie ma nic do powiedzenia. Jak nie wiemy, o co nam chodzi, mówmy o pieniądzach. Identycznie postępuje się z refrenami: powtarzają się bez końca, zwłaszcza na zakończenie tracków, doprowadzając do totalnego znużenia. W kółko powtarzane nazwy produktów i marek mają wyprać odbiorcy mózg, nałożyć nań filtr, przez którzy postrzega rzeczywistość bohater tej konceptualnej płyty. Jasne, tak można by to łaskawie czytać, ale nasuwa się jednak bardziej kompromitujące dla Pro8bl3mu rozwiązanie: po prostu nie mieli czasu albo pomysłu na porządne narracje.

Rzeczywistą spójność osiąga Pro8bl3m właściwie tylko w momentach, gdy ślamazarne podkłady współgrają z wokalnymi próbami wstrzelenia się w nie, co nie zawsze się udaje, bo ile można wyciągać – nie śpiewając, lecz rapując – pojedynczą sylabę? I to też dałoby się usprawiedliwić, z tym że retardacyjny flow wyraźnie ma zachwycać, zwłaszcza gdy Tuszyński bez ostrzeżenia przyspiesza, ale w sumie lepiej posłuchać post-rocka i obcować z tego rodzaju retoryką w formie równie monotonnej, a mniej wymuszonej. W sumie jedyny podkład, który mi się na tej płycie podoba, to ten z „Molly”, pewnie dlatego, że bas podpatrzono u HTRK. Art Brut i C30-C39 dysponowały liryzmem, który miejscami wykraczał daleko poza zakres retrospektywnych scen ze Stasiukowego Białego kruka, pomimo upływu lat zrównuje się z Inną duszą Orbitowskiego i dopiero dziś, gdy stało się możliwe jednoczesne słuchanie Summertime ’06 i lektura Młodych skór Colina Barretta, ujawnia się siła tamtych wydawnictw. Szkoda, że doczekały się tak prozaicznej kontynuacji.

V. A wracając do ikselek. Mordy mają wszystko za duże: za duże czapy, za duże spodnie, za duże bluzy, za duże buty. Za duże plany. Kiedy rap bierze na siebie jakąkolwiek odpowiedzialność, z miejsca przegrywa. Kilkulatki powinny być beztroskie, to ten czas, kiedy nie widzi się różnicy między hajsem prawdziwym a wyciągniętym z Monopoly. To czas, kiedy pisze się i mówi, co ślina na język przyniesie, a nie fetyszyzuje godziny spędzone nad pustą kartką (casus MC Terminatora bijącego Eldokę z palcem w dupie). Nic dziwnego, że słabo idzie – każde dziecko, jakkolwiek wyrośnięte, ma gdzieś szkołę, gdzieś głód na świecie i kredyt we frankach. Jeśli w ogóle coś notuje w pamiętniczku, to nie pomysły na rymy krzyżowe. Pro8bl3m to album przejściowy – rozpięty między grą pozorów a zbytnią powagą; między tradycją wielkiego przegrywu, bo za dużo się sypało, a pragnieniem redagowania Państwa w państwie. Tych dwóch modeli nie da się korzystnie pogodzić. Zdaje się, że Szulc i Tuszyński chcieli od rapgry uciec do przodu, ale stanęli w rozkroku.  Cała nadzieja w tym, że kiedy już zrobi się szpagat, nie ma po co dalej ćwiczyć, to szczyt sprawności. Gimnastyka idzie w kąt, archiwa się oczyszczają, głowy studzą. Widzimy się za parę lat, w innym outficie.

piątek, 30 listopada 2012

Crystal Castles - III

Crystal Castles
III
2012, Fiction


3.0



Bywa, że odmierzamy czas w zwierzęcych latach – na przykład pięć psich to trzydzieści ludzkich – aby zabawić się myślą o istotach dobiegających starości po upływie dekady. „Jętka jednodniówka” to słowa, które wynosi się z lekcji biologii. Gamety i szyszynki przeciekają przez sito pamięci, ale krótkotrwały owad okazuje się trwałym osadem, symbolem. Spoglądając z czułością na kilkunastoletniego psa, rzucamy okiem w regiony alternatywnego przemijania, bytujemy przez chwilę w przestrzeni, gdzie nie da się wyłonić poszczególnych chwil, tak są do siebie podobne. Czułość zaprawia się goryczą i odrobiną lekceważenia: zwierzęce życie zasłużenie upływa tak prędko, bo też i nic się w nim nie dzieje. Zaglądając w zwierzęta przez pryzmat czasowości, widzimy wyraźnie, że jako światy nie mogą nam nic zaoferować – już na pewno nie płaszczyzny porównania – więc przez chwilę doceniamy nasz własny, na co dzień przeklinany za złożoność. Oto moja interpretacja kultowego pytania, które Tymon Tymański zadał na Polovirusie („Czy byłaś wewnątrz psa?”).

Pewnym typom ludzkim mierzymy czas tak samo, jak psom. Wystarczy, że na horyzoncie pojawi się osoba zachowująca młodość pomimo upływu lat. Z jednej strony oczywiście budzi to entuzjazm, z drugiej jednak wzbraniamy się przed tego typu witalnością, bo do jej podtrzymania wymagane są jakości, których wyczerpanie się dziewięćdziesiąt procent społeczeństwa wita z ulgą. Mam tu na myśli przede wszystkim gniew, niezależnie od stopnia jego pretensjonalności. Każdy gniew: od żenujących prób zmienienia świata poprzez wolontariat u boku Owsiaka, przez tarasowanie ruchu drogowego manifestacjami, aż po ciche kumulowanie furii w spojrzeniu. To oczywiste, że dusza Iggy'ego Popa liczy sobie bez mała dwieście lub trzysta ludzkich lat, kilka wampirzych. Wspaniały wynik, ale jakże jałowe (psie) to życie: brak stabilizacji, dziwki, brudna forsa, omdlenia z głodu i przedawkowania, bójki i samotność. A wszystko to nie odstręcza aż tak bardzo, jak wywoływane przez Popów wspomnienie nastoletniego szarpania się z własnymi oczekiwaniami.

„Nie wiedział czego tak naprawdę chce”, mawiają kobiety o Piotrusiach Panach granych przez Hugh Granta i szukają dojrzalszej partii. Kogoś, kto się odnalazł. Ale nie da się tworzyć – zwłaszcza muzyki punkowej – nie będąc zgubionym; nie będąc osaczonym przez braki i nie miotając się w poszukiwaniu Czegoś wszędzie, byle nie we własnym życiu. To właśnie ten rodzaj romantyzmu mają na myśli rodzice, gdy mówią, że nie doceniamy tego, co mamy. To właśnie chęci położenia mu kresu, przedwczesnemu pragnieniu ustatkowania się, książki Coelho zawdzięczają popularność. „Artysta starzeje się wówczas, gdy »wskutek zużycia swego mózgu« stwierdza, że bezpośrednio w życiu może znaleźć to, czego nie mógł wyrazić w swym dziele, to, co powinien wyróżnić i powtarzać w swym dziele. Starzejący się artysta zaczyna ufać życiu”, dywaguje Gilles Deleuze, opierając się na dziele Prousta, i faktycznie: Crystal Castles zaczęli ufać życiu – opowiadali o samotności i konfuzji, bo nie mogli w swoich egzystencjach doszukać się przeciwstawnych wartości. Pluli ludziom w twarz browarem i kokainizowali się na oczach nastoletnich przeciwników używek, a teraz w końcu mogą „bezpośrednio w życiu znaleźć to, czego nie mogli wyrazić w swym dziele”, a więc ohydne: bliskość, poczucie bezpieczeństwa, stabilizację i cały ten filisterski, owczy zen, buddyjski spokój emanujący z miseczki corn flakes.

Oto złoto, co opromienia twarze współczesnych Pizarrów. W pudełku z płatkami znaleźć można jeszcze zabawkę, dołożoną po to, żeby ugłaskać (i zepchnąć z powrotem w czeluść) tęsknotę za dziecinadami – buntem, wściekłością, nihilizmem. Niektórzy, jak Jan Błaszczak, widzą w III „marketingową nadbudowę, która ma sprawić, by fani nie połapali się, że równie dobrze mogliby dziś słuchać Erica Prydza”, inni piszą, że CC dojrzeli i próbują songwritingu, jak gdyby to był komplement i jak gdyby songwriting nie był dla mięczaków. Tymczasem sednem sprawy wydaje się raczej niedowierzanie, kiedy „Kerosene” – jedyna na III piosenka, w której wokalu Alice nie poddano silniejszym deformacjom – kończy się krzepiącym zapewnieniem: „I'll protect you from / All the things I've seen”. CC poczuli się widocznie – jak CKOD na tym samym (mniej więcej) etapie – dostatecznie doświadczeni w rebelii, aby próbować osłonić innych przed skutkami jej podjęcia. To śmieszne. Gdybyśmy szukali ukojenia, Marek Kotański by to wyczuł i wszedł do studia.

Sprzeciw jest rośliną, która pod kloszem więdnie, tak więc wszelki impuls akceptacji lub troski musi poskutkować unicestwieniem gniewu w zarodku. Nie da się „mądrze” ukierunkowywać buntu, zaczekać z nim albo ostatecznie go stłamsić. Wściekłość i furia to pokarmy, a dieta – jak już sobie powiedzieliśmy – jest dla mięczaków. Tutaj trzeba się opychać, zbierać armię, a CC, chcąc ochronić wrażliwe duszyczki przed głodem w Jemenie i niesprawiedliwością korporacji, jednocześnie rugują swoich następców, jak gdyby uświadomili sobie, że punkowy etos – choćby wysoce skonwencjonalizowany – jest groźny dla zdrowia, życia, a przede wszystkim związków międzyludzkich, których układny tok powszechnie uznaje się za wyznacznik udanej egzystencji. Corn flakes najlepiej smakują wśród roześmianych twarzy, które bunt wspominają jako jedną z lokat w rankingu zabawek wyciąganych spośród płatków.

Okazało się, że na pasjonujące pytanie, jak poradzą sobie Crystal Castles po witch housie i – co ważniejsze – po Shrines, odpowiedzieć można tylko wzruszeniem ramion. „Wrath of God” oraz „Sad Eyes” – potężne, prostolinijne single – są ogałacane z siły przebicia przez resztę tracklisty, która z każdym kolejnym indeksem coraz bardziej natarczywie przeprasza za autentyzm własnego rozmemłania. „Tacy teraz jesteśmy: gramy ambient, próbujemy hip hopowych bitów, składamy usprawiedliwienia w postaci bezsensownych harshów, sorry”, zdają się mówić Glass i Kath, zapominając, że nie ma przebaczenia w tym środowisku. To nie Jarocin. Muzyki wściekłości nie słucha się dziś dla sentymentu, ale z jątrzącego osamotnienia w marzeniu o rozwalaniu samochodów i o intymnych rozmowach na temat śmierci i perwersji, które zezwalają ją odsunąć. Furia z płyt jest towarzystwem, które nie popycha ku głupim pomysłom rodem z Sali samobójców, jest fikcyjna, inscenizowana i dzięki temu dystansuje gniew dzielony przy browarze z pryszczatymi frajerami, na oślep macającymi drogę przez zawieruchę hormonów. „Czy byłaś wewnątrz psa?”, można by teraz spytać Alice i zalać mlekiem jej próby wybrnięcia z opresji na grzbiecie ciepłych uczuć dla amatorskiej fotografii, poetów wyklętych i przeintelektualizowanych grotesek Andrzeja Żuławskiego.

wtorek, 18 września 2012

Silent Servant - Negative Fascination

Silent Servant
Negative Fascination
2012, Hospital Productions


6.9



I Negative Fascination Juana Mendeza można ulokować w jednym szeregu z Repliką Oneohtrix Point Never, Tragedy & Geometry Steve'a Hauschildta, Suburban Tours Rangers czy Elders of New Detroit Matthew Akersa. Wszyscy wymienieni uwielbiają syntezatory i sample ze starych filmów science fiction, wyznają idee retrofuturyzmu i postmodernizmu, mają się za spadkobierców post punka, krautrocka i techno, ale też każdy z nich wydaje mi się autorem albumów nie tyle „konceptualnych”, co raczej „kontekstualnych”. Lopatin, Hauschildt, Akers, Joe Knight, Mendez – wszyscy oni używają postapokaliptycznych pejzaży jako pretekstu do dywagacji o przyszłym kształcie niektórych motywów kultury masowej. Ich profetyczna wyobraźnia do tego stopnia zniekształca ów delikatny, czysto intelektualny materiał, że – aby podtrzymać komunikację ze słuchaczem – muszą klarownie wyłożyć wyjściowy kontekst. Nic dziwnego, że nie potrafią  zaufać muzyce jako wyłącznej formie przekazu i umieszczają podpowiedzi na okładkach i w tytułach swoich płyt. Silent Servant próbuje w ten sposób opowiadać o powiązaniach między pamięcią i przemocą.

II Dopiero po trzydziestu trzech latach (Śniadanie u Tiffany'ego, 1958) udało się napisać kobietę zdolną dotrzymać kroku bohaterowi najsłynniejszej powieści Scotta Fitzgeralda (Wielki Gatsby, 1925). Wyobrażam sobie, że Truman Capote wpadł na kreację Holy Golightly (właśc. Lulamae Barnes) podczas tej samej czynności, której oddawał się Fitzgerald projektując Gatsby'ego, a mianowicie w trakcie lektury Wichrowych Wzgórz (1847). Historię Cathy i Heathcliffa opowiada narrator niewiarygodny: Ellen Dean – oceniając poczynania bohaterów przez pryzmat dobrego tonu, zdrowego rozsądku oraz nieszkodliwej dewocji – musi brać Heathcliffa za demona i pozostawać ślepa na trawiące go psychiczne cierpienie. Odczuwając potrzebę polemiki z wizją Ellen, czytelnik prawi komplementy własnej przenikliwości – pochlebia mu poczucie tożsamości z pięknymi, romantycznymi bohaterami, tylko on jest w stanie zrozumieć ich na tyle, aby uzasadniać ich tragiczne wybory. Niemal sto lat później ten sam pomysł wykorzystają Amerykanie.

Nick Carraway – narrator Fitzgeralda – nie potrafi ogarnąć rozległości życia Gatsby'ego. Próbując wyrobić sobie opinię na temat Jaya, co i rusz chybia, niczym Rzecki, wypisujący w swoim pamiętniku rozczulająco błędne interpretacje działań Wokulskiego. Absolwent Yale, który po uczestnictwie w I wojnie światowej pragnie rozpocząć przykładną karierę, nigdy w porę nie pojmie esencji Gatsby'ego (właśc. James Gatz), w przeciwieństwie do nas, czytelników. „Fred” – narrator Śniadania – ma w porównaniu z Holy znacznie stępioną percepcję. Moja ulubiona scena zastaje go podczas smarowania pleców dziewczyny olejkiem. W trakcie tego niewinnego zabiegu parokrotnie nawiedza go ochota, by „trzepnąć ją w tyłek”. Odwrócona do Freda plecami, Golightly wyczuwa tę oskomę tajemnym zmysłem i ostrzega: „– Będzie ci przykro, jak mnie uderzysz. Chciałeś to zrobić przed momentem i czuję, że znowu masz na to ochotę”. Fred jest zaskoczony, ale my wiemy dobrze, że w nadnaturalnej intuicji Holy nie ma nic nadnaturalnego.

W twórczości Sylvii Plath (Szklany klosz, 1963) czy w opowiadaniach Jean Stafford (zbiór Zły charakter, 1964) da się wychwycić niewyraźny kontur, fantom tego niezrealizowanego klapsa. Pragnienie poetycznie zawoalowanej groźby ze strony mężczyzny, zagrożenia, które zostanie odpowiednio wcześnie zdemaskowane i udaremnione przez kobiecą intuicję, jest opisywane jako perwersyjna forma flirtu. Mimo że opowiadają o tym doznaniu w pierwszej osobie, Plath i Stafford pozostają jednak niewiarygodnymi narratorkami, pada bowiem na nie długi cień panieńskiego wychowania, w ramach którego złożona przyjemność czerpana z przewidywania i uśmierzania męskiej agresji jest niedopuszczalna. To zbyt wyrafinowana rozrywka, by jej sens mogły uchwycić dobrze wychowane dziewczęta.

W poszukiwaniu innych spojrzeń na ten drobiazg, można by przesiewać krótkie formy Alice Munro, na przykład Queenie lub Meble rodzinne (ze zbioru Kocha, lubi, szanuje..., 2001), wyraźnie stylizowane na pisarstwo Amerykanek z lat 60. Męski gniew postrzega się w tych narracjach jako wyraz frustracji. W opowiadaniu To się pamięta Munro pisze, że „w tamtych czasach młodzi mężowie byli surowi. Niedawni konkurenci, niemal groteskowi osobnicy na krzywych nogach, rozpaczliwi w swoich seksualnych udrękach, obecnie (…) okazywali się stanowczy i bezpardonowi. Wychodzili co rano do pracy – gładko ogoleni, w krawatach na młodzieńczych szyjach – i spędzali dnie na nieokreślonych zajęciach, by wrócić do domu w porze kolacji, rzucić krytycznym okiem na wieczorny posiłek i odgrodzić się płachtą gazety od kuchennego bałaganu, kłopotów i emocji, dzieci”. Niekiedy widać tych mężczyzn w dosadnych filmach klasy C, gdy chwytają kobiety za twarz – za podbródek i policzki – i przytrzymują, zmuszając do patrzenia w oczy z upokarzającą miną (ściśnięte usta, obnażone zęby i dziąsła, błysk śliny i wybałuszone oczy).

III Pamięć i przemoc. Ilustracja umieszczona na okładce Negative Fascination przedstawia wystylizowane na drogocenny dokument czarno-białe, ziarniste zdjęcie włoskiego noża sprężynowego. Dłoń trzymająca ów bardzo konkretny model ostrza – przypisany wykidajłom, mafiozom i więźniom próbującym na spacerniaku dyskretnego pchnięcia między żebra – nie zaciska się wokół rękojeści, lecz podsuwa broń przed obiektyw w charakterze eksponatu, tak jakby z męskiej agresji można było czerpać przyjemność lub inspirację do nauki historii. Kiedyś przemoc była powszechna, ale obecnie można ją znaleźć już tylko w muzeach, na przykład w postaci ordynarnego sztyletu. Nóż został skatalogowany, do hermetycznego woreczka trafił również otaczający go nimb zbrodni. W epoce, kiedy zrobiono zdjęcie, przemoc została sfunkcjonalizowana – służy zabawie, zawsze udaje się jej wybuch przeczuć i uśmierzyć; w jej dostarczaniu jako afrodyzjaku konkurują ze sobą mocarstwa Durex i Unimil.

Nóż bywa wyjmowany z gabloty przez studentów archiwistyki i muzealnictwa. Zadanie, u którego kresu leżą referencje i opcja stałego zatrudnienia, polega na przywróceniu przedmiotowi świetności. Należy zrekonstruować aurę grzechu, dzięki której sprężynowiec na powrót stanie się sobą. Pamięć i przemoc sprzęgnięte ze sobą w opowieści snutej przez narratora niewiarygodnego, bo – podobnie, jak Nick Carraway czy Fred, którzy nie potrafili ogarnąć scalającym spojrzeniem poczynań własnych przyjaciół – stażysta nie będzie w stanie odtworzyć romantyzmu zaklętego w kawałku stali i plastiku, nawet mając do dyspozycji sztab researcherów. Umknie mu zapewne dziwny fenomen: ten nóż można było wsunąć w cholewę buta, w rękaw, do butonierki lub do kieszeni jeansów, by potem machać nim przed oczami milionów kobiet, nawet pośmiertnie (1955) obiecując im wyzwolenie od brutalnych mężów, odreagowujących – według Munro – „płaszczenie się przed szefami”, „stawianie na swoim w kwestii kredytów mieszkaniowych, ścian nośnych, trawników, kanalizacji, polityki, a także posad”.

IV Osadzenie agresywnego rytmu w podściółce delikatnych syntezatorowych mgieł i designerskich drone'ów, uświadamia, że sportretowana przez Mendeza furia wśród ruin jest elementem scenografii przyszłości. W miasteczku przemocy (tak jak w ghost towns lub marine landach) obrazy gniewu i brutalności służą za zachwycające dekoracje. Tam muchy nie mogą po prostu bzyczeć, muszą być „pijane zapachem padliny”. Stacje benzynowe zostały zdewastowane, podobnie jak supermarkety przy autostradach, ale na ich elewacjach wciąż jaskrawo świecą neony – oszczędzone przez autora, jak płomyk osłaniany przed wiatrem, aby mogły swoim chybotliwym światłem wydobywać przedmioty z mroku i zamieniać je w złowrogie świadectwa minionego. 

Bogactwo teł osiąga apogeum w zamykającym płytę „Utopian Disaster”, pełnej miękkich wyciszających faktur postapokaliptycznej wariacji na temat „Couleurs” M83. Udało się tu uchwycić całe spektrum wyrazu electro – agresywny clashowy rytm, ewokujący estetykę body horror, i eteryczny erotyzm hologramowych ornamentacji. Brak opcji pośrednich, brak środka – zarówno na poziomie samej opowieści, jak i miksu. Być może właśnie ta luka – będąca świadomie narzuconą producencką i narratorską dyscypliną – decyduje o tym, że Silent Servant przedstawia postapokaliptyczną rzeczywistość w manierze narratora niewiarygodnego. Tyle że wcale nie ma się ochoty polemizować z jego wizją. Obserwowanie, jak młody Kurt Russell – Snake – ucieka z Los Angeles, kończy się tu rzuconym w próżnię pytaniem: gdzie tak biegnie? Przecież to tylko film.

czwartek, 27 października 2011

Cool Kids of Death - Plan ewakuacji

Cool Kids of Death
Plan ewakuacji
2011, Sony Music


6.7



I Mimo dwuetapowej struktury reakcja zachodzi natychmiastowo, w rozbłysku niekontrolowanym i wymykającym się analizie. Fakt że założono blog piosenkickod, a obyło się bez pioseneknosowskiej czy piosenekmyslovitz dowodzi siły jej oddziaływania. Należy koniecznie wyrzucić ją z siebie, bo jest toksyczna, jak gniew trawiący kochanków. Po pierwsze: identyfikacja z tekstami i linią programową pierwszych płyt CKOD zaszła tak daleko, że sztuczne komplikowanie wymowy kolejnych albumów służy nobilitacji działań zespołu, którego rozwój dla neutralnego słuchacza przedstawia się jednoznacznie jako równia pochyła. Plan ewakuacji nie obejdzie nikogo, poza tymi, którzy raz pokochali Kulki i nie chcą ich stracić tak bardzo, że w obliczu słabego albumu zdecydują się raczej na spiskową teorię konceptu totalnego, rozciągniętego na całą przewidzianą lata wprzód dyskografię, niż na machnięcie ręką. Ale nie jest to klasyczna idealizacja obiektu uczuć. Pamiętajmy o domieszce gniewu decydującej o szczególnym charakterze tej miłości. Sytuacja sercowa utrzymana jest w stylu jeśli nie ja, nikt nie będzie cię miał lub nie odejdziesz, póki mi tego nie wyjaśnisz. Po drugie: fascynacja to w istocie wątła i schizofrenicznie rozgałęziona na dwa fronty – manifestowania stałości w uczuciach, idącego buntowniczo pod prąd powszechnej opinii o zejściu obiektu uczuć na psy, i zawoalowanej tęsknoty za złotym wiekiem porozumienia bez słów, tym czasem, kiedy przekaz był na tyle spójny i uniwersalny, że jako klasyczne hit or miss nie potrzebował pośrednictw i nie zaznaczał tak wyraźnie przepaści między zaangażowanymi a przygodnymi słuchaczami. Dawno temu muzyka CKOD trafiała do serca albo nie, jeśli ktoś jej nie rozumiał mógł odejść wolno. Obecnie zaś istotny procent fanów przypomina dziwaków nagabujących przechodniów o urodę własnej dziewczyny: Podoba się? To wpierdol. Nie podoba? Wpierdol. Nie tyle brakuje odpowiedzi, co przestrzeni do trzeźwego ocenienia ich/jej trafności.

Istotna prawda: Plan ewakuacji to płyta predestynowana do bycia chujową i ogromna większość oceni ją negatywnie bez słuchania, mając do tego pewne prawo. Z drugiej strony to właśnie ten album jest jako jedyny władny zdementować towarzyszące premierze pogłoski o toczącym CKOD raku dezorientacji we własnym położeniu, ale wychwycenie tego potencjału nie jest łatwe. Jeśli określać Kulki kurwami polskiej sceny muzycznej, to najobfitsze, dławiące cumshoty spłynęły do ich gardeł ze strony fanów. Jeżeli zespół przysłuchiwał się opiniom na własny temat, od cwanych tweetów po zawrotnie piętrzone analizy, mógł porwać się na akt dobrej woli i spróbować spełnić pokładane w sobie sprzeczne oczekiwania autentycznie się gubiąc i zagubienie to eksponując (co zresztą według niektórych dokonało się już dawno temu, lecz zostało zręcznie zatuszowane jako zamierzone). I tak na przykład, brnąc przez pierwszą połowę Planu ewakuacji łatwo ulec przeświadczeniu, że Cool Kids of Death odcięli się od swojego genezyjskiego tematu – rynku pracy, a szczególnie własnego alter ego w postaci obślizłego japiszona, jeszcze niecałą dekadę temu funkcjonującego jako symbol wyścigu szczurów, automatyzacji kariery i ochłodzenia stosunków międzyludzkich, reprezentującego negatywną przyszłość tak zwanej humanistyki. Więcej nawet – takie utwory jak "Karaibski" czy tytułowy zdają się sugerować, że kreatywna praca biurowa, owszem, wzmaga lęk przed przemijaniem, uwypukla bezcelowość egzystencji, ale z drugiej strony oferuje tyle czasu wolnego i pieniędzy, że można w formie hobby nagrywać pop-rockowe lub nawet punkowe ważne-żeby-piosenki i zapomnieć o Generacji Nic. Nietrudno zauważyć, że ta partia materiału sama obnaża swoje słabości, początkowo prezentując się jako zwyczajne nudy, a z czasem irytując nagromadzeniem drobnych usterek. Na przykład w "Dalej pójdę sam" padają wersy Znalazłem w końcu ludzi na ostatniej z wysp / Ich zwyrodniałej mowy nie rozumiał nikt, podczas gdy piosenka nie przywołuje żadnej perspektywy poza należącą do podmiotu lirycznego. Zresztą wyspa nie po to jest ostatnia, aby było z kim porównywać gwarę jej autochtonów. Kawałek dalej, w "Białej fladze", razi niefortunne pomieszanie kafkowskiej atmosfery Lokatora Polańskiego z niezrozumiałą z perspektywy demokratycznego państwa wizją patriotyzmu, czy może po prostu egzystencji w społeczeństwie. Bzdury? Jasne, rozumiem, ale jest ich na tyle dużo, że kiedy wchodzą w reakcje z takimi bohomazami jak "Chrystus" zaczynają rozprzęgać całość tracklisty, która na to nie zasługuje, bo z jakichś powodów anonsowany przez bite siedem utworów kierunek obiera nagle przeciwny wektor na wysokości ósmego.

II "Wiemy wszystko" to oczywiście nie jedyny nostalgiczny utwór CKOD. Wydaje się jednak, że pomimo odwiecznego przemawiania w pierwszej osobie, to dopiero ta piosenka jest faktycznie autoreferycyjna – wskazująca na siebie, na dziwaczny stan, w którym upływ czas mierzy się graniem w zespole. Na wspomnianym już blogu pojawiła się interesująca obserwacja na temat tego utworu:
Ogólnie rzecz biorąc po usłyszeniu tej piosenki moje zainteresowanie płytą drastycznie wzrosło. Wydaje mi się, że zespół postanowił wrócić po własnych śladach i zacząć prawie od nowa. Mamy więc do czynienia nie z piątą płytą CKOD, tylko z drugą płytą z alternatywnej rzeczywistości. (...) Jest świeżość i przestrzeń, ale również atmosfera końca lata i dojrzewania. Jest tu zapowiedź nieuchronnego rozstania. Czytając niektóre opinie odnośnie "Wiemy Wszystko" można łatwo zrozumieć dlaczego zespół planuje zawiesić działalność.
Trafne intuicje. Może i pomiędzy pierwszą a drugą płytą nie mogłoby minąć wystarczająco dużo czasu, by bunt pierwotnie wycelowany w biurowce skarlał do tego stopnia, że za cel obiera okna działkowych altanek, ale faktycznie trudno nie ulec wrażeniu, że tekst refrenu – Mijamy punkt, w którym miasto przechodzi w przedmieścia / Parę przystanków stąd kończy się znany nam wszechświat – nie dotyczy pokonywania przestrzeni, lecz czasu. Dystanse odmierzali CKOD przystankami już w "Kręcimy się w kółko", wytyczając mimo wszystko perspektywę jaśniejszą od osiągnięcia punktu, który w ciepłe dni starsze kobiety pokonują w drodze na cmentarz. Symbolizowane przez aglomerację dynamika i stres, dorabianie się i pokonywanie szczebli kariery, tłum i zawierucha danych, zostają z tyłu, tak samo jak młodość. Urokliwa atmosfera końca lata obnaża się szybko jako okres powolnego usuwania się w cień, brania pod hipotekę domu na suburbiach, żeby spełnić zapamiętany z telewizji sen zachodnich czterdziestolatków. Bezwzględne postępowanie procesu zaznacza napotkany po drodze mały fiat – samochód, którego bohaterowie nie oszczędzają, podobnie jak wszystkich innych, bo relikty przeszłości nie robią na nich wrażenia niezależnie od tego czy są artefaktami motoryzacji, czy kultury (koncert legendy podziemia, która nie robi wrażenia). Wszystko to oczywiście ma w sobie sporo patosu, ale łatwo go wybaczyć: "Wiemy wszystko" to chórki i długo wstępujące fade iny zamiast cytatu z Clinta Eastwooda, to także butelki z kamieniem i benzyna, czyli grzechot i leniwy chlupot zamiast wrzasku eksplozji i łomotu gromów ewokowanych przez pochodzącego sprzed niemal dekady singlowego protoplasty tej piosenki.

Za przykład resetującego prądu może posłużyć także toporna pointa świetnego "Pas" – potrzebna mi maszyna do robienia dziur – która odsyła do prostego języka ludowych porzekadeł. Dokładny rym mur-dziur przywodzi na myśl szczególnie jedno z nich: głową muru (mur) nie przebijesz (dziura), prowadząc do wniosku, że problem (obrzydzenie do pochwał od działu kadr, triumfu statystyk i klikalności, które w realnym życiu byłyby obrazą, a potem obrzydzenie z jakim mimo wszystko bierze się tę aprobatę za dobrą monetę, bo oczekiwanie na realne docenienie jawi się jako bezowocne; nieskończone odkładanie na jutro realizacji faktycznych zainteresowań i zapychanie emocjonalnego i intelektualnego głodu ciągłym autonapominaniem, że tylko dzięki tej chujowej pracy, o niebo przecież lepszej od sprzedawania ciuchów, można pozwolić sobie na... ok, dalej już "Nie mogę się słuchać") nie poddaje się intelektualnym rozstrzygnięciom i odwodzi od filozofowania ku destrukcji, hedonizmowi, wycofaniu się z obiegu prosto w paszczę nędzy racjonalizowanej godnością osobistą lub ku milczeniu, na które jako na faworyzowaną opcję wskazują otwierające piosenkę wersy o wąskim gardle. Więcej o efektach rzucenia mowy dopowiadają jeszcze "Nie mam nic", bezpośrednio sąsiadujące z "Pas", i "Złe rzeczy", gdzie, stawiając w centrum uwagi niewyraźne obrazy, nielogicznie sekwencjonowane ujęcia i brzydotę amatorskiego filmowania, również wskazuje się na potrzebę zbastowania z gadką, a szczególnie z tą jej właściwością, która przypomina o upływie czasu – linearną narracyjnością.

III Każdą rozmowę o Cool Kids of Death można zakończyć stwierdzeniem wszystko to prawda, ale nie ogarniasz kontekstu. Niuanse kariery zespołu prowokują do przewrotnego mnożenia przedrostków (anty-, post-, pro- i tym podobnych), tak że w pewnym momencie trudno już powoływać się na cokolwiek innego. Odżegnując się zaś od naświetlania pozamuzycznych zawiłości pozostaje iść po najmniejszej linii oporu w stronę oceniania riffów, basów, wokali, które nijak łączą się z całym fenomenem, bo nigdy nie oczekiwano od Cool Kids of Death wyróżnienia się sprawną obsługą instrumentów. Wartością środka, pozwalającą uchylić się od eksploracji biegunów, może być kontrowersyjna teza, że zespołem powodowała zawsze autentyczna potrzeba ekspresji, nie zaś obłudna kalkulacja. Intencje CKOD na wysokości piątej ich płyty (!) są rzecz jasna tajemnicą, ale warto otworzyć się przy okazji tej premiery na poetycką sprzeczność fundującą zarówno samą twórczość zespołu, jak i jej recepcję, sprzeczność egzystującą w skali mikro i makro. Pierwszy wymiar polega na tym, że stykając się ponownie z naiwnymi, pełnymi źle lokowanej wściekłości tekstami z debiutu i identyfikując się z nimi pomimo upływu lat, słuchacz odczuwa zarówno pogardę wobec siebie, jak i specyficzną dumę. Rozkoszowanie się wczesnymi lirykami CKOD to wstyd bycia zafiksowanym w okresie dorastania, ale jednocześnie także kojąca wiedza, że ów zbawienny gniew, rozrywający kurtyny, plujący z balkonu na widzów opery oklaskujących widowisko z parteru, wszczynający bójki i świadczący o dalszym tleniu się młodości w murszejącym ciele i koślawiejącym umyśle, wcale nie obumarł i pozostaje doznaniem równie mistycznym co przaśny buddyzm w oparach marihuany. W skali makro zaś kontakt z tym materiałem i odkrycie niezmiennej z nim korespondencji przeraża. Tak, jak świadomość, że rzeczy niebezpieczne i niegrzeczne mają swój wyjątkowy smak tylko dopóki, dopóty żyją nasi rodzice. Kiedy umierają, odchodzą lub starzeją się do tego stopnia, że nasze wybryki nie robią już na nich wrażenia, tracimy jedyną publiczność, na której naprawdę nam zależy – obojętne czy okaże dezaprobatę, czy nagrodzi poklaskiem. Sytuacja psychiczna, która moim zdaniem naświetla niektóre sensy poczynań bohatera filmu Bronson Winding Refna. Między tym obrazem a drogą artystyczną CKOD można by zresztą przy odrobinie wysiłku zawiązać wiele analogii.

Jako nastolatek uwielbiałem zapętlać sobie wers Twardy sopel wbiłem w serce, szczególnie że zamiast twardy odpowiednio długo słyszałem czarny. Na Planie ewakuacji nie ma miejsca na misheardy, to płyta o tym momencie życia, w którym zaczyna się przekonywać do wiary w pewne dogmaty – prawdy, które stanowią ochronę, jaką dla koralowca jest jego egzoszkielet. Być może bez niego ów wyjątkowy organizm w ogóle by nie zaistniał, ale warto spekulować i wyobrazić sobie tropikalne morze, którego dno, zamiast łudzić marzycielską architekturą, opływa w splątane gąszcze wolno polatujących flaków: przełyków, jam chłonnych, żołądków i innych detali anatomicznych nagich koralowców. Tam gdzie nie pętają ludzi zobowiązania, gdzie nie otacza ich ciepłą zbroją rodzina, tam najwyraźniej uwypukla się ich pierwotna konstrukcja wewnętrzna, i fakt, że członkowie CKOD mają już swoje lata sprawia, że ich myśli naturalnie orbitują wokół tych kwestii, a częścią ulegania przymusowi natury – opresyjnej dla artysty potrzeby ustatkowania się i przekazania genów – jest ucieczka we własną przeszłość. Wiem, że to zbyt proste jak na Kulki, szczególnie że Plan ewakuacji to nie pamiętnik, a raczej materiał prowokujący do rozpościerania interpretacji i pogłębiania autorefleksji. I tak, jakiś czas temu pisałem o życiu, ewentualnie o pułapkach pamięci, ale na pewno nie o piosenkach:
Większość poddaje się nie dlatego, aby ich sen był zbyt słaby, czy żeby rzeczywistość była faktycznie tak bezlitosnym i zachłannym monstrum. Poddają się, bo wiarę w możliwość spełnienia marzeń zastępuje w nich nadzieja, że porzekadła o niemożliwości pogodzenia dziecięcych mrzonek z płaceniem rachunków okażą się prawdziwe. Przeświadczenie o przymusie dostosowania się, nagięcia do okoliczności, a więc przekonanie o przewadze realiów nad jednostką, sprawia, że dzieciństwo karleje, zostaje zepchnięte do roli pociesznej zabawki, po którą sięga się jak po nośnik konwencji, wehikuł jałowych resentymentów. Trwanie przy wczesnej wizji siebie wymaga o wiele większego wysiłku niż zdobycie funduszy na dorosłe życie. To wysiłek porównywalny zaprzeczaniu faktom, kiedy drąży nas przeczucie istnienia prawdy, nie mającej nic wspólnego z argumentacją czy dowodzeniem. (Pamięci, przerób)
Ten akapit streszcza mi Plan ewakuacji w sposób, którego nie chciałbym spłycić dalszymi tłumaczeniami. A kiedy dochodzi do takich stwierdzeń w kontekście dzieła, którego odbiór można by równie dobrze sprowadzić do umiejętnego wychwycenia rządzących nim konwencji, oznacza to, że do przysłowiowej postmodernistycznej komplikacji dodano wartość dominującą nad showbizowymi sztuczkami – powiew świeżości dmący od niedomkniętego nawiasu. Plan ewakuacji to restart Cool Kids of Death i chciałbym dopisać oby nie nagrywali już więcej, ale byłoby to zakończenie zbyt cool, nieprzystające do ładunku emocji oferowanych przez piątą (!) ich płytę.

wtorek, 16 listopada 2010

Grimes - Halfaxa

Grimes
Halfaxa

2010, Arbutus



6.3



Halfaxa przypomina tegoroczne albumy Warpaint i White Hinterland. Wszystkie trzy projekty układają dobrze znane elementy w niejasne sekwencje, wpasowując niektóre puzzle odwrotnie – obrazkiem do dołu – lub przycinając je po kryjomu do odpowiedniego kształtu. Demaskacje zdają się być pochopne. Czy to na pewno "Polly" Nirvany w "Undertow" Warpaint? Czy ich "Shadows" to w ogóle muzyka, czy może ilustracja do nocnego spaceru Pynchonowskiej Edypy po San Narciso? Te dream popy nie są pensjonarskie. Bez skrupułów spółkują z pustynną pustką lub odwrotnie: barokiem fandango, a przede wszystkim, aby opuścić ciasne rodzinne genre ważą się oszukiwać, kraść i oczerniać. Plotkarska atmosfera namechecków i swatów to ich bolączka: Halfaxa jest za długa o 3-4 utwory, wciąga, ale zbyt łatwo wypuszcza. Po osiągnięciu pełnego zanurzenia nieodparcie dryfuje się ku powierzchni i wynurza z pewnym niesmakiem: w deformującej ogląd głębi były płytami roku, w pełnym świetle, zdemaskowane, wyglądają na wybór odstręczająco letni.

Co by jednak nie mówić Claire Boucher znalazła się chyba najbliżej idei dark dream popu ze wszystkich dotychczasowych śmiałków. Nie chodziło przecież o wzmocnienie bazowego genre czy jego industrializację, tylko o nakłucie skorupki i zaczadzenie wnętrza wydmuszki oparem heroiny i światłem satelity. Stereotypowym symbolem impresjonizmu są roztańczone zajączki światła przeświecającego spomiędzy poruszanych łagodnym wiatrem liści. Sąsiadujący z imaginarium witch house'u mroczny dream pop Grimes zrezygnował ze słońca jako źródła świetlnych cętek i obsadził na wakacie księżyc. Elementy obrazu nadal składają się z rozwichrzonych plamek, ale kurz polatuje w snopie miesiąca, omdlały czepia się w swojej lewitacji cząsteczek światła i kojarząc się z potarganą pajęczyną lub rozszarpanym na drobne strzępy płótnem formuje koty kurzu zalegające zaniedbane domostwo córek Lestata.

Grimes to ten witch house, któremu łatwo przychodzi generowanie singli przy zachowaniu świadomości gotyckiej tradycji. Żenienie r'n'b i future popu z dubstepem i bagnami owocuje fantomową, cienistą psychodelią, która sporo wspólnego ma z EPkami oOoOO i Balama, niewiele zaś z agresją dragu lub rave'u. Przykładowo w "Weregild" kosmiczne disco spotyka Bauhaus. Widmowe ciało dziecka tego mariażu rozwiewają na zmianę to ostrza electro, to barwny chłód synth-popu: przedział 02:20-02:50 brzmi niemal jak podkradziony Antenie, od 03:10 cytaty z Medusy Clan of Xymox – konkretnie z wampirycznego romantyzmu pary "Michelle" i "Louise", tu i tam zasępiona La Roux. W epickim bicie "Devon" słychać tętent ognistego rumaka Giaura: mijając balearyzujące intro powoli wybija się na prowadzenie w przeszłość do "Horse And I" Bat For Lashes (2006) i walterscottyzmu (np. 1821) jako nasyconego niesamowitością pierwowzoru literatury sensacyjnej. Nikczemne guwernantki, grobowce, pościgi konne, herosi płaszcza i szpady - materiał na pierwszy rzut oka zbyt żywy i krwisty na kanwę omdlałej, onirycznej muzyki, ale obszerną plantacją klimatu jest samotność, uwodzicielska nieludzkość, wróżenie z cieni chmur tnących blade jezioro księżyca, okiem wyobraźni przeklejonych na niebo z obrazów Füssliego (ciekawe dopełnienie klimatu w "Today" Various Production, pochodzącym notabene z tego samego 2006).

środa, 4 sierpnia 2010

RxRy - VAEIOUWLS

RxRy
VAEIOUWLS

2010, self-released



5.7



Szczerze, choć nie bez zastrzeżeń, podjarałem się jego debiutem, w głębi duszy wiedząc, że nie może stać się inaczej: kolejny krok zaprowadzi RexRaya klasę niżej. Self-title był przełykaniem słodkiego stulecia w kilka sekund. VAEIOUWLS nawiązuje do hojnego rozdawnictwa dopiero w siódmym z kolei, Fenneszyzującym EUIEE (Dancer Sea Floor Bed). Obiecujące momenty upchnięto w outrach, skompresowane w sensacyjne sekundy wieńczące rozproszone minuty właściwego życia utworów. Gdyby wyciąć pierwszych sześć takich finiszów, bez ładu i składu zmiksować je razem i słuchać z pozostałą czwórką jako króciutkiej EPki, byłoby wyśmienicie. Może ów zły impakt wywarł pośpiech, a może niezbyt trzeźwe podniecenie własną mocą. Owszem, projekt został doceniony na kilku blogach, miejscami wywołując bezkrytyczne reakcje, ale większą wyrazistość niż kilku hajperów ma fakt, że to już drugi release za darmo wpuszczony do Internetu przez kolesia na wstępie pomylonego przez publikę z Pandą. Może i jest to znak czasu, ale chyba też przeradzające się w kompleks pragnienie bycia docenionym i dostąpienia fizycznego nośnika w postaci choćby hiperestetycznej kasety.

Nadal jednak pozostaje płyta z powodzeniem uzupełniająca kolorystykę panoramy malowanej przez tegoroczne albumy Forest Swords, Rangers, Guido, Dead Letters, czy nawet Eluvium. Na pewno też jest to grower, a upewnia o tym mix kawałków, które inspirowały RexRaya przy tworzeniu VAEIOUWLS: Yellow Swans, późne BoC, Loscil, Belong, Burial - rzeczy, które trzeba sobie oswoić, dać się olśnić.

Argumenty rozumowe nie pomagają jednak znaleźć ukojenia. Obiecywałem sobie dynamiczny post-chill-wave z tech-gotyckimi implantami, dostałem chmurny minimal math-step. Ciekawy zwrot akcji, udana manipulacja uczuciami, ale, nie do końca wiedząc, co z tym począć, wzbraniam się przed zdecydowaną reakcją.

poniedziałek, 31 maja 2010

Uffie - Sex Dreams & Denim Jeans

Uffie
Sex Dreams & Denim Jeans

2010, Ed Banger



4.0



Kiedy byłem w podstawówce koledzy wrzucili jednej dziewczynie gumę we włosy. Była najpiękniejsza w klasie, więc, przyzwyczajona trochę do gówniarskich zalotów, z wyniosłym spokojem przyjmowała jedyne komplementy, na jakie stać dwunastoletnich gentlemanów. Zrelaksowana, bez jednej łzy, naskarżyła na wszystkich i zebrawszy dzienną daninę koniecznej do rozkwitu uwagi, usiadła z tyłu klasy żeby całe dwie lekcje czesać lejące się, długie, ciemnomiodowe włosy, lekko podtapirowane pod koniec od długotrwale sunącego przez nie grzebienia. Wtedy bawiła mnie
oczywiście złośliwość, której padła ofiarą, teraz, w zupełnie inny sposób, bawi żywe wspomnienie tych włosów. Gdyby nie guma nie zwróciłbym pewnie na nie uwagi, pamięć nie uformowałaby wokół M. kokonu, który po latach otworzył się, emitując do obiegu wyobraźni rozproszone piksele, które przyciągając się nawzajem, sformowały pełen obraz. Wszystko dzięki gumie, mam tego świadomość, a jednak wspominam jej włosy, nie gumę.

Markowa biała sucz, którą oddelegowaliśmy w imię bangerów w ręce czarnych, niestety trochę dała. W metaforycznym sensie, którego tak bardzo chcieliśmy uniknąć, z bólem podejrzewając, że bestyjka korzysta z zagwarantowanej niepisaną umową licencji na różne wersje dosło. Sex Dreams And Denim Jeans słuchane z bliska, ogłuszające i pakowane każdym otworem, przez chwilę robi, ale szybko przychodzi chwila refleksji. Przy okazji ADD SUV na przykład, nie można nie zadać sobie paru pytań godnych Strefy 11: kto to w ogóle jest teraz Pharrell Williams? dlaczego w 02:49 pada słowo skateboard (poważnie, czemu nie jakiekolwiek inne?)? dlaczego refren jest takim gównem? dlaczego ciągnięto ten kawałek traktorami w ugór, choć każde dziecko powie, że kończyć winien się na pierwszej obiecującej zwrotce? W takim sąsiedztwie mierzi nawet dobrze znane Pop the Glock, pozbawione kompletnie refrenu, chociaż próbuje się go niewprawnie imitować, negocjując z odbiorcą obecność jakiegokolwiek momentu szczytowego. Ostatnie cztery kawałki jakby doklejone na siłę z lekkim wzlotem w postaci pierwszych trzydziestu sekund closera, który powinien pozostać instrumentalnym zamknięciem, ocalając tym samym chociaż finalny akcent przed wiszącą nad albumem klątwą oczywistości.

Przekonuje mnie jej głos, wierzę w umiejętności, ale nie mam szans na wczucie się. W co zresztą ona sama miałaby się angażować? W wiejski kawałek tytułowy, robiący z niej Vayę Con Dios? Cały debiut Uffie bazuje na trzech numerach. Świetnie humorystyczne MCs Can Kiss ostatnim wersem i outrem na piszczale przyjemnie i w sam czas rozbraja piętrzone dziewczyńskim szpanem napięcie. Senna, odrealniona atmosfera Give It Away również przyciąga, niespodziewanie sugerując odległe skojarzenia z Memory Tapes. Na największą uwagę zasługuje jednak piękne First Love - loliciarski dream-hop z trudnym do uzasadnienia przeczuciem tknięcia glitchem. Trudnym do uzasadnienia, bo ciężko skupić uwagę na dźwiękach trwając pod natłokiem sugestywnych ewokacji. Okręca mnie sobie wokół palca bez problemów, dając rzadko odczuwaną przyjemność utraty kontroli, a przecież to tylko wyznanie jakich wiele, naiwne solilokwium stylizowane na pamiętniczek opuszczonej księżniczki. Z plusów pozostaje jeszcze wymowa pop w Pop the Glock. Nie słyszałem tego kłopotliwego dla godnej artykulacji słówka lepiej wypowiedzianego. Difficult da się posłuchać kilka razy dzięki niesamowitemu zaśpiewowi obwieszczającemu koniec każdej frazy.

Lubię Uffie. Lub może raczej: lubię jej potencjał, bo jej samej przecież trochę nie ma. Doceniam po równo, na tyle na ile można doceniać kontur, tak prawdę jak kreację. She's bleeding hot, mając w sobie masę zjednującego uroku. Niezbyt na bieżąco śledziłem zawirowania w sprawie listy płac tego debiutu i chyba nawet nie chcę się wywiedzieć, kto spieprzył całą gamę możliwości nudziarskimi podkładami, podczas gdy lasce, której zapragnęło tylu zanim jeszcze ruszyła palcem, wystarczyłby plan minimum nieinwazyjnych seksownych teł. Może wspominam o tym, bo jestem w ciągu Long Distance, ale z takim Onrą zdziałałaby cuda (plan maxi). Muzyczka z Sex Dreams wlecze się tymczasem jak guma do żucia w wielkim, lepkim, uciążliwym płacie, który dopiero czeka rozdrobnienia na estetyczne listki. Wystarczyłby jeden z nich i piękne włosy, w które musi przecież zostać rzucona ta guma, zainicjowałyby start procesu zapamiętywania. Szkoda. Nie jej wina, ale słuchana jeszcze wczoraj, przegrywa Uffie ze wspomnieniem sprzed dekady.

niedziela, 2 maja 2010

Crystal Castles - Crystal Castles

Crystal Castles
Crystal Castles

2010, Fiction


6.5



Blog eksperymentuje z facebookiem, więc zapraszam zainteresowanych i zachęcam do interakcji oraz zostania fanem! A tymczasem: ich spleen, twój hype, ich ból, twój fun, czyli eseistyczna recka o masochizmie i autonegacji w ramach drugiego self-titla Crystal Castles.

czwartek, 19 listopada 2009

Bez słuchania I

Od dzisiaj co jakiś czas będę wystawiał noty nie mając empirycznego pojęcia o przedmiocie oceniania poza paroma spojrzeniami na okładkę, wiedzą ogólną o planecie Ziemia oraz podłej naturze ludzkiej. Nie mówię, że to rewolucja w recepcji, tajemnicą poliszynela jest, że o większości polskich albumów nawet najpoważniejsze serwisy piszą w ciemno. Są tylko dwie zasady: 1) kiedy napiszę o czymś w cyklu Bez słuchania, a potem to wyląduje w mojej liście rocznej, moje poczucie humoru samo w sobie jest mocniejsze niż wasz zsumowany potencjał rozrodczy, 2) ALE: jeśli z grubsza kojarzycie Treny, rzymska cyfra przy kolejnych odsłonach cyklu powinna powiedzieć wam, że podchodzę do sprawy naprawdę serio.

Letting Up Despite Great Faults
Letting Up Despite Great Faults
2009, New Words



2.3


Otwórzcie okładkę w sąsiedniej zakładce - pokaże się powiększona. Będziemy mogli się lepiej przyjrzeć.

Dziewczyna farbuje się na czarno, ale do niej wrócimy. Koleś ma brzuszek piwny, bo przedkłada zabawę nad dyscyplinę. Nigdy nie był na siłowni, co można mu wybaczyć, ale można też zgadywać, że jest na tyle młody i pełnosprawny, że sto brzuszków dziennie nie powinno sprawiać mu problemu, więc zaniedbanie podstaw (ideologiczne oczywiście - tak jak każda kobieta w gruncie rzeczy lubi się malować, tak każdy facet marzy sobie, że jest nieźle zbudowany; parcie na przekór tym naturalnym ciągotkom to postanowienia w stylu wegetarianizmu: opacznie rozumiejące dyscyplinę wewnętrzną). Rurki dorzucają swoje jako kaprys ewolucji zapowiadający, że niedługo (ku uldze przedzierającej się do tronu kasty wiecznie zasapanych) będzie można sobie dać spokój z niezaplanowanym bieganiem.

Balon i maska jasno świadczą o kompleksie Piotrusia Pana, o którym pierwszy raz przeczytałem w książeczce do bierzmowania (tamże: *petting*, o ja). Wtedy jeszcze nie było indie. Tutaj to świadectwo bycia jakimś geekiem, szaleńczym pasjonatem, który jako lunatyk i autyk (skoro już mam zwolnienie z w-fu, czas nauczyć się opowiadać z błyskiem w oku o wampirycznym yaoi) pozostaje atrakcyjny dla pewnego typu kobiet. Najczęściej tych, które myślą o sobie jako o skrycie wrażliwych, ale zmuszonych (przez Życie...) grać absolutnie racjonalne, twardo stąpające po ziemi. Zazwyczaj nie urodziły się takie, ale wykształciły w sobie to fałszywe i powierzchowne przekonanie na podstawie presji rodzicielskiej lub nastoletniego samobiczowania, więc, konsekwentnie, zostały obciążone kompleksem a-dziecinna-zdążę-być-jutro, który streszcza się w schemacie: mój chłopak jest taki wolny (balon i maska tego stojącego w miejscu, zdziecinniałego idioty vs. ostentacyjnie dorosłe/kobiece hiper niskie biodrówki z rezygnacją wnoszące pochodnię w mroczny tunel początków eksperymentowania z kobiecością) + ach, jaki to wymagający związek, tak się różnimy = apologia wojny na kompromisy. Kto pierwszy zaproponuje kompromis wygrywa - dojrzałość okazuje się przez potulne uznanie tej jedynej reguły za obowiązującą.

Mając to wszystko na uwadze pozostaje stwierdzić, że gdyby tylko koleś z okładki nie był grubiutki, impuls emo przeszedłby ze sfery przeczuć do zony przekonań. Jasnym więc staje się, że zabalansowano tu na krawędzi, a my mamy w efekcie do czynienia z indie, czyli wyczuciem marketingu. O czym później. Do zapamiętania krótkotrwałego: jeśli pewnym jest, że mógłbym ciągnąć charakterystykę postaci z okładki przez kolejne ekrany (a pewnym jest), oznacza to, że każdy potencjalny odbiorca może to robić i mniej lub bardziej świadomie - robi. Mamy więc przekaz podprogowy, szperający za idealnym odbiorcą zdolnym stworzyć najbardziej kompletną mapę umysłu dotyczącą okładki-trailera. Złem jest tutaj fakt, że album ten trafił do sprzedaży i jest dziełem sztuki, więc idealny odbiorca charakteryzuje się też potencjałem nabywczym, a więc do pewnego stopnia (tego, na którym sięga po portfel) stworzona przez niego mapa umysłu musi prowadzić do aprobaty treści zasugerowanych.



Do aprobaty zjednuje m.in. tło. Otwarte pole i zamglony las na dalekim, dalekim planie implikują ambient, ale zieje też luka po skrajności tego genre - ortodoksyjnego przywiązania do plam, smug, impresji etc. Pozostaje więc tylko pusta sugestia, że coś na płycie będzie powiązane ze stereotypowym przekonaniem o wymagającej naturze gatunku, a więc spodziewać się można także pretekstu do podbicia sobie ego. To zakamuflowany przekaz dla ludzi operujących pojęciem ambitnej, inteligentnej muzyki. To oni, we własnym mniemaniu, uwrażliwieni na najbardziej aktualne drgnienia kultury, mają odkryć, że ostrość ździebeł trawy, ich barwa (ochra, sepia etc. broczące przy okazji konotacjami powiązanymi z tanim sentymentalizmem starych fotografii lub, jeszcze tańszym, nowych drukowanych z filtrem), krzyżowanie się i gęstość linkują po prostu shoegaze z jego nakładającymi się ścieżkami i nostalgią, rewizytacją marzenia. ALE, jak już ustaliliśmy, postacie ludzkie będące centrum okładki są wyznawcami jakiegoś indie i depczą po trawie. Więc: shoegaze poniżony, shoegaze dolorosa; zepchnięty do roli ozdobnika funkcjonuje na tej płycie głównie na bazie rozbudzanych przez rozmyte syntezatory reminiscencji. Co warto zapamiętać? Niezdecydowanie i letniość: to w końcu shoe- czy może jednak trochę więcej jaj i przyznamy się, że jednak o niebo mniej wymagające, a funkcjonujące już prawie jako genre (ilość posiada bowiem, choć krotochwilne często, moce stwórcze), unfocused electro?

Wniosek: jeśli wszystkie detale zostają spożytkowane, aby budować całość i żaden z nich nie jest przypadkowy, najprawdopodobniej mamy do czynienia z manipulacją odbiorem. Propaganda zastosowana na tej okładce mówi jasno: jeśli chcesz posłuchać muzyki, którą tworzą ludzie ubierający się jak ty, podczas gdy ubierasz się jak ludzie przedstawieni na okładce naszej płyty - powinieneś mieć naszą płytę. To naprawdę ohydne: odwołanie się do naturalnej (choć przereklamowanej jako mus) potrzeby akceptacji zarobionej przebywaniem z osobami o podobnych gustach odzieżowych zamiast do samych przeżyć estetycznych, które powinna gwarantować muzyka, sprawia, że kupujący płytę płaci tak naprawdę za substytut kontaktów interpersonalnych, a nie za dzieło sztuki. Jeszcze przed chwilą cisnęło się na usta indie, teraz coraz nachalniej gumowa lala. W ten sposób Letting Up Despite Great Faults przyczyniają się do ochłodzenia klimatu emocjonalnego ludzkości XXI w. - wąskie, bo wąskie (przypadek z tymi rurkami, co?), ale jednak *jakieś* spektrum emocji żywi się do FOTOGRAFII, MANEKINÓW i ŻURNALI, które powoli zastępują takie wartości jak poznanie siebie nawzajem, bliskość, zaufanie, antykoncepcja angażująca procesy pamięciowe i tym podobne cechy czyniące z nas piękne i kompetentne jednostki. Won!

poniedziałek, 5 października 2009

Kid Cudi - Man on the Moon: The End of Day

Kid Cudi
Man on the Moon: The End of Day

2009, Universal Motown



6.3


Co zrobię widząc Naomi Campbell w reklamie Jogobelli? a) zachowam spokój, b) powiem sobie: w czym jak w czym, ale jeśli chodzi o zaangażowane wychwalanie nabiału supermodelka nie przeskoczy (o niebo tańszej zresztą) mamy Jasia, więc... analogicznie: z punktu widzenia laika, jeśli chodzi o hip-hop ekonomiczniej pod względem intelektualnym jest jednak nie pierdolić za dużo (szczególnie o jazzie i niemieckich filozofach) tylko nagrać bity, rap o ciężkim życiu i między wykroczenia lżejszego kalibru a cięższego obserwacje, wsadzić parę jaśniejszych elementów o dziewczynach, imprezach i o tym jak to nie wybrało się pracy na saksach.

Kid Cudi, dla mnie osobiście gracz anonimowy, choć podobno współpracujący od niedawna z największymi tuzami, tak właśnie uważa co robi w ww. tematach, że przekonuje do własnej uczciwości. Brnąc zaś do morału: płyta identyczna jakościowo ze Speech Therapy (a 'szczerzej': lepsza (przy okazji też rozwija się +/- przez okres trwania trzech pierwszych kawałków)), podobna emocjonalnie, choć bez tej odrobiny zadęcia; trochę więcej białych cytatów, patronat Kanye'ego wyczuwalny, życiowe mądrości i barw paleta czerpane ze spektrum Timberlake-Seal. Jedyny większy szkopuł w pełniejszej akceptacji tego albumu to opierające się racjonalnym eksplikacjom fragmenty aranżacji, np. wzruszająca psychomachia (tak to nadinterpretuję, aby zaszczepić zabiegowi jakikolwiek sens) wyjącego w lewym kanale no-no-no i odpowiadającego mu z prawa yeah, który to monolog kończy całościowo zajebiste Heart of a Lion. Takich przykładów do przytoczenia więcej, tyle że słabostki czołgają się tuż obok bezsprzecznie prężnych hicików: Solo Dolo, rzeczone Heart of a Lion, Day'N'Nite, Pursuit of Happiness, Alive (feat. Ratatat zresztą), znane już szerzej-wcześniej Make Her Say zrobione z Westem i Commonem czy closer idealny na punkt krytyczny dramatycznie filmowanej imprezy u najbogatszych dzieciaków w całym LO (Bobby Funk traci cnotę, którą to kryptodygresją kwituję przy okazji najlepszy film 2009 jak dotychczas). Sporo tego, to prawda. Dlatego postanowiłem o Cudim napisać, bo może też nie mieliście jeszcze minutę temu pojęcia, że jest, a daje się odczuć jako 'fajny' chłopak, morowy koleś. Simple dudeism, dude. I tym zakończyć by warto.

poniedziałek, 29 czerwca 2009

5.0's, pt 4

Mane, tekel, zjebane:

Junior Boys
Begone Dull Care

2009, Domino


Gdyby było tych kolesi więcej można by śmiało mówić o zespole jednej płyty. Być może nie ma większego sensu upatrywanie całości sukcesu Last Exit w bitach Darka, ale coś jest na rzeczy, bo robiąc sobie prezent z odrobiny szczerości, można z perspektywy czasu stwierdzić, iż osierocone przezeń So This Is Goodbye było jedynie przystanięciem w rozwoju dla przeglądu dostępnych opcji. Wybór padł na ścieżkę starożytnego mistrza Chu-Jozy. Monotonia i letniość Begone Dull Care sprawiają, że nawet na siłę trudno wynaleźć tu ów touch circa 2004, który z łatwością narzucił się najbardziej wytrwałym pokładom pamięci. To nie Junior Boys, a tylko smutnawe disco i klubowy miał do puszczenia w empiku.


Yppah
They Know What Ghosts Know

2009, Ninja Tune



To byłby hit, gdyby wcześniej nie było Salaryman, którzy z płyty na płytę wciskali sztylet coraz głębiej w plecy pełnego werwy instrumentalu. Na ten moment tego typu grania *nie ma*, nawet, jeśli jest tworzone jako opracowanie kolejnego genre w ramach czyjegoś osobistego hobby (w 2006 na You Are Beautiful At All Times Yppah referował okolice instrumentalnego hip-hopu i break-beatu). Koleś na pewno dobrze się bawił, poznał kawałek historii muzyki mniej i bardziej popularnej, przekopał się przez masę fascynujących płyt funkcjonujących jako zapomniane kamienie milowe najbardziej aktualnych obecnie stylistyk. Ale nie wiem, co niby jest tu przeznaczone dla mnie: jakaś autotematyczna refleksja nad możliwymi motywacjami tworzenia czy bryk z kanonu najlepszych zagrywek w fuzji elektronika-gitary ostatnich lat? Jedyne co cieszy to niezły kant: do bólu formalistyczne gówno bez jednego zająknięcia się w temacie neo-poważki.


Julianna Barwick
Florine EP
2009, eMusic Selects



Piękny damski wokal, zapętlony w hipnotyczne, syrenie harmonie, sam jeden zapełnia krótką, efemeryczną płytę idealną do ukołysania do snu. Jeżeli jesteś kimś, kto lubi piękny damski wokal, zapętlony w hipnotyczne, syrenie harmonie, który sam jeden zapełnia krótką, efemeryczną płytę idealną do ukołysania do snu, to na pewno Florine zadowoli cię i powodzenia. Jeżeli jednak twoje koleżanki już wystarczająco dużo zawodzą, szybko będziesz miał dość tej EPki, poręcznej, ale zawierającej piękny, zapętlony w hipnotyczne, syrenie harmonie damski wokal, który sam jeden zapełnia krótką, efemeryczną płytę idealną do ukołysania do snu.

piątek, 15 maja 2009

5,0's, pt 3

Majowa odsłona 5.0's, przedstawia się tak:


Halloween, Alaska
Champagne Downtown

2009, East Side Digital


Ciekawie wyprodukowane, dosyć klimatyczne, ale zwyczajnie odpychające. Przede wszystkim nachalność budzonych skojarzeń: Halloween = dzieciństwo, beztroska + groteska i groza; Alaska = daleko, zapyziale, śnieg i noc cały semestr. Wiadomix. Na tym tle rozprowadzone, rotujące kłamliwie między optymizmem a depresją, liryki starają się przekazać jakąś prawdę o targającym nami świecie, osiągając poziom intymności toalety. Jest zadowalająco prywatnie, ale jakoś trudno przywołać skojarzenia z sielską arkadią występującą w deja vu i przebłyskach z poprzedniego wcielenia. Daremny trud szukać prawdziwych uczuć pod tą okładką, bliźniaczo przecież podobną do bardzo emocjonalnego April Kozeleka. Próżno też spodziewać się po ze wszech miar epigońskim artyście, wydania muzyki operującej na tyle otwartą formą, by pozostawiała jeszcze miejsce na zgrabnego słuchacza. (myspace)




Michachu and the Shapes
Jewelry

2009, Rough Trade

Świat bez wyrazu postmodernizm: Imię róży pozostaje aż fajnym filmem z Connerym, ludzie dzielą się wrażeniami z Joyce'a tylko w rodzinnym gronie, a Micachu nagrywa jakieś demo, nazywa je Jewelry, ale po pierwszym przesłuchaniu własnego rzygania, kaja się i kupuje wszystkie płyty Flauberta, żeby pozyskać nowy start. W pełnym zaś realu, obcuje się tu z anomalią, którą współczesność dzieli ze średniowieczem: całą prawdę o przedmiocie podmiot zna zanim zacznie go jeść. Naczytałem się elaboratów na temat, przemieliłem tony hurraentuzjastycznych newsów i trailerów tego debiutu i zdobyłem wiedzę, że jest zajebisty. Wyostrzony, napięty, pulsujący i rozedrgany - był mój umysł zespolony wraz z pięcioma zmysłami w złoty heksagram. Ostrzyłem swoje wspaniałe instrumenty, ale w efekcie nie zrobiłem nic, bo przecież halo, na takie właśnie okazje mam od dwóch miesięcy swoje 5.0's, w której to rubryce ujawnia się autoterapeutyczna funkcja tego bloga.

Jewelry
to podręcznikowy falstart: projekt, nad którym pracowało się jak na możliwości i cierpliwość twórców za długo, tak że w końcu można go
było już tylko wydać. Tak więc spontaniczność wydaje się wymuszona, podobnie jak większość obecnych tu bardzo modnych atrakcji, obowiązkowych już współcześnie, a nagminnie mylonych z odkrywczymi czy chociaż eksperymentalnymi. W paru słowach psychoanalizy: trzy fajne (ale serio) szkice piosenek, brzydka laska korzystająca z faktu, że androgynizm powrócił w charakterze eufemizmu oraz małomiasteczkowy queer (właśnie na bazie bycia chłopczycą?). Nie wydaje mi się to być żadnym wyzwaniem. Hałas i sranie, pop pop: jak bardzo możemy zmodyfikować wszystko, moja odpowiedź: nic nie ma znaczenia ostatecznie, a jej, że ma i tym czymś jest zabawa, to twój kompleks, bo kochasz zaprzeczać i odraza to twoja masturbacja. Ja do niej: i kto tu się masturbuje, suko? Ja suka?, mam w dupie rodzaj żeński, rodzaj każdy - jestem muzyką! I tak w kółko, przez 35:34 czystego marnowania energii. Ludzkość jest przereklamowana, a ona na to: raczej niewyczerpana w durnocie, tak wspaniale bezmyślnej. Przecież. I co upiorne w związku z tym, to że nie ma na tym albumie ani słowa o śmierci. Mając fakt na uwadze, czujecie już zapewne, jak mało wiarygodna to sprawa. (myspace)


Telepathe
Dance Mother
2009, IAMSOUND


I can do a real bang-bang, we can be a real thing-thing powtórzone dziesiąty raz w jednym kawałku potrafi naprawdę człowieka wkurwić, jeśli nie pochodzi z ust buddystów, hostess October Festu lub dziewczyn bikini. Póki nie usłyszałem tego w całości byłem zachęcony dosyć przekonującymi recenzjami, a singiel, jak to zwykle u mnie bywa, specjalnie nie wpłynął na egzystencję. Po jednym dokładnym przesłuchaniu całości, spocony i zmarnowany, rzucam to jednakowoż w chuj postanawiając nigdy więcej nie mieć dobrego humoru. Sprowadza na manowce, nakłania do ufności, która w efekcie gwarantuje stratę czasu, a i przetarła się znacznie nadzieja na materializację w tym roku porządnego hip hop/electro dicha w wykonaniu składu mającego pojęcie jak się w ogóle ubrać. Istnieje oczywiście możliwość inna: poświęciłem DM za mało czasu i np. nie odczytałem pokładu autoironii, która (jeśli już ją sobie wyobrazić) mogłaby chyba polegać na tym, że słabo powielamy schematy, ale wystarczy na dwa remiksy i 1/8 domówki, a to wszystko czego osobiście oczekujemy od własnej muzyki. Zero wymagań wobec siebie. Gdzie byli rodzice? I ta niepokojąco dokładna aluzja do IAMXa w nazwie labelu! (myspace)