Pokazywanie postów oznaczonych etykietą post-folk. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą post-folk. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 31 października 2013

Ekin Fil - Ekin Fil

Ekin Fil
Ekin Fil
2013, Students of Decay






Z twórczością Ekin Üzeltüzenci zapoznałem się w najbardziej chyba fortunnych okolicznościach, bo w drodze pociągiem na konferencję o Prouście. Sam w przedziale niemal aż do punktu przeznaczenia mogłem bez przeszkód przerzucać – na zmianę – strony swojego referatu i Zwierzeń Mikołaja Restifa. W dodatku pociąg rozpoczął bieg o siódmej rano, tak więc obejrzałem wschód słońca nad okolicami Tczewa (w tym bardziej odprężającym cieple przedziału, że poranny chłód na gdańskim dworcu dał mi się we znaki po zbyt krótkim śnie). Ale to, co pozwoliło mi w pełni ogarnąć esencję albumu, do którego omówienia zaraz przejdę, to wewnętrzne napięcie przed zbliżającym się publicznym wystąpieniem. Lubię pisać teksty, mniej je wygłaszać, a już wcale odpowiadać na pytania publiczności, bo nie jestem wówczas tak żarliwy jak na papierze, nawet odrobinę obojętny i ustępliwy, przez co bywam mylnie obdarzany sympatią należną ludziom nieśmiałym. Podobne wycofanie towarzyszy tureckiej autorce; aby się o tym przekonać wystarczy poznać jej wydawnictwa w porządku chronologicznym.

We Are Hours – debiut z roku 2008 – to album z elektroniką w duchu Eli Orleans lub Marii Minervy i jednocześnie najbardziej oryginalne wydawnictwo Fin. W tym czasie Orleans ma na koncie zaledwie pierwszy CD-r, a na Cabaret Cixous wypadnie poczekać jeszcze trzy lata, tak więc nie ma mowy o tym, by Üzeltüzenci naśladowała dokonania bardziej popularnych koleżanek. Wprost przeciwnie: jej pierwsze nagrania zdają się antycypować ich płyty, zawczasu wyznaczając azymut kobiecego lo-fi na wskroś globu (Nowy Jork–Estonia–Turcja). W 2009 Ekin wydała własnym sumptem piętnastominutową EPkę Soon i z tak poszerzonym materiałem wystąpiła przed koncertem Grouper w Istambule. Ta znajomość otworzyła jej drogę na Zachód: Liz Harris przekazała kompozycje Turczynki Jefre'owi Cantu-Ledesmie, który zatwierdził wydanie jej albumu – Language, jedynego, który zyskał relatywną popularność – nakładem Root Straty (źródło: Brad Rose, Foxy Digitalis).

Z tym że Grouper otrzymała od Ekin utwory dopasowane do jej gustu jako ewentualnej promotorki. Trema sprawiła, że zaściankowa artystka zrezygnowała z wyjściowych poszukiwań, upychając je w syntezatorowym otwarciu Language („Ima”). Dzięki zachowawczości (by nie powiedzieć lizusostwie) materiał okazał się solidniejszy od wstępnych prób. Album opublikowany w tym roku przez Students of Decay jest kontynuacją i amplifikacją tej zagmatwanej ścieżki – dziełem na tyle epigońskim wobec dokonań Grouper, że zdolnym wyrwać się z ich grawitacji. Stąd też rozpatrywanie Ekin Fil wyłącznie przez pryzmat twórczości Harris musi się wydać diagnozą powierzchowną, choć usprawiedliwioną: płyta, która od początku do końca zdaje się skłaniać do drzemki, osłabia badawczy impuls. Obawa przed zaśnięciem w pociągu i przegapieniem docelowej stacji sprawiła jednak, że słuchałem ze wzmożoną czujnością. W ten sposób udało mi się nakreślić siatkę skojarzeń gęstszą od zaproponowanej przez gros zagranicznych recenzentów.

Najpierw połączyłem Ekin Fil z szarościami art popu Stiny Nordenstam lub White Birch, a potem z wyobrażeniem piosenek Joni Mitchell zremiksowanych à la witch house. Impresjonistyczna maniera albumu przywiodła mi na myśl doskonałe Pacific Fog Dreams duetu Higuma (Evan Caminiti z Barn Owl + Lisa McGee), a fakt, że rozmycie brzmienia nie upośledza pełnych wyrazu melodii, skierował mnie ku przebojom w rodzaju „Horse And I” Bat For Lashes, uproszczonych i pogrążonych w muślinowych teksturach. Subtelność piosenek Ekin – mimo że ich bazą są zwykle partie gitarowe – nasuwa skojarzenie z pianistyczną twórczością Harolda Budda lub Matthew Coopera (Eluvium), z tą tylko różnicą, że Turczynka odważniej inwestuje w lo-fi: potknięcia producenckie, nieartykułowane wokale, skąpe tytuły utworów (na przemian mocne – „Father” – i marzycielskie, jak „May” lub „Vanity”), a w końcu także nowofalowy chłód obecny pomimo miękkości brzmienia. W tym smętnym pejzażu, jeśli wyobrazić sobie, że obraz potrafi ująć clou muzyki i wymieniać się z nią treściami, jedynym prześwitem jest „May” – winieta shoegaze'owa, która umieszcza przed okiem wyobraźni pszczoły (ich cierpliwy lot, jedwabistą szczecinkę, ciepłe, trochę gderliwe bzyczenie), a potem wyznacza miejsce pośrednie między Inca Ore i Swirlies, eksperymentalnym ambientem i asami twee popu.

Najlepszym partnerem dla Ekin Fil wydaje mi się jednak The Magic Place Julianny Barwick, choć – partnerem negatywnym. Pomimo że mleczne brzmienie wypracowane przez Turczynkę odwołuje się do sympatycznych doznań taktylnych, jakie zapewniają płatki świeżych róż, jedwabie i kamee, pozostaje antytezą pysznej korony drzewa, którego zdjęciem Barwick opatrzyła swoją płytę. Na kolorowym froncie Magic Place daje się odróżnić każdy listek i trawkę; ujęcie autorstwa Cantu-Ledesmy, które widać na okładce Ekin, jest rozmyte pomimo porowatości – nie wiadomo, co rozciąga się za szybą. „Pokój nad morzem, światło na ścianie, lśniący wielokąt” – wylicza Marek Bieńczyk w Przezroczystości i nagle urywa: „Nic więcej, światło, ściana. Coś, co się zdarza, światło przychodzące, lecz wolne od mocy wstrząsania, gwałtownego poruszenia. Przychodzi, jest. Nie zagląda nawet, nie wkrada się, lecz po prostu się uwidacznia, jak oczywistość, która wzmaga się dla oczu, a dla powietrza jest tylko modulacją dnia”. I kilkadziesiąt stron dalej: „Oko gra rolę wyciągniętej dłoni”. O wartości niepozornego albumu Ekin Fil stanowi niezachwiane poczucie kontaktu między autorką i słuchaczem: w pisku głowic, łudzących pamięć reminiscencją krzyku mew nad tajną plażą (ni stąd ni zowąd Klenczon i jego „Historia jednej znajomości”), w szumach i załomach shoegaze'owych miniatur, daje się dostrzec kontury osoby, która obsługuje prosty żeliwny klucz – centralny, mimo słabej ekspozycji, element okładki. 

czwartek, 22 września 2011

SWNY - Among Shores EP

SWNY
Among Shores
EP
2011, self-released



2.7



Intro do Among Shores sugeruje słuchaczowi idealnemu, wyposażonemu w wyobraźnię, empatię i nadinterpretację, że wszystko co wydarzy się za chwilę będzie niewerystyczne, fikcyjne, poza-rzeczywiste, osadzone w wirtualnych realiach, dzięki czemu można ulokowane pod drugim indeksem "Deers" odczytać nie tylko w kategoriach piosenki, ale także jako swego rodzaju manifest, który będzie być może przyświecał SWNY w dalszym przebiegu kariery. W tekście utworu nie chodzi o prawdziwe jelenie, lecz te symbolizujące amerykański folk, jelenie kodujące sobą etos wyprawy w kanadyjską głuszę, i kiedy te zwierzęta, zgodnie z treścią liryku, zastygają w świetle halogenów, dematerializują się w świetle podczerwonym, nikną osuwając się w przeszłość, to tym samym muzyczne genre, które oznaczają zaczyna pełnić rolę resentymentu nawiedzającego twórcę, który kieruje już wzrok ku innym formułom niż ta, która była mu szczególnie drogą na początku artystycznej ścieżki. Tak jak How to Dress Well fetyszyzuje r'n'b, poprzez sam jego wizerunek przydając blichtru i erotyzmu trzeszczącemu walkmanowi, tak SWNY opieczętowują dystansem do folku swoje zainteresowanie dubstepem i rozlicznymi estetykami urban lo-fi. Jeleń nie przetrwałby w środowisku miejskim, ale jako wypalony na siatkówce symbol, holograficzny omam, wciąż od nowa rzutowany jest na otaczającą aglomerację (w ten sposób Sylwestrowi udało się oszukać babcię i porwać Tweety'ego – namalował na szkłach jej okularów wizerunek kanarka). Halucynacyjna reprezentacja zwierzęcia przejmuje zadania, jakie przed prawdziwymi jeleniami stawiają legendy: przewodnictwa w głąb kniei, wymykania się pogoni dopóty, dopóki nie zawiedzie prześladowcy w miejsce święte, z nagła klarujące bezładny gąszcz, obojętne – gałęzi, cieni psychicznych czy zabudowy. Kluczowe w obu przypadkach jest to, że dystans nie oznacza separacji, odrzucenia, lecz *dystans* – odległą obecność, towarzystwo fantomu, komunikację nad przepaścią.

Odbiorcy oszczędzającemu dobrą wolę na lepsze okazje to samo intro zasygnalizuje, że SWNY zwyczajnie marnują jego czas. Na EPkach nie ma czasu na wstępy. Krótkie formy winny być punktowym światłem świata dźwięku: mierzyć w cel, osiągać go i kusić do ponownego rozpoczęcia drogi, dlatego właśnie, że nie będzie ona długoletnią pielgrzymką, lecz owocną wyprawą do monopolu naprzeciw lub, podtrzymując poetycki ton poprzedniego akapitu, sięgnięciem po ulubioną fantazję, na którą liczymy jako ucieczkę od rzeczywistości, bo zjawia się w pełni detalu na każde skinienie nawykłego do niej umysłu. Zaśpiewane z przekonującym wyczuciem "Deers" będzie dla takiego odbiorcy faktycznym startem releasu i utworzy klamrę z Krellowskim "Did You Know". Te dwa utwory, ściśle się dopełniając, wyprą z pamięci wszystko, co stało się pomiędzy nimi – prowizoryczne i niepotrzebne "Restrain" i "Whisper". Na etapie tego wyparcia, kiedy już cementuje się przeświadczenie, że wydawnictwo jest podręcznikowym falstartem, bo materiału jest jak na lekarstwo – w sumie dwa zadowalające utwory pozbawione wsparcia sąsiadów, zbyt rachitycznych, by mogli posłużyć im za trampolinę – ponowny odsłuch "Did You Know" uświadamia, że EPka została, owszem, zrealizowana, ale nie wyprodukowana. A przez produkcję rozumiem tutaj korektę dokonaną przez osobę, która, jeśli należy do składu projektu, zachowała w trakcie procesu twórczego najwięcej trzeźwego krytycyzmu. Ów człowiek wychwyciłby bez trudu, że delikatny, zdolny konkurować z zagranicznymi nowinkami utwór, tłamsi stręczycielsko natrętny, obleśny bicior (wycior), bez odrobiny wyczucia taszczony wgłąb delikatnej tkanki szkicowej kompozycji, jak okuty żelazem kufer z tonami bilonu ciśnięty w jedwabne poduszki. Nie chodzi nawet o definitywne zakłócenie akomodacji ucha, męczący przymus ciągłego skupiania się na tłach, równy wysiłkowi odzyskiwania swojego kawałka kołdry spod dupy grubasa, z którym przyszło nam siedzieć w jednej celi. Zażenowanie generuje dopiero skromny fakt, że utwór boli z estetycznego punktu widzenia – kontrast jest przemożny i, nawet będąc głęboko przekonanym, że jest to świadomy zabieg artystyczny, zwyczajnie szkoda zmarnowanych ścieżek.

Delikatnie zachwiana perspektywa ilustracji, którą SWNY wybrali na okładkę EPki, i to, że w jej centrum znajduje się człowiek uchwycony w szczytowym wychyle huśtawki lub może zwisający na linach z konarów drzew zakorzenionych w zboczach ległych horyzontalnie nad wertykalnie ułożonym jeziorem, podpowiada, że wszystkie wpadki można tłumaczyć zamierzoną dowolnością fizyki. Zresztą, wspominałem już, że ten sam komunikat zdaje się wysyłać rozpoczynające wydawnictwo "KSH". I jeszcze jedno wytłumaczenie dla wpadek: utwory zostały przez muzyków otagowane jako mid-fi, które znawcy sprzętu radzą w czasach powszechnego dostępu do technologii zredefiniować: nie chodzi już o sprzęt ze średniej półki, ani drogi, ani tani, taki, o którym mówi się, że jest dobry, bo gra. Mid-fi to obecnie odtwarzacze, których jakość opisuje się dopasowaniem do potrzeb mobilnego, średniozamożnego klienta, a więc takie, które zostały zaprojektowane nie po to, by oddychać, krystalizować dźwięk czy selekcjonować pasma, lecz żeby po prostu przygrywać w tle. Niektóre z tych urządzeń osiągają niezłe rezultaty nie same z siebie, ale zależnie od miejsca, w którym się je ustawi, pory dnia i tysiąca losowych czynników, które sprowadzić można ostatecznie do jednego: mid-fi gra zależnie od nastroju użytkownika. Pięknie. Wystarczy dopisać, że SWNY, mimo wszystkich rzucających się w oczy wad, wypuścili EPkę, która wymaga odpowiedniego nastroju, aby zostać docenioną. E-e.

poniedziałek, 30 sierpnia 2010

Isengrid - Modlitewnik + Twinsistermoon - Then Fell the Ashes...

Isengrid
Modlitewnik

2010, Blackest Rainbow



2.9



Stosunkowo króciutki, album damskiej połówki Natural Snow Buildings koncentruje się na odmalowaniu prześwietlonego słońcem lasku, akcentując na zmianę to rejony cienia, to obszary silniej nasłonecznione. Te pierwsze kojarzą się z Lisą Gerrard jako autorką soundtracków do Whale Ridera i A Thousand Roads. Drugie przypominają raczej jaskrawy pop, może i z wyważonymi shit-dystorcjami, ale bez melodii. Obie grupy mają swojego akceptowalnego reprezentanta: "I Know Where I'm Going" po stronie słońca i "Strigele Tanz" po stronie cienia. Ten drugi, dbały o zaakcentowanie za sprawą zdezelowanych skrzypiec inspiracji apokaliptycznymi odmianami folku, robi sobie sporą siarę bytując w roku premiery Baalstorm, Sing Omega. Reszta niezbyt skutecznie próbuje imitować barokowy post-folk They Turned Our Desert Into Fire Lickets.

Obiecanki cacanki na okultyzm, kruki, pogańskie zabobony sprowadzają się do stereotypowych dla post-folku ewokacji. Masońskie symbole na okładce? Ciekawy emblemat, skrywający kronikę życia flory. Modlitewnik? Franciszkański i naiwny mimo usilnej kreacji na pagan folkowy respons dawany Pocahaunted. Gdyby to była pierwsza publikacja Isengrid, gdyby pierwszy raz słyszeć takie grańko, można by się oddać minucie zadumy. Nawet wtedy jednak podejrzewać by można, że całą płytę nagrano w jeden dzień lub jeszcze lepiej: że całość materiału artyście z większym wyczuciem wystarczyłaby na jeden porywający kawałek. Deprymujące świadectwo nadproduktywności, którego najciekawszym elementem pozostaje tytuł.

Twinsistermoon
Then Fell the Ashes...

2010, Blackest Rainbow



2.7



Jeden wielki Sigur Rós. Facet daje czarną okładkę z wielkimi literami, czcionką, o której hobbyści mieliby pewnie wiele do powiedzenia, wielokropkiem na końcu, słowami fell oraz ashes w tytule i rzuca człowieka w sam środek gęstwiny mrocznych, psychodelicznych drone'ów. Hahahahaha. Ma być zimno, ciemno, igła kompasu kręcić się ma wokół własnej osi. Każą ci brnąć przez śnieg, szary opad, chłód i mgławicę, wszystko zawiane, zasypane. Tracisz siły na łażenie od jednego majaczącego we mgle kształtu do drugiego... Poganiacze ciągle krzyczą z poboczy: bądź przerażony, strach, strach, więcej lęku. Starasz się więc wyprodukować trochę zimnego potu, który uzupełniłby podmuchy wiatru niosącego marznący wodny pył. Nagle... tak, nie wydaje ci się! to anielski głos, a potem? to dźwięk pozytywki! Hipnotyzuje cię, podążasz za nim. Stajesz w pół kroku. Walisz się w czoło. Tak, ja też nie wiem jak mogłeś pomyśleć, że to pretensjonalne gówno może być czymś innym niż snem wyeksploatowanej wyobraźni.

Kiedy już się obudzisz - nie pij tyle Anatola, odstaw fajki, przejdź się. Uświadom sobie z całą mocą: mimo że na pierwszy rzut oka wydawać się może inaczej, każdy rok twojego życia był inny. Przypomnij sobie, co wyróżniało ostatnie pięć poszczególnych lat. A co je łączyło? Kim tak naprawdę chcesz być i czemu jeszcze nie zacząłeś do tego dążyć? Zastanów się jakie są twoje szanse przetrwania, jeśli świat opanowałyby zombie? Czy w ostatnim tygodniu rozpocząłeś i skończyłeś jakiejkolwiek objętości utwór literacki? Szczerze: dlaczego nie znasz żadnej liczącej się serii komiksowej? Czy aby na pewno jakiekolwiek twoje przeświadczenia są w ogóle słuszne? Jeszcze raz, o wiele mocniej niż we śnie, jebnij się w czoło i przejdź się przynajmniej do sklepu rozważając to po drodze.

Po przesłuchaniu prawie wszystkich ich wydawnictw, uznaję, że spenetrowałem Natural Snow Buildings w stopniu wystarczającym, aby powrócić do nich dopiero w razie potrzeby podkopania wyższej amplitudy ewentualnego re-hype'u. Rzadko zdarza mi się interpretować rzeczy jednoznacznie jako stratę czasu, w przypadku tych dwojga jest to napastliwie oczywiste odczytanie.

sobota, 24 lipca 2010

Current 93 - Baalstorm, Sing Omega

Current 93
Baalstorm, Sing Omega

2010, Coptic Cat



7.6


Trochę dziwi, że tak dobra jest jedna z najprzystępniejszych płyt w dyskografii tego ultrainteresującego projektu. Efekt podkreślają obie bezpośrednio poprzedzające premierę albumu krótkie wydawnictwa: gromadzące dema i soundchecki Aleph At Docetic Mountain oraz ambientowa EPka Haunted Waves, Moving Graves, rozwijająca w stylu Vivian&Ondine Basinskiego oceaniczny drone – epilog Baalstrom... (sytuacja analogiczna do uzupełniania przez ambientową EPkę I Have A Special Plan For This World wydanego w 2000 albumu Sleep Has His House, bardzo zresztą bliskiego wymowie omawianej tu płyty).

W warstwie tekstowej, mimo częstego sięgania po zabiegi zbliżone do strumienia świadomości (niektóre zlepki świetne, np. asocjacja w Tank of Flies: the bump-the bribe-the breasts) i tysiąca skojarzeń z poezją Baudelaire'a, paranoiczną erudycją Eco circa Wahadło Foucalta, opowiadaniami Borgesa, pomysłami Platona (motyw Aeonu, który może jednak zaczerpnął Tibet z Kufelka starego Shoggottha Gaimana?), Current 93 pozostaje tym razem raczej klarowny i zrozumiały: to są faktycznie lyricsy, momentami tylko rozsypujące się w autorskiej furii i bardzo obrazowe nawet bez ewentualnej intertekstualnej nadbudowy. W ślad za tym, idzie też przejrzystość muzyki: post- i neo- folkowe podkłady, czasem pianino i smyki. Standard. Piękne Tank of Flies zadaje mimo tej skromności mocny, drenujący dreszcz przy każdym pociągnięciu chórków. Jakieś podskórne przeczucie Modest Mouse sugerowane już przez Passenger Aleph In Name, spełnia się dopiero tutaj, chociaż nie potrafię tego dowodzić lub umiejscowić. Niesamowite I Dance Narcoleptic z lunaparkową melodyjką i epilogiem w postaci ww. akwatycznego drone'u, po Baudelairowsku orientalizujący folk With Flowers In the Garden of Fires etc. Można by długo tak kłamać, że zwraca się uwagę na muzykę słuchając tej płyty. Jeśli mamy taką jak tutaj "nierozerwalność" folk+liryk+kreacja narratorska, tagi jakoś się wyczerpują. Stwierdziwszy to i biorąc po uwagę, że może to być jeden z nielicznych tekstów o tym albumie, przedłużam go o parę zachęcających pomysłów interpretacyjnych.


Imaginarium rozumiem jako zestaw rekwizytów potrzebnych do przywołania konkretnej wizji. Jeśli ktoś lubi wyobrażać sobie, że podróżuje po post-nuklearnym świecie lub że trafia na tropikalną wyspę w czasach kolonialnych lub że uprawia seks z nubijską branką w starożytnym Egipcie, musi zgromadzić sporo drobnych informacji, uściślić sieć: oczko w oczko jedna rzecz musi wynikać z drugiej, żadna nie ma prawa wisieć w powietrzu. Wszystko musi przeczyć temu, że nigdy nie mieliśmy do czynienia z namacalną stroną tego, o czym chcemy fantazjować i nigdy mieć nie będziemy. Tupnięcie musi wzbijać kurz z suchej ziemi - to stosunkowo łatwe. Kompletowanie imaginarium może jednak zająć lata. Najpierw drobne wizje, bibeloty, nakręcane pieski. Potem coraz dalej aż po kompleksowy world-building. Zarządzanie uniwersum opartym na własnoręcznie zgromadzonym imaginarium ma ten ogromny plus, że nie jest śnieniem: nie można zrobić wszystkiego. Natykając się na granicę nie możesz pomyśleć, że jej nie ma, wymazać jej. Musisz wrócić do realu i znaleźć brakujący element, jeden z rekwizytów, po którym najwidoczniej zieje luka. Czasami nie wiadomo, gdzie szukać. Albo jeszcze gorzej: czego konkretnie brakuje. Czyta się, słucha, ogląda, żyje i w pewnym momencie znajduje (albo i nie, oczywiście). Drobiazg zaskakuje na swoje miejsce. Imaginarium jest bliższe kompletności. Wizja zyskuje na koherencji. Jej stabilne piękno pochłania. Można zmącić jej powierzchnię przekonanym, że wyklaruje się na powrót.


Kobiety
Boginka śmierci, Chiara (the apocalypse girl, Chiara, in her hat / sits and talks to atoms and planets w: With Flowers In the Garden of Fires), kokieteryjnie bawi się przesuwając palcem planety i gwiazdy na ozdobnym łańcuszku. Kobieta na fotografii wygląda pięknie w skądś znajomych narratorowi ubraniach, ale już za późno, aby żyła. Chwilę po wejrzeniu w jej urodę wypływa temat rakiet i broni masowego rażenia. Na samym początku, to kobieta pyta: Is everything all right, love? i wspaniałe, jak pierwsze słowo następującej po tym frazy Tibet melorecytuje z wygasającym oburzeniem, pobłażliwie zbywając samozwańczy głos rozsądku sugerujący, że stał się monomanem.

Kobiety. Kolejne rekwizyty rozległego imaginarium. Banalnym i ordynarnym odczytaniem byłoby uznanie Tibeta za mizogina spajającego damskie akcenty z zagładą, niebezpieczeństwem, destrukcją. Postacie kobiece, standardowo, działają na Baalstorm... w zastępstwie idei takich jak zmysłowość i piękno. Stały się częścią imaginarium, bo autor wizji zapragnął ją upiększyć jasnymi symbolami, nadać jej rumieńców, delikatności, uwiarygodnić własne zahipnotyzowanie poprzez wplecenie stanu bardziej uniwersalnego: zauroczenia. Jak upiększyć krach rzeczywistości z takim wyczuciem, żeby wizja nie zostawiła w tyle słów? Oprzeć nowe metafory na temacie niemożliwym do zużycia. Piękna apokalipsa jest nieosiągalna (koniec świata musi budzić zanieczyszczający doznania estetyczne żal w jego użytkowniku), piękne kobiety odwrotnie.

Pobrzmiewają w tej metodzie echa Dantego lub Nervala, zagłuszającego instynkt samozachowawczy, aby z pełną swobodą wkroczyć w uczucie do Sylwii czy Aurelii. Miłość do nich z góry zapewnia szaleństwo, ale ból jest piękny, jeśli zadaje go piękny oprawca pięknym narzędziem. Aż miło o nim pisać, szczególnie, że każda literka zbliża do upragnionych i przeczuwanych innych światów. Z wycinków różnych modelek, (wymienia je zresztą po nazwisku we wkładce płyty: Chiara Barzini, Simo Dalla Valle, Sarah Dietrich, Ksenia Nefedova) Tibet wymodelował galion - wbrew porównaniu dość wyraźnie odseparowaną od wymowy poprzedniego Black Ships Ate the Sky rzeźbę dziobową monolitycznego, budowanego od trzydziestu lat okrętu, targającego się na zdobycie świata pełnej ekspresji, kompleksowego uchwycenia wizji.


Dzieci i mag Maska przybrana przez Tibeta przypomina kartę postaci z Magii i miecza. Klisza recenzencka ustaliła się chyba gdzieś na wysokości premiery Silent Shout: mag elektroniki, mag pogłosu etc. Tibet wciela się w tę rolę na serio, z całą świadomością kostiumu, jakby wracając tropem pierwotnej semantyki do jednego z ciekawszych wyzwań role-playingu. Nawiedzone mamrotanie, wpadanie w szał oratorski, słowotok, uleganie brzmieniowym właściwościom słów kosztem sensu wywodu. W końcu: bolesna momentami pretensjonalność. Nieprzewidywalność. Odczytanie to musi jednak zacząć ewoluować, jeśli wziąć pod uwagę pojawiające się w kluczowych momentach głosy dzieci. Nie są to podręcznikowe sample ze sztucznie infantylizujących narrację dziewczynek grających w klasy czy chłopców, których wynurzenia poddane działaniom efektów pracują na duszny mikroklimat paranoi. W momencie, kiedy narrator Baalstrom... wspina się na szczyt gnostycznego szału lub rzuca słowami o ciężarze dogmatów filozoficznych, wchodzą mu w słowo dzieciaki, chwilkę nucąc za nim, zabawnie przekręcając zbyt skomplikowane dla siebie słowa lub przerzucając sobie z rąk do rąk, jak wersy wyliczanki, te zbyt gorące: brzmiące jak magiczne zaklęcia, wynikłe przypadkiem z gnostyckiej furii.

Dzięki tym dziecinnym wtrętom pracujący nad skompletowaniem wizji awatar, ucharakteryzowany na stereotypowego czarodzieja/proroka kombinezon używany przez Tibeta do wędrówki przez własną wyobraźnię, jest śmieszny i godny politowania jak samotny, gadający do siebie o nadchodzącym piekle wędrowny kaznodzieja, słupiejący na rozdrożach ku uciesze goniącej za nim przez wioskę dzieciarni. Pretensjonalna maska posiadania prawd objawionych styka się z zakorzenionym w kulturze obrazkiem żebraka wieszczącego Armageddon na przejściu dla pieszych i w końcu maska topnieje odsłaniając żywą pokusę nawiązania relacji międzyludzkich (podatna gleba romantycznej wizji kobiety i zwrócenie wzroku ku dzieciom).


Personalizacja Czy jest tak, że Tibet opisuje na Baalstorm... apokalipsę w ogóle, kompilując mity, toposy, wielkie tematy pożądania, pamięci, grzechu, odkupienia, teodycei, psychomachii itp., czy może jest to jednostkowa perspektywa krajobrazu końca jak np. w Widmach Gajcego? Obie odpowiedzi prowadzą ku uproszczonym diagnozom w stylu wzmiankowanej już mizoginii. Wizja ta jest osobista tak jak osobisty jest telefon komórkowy, iPod lub laptop. Cały osobny przemysł kręci się wokół faktu, że nie wystarczy nam, że podręczne sprzęty działają – chcemy je personalizować. Mają być praktyczne, ale też swoją estetyką dialogować z indywidualnymi preferencjami czy nawet nastrojami. W tej analogii ww. kobiety można podstawić za odpowiedni dzwonek, maskę maga czy proroka za grafikę, dzieci za wygaszacz ekranu lub ustawienie opcji wibracji.

Wizja, której imaginarium kompletował Tibet przez lata, jest poręcznym osprzętem imaginacyjnym. Nie amuletem, bo nie ma w tym, mimo maski maga, myślenia magicznego. Osprzętem – mechanizmem pozwalającym na odtrącenie rzeczywistości i skuteczny, efektywny eskapizm, połączony z nieustanną kreatywnością, bo od ciągłego upgrade'u uzależniona jest atrakcyjność i użyteczność narzędzia. To raz. Dwa, że maszyna ta służy do przetwarzania empirycznie pobieranych danych na elementy czysto intelektualnego imaginarium – zestawu rekwizytów potrzebnych do nakreślenia ulubionej wizji, w której cieniu można wypocząć i żyć fantazją (idiom living the dream nabiera tu dosłownego znaczenia).

Na oficjalnej stronie Current 93 Tibet zdradza kilka detali procesu twórczego towarzyszącego nagrywaniu Baalstorm... Z tych paru zdań wyłania się obsesyjna osobowość, dostrzegająca w każdym elemencie otoczenia potencjalny składnik wizyjnej mozaiki. Od imion po przypadkową pomyłkę na wyświetlaczu terminalu lotniska (Passenger Aleph In Name). Można takie tropy mnożyć (Heard of Madame Max? rozpoczynające closer mogłoby być nawiązaniem do post-apokaliptycznej serii Mad Max) i z braku miejsca pominąć momenty czystej urody pozbawione intertekstualnego podtekstu (np. oryginalny obraz otępiałych, ponurych syren, płynących bez stereotypowo przypisywanej im radości w: The Nudes Lift Shields For War), więc zakończmy. Wszystko albo nic. Zachłanna wyobraźnia Tibeta zagarnia wszystko, fotografuje fragmenty rzeczywistości, skanuje je, kataloguje i, obracając jak klocki tetrisa, już jako rekwizyty imaginarium, wpasowuje w odpowiednie miejsca obszernej wizji.

czwartek, 17 grudnia 2009

Lickets - They Turned Our Desert Into Fire + Her Name Came On Arrow

Lickets, the
They Turned Our Desert Into Fire

2009, International Corporation
/Ghandara


7.4



Barokowo bogaty w barwy post-folk + efekt kuli śnieżnej = budowanie sieci sprzężonych pejzaży (okładki robione photoshopowym nawarstwianiem wizualizują metody grania), które mogły kiedyś zwidzieć się Spaceman 3, gdyby Pierce i Kember więcej czytali. Ograniczając się do czysto estetycznego doznania: ciekawie śledzi się folkową bazę - melodyjki na akustyk - obklejaną coraz to nowymi warstwami kolorów, konsystencji i kształtów. Kolorów czego, konsystencji jakich, kształtów których - praktycznie nie do prześledzenia bez maksymalnego skupienia, niechętnie osiąganego z winy przyjemności rozlewającej się po wyobraźni i trudno uchwytnego dynamizmu zachodzących na TTODIF przemian.

Można być już trochę przyzwyczajonym do większości zastosowanych tu zabiegów (Początkowo skromna melodia rozrasta się koncentrycznie do maratonu filmowego o życiu fraktali, aby znienacka rozpaść się w szczytowej fazie wzrostu i klasyczne no wow situation), ale trzeba pamiętać o rozróżnianiu zajebistej realizacji od sztampowej, dbałej jedynie o funkcjonalność. W teorii przydałoby się pozbyć niektórych ścieżek i oczyścić pole widzenia odbiorcy, odsuwając napierający momentami chaos, ale w praktyce równałoby się to połowicznemu bez mała spadkowi imaginacyjności TTODIF. Niektóre więc dźwięki wprzęgnięto w wyłączną służbę impresji i w tym kontekście warto zwrócić uwagę na bas, który, wykorzystywany niekiedy jako źródło głębokich, mrocznych drone'ów, z łatwością ewokuje zaprószone ciemności najniższych partii lasu nie będąc specjalnie przepuszczanym przez efekty.

W porównaniu z tą płytą nowe Barn Owl (The Conjurer) śmieszy, nie tylko już rozczarowuje, niestety. W odróżnieniu odeń, Lickets zdają się pamiętać, że talia omawianej tu topiki nie składa się tylko z pustkowi i pustyń, ruin, tajemnic i niebezpieczeństw, ale także z motywów rzadziej spotykanych a nie mniej adekwatnych jak np. gęsta, halucynacyjna maligna (Caribou, Bexar Bexar), malaryczna duchota (Shalabi Effect, Book of Shadow), mgliste zielenie sielanek mediewalnych (Natural Snow Buildings), słoneczne lasy (melodyjny Blackshaw i ambientowy Sylvian) czy reminiscencje złotego wieku w postaci wręcz russoizmów, poruszanych także na małej a interesującej płytce Ancient of the Ancients Daughters of the Sun. Niektóre surowe fragmenty przypominają zaś "nawet w nocy przeciwstawiające (koniecznie) swoje gorąco mroźnym gwiazdom" przepalone pustkowia Metallic Falcons.

Brakuje tylko jakiegoś, w cudzysłowie, szaleństwa, choćby zupełnie stereotypowego, które odciągnęłoby na chwilę od piękna, zmusiło do ucieczki odeń i w efekcie pozwoliło zobaczyć je z zewnątrz i polubić za obecność skazy, co zostało z dobrymi skutkami zrobione na s/t Wooden Veil. Nic takiego się na TTODIF nie dzieje i można by wybaczyć, ale co nie razi w motywacji i partiach składowych samej akcji, to razić zaczyna na etapie efektu: rozczarowanie niemożnością polubienia tej płyty dziwnie ciąży. Wszelkie wysiłki czynione w tym kierunku przypominają próby przemożenia się do fascynacji muzeum: z góry orzec można jako mało prawdopodobne.

Lickets, the
Her Name Came On Arrow

2009, International Corporation
/Ghandara


4.2


Drugi z wydanych w tym roku przez Lickets albumów nie umywa się do wyżej wspomnianego, ale pozostaje jego niezłym dopełnieniem. Fanom Natural Snow Buildings może nawet spodobać się bardziej ze względu na powielenie charakterystycznego dla Francuzów instrumentarium oraz sukcesywne nawarstwianie zimowych ornamentacji aż do uwypuklenia ich z czasem jako dominanty kompozycyjnej. Bardzo miodna druga połowa nie daje jednak rady zatrzeć wrażenia nudy - post-rockowe zagrania, na których koncentruje się akcja nie są w stanie uniknąć przygniecenia skostniałym stereotypem recepcyjnym. W porównaniu do They Turned... jest zbyt przejrzyście, niezbyt transowo, nazbyt klasycystycznie, który to kierunek został zresztą obrany wyłącznie pro forma. Harmonijnej urody i kruchości nie dopełniają cementujące moc anektującą kompozycji aktualizacje odległych w czasie pierwowzorów (naiwność wszędobylskich smyków, które zwyczajnie nie mogą podołać), nie ma też programowego sprzeciwu ciemnościom mogącego objawiać się dekonstrukcją eksperymentalnych form do ich klarownych podłoży, która to dekonstrukcja jako podróż z A do B mogła by stać się najbardziej dynamicznym intelektualnie (z braku istotnych miejsc zaciemnionych włączających do gry emocje czy eksplorującą symbole wyobraźnię) elementem albumu.

Gotowy produkt pozbawiony elipsy, której czas zataczania odbiorca mógłby wypełnić dowolnymi konkretyzacjami i która wytworzyłaby potrzebne przy zamierzonej liryczności niedopowiedzenie. Zabrakło troski o podsycanie wyobraźni słuchacza oraz przemyślenia kierunku własnych działań i kontroli nad aranżacjami, które zdają się niekiedy wymykać ot tak, nieuzasadnienie, bez żadnego planu (więc dodatkowo element hipokryzji, jeśli uznać, że rzeczywiście całość miałaby klasycyzować, a więc być harmonijną, symetryczną, rozplanowaną). Drażniące rozmiarami orkiestracje bywają zamrażane w typowo slow-core'owych tempach, a w miarę obytemu odbiorcy retardacje te nie są absolutnie potrzebne - widział te cuda na tyle często, że rzeczywiście zaczęły mu się kojarzyć właśnie z obiektami zatrzymanymi w czasie, nudnymi reliktami przebiegłej już ewolucji. Na pewno jednak warto sprawdzić, szczególnie, że do końca 2009 wszystkie swoje płyty Lickets udostępniają za darmo.

myspace : albumy udostępnione za darmo przez zespół