Pokazywanie postów oznaczonych etykietą neo-classical. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą neo-classical. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 9 października 2012

Szymon Kaliski - From Scattered Accidents

Szymon Kaliski
From Scattered Accidents
2012, Kitchen.


7.3



From Scattered Accidents kontynuuje ścieżkę obraną przez Szymona na zeszłorocznej EPce zatytułowanej Isolated Reccolections. Recenzując ją, pisałem, że Kaliski „wychodzi zza deserowego stolika na tereny nokturnowego impresjonizmu”, teraz zaś – kiedy wydaje pod auspicjami wytwornego labela Kitchen. album wyposażony w szesnaście stroniczek monochromatycznej fotografii prezentującej odludne zakątki Paryża – można powiedzieć, bazując zwłaszcza na przykładzie wstępnych indeksów płyty, że osiągnął nieomal mistrzostwo w dziedzinie audytywnego malarstwa. „Of Symmetry” i „Or Detachment”, kreślone dwoma ścieżkami pianina, szumem morza i ulokowaną w prawym kanale miękką rytmiczną wibracją, mogą posłużyć za kunsztowną instrukcję wodzenia klawiszy przez meandry kasetowego szumu, utarczek produkcyjnych i nagrań terenowych dedykowanych autorowi La Mer. Dozowane z wyczuciem znaki lo-fi podkreślają nastrój melancholii znany między innymi z albumów Chihei Hatekayamy, Tima Heckera, Caretaker'a (szczególnie z jego ścieżki dźwiękowej do filmu Granta Gee o Sebaldzie), czy Eluvium. Przychodzi do głowy opowiadanie niezbyt znanego u nas urugwajskiego prozaika (i pianisty zarazem):
Później zagrałem swój nokturn: na początku były duże akordy, o niskich dźwiękach, które grałem otwartymi dłońmi i z powolnością spirytysty kładącego je na stole i czekającego na pojawienie się duchów; i te akordy prowokowały ciszę pełną oczekiwania; nastrój robił się brzemienny w ciężkie chmurzyska dźwięków, a mnie ogarniała emocja rysownika, który przyciska ołówek i mocno przyczernia papier. (F. Hernández, Ziemia wspomnień, w: tegoż, Ciemna jadalnia, Balkon i inne niezwykłe opowieści, Warszawa 2011, s. 104)
Powolność i cisza – niespieszność, z jaką Kaliski bierze kolejne akordy, każe wliczyć jego nowy album między nagrania slow-core'owe, liczne zaś zawieszenia toku narracji zbliżają go do wrażliwości zaprezentowanej na debiutanckim LP James'a Blake'a. Nastroje podszywające pierwsze utwory – melancholia, odsyłająca ku czarno-białym fotografiom, i romantyczny rozmach, zapładniający wyobraźnię widokami wietrznych, skalistych wybrzeży – przywodzą na myśl również okładkę Wounded Rhymes Lykke Li. No właśnie: „Of Symmetry” i „Or Detachment” to, jak sądzę, szczytowe osiągnięcia audytywnej pejzażystyki z przecięcia ambientu i neoklasyki, ale – raz rozbudzona – fantazja podsuwa wizję koegzystencji skupionych pasaży Kaliskiego z  kobiecym wokalem. Może dobrym wyborem okazałby się na przykład eteryczny głos Lili De La Mory?  Wydaje się, że liryczny śpiew doskonale współgrałby z dalszymi partiami płyty, jeszcze bardziej odrealnionymi i wyraźniej hermetycznymi niż początkowe fragmenty. 

Wyróżnić należałoby zwłaszcza „By A Haze” oraz „For Stillness”. W pierwszej ulega zakłóceniu delikatna równowaga pomiędzy klawiszami a szumem i zakłóceniami, które na niektórych etapach wysuwają się na pierwszy plan, ewokując zarówno wczesne dokonania Keitha Fullertona Whitmana, jak i „You, Appearing” M83. Druga zaś z powodzeniem próbuje uskrzydlić dark ambientowe faktury za pomocą melodyjnych miraży, zaprezentowanych ostatnio w mistrzowskiej formie na Maroon Bells Kevina Greenspona. Przyznaję: te porównania mogą zabrzmieć bałamutnie w kontekście tak młodego autora, ale From Scattered Accidents jest albumem, który nie wziął się z powietrza: to nie chybotliwy debiut czy powtórka z rozrywki, lecz kolejna – najlepsza jak dotychczas – w serii wariacja na tematy, które zajmować muszą Szymona od dawien dawna, które zdążył już niejednokrotnie przemyśleć i które będzie zapewne opracowywał nadal, z jeszcze większą fantazją nadwerężając ramy mocno skonwencjonalizowanego nurtu ambient / neoclassical.

środa, 26 września 2012

Sophie Hutchings - Night Sky

Sophie Hutchings
Night Sky
2012, Preservation


5.7



Night Sky nagrano z myślą o egzaltowanym, kontemplacyjnym odsłuchu. Płyta startuje dopiero po pięciu sekundach, użyczając czasu na wygodne ułożenie głowy na poduszce. Kontrolne wejrzenie w repertuar, wypróbowanie stroju pianina – kolejne chwile na zadomowienie się. Pierwsze dźwięki wybrzmiewają w hojnym miksie tak długo, że łudzą słuch perspektywą wychwycenia alikwot – następne kilkadziesiąt sekund na poszukiwaniu możliwie wygodnej pozycji. Ci, którzy w miarę szybko uporają się ze swoim ciałem, dosłyszą być może brzęknięcie bransoletek na ręce autorki – odgłos, który – podchwycony i zloopowany – przeobraża się w subtelne metrum tamburynu, prowadzącego zakosami tajnego duktu do sanktuarium, gdzie posągi Earth i Bersarin Quartett obrastają w festony mchu.

Bogate tła – ręcznie wymalowane na ruchomych płytach i parawanach – przesuwają się wokół umieszczonego w centrum pianina, ilustrując romantycznymi landszaftami meandry tonacji. Mechanikę Night Sky aż chce się zestawiać z manewrami teatralnej scenografii i chyba należy pogodzić się z zażenowaniem, jakie zwykło towarzyszyć takim porównaniom. Nie można inaczej, kiedy w podściółce „Shadowed” rozbrzmiewa świątobliwy baryton, utwierdzający słuchacza w słuszności wyborów dokonywanych bezwiednie przez jego wyobraźnię. Owszem, ów głęboki, męski głos – dobiegając z dystansu, zza gęstwiny ociężałej melodii smyków – potwierdza majaczący przed oczami obraz potężnego, faulknerowskiego jelenia-byka, znieruchomiałego na rykowisku w oczekiwaniu aż rozwieją się spowijające go kłęby pary, dobyte przez krew rozgrzewającą się wraz ze wstającym słońcem z osiadłych na sierści kropel rosy. Tak wyraźny przez moment, obraz rozprasza się w łańcuszku chrapliwych kobiecych szeptów.

Chwilę później („Between Earth And Sky”) pasaże klawiszy podążą rwanym, skokowym rytmem, co chwila tłumione i podejmowane na nowo w lekko odmienionej formie. Pianistka wytłumia klawisze miękko uderzając je kantem dłoni i modeluje akordy, hamując zniecierpliwienie niesubordynacją melodii, która odmawia urzeczywistnienia się w kształcie odciśniętym w pamięci. Obraz dłoni postawionej na sztorc w poprzek strumienia, aby zatamować uporczywy proces blaknięcia wspomnień lub oswoić muzykę usłyszaną we śnie... Kontrastem dla gubiącego wątek „Between Earth And Sky” jest poruszające, impresjonistyczne „In Light”, gdzie ciepłota melodii, frazowanej z uczuciem, ale powolnie, budzi skojarzenia z leniwym dreszczem przebiegającym taflę mulistego rozlewiska.

Sporo tej poezji, ale nawet pozornie bezbarwne przygrywki – na przykład pogodniejsze partie „Half Hidden” – wyposażono w detale uzasadniające pretensjonalność. Zaraz po wejściu akompaniujących klawiszom skrzypiec – szorstkich, niemal brutalnych, wywołujących skojarzenie ze starymi, zapiekłymi w rozstrojeniu instrumentami porzuconymi na strychu kompozytora – okazuje się, że filuterny pasażyk w stylu Donny Reginy był żartem, a przebłysk ironii na płycie neoklasycznej to przecież rzadki skarb. Sophie imponuje precyzja Nico Muhly'ego i Nilsa Frahma, ale dopiero terminuje w ich szkole, nie potrafiąc się jeszcze odżegnać od fascynacji żywiołowością Clann Zu czy Nancy Elizabeth (Wrought Iron, 2009).

niedziela, 10 czerwca 2012

Untitled - Untitled 05

Untitled
Untitled 05

2012, Untitled


5.4



Natychmiast po przebudzeniu zorientować się, że całą noc nie zmrużyło się oka – dziwne uczucie, ale częste u progu lata i nadchodzących wraz z nim białych nocy. Trochę jak w Człowieku, który śpi Pereca: można przychwycić własne oczy na bezwiednym obwodzeniu konturów bladych cieni rzucanych na ścianę przez listowie lub chmury. Nerwy napięte. Należy ostrożnie dobierać towarzystwo i lektury. Każde otwarcie drzwi (choć wyczekiwane i spodziewane) wydaje się wtargnięciem. Pożądane wstrząsy: mieszanie napojów zimnych z gorącymi, papieros na czczo. Książka nie powinna być zbyt emocjonalna. Pełna obrazów, ale tych wyzutych z namiętności, szczególnie miłosnej. Mogą być wodniste biele z Zakwitających dziewcząt, może być prastary cień Faulknerowskiego Wielkiego lasu lub niedługie eseje. Chodzi o to, żeby miarowo wypełniać umysł czymś łagodnie wzniosłym, zająć go gęstym i jasnym ciałem, powoli wlewać maślankę do miksera. Byle co może zaatakować wyobraźnię i tłuc się po niej, jak wiatr po pokojach.

Nie trzeba było nowej płyty Plinth – Collected Machine Music – której repertuar jest ograniczony do dźwięków zabawek i urządzeń zaprojektowanych w epoce wiktoriańskiej, aby potwierdzić pretensjonalność pozytywki w roli instrumentu. Otworzyć album melodią pozytywki może jedynie naturszczyk i bez wątpienia naturszczykiem jest autor piątej odsłony dziwacznego projektu Untitled, polegającego na wydawaniu przez anonimową oficynę ekologicznych opakowań z muzyką nie podpisaną i pozbawioną tytulatury. Łatwo o mityzację tego typu przedsięwzięć, szczególnie że wszystko jest na „piątce” bezbronne. Każdą partię pianina – tę fałszującą, tę zdyscyplinowaną, te ambientowe, impresjonistyczne, neoklasyczne – można by przysypać gruzami niebotycznego namechecku, który wielu rozpoczęłoby naiwnie od Sylvaina Chaveau. Osobiście rezygnuję z manewrów usidlania. Nie z troski, nie ze wzruszenia czy z potrzeby chronienia własnym ciałem tej delikatnej efemerydy (a takie właśnie impulsy ten album prowokuje), ale aby zachować chociaż zręby krytycznej trzeźwości, nadszarpniętej muzyką przywołującą stany emocjonalne po nocy jałowych natężeń intelektualnych.

Wymieńmy Chaveau na bardziej subtelny kontekst Blue Angels, a potem poddajmy się oddziaływaniu samej muzyki. Pierwsza kompozycja z Untitled 05 atakuje wyobrażeniem fortepianu lub pianina ustawionych na murawie, pod drzewem owocowym (grusza?), dzięki Bogu już po tym, jak pozbyło się kwiatów. Obraz trwa, rozlega się muzyka, fałszująca, rozstrojona, oburzająco nieskomplikowana, ale nikogo przy klawiaturze, a kolejni aktorzy podstawiani przez zniecierpliwioną imaginację – adonis, Azjata, młoda walkiria – zawodzą, wydają się zbyt toporni, angażowani do roli przez spieszny odruch zagadania estetycznej pustki. Ścieżka klawiszy, ograniczona niekiedy do kilku taktów, powtarzana warstwami różniącymi się jedynie natężeniem, jest irytująco, dogmatycznie prosta, jak transkrypcja mentalności zwierzęcia domowego na język awangardowej sztuki lub któraś z metafor Szymborskiej. Chciałoby się pochwycić tę melodię, melodię, którą potrafiłby zagrać imbecyl, i wryć się w nią pazurami jakiejś wiedzy, rozstrzelać ją nazwiskami czołowych intelektualistów, w skazanym na porażkę szale czarnych charakterów Mononoke.

Nie pojawił się; po prostu już był jak duch, a przecież nie duch, tylko jeleń z krwi i kości, ale taki, jakby skupiał w sobie całą jasność i zarazem stanowił jej źródło, jakby poruszając się w jasności, zarazem ją rozsiewał – już w ruchu, nie inaczej niż zawsze się widzi jelenia przez ten ułamek sekundy, w którym on dostrzegł człowieka; odchylony w owym pierwszym wysokim susie, z wieńcem nawet w tym mglistym świetle jak ustawiony równo na łbie mały fotelik na biegunach. (W. Faulkner, Wielki las, przeł. Z. Kierszys i J. Zakrzewski, Warszawa 1967, s. 101.)

Nagie nuty są z wolna pakowane do wnętrz aksamitnych kokonów, nakładających się i otorbiających wokół siebie nawzajem, jak kolejne sferyczne płaszczyzny narastające w trakcie toczenia się perły w delikatnym wnętrzu muszli. Płynny zoom: organizm lub nieożywiona materia ukształtowane na wzór jedwabiu, skóry lub ligniny ukazanych w przekroju poprzecznym. W mikroskopowym olśnieniu stają się jawne detale poszczególnych warstw, które po osiągnięciu filigranowej kumulacji są po kolei na powrót rozklejane przez jakiś nieodgadniony potencjał.

piątek, 10 lutego 2012

Wesołowski + Kaliski - 281011

Wesołowski + Kaliski
281011
2012, Few Quiet People


5.3



Z perspektywy przygodnego słuchacza płytka nagrana na zlecenie Narodowego Instytutu Audiowizualnego kojarzy się z niezmiernie czerstwym suwenirem otrzymanym na imprezie w lokalnym centrum sztuki współczesnej – darmowym krążkiem hodowanym na wyściółce państwowych funduszy przeznaczanych corocznie na promowanie stęchłych weteranów lub młodocianych pseudo-abstrakcjonistów z ASP. Obecność przedmiotu tak ekstrawaganckiego, jak dodekaudion – instrument gestykularny zamknięty w bryle dwunastościanu foremnego – nie tylko nie rozprasza uprzedzeń, lecz jeszcze je pogłębia. Łatwo przypuścić, że wydawnictwo okaże się folderem reklamowym firmy panGenerator – konstruktora dziwacznego urządzenia, którego ekspozycja będzie jedynym pretekstem do zarejestrowania wspólnej sesji Kaliskiego i Wesołowskiego, artystów lubianych, lecz nie na tyle jeszcze okrzepłych, by mogli darować sobie grzeczny udział w przedsięwzięciach sponsorowanych.

Ewentualne podejrzenia o wyrachowanie ulegają jednak szybkiej weryfikacji, kiedy 281011 zaczyna dynamicznie oscylować między dwoma przeciwstawnymi atmosferami: beznamiętności i furii. Na etapie piątej lub szóstej sesji z albumem, coraz trudniej postrzegać go w kategoriach schematycznego i sennego środowiska dźwiękowego. W „27011#3” i „#4” tony wygrywane przez Wesołowskiego kojarzą wzniosły funeralny drone Pieśni żałobnych I-VII (Miasto nie spało) z nerwowymi, folkowymi pizzicato. W połączeniu z dźwiękami dobywanymi przez Kaliskiego z dodekaudionu – dźwiękami przywołującymi nastroje frustracji i parcia – skrzypce kreślą portret charakteru desperacko starającego się o zaspokojenie potrzeby autoekspresji, cenzurowanej przez stresy i presje codziennej rutyny. Para buzująca pod pokrywką czajnika, z wysiłkiem tryskająca szczelinami i otworami, to obraz, który mógłby posłużyć za ilustrację dla tej zaskakująco silnej kompozycji, protestującej przeciwko automatyzmowi w tworzeniu i przeżywaniu sztuki.

W „27011#2” zwraca uwagę skrupulatny miks Kaliskiego, eksplorującego tajemniczy dwunastościan w poszukiwaniu przeróżnych odcieni – głównie szarości i brudnych bieli – oraz faktur – chropowatości, jedwabistych muskań, zmysłowych pocierań. Wydaje się, że instrument gestykularny potrzebuje właśnie operatora wykształconego na gałkach samplerów i klawiszach, a więc muzyka obcującego z instrumentem bezpośrednio, nagimi palcami (z wyłączeniem kostki czy smyczka). Przekonanie to umacnia się wraz z kolejnymi skupionymi odsłuchami, kiedy to okazuje się, że 281011 oferuje doznania nie tyle audytywne czy wizualne, co dotykowe. Dyskretny sensualizm wydawnictwa podsuwa wizję instrumentu jeszcze bardziej otwartego na manipulacje niż dodekaudion – aparatu, którego fasety można by przesuwać, jak płaszczyzny kostki Rubika, otwierając w wielościanie na przykład ziejące ciszą prześwity (pauzy to zresztą manewr z powodzeniem stosowany przez twórców albumu).

Po dłuższym obcowaniu z 281011 wstępne uprzedzenia zostają wyparte – początkowo przez niekłamane zainteresowanie muzyką, później zaś przez wątpliwość zupełnie innego rodzaju. Jak twierdzą organizatorzy przedsięwzięcia, dodekaudion to instrument na tyle nowatorski, że każdego muzyka stawia w pozycji amatora nieśmiało rozpatrującego się po możliwościach nieosiągalnej dotąd technologii. I faktycznie, brzmienie dodekaudionu na płycie bywa podobne do brzmienia zaprezentowanego w filmiku demonstracyjnym na stronach panGenerator. Być może więc mógł Kaliski wycisnąć więcej z tej dziwaczej maszynerii, oddalić się od jej podstawowych presetów i zmusić na przykład do eksplodowania noisem. Ale czy to coś ma w ogóle jakieś presety? Nie wiem, więc daruję sobie dywagacje 281011 mile mnie zaskoczyło.

poniedziałek, 30 maja 2011

Szymon Kaliski - For Isolated Recollections

Szymon Kaliski
For Isolated Recollections

2011, Hibernate



6.3



Jakiś czas temu tak pisałem o debiucie Kaliskiego:
Takie frenetyczne podejście reprezentuje także Kaliski, na pozór artysta bardzo konwencjonalny – sięgający po motywy muzyki tła, eleganckiej, deserowej, przesyconej spleenem przenikającym dorobek Pan American czy Sylvaina Chaveau. Out of Forgetting może jednak zaoferować także drugie dno: autotematycznej medytacji nad potencjalnymi ścieżkami rozwoju twórcy zmuszonego lawirować w obrębie granic zakreślonych przez kanon muzyki dla... (lotnisk, wind, supermarketów). Kaliski zdaje się minimalizować swoje aspiracje: umniejsza swoją muzykę tak, że nie może być kojarzona z dziełami mistrzów, musi być rozpatrywana jako fragment intymnego pamiętnika, co zresztą (przypadek?) natychmiast pozyskuje dla jego starań całą filozofię muzycznej archeologii. Jak czytamy bowiem w materiałach wydawniczych udostępnionych przez Audiomoves:
Out Of Forgetting is retrospection of somehow destroyed memories, smallest pieces of sound and pictures. Crafted between carefully planning and most aimless improvisations, these tracks are filled with melancholy and cracks, imperfect, as stories they tell.
Na For Isolated Recollections Szymon również sięga po nastroje raczej niż kompozycje. Można jednak wyróżnić dwie delikatne zmiany w stosunku do debiutanckiego LP. Po pierwsze: Kaliski wychodzi zza deserowego stolika na tereny nokturnowego impresjonizmu. Szkicowane w tej manierze pejzaże przypominają wrzosowiska zamieszczane niekiedy w książeczkach dla dzieci. Uproszczona wyobraźnia eksponuje wietrzne nieba, pochylone drzewa, kilka nierównych logosów McDonaldsa kierujących się na południe. Po drugie: Out of Forgetting było trochę chaotycznym kartkowaniem portfolio młodego artysty, EPkę zaś można postrzegać w kategoriach setu o spójnych, przenikających się nawzajem segmentach. Nieustannie odczuwa się obecność sprzętu, ale elektronice i mechanizmom nieustępliwie towarzyszą prestidigitatorsko zręczne dłonie. Trochę teatralna manipulacja gałkami sprawiła, że podobał mi się występ Trupawzsypie. Kaliskiemu udało się aurę nerdowskiego sztukmistrzostwa zachować na wydawnictwie studyjnym.

Nagrania nie są odkrywcze czy choćby wyraziste. Nie muszą być. Estetyka, w której się obracają – minimalne ścieżki klasycznego instrumentarium w akompaniamencie nagrań terenowych i poszumu mikrofonu pozostawianego samemu sobie w epilogach ścieżek – została już zaprezentowana w tylu odsłonach, że nikt nie oczekuje eksperymentowania z nią, lecz wciągającej ekspresji za jej pośrednictwem. Te oczekiwania zaspokaja szczególnie "Or Gently" - utwór traktujący ambient z rozbrajającą dosłownością, jako odwzorowanie pewnego środowiska, mimikrę atmosfery interesującego miejsca. Najdłuższe na EPce koncentruje się na zaledwie kilku dźwiękach otaczanych wspomnianymi już szumami mikrofonu, niełatwymi do interpretacji. Równy, ekspiracyjny rytm tych szeleszczących wstawek bywa zachwiany dysfunkcjami, co sugeruje odżegnanie się od inspiracji naturalną, organiczną cyklicznością, jak również drobnymi motorami kontemplacji w rodzaju rozchodzących się koncentrycznie kręgów na wodzie. Daleko jednak także do poetyki samoczynnie ożywających i grasujących rękodzieł. Obraz stojący za tym utworem jest złożony z balansujących na granicy stania się, heterogennych elementów, a więc być może zadłużony u groteski (przeciwnie do neoklasycznego bliźniaka - "Or Delicate" z Out of Forgetting). W "With Grace" dość podobne środki funkcjonują natomiast jako materiał do gry ciszą, a więc spychane są do teł, zwalczane pustką i delikatnym drone'm, przywołującymi na myśl Loscil i Jamesa Blake'a, gdyby jako duet nagrywali dla 12k.

Można by też zastanawiać się czy i jakie znaczenie ma to, co myśli artysta w chwili wykonywania utworu, wszak słyszy się, że nauczyciele gry na instrumentach namawiają często swoich uczniów, nie tylko tych młodszych, do wyobrażania sobie podczas ćwiczeń jakichś prostych wizualizacji przyspieszania, wspinania się itp. Na EPce, wyraźniej jeszcze niż na LP, Kaliski błądzi gdzieś myślami, lub może raczej wrażliwością, bo jego utwory niewiele mają wspólnego z intelektualizmem, i część tych myśli zyskuje oddźwięk tu i teraz, przed słuchaczem, w dość wyjątkowy, niewytłumaczalnie konkretny sposób, chroniący przed posługiwaniem się kliszami intymności i oniryzmu.


niedziela, 20 czerwca 2010

Causeyoufair - There I Lay & Time Imperfections

Causeyoufair
There I Lay & Time Imperfections

2010, Audiomoves



7.8



50 giętkich, niełamliwych kostek i 517 mięśni sprawia, że kot może zatrzymać się w 5/6 kroku. Zawiesić łapkę centymetr nad ziemią i trwać nieruchomo całe wieki. Noc to ta pora, kiedy koty wydają się szczególnie chętnie szpanować możliwościami swojego organizmu, ale sprawa nie kończy się na infrawizji. W świetle dnia mysz też nie ma szans, bo poza kościami i mięśniami kot ma 130 stopniowy kąt widzenia i źrenicę chronioną tak, by mógł patrzeć prosto w słońce lub w silną żarówkę. Tak więc odporność na oślepiającą jasność, zamiłowanie do akcji na obrzeżach możliwości słuchu. Leniwy wdzięk, kiedy trzeba sprężysty glamour i odrobina niepokoju.

Causeyoufair podrzuca godzinny relaks poświęcony obserwacji przemian dystyngowanego, rozwałkowanego w ambient, glitch-gaze'u. Chłodny w upalny dzień, rozpalony do białości rześkim świtem, idealnie towarzyszy lekturom, drzemce, właściwie wszystkiemu. Przy pełnej koncentracji dodatkowe akcenty padają na wydłużone chwile ciszy między kolejnymi trackami, sugerując wsłuchanie się w odgłosy otoczenia, jakoś dziwnie upodobnionego nagle do tej muzyki. Od czasu do czasu wydaje się, że na powierzchnię wypływa Boardsowski bicik albo niewyraźne podobieństwo do Klimka (
Music to Fall Asleep albo Movies Is Magic? osobiście nie rozróżniam), Stars of the Lid albo i, znowuż, Basinskiego (którego asymilacja przez wszystkich sugeruje notabene, że się skończył), ale możliwe, że to tylko złudzenia produkowane przez żądną punktów orientacyjnych podświadomość. Kolejna fatamorgana lub może raczej samospełniająca się przepowiednia: tworzone na pianinie i wiolonczelach drone'y, stanowiące rdzeń wszystkich utworów, bardzo łatwo uznać za wydłużane, poddane wielokrotnemu rosochaceniu dźwięki fletu. Byłoby to nad wyraz poetyckie, zważywszy na fakt, że cały poprzedni akapit, tak dobrze odzwierciedlający naturę There I Lay & Time Imperfections, parafrazuje fragment Fletu z mandragory zniesławionego Łysiaka.

Recenzent Silent Ballet czepia się emanującej z Causeyoufair arystokratycznej wyższości. Potraktowane inwersją tytuły przyrównuje do powieści Steinbecka, wyjaśniając wszystko na wysokości tego sformułowania. Jeśli ktoś uważa
Na wschód od Edenu za przeintelektualizowaną, na pokaz artystowską prozę, ten rzeczywiście Causeyoufair nie ma po co słuchać. Nie przeżył nigdy dziecięcego marzenia o błękitnej krwi, o byciu księżniczką lub księciem z domu wyposażonego w rodową sagę, funkcjonującą na równych prawach z ocalałym krzesłem Ludwika, z szabelką lub ususzonym między kartami pamiętnika kwiatem tuberozy. Naiwny romantyzm w sterylnie pięknym otoczeniu: oto wiodąca ewokacja proponowana przez There I Lay & Time Imperfections. W jej obliczu można podzielić ludzkość na dwie grupy: tych, którzy w Kopciuszku woleli Dickensowskie sceny poniżenia i łudzonej nadziei nagrodzenia za cnoty, i tych, którzy kartkowali niecierpliwie, czekając karocy, balu, najpiękniejszej pary poganianej tykaniem zegara. Tylko do północy, szklany pantofelek, zanurzenie w pałacowym blichtrze, które chce się repeatować bez końca, skutecznie oszukując się możliwością ucieczki od brudnych intryg zazdrosnych sióstr.

Oczywiście, elementy neo-klasyczne mogą początkowo odrzucać swoim sztucznym wyfiokowaniem, ale warto potraktować je jako grę z odbiorcą, zaproszenie do wymiany zwrotów używanych przez dziewczynki bawiące się w princessy. Oczywiście, skojarzenia z hebanem, wszelkiego rodzaju gładziami i luksusem są elementami urządzenia hotelu: miejsca, z którego domu nigdy do końca zrobić się nie da, ale olśniewająca fasada podporządkowana jest mimetycznej zabawie w wyższe sfery, zaspokojeniu potrzeby odrzucenia własnej skóry, zatracenia płynącego z wbicia się w zbroję etykiety, konwenansu, światowego opanowania. Wbrew inwazyjnemu tytułowi
A Flame That Through Peace roztacza atmosferę błogosławionego zamrożenia czasu, Of Moment Side imituje na miarę możliwości atmosferę szlagierowego It's a Wonderful World. Muzycznie, gatunkowo itp. nie ma, rzecz jasna, nic wspólnego z tym kawałkiem, ale efekt jest taki sam: sanktuarium odgradzające od świata i znoszące przymus obcowania z samym sobą. Od You Polished Waiting In shoegaze'owy kamuflaż przestaje obowiązywać i długi czas Causeyoufair toczy się nago, ukazując podszewkę typowo Biospherowskich płaszczyzn, nie udając już, że chodzi o coś innego niż zniwelowanie osobowości odbiorcy i modelowanie nowej, spełniającej warunki ww. gry. Kolejne utwory, już na poziomie tytułów zdradzają związki z wodą, symbolem powrotu do nieświadomości i wejścia w życie zarazem, kierując się ku closerowi (What Is Love But a Ceaseless Flow), omawiającemu w kontekście przypływów i odpływów, fenomen miłości. Stereotyp zostaje wypełniony do końca: romantyczne uczucie zyskuje status zwieńczenia, celu egzystencji. Po gadce o kotach i Kopciuszku powinniście już ufać mi na tyle, żeby brać to w ciemno.


środa, 9 grudnia 2009

5.0's, pt 5

Lekko rozszerzona wersja od dawna nieobecnych 5.0's.

Orchid
Driving With a Handbrake On

2009, Gusstaff Records / Sonic Records


Kiedy piosenka z DWaHO zmierza w stronę popu ktoś zaczyna grać stary, dobry rock. Kiedy ktoś postuluje grać teraz rocka, w połowie kawałka jego przeciwnik próbuje wymóc kompromis i chociaż zabarwić kawałek popem. Kiedy wokalistka zaczyna być rozpoznawalna i można zacząć spodziewać się lansu, skromni i staromodni członkowie zespołu wydają się hamować, aby z niego nie skorzystać i pozostać wiernymi ideałom sierpnia. Efektem tych pokrętnych strategii okazał się dziwny brak recenzji z prawdziwego zdarzenia i zastygnięcie w niepewnym rozkroku, którego chybotliwość spływa z płyty na odbiorcę każąc mu wierzyć, że nie słucha niczego ważnego - demka, cd-ra, streamu z myspace, ale na bank nie debiutu poważnego zespołu, w kontekście którego przez kilka sekund tu i ówdzie szeptano w kategoriach Grunwaldu.

Mark Eitzel
Klamath

2009, Decor


Osiem lat temu Eitzel wydał Invisible Man i chyba stanęło na tym, że to jego największe dzieło. W kilku miejscach można znaleźć niepewne zachęty do przesłuchania Klamath, ale zdaje się, że pochodzą z wyrzutów sumienia i sentymentu. Eitzel to mocny gracz w swojej lidze i kiedy rzuca nowy album trudno bez skrępowania narzekać, ale też i coraz trudniej cieszyć SIĘ. Sytuacja jest podobna jak z tegorocznym wydaniem wcześniej niedostępnych kawałków American Analog Set: super, odświeżenie tego świetnego zespołu wydaje się potrzebne, ale pozostaje pytanie: kto tego posłucha i doceni w dobie tysiąca chorych płyt zdobywających mimo wszystko pierwsze miejsca na listach rocznych zwykłych zjadaczy przecież chleba? Kto nie ryzykuje i nie eksperymentuje ten się nie adaptuje i ginie ten. Prosta prawda, ale pewnie sami wiecie, jak trudno ją sobie czasem przetłumaczyć. Można dalej robić po cichu swoje i wszyscy będą was lubić, ale problem jest taki, że w was samych coś już będzie nie tak. Spojrzycie na siebie pewnego dnia i będziecie zmuszeni powiedzieć sobie, że gdzieś tam kiedyś zabrakło wam jaj. Domyślam się, że to boli i sporo do empatii dokłada mi, z całą dla niego sympatią, właśnie nowy Eitzel, kucający przy własnej drodze twórczej, aby z rezygnacją ciąć się po pupie czymś ostrym.

Crippled Black Phoenix
200 Tons of Bad Luck

2009, Invada


Z całego serca polecam tę płytę. Jest to bezsprzecznie Embryonic post-rocka z przybudówkami po dach zajebanymi oldschoolowym rockiem jak szopa dziadka papierówką. Jak pisze jeden z klientów Amazon: epic soundscapes with a dark, unsettling beauty; these are mournful, prog-folk stoner tunes with a narcotic morbidity. Like Pink Floyd meets Nick Cave. I jest tutaj nawet klasyk formuły: podniosły monolog, któremu akompaniują skradające się, narastające gitary. Jest kilka eksplozji, parę pasm transu, masa konkretnego rocka z lekko barowym, męskim wokalem. Problem jest jeden: po czwartym przesłuchaniu człowiek zaczyna się zastanawiać po co właściwie słuchał tego czwarty raz. Ale! dla miłośników gatunku pozycja nieodzowna, a i fani Modest Mouse lub Temple of the Dog znajdą tu coś dla siebie.

Andy
11 piosenek

2009, Universal


W jakim wieku dziewczyna staje się kobietą? Czy 40stki tworzące zespół to ciągle girlsband? Chyba tylko dlatego, że więcejsylabowy przedrostek zaburzyłby nośność sformułowania. Nieważne. Mimo, że sama idea jest wspaniała i jestem jej fanatykiem, przyznajmy: nikt nie musi 11 piosenek słuchać, żeby wiedzieć jak i co Andy grają. Dlatego gnębi tak naprawdę parę jedynie spraw doraźnych: jak można było tak zjebać Złote rybki - ten wspaniały, dziewczęcy, naiwny, łobuzersko elegancki utwór? Dlaczego coś się stało z tempem, coś się stało z rezygnacją i wyrzutem? Ze zjadliwą ironią tego podobno tak dobrze mnie znasz? Jak można było zaprosić do pisania tekstów Pawła Dunina-Wąsowicza? Przecież to obleśne i żadna kobieta nie powinna się do tego posuwać. Dlaczego tak mało instrumentalnej naiwności? Tych outr, które przecież wszystkim super gra się po pijaku i nie trzeba wiedzieć co to gitara. Co z polskim Electrelane? Może i nie jestem gentlemanem w tym momencie, ale kręcę nosem i to nie zawoalowanie. Skąd ta śmiałość niby w parciu pod prąd savoir-vivre'u? Wszyscy byli przygotowani na tę śmierć, nie zaprosiliśmy księdza, dlatego wszystko stało się tak szybko i nie ma już o czym rozmawiać, co wspominać.

Tyondai Braxton
Central Market
2009, Warp


Jako mistrz cierpliwej kontemplacji potrafię znieść wiele, ale Central Market to już skomasowana porcja kryptonu. Nie polubiłem Battles, nienawidzę Brakstona. Wszystko, czego w muzyce nie cierpię jest tutaj: radość, orkiestra, formalizm, sterylność, defibrylujący i deflorujący sam siebie intelektualizm, ciążenie ku syntezie masy przaśnych gówien w dział Ikei z wyposażeniem gabinetów stomatologicznych. W Człowieku demolce Stallone trafia do przyszłości i odwiedza kibel. Odkrywa, że nie ma w nim papieru tylko jakieś pastelowe muszelki, których zastosowania nie potrafi rozgryźć. Ilekroć mam do czynienia z taką płytą czuję się podobnie. Rozumiem kształt, domyślam się celu i akceptuję jego ewentualny brak, ale nie potrafię się z tym wszystkim zgodzić na gruncie filozofii: nadawanie papierowi toaletowemu nowej formy jest tylko pełnym hipokryzji wciskaniem pauzy w jedynym dążeniu, które naprawdę powinno nas interesować: wyeliminowaniu samego srania.

środa, 7 stycznia 2009

Max Richter - 24 Postcards In Full Color

Max Richter
24 Postcards In Full Color
2008, FatCat



5.0




Konstantynopolitańczykiewiczówianeczka. Ludzie lubią mówić, że niektórych słów nie da się wymówić dziesięć razy pod rząd, że język to tajemnica a niektórych rzeczy lepiej nie ruszać. Zawsze jednak lepiej jest ruszać, więc wyobraźmy sobie dwóch panów: Kiewicza i Wianeczka. Kiewicz jest męskim stripteaserem występującym w znanym klubie Konstantynopol, który należy do pana Wianeczka. Kiewicz zdobywa sobie dość szybko renomę + rozgłos, a jego cykliczne występy zapełniają imprezownię po brzegi. Fani i fanki ukuwają na pierwszą rocznicę jego sukcesu hasło reklamowe w formie toastu, które wyśpiewują wspólnie podczas jubileuszowego show: Konstantynopol! i tańczy Kiewicz u Wianeczka!

Rozłożony na dowolnie obrane części składowe, zbiór pocztówek Richtera łamie se
kręgosłup pod ciężarem banalności. Już i tak ledwo udało mu się domknąć walizki, w których wyniósł materiał od innych twórców. Faktycznie przyjemnie się przy tym zasypia, ale może to być po prostu odurzenie oczywistością: czyste piano od Eluvium (powiedzmy Accidental Memory In the Case of Death lub When I Live by the Garden And the Sea), procesowane piano od Sylvaina Chaveau (równie ulotne, acz chropawe S), smyki od np. Bersarin Quartet (zeszłoroczne s/t mogło już zdążyć zainspirować, ten sam kraj, że już nie będę hipotetyzował na temat klasycznego wykształcenia muzycznego Richtera), a potencjalnych źródeł repetowanego poszumu taśmy magnetofonowej nawet nie warto wymieniać (te głośniejsze, bardziej drażniące i anektujące przestrzeń utworu to niemalże sample z Höstluft Library Tapes). Kilka odważniejszych zastosowań elektroniki (jedno z ciekawszych na płycie A Sudden Manhattan of the Mind) i gitary (potencjalnie najlepsze, gdyby nie ucięte, Tokumarowskie In Lousville at 7) odświeża trochę tę kompilację epigońskich motywów.

Być może nawet takich bardziej interesujących momentów byłoby na nowym albumie Richtera więcej, ale prawie wszystkie kawałki są nieuzasadnienie przerywane tuż przed zadomowieniem się w odbiorcy. Zastanawia brak utworów w stylu Shadow Journal lub The Trees (z Blue Notebook), które, przekraczając 7 minut, udawało się przecież bezboleśnie prowadzić i nimi właśnie ogarniać najbardziej. W takich sytuacjach podejrzewa się obecność jakiegoś konceptu, który wprowadzić ma neopoważkę i z założenia wymagający skupienia ambient, w świat kurczącego się czasu, singli puszczanych z komórek jako dzwonki o wyjebanej jakości etc., szczególnie, że tytuły wszystkich utworów to nazwy geograficzne. Poza tym, że BYŁO! wiadomym jest przede wszystkim, że miejsca zwiedzane w biegu to nie miejsca, tylko zdjęcia, na których nie ma nas nas nas, więc przelatuje się je bez zaangażowania. Ogólna wrażliwość nastawiona na Stinę Nordenstam dookreśla ostatecznie target tej tak łatwo pięknej płyty.


całość oficjalnie on-line