piątek, 24 lipca 2009

Mt. Eerie - Wind's Poem

Mt. Eerie
Wind's Poem

2009,
PWE&SUN



7.0



For Wind's Poem by Mount Eerie, Phil Elverum spent almost two years out behind the house, at the edge of the woods, listening into the night and finding these words. Songs of impermanence, dark change, destruction, temporary blossoming, mortality, and an immense river of air tearing through the world make up the 3rd official album by Mount Eerie.

Elverum poszedł więc w emo kotłujące się w zażyłej konfraterii ze swymi poprzednimi niepełnymi inkarnacjami. Jest Maynard (wokal The Hidden Stone = Lateralus), jest Yorke (płytkie ambientowe fragmenty = Treefingers, wątki katastroficzne wysnuwane z naturalnej scenerii = Eraser), a są nawet momenty pozwalające wierzyć, że sympatyzowanie z black-metalem facet potraktował serio; w równych bowiem odstępach czasu stają przed oczami wskrzeszony The Crow i kolesie z Kiss, w oprawie na tyle zaktualizowanej, że umożliwia co bardziej zbrzydzonym mówić o ciężkim shoegazie i rzeczach typu Have a Nice Life (Wind's Dark Poem, Wind Speaks).

Łatwą opcją dla piszącego o nowym Mt. Eerie jest poczekanie do jesieni i pisanie z pozycji powierzchownie odpowiednich nastroju i aury za oknem. Mam jednak to męczące szczęście, że nie sypiam jednej losowej nocy w tygodniu, a w okresach gorąca częstotliwość ta jeszcze się zwiększa. Jest więc trochę bonusowego czasu. W takiej sytuacji można kupić sobie parę browarów i wyjść koło drugiej w wietrzną letnią noc żeby, samemu trzymając się w świetle, poobserwować ciemność roztoczoną nad jakimś polem czy wzdłuż lasu. Muzyka na wietrze brzmi inaczej, powietrze przenosi część drgań membran głośników. Stąd dźwięki słyszanego z oddali koncertu zawsze brzmią jak wabiąca ku sobie E. Fraser podstawiona miast Króla Olch. Bierzemy więc duże słuchawki, podkręcamy głośność, kładziemy obok i z kolejnymi jednostkami alkoholu, wzbierającą nocą oraz ego podkręcanym przez bezsenną samotność, Wind's Poem podskakuje spokojnie do 8.0. Biznes jest taki, że albo słuchacie zawsze w ten sposób i macie jedną z najlepszych płyt roku albo jesteście normalni i macie tylko dobrą.

Spontaniczny, wyluzowany odbiór uniemożliwia bowiem pominięcie wad. Wśród mniej uchwytnych uchybień (producenckich?), są poważniejsze jak np. wzmiankowana już rażąca płytkość rozwlekłych ambientowych fragmentów. Podobnie jak Treefingers skutecznie obniżało ostateczną wartość Kid A jako albumu, tak i tutaj Through the Trees może mniej wytrwałych i, co ważniejsze - mniej ufnych w postać Elveruma, zniechęcić do całej płyty. Jedenaście i pół minuty niepotrzebnego pierdzenia na organach w roli drugiego dopiero utworu to samobójcze zagranie w dzisiejszych czasach i nie byłoby promyka nadziei, gdyby nie parę następujących po sobie przebłysków radości. Jedną z takich czarownych chwil jest Wind Speaks, spokojnie konkurująca z kilkoma innymi tegorocznymi kawałkami budzącymi dreszczyk i obdarzonymi delikatnym piętnem przypadkowości. Dalej: druga połowa The Mouth of Sky, kiedy to z nudnawego hałasu wyłania się obciążony melodyjnością drone, dokładnie taki o jakim marzy każdy biorący się za takie granie. Później dość ciekawe w kontekście dotychczasowego skupienia Elveruma na doom-folkowej topice, żywsze, niemal skoczne Between Two Mysteries i Ancient Questions (przekorna swawola So here I am otwierającego jeden z wersów!).

I tak dalej. Warto wspomnieć jeszcze, że jest to chyba pierwsze wydawnictwo w tym roku, na którym liczą się liryki - skompresowane, ale chwytliwe na tyle, na ile to możliwe, gdy tematyka oscyluje uparcie wokół przemijania, metaforyki mgieł nocnych i ludzkich relacji z naturą. No i atmosfera tajemnicy, której również brak kolejnym królom wakacji. Odczuwalna monotonia, braki w wyważaniu proporcji, zbyt pobłażliwa selekcja materiału sprawiają jednak, że pozostaje to album ograniczony do opiewania pewnej scenerii, którą miało się już po części okazję poznać za sprawą wcześniejszych odsłon projektu. Metalowe dodatki urozmaicają odbiór na krótko, czym dobitnie podkreślają, że, być może, boryka się Elverum z tym samym syndromem co Tarantino - twórcy, który nie potrafi dotrzeć do nowego obszaru zainteresowań i ciągnie tematy z solidnie już zamrożonej puli.

sobota, 18 lipca 2009

Girl With the Gun - Girl With the Gun, Sore Eros - Second Chants


Girl With the Gun
Girl With the Gun

2009, ???


5.1



Brakuje w tym niemal anonimowym dziełku tytułowych dziewczyny i desert eagle'a, ale jasnym jest, że są tylko zmyłką mająca przydać ze wszech miar przyjacielskiej płycie odrobinę nośnej powierzchownej agresji i erotyzmu. To powinno być odkrycie kogoś z Uwolnij Muzykę, kogoś, kto swobodnie przecenił by wartość płyty i sprzedał ją tym, którzy nadal wymieniają Saint Etienne i Belle&Sebastian w dziesiątce najlepszych zespołów ever. Posłusznie poznali Reindeer Section oraz Hope Sandoval, z uporem pozostają pełni sympatii dla Múm, a obecnie z lubością akceptują God Help the Girl oraz większość natchnionego damskiego folku. Niektórzy z nich słyszeli o Siddal i pamiętają szczytowe momenty James. Sporadycznie wracają jeszcze do Placebo żeby łatwiej przełknąć zakradające się do akustyków electro i móc razem z resztą modniaszek słuchać Florence And the Machine i postrzegać jako niezobowiązujący przełom wypłynięcie takich projektów jak The Bird And the Bee oraz Au Revoir Simone. Clap Your Hands Say Yeah i I'm From Barcelona jakoś wyblakły im z czasem na rzecz żywszych dance-punków i Roisin Murphy. Gdyby Rojek wiedział, że jest coś takiego jak Girl With the Gun zaprosiłby to na OFFa.

download

Sore Eros
Second Chants

2009, ShdwPly Records



5.7



Chciałem napisać poemat tragironiczny, którego sugestywna wymowa wytknęłaby raz na zawsze błędy wszystkim ludziom próbującym za pomocą li tylko wzmożonego użycia dystorcji i usilnej identyfikacji z obowiązkową neo-psychodelią przepchnąć się na Parnas muzyków sprzedających swoje albumy w Empikach i Kolporterach. Zamiast jednak zgrzytać zębami nad szarlatanerią uosobioną w Navigatorze, Crepuscule With Pacman oraz Wavves, stwierdziłem, że produktywniej będzie napomknąć o tej tutaj skromnej płycie, która nie doczeka się prawdopodobnie należnej jej sympatii.



Sore Eros, zależnie od utworu - mniej lub bardziej ostrożnie, włącza standardy lo-fi oraz shogaze/noise do sypialnianego popiku. Daje się odczuć, że ten ostatni to naddatek, swoją melodyjną obecnością wyrażający chęć uprzystępnienia wcześniejszych, zgrzytliwych zapewne i denerwujących, nagrań, które szczęśliwie nie ujrzały światła dziennego. Bezpretensjonalne w równym stopniu co Girl With the Gun, choć o wiele bardziej brudne i przez swój liryzm usiłujące przedstawiać się jako silnie doświadczone przez los, Second Chants łatwo porównać do twórczości Benoit Pioularda. W obu przypadkach chropawość i fragmentaryczność mogą być bez problemu uznane za uczciwe wyznanie wierności jakiejś poetyce, a nie za pozerstwo na experimental czy chęć dostąpienia awangardy przez bezmyślne utrudnianie odbioru.
Lekka, piosenkowa przystawka do nowego Mt. Eerie.

myspace

czwartek, 9 lipca 2009

Sir Richard Bishop - The Freak of Araby

Sir Richard Bishop
The Freak of Araby

2009, Drag City



3.7


W jednej ze swojej książek Bukowski wspomina o miejscu, w którym mylono Byrona z Lawrencem z Arabii i Richard Bishop musiał chyba
nie raz wizytować tę lokację. Tanie wirtuozerskie sztuczki jakie wyczynia ze swoją gitarą z rzadka dają radę przywoływać klimat orientalnych eskapad i bezkompromisowej żądzy przygód Lorda. Imaginacja jest więc w odwrocie, co wydaje się być tendencją-kluczem dla większości nieźle zapowiadających się tegorocznych albumów. Wystarczyło pójść np. w trochę pretensjonalne, ale pociągające, arystokratyczne zadufanie światowca starającego się uwiecznić swoje wojaże. A tu karygodny brak opiatów, hurys odzianych jedynie w chwiejne światło mięsiście wykrojonych klejnotów, za mało też cudów architektonicznych i egzotyki ujmowanej w karby stoickiej blazy Europejczyka. Sir - to powinno być słychać, dawać się odczuć w barokowych formach, rozlewiskach dystynkcji.

Na koniec ziarno prawdy: NIE BYŁO JAK. Bishop jest w połowie Libańczykiem, a większość melodii wygrywanych tu przez niego to covery tradycyjnych hymnów Środkowego Wschodu, które poznał jeszcze jako
wychowujący się na przedmieściach Detroit dzieciak za sprawą dziadkowego kartonu pełnego beduińskich kaset. Zamiast ufać krwi i przekazom przodków, było wybrać marzenie, fikcję symboli i metafor, bo jeśli chodzi o realizm i etnografię mamy Internet, foldery biur podróży, składanki z muzyką najdziwniejszych kultur, a styk jest coraz rzadszy właśnie z treścią oraz kreatywnymi produktami wyobraźni i Bishop za sprawą The Freak of Araby staje się tej próżni cząstką, co wiecznie sławy pragnąc wiecznie chuj osiąga.

myspace

niedziela, 5 lipca 2009

City Center - City Center

City Center
City Center

2009, Type


4.2


Samplin-plin-pling i loop-loop-plum-stacja replikują tu w masach opływowych egzemplarzy nieprzewidywalne poruszenia ławic półprzezroczystych rybek hodowanych w hotelowych loggiach. Ruchliwe lush-gazowe miniaturki stanowią coś około połowy zawartości
gorącej ambientowej miazmy i działają orzeźwiająco jak wstrząs towarzyszący cichutkiemu chrupnięciu rozdeptanego szkła kontaktowego. Niewiele, ale jakoś trudno to finezyjne doznanie porzucić.

I gdyby nie było drugiej połowy Arkadia by trwała - kolorowo i lekko. Nikła przejrzystość zgrupowanych obok siebie późniejszych utworów, szorstkawych, pijaniusieńko nieskoordynowanych, steruje jednak gładki odbiór ku dyspucie z krnąbrnym żurem opowiadającym gdzieś w czasoprzestrzeni oczekiwania na nocny historię swego znamienitego rodu. Uparcie próbuje się tu stworzyć jeszcze bardziej niszową konkurencję dla już wystarczająco niszowego Lotus Plaza i dla coraz mniej niszowych dziełek Aveya i Pandy. Rozemglony do ambientowości, sypialniany shoegaze zostaje więc nieszczęśliwie pokryty psych-popowymi następcami zachęcająco zatytułowanego siódmego utworu (You Are A Force), a po koślawym Young Diamond można już wyłączyć.

Dla pobocznych projektów, dla twórców mających zamiar uwolnić pociągający temat i poświęcić dla obrazowości regułki formalne, dla chcących w efekcie eksperymentu zadać sercom czarną strzałę redefinicji, upragnionym hamulcem jest przedział czasowy EPki. Jakoś od 15 do 25 minut. Najwyżej tyle, co, wydłużony dobrotliwie o 2 minutki, świąteczny odcinek kreskówki. City Center produkuje się przez minut ponad 40, poświęcając ostatni kwadrans na skuteczne zamazanie dobrego pierwszego wrażenia. Randka idzie świetnie, aż podchmielona dziewczyna informuje, że ma czarny pas i w jednostronnie wyluzowanej atmosferze, przy jednostronnym braku zadyszki, pokazuje ci parę chwytów, których bolesne efekty dzielisz z murem, krzesłem, stołem bilardowym. Jeśli w czas dasz dyla jednak - warto chyba.

myspace - całość do przesłuchania, w playerze kolejność z tracklisty

poniedziałek, 29 czerwca 2009

5.0's, pt 4

Mane, tekel, zjebane:

Junior Boys
Begone Dull Care

2009, Domino


Gdyby było tych kolesi więcej można by śmiało mówić o zespole jednej płyty. Być może nie ma większego sensu upatrywanie całości sukcesu Last Exit w bitach Darka, ale coś jest na rzeczy, bo robiąc sobie prezent z odrobiny szczerości, można z perspektywy czasu stwierdzić, iż osierocone przezeń So This Is Goodbye było jedynie przystanięciem w rozwoju dla przeglądu dostępnych opcji. Wybór padł na ścieżkę starożytnego mistrza Chu-Jozy. Monotonia i letniość Begone Dull Care sprawiają, że nawet na siłę trudno wynaleźć tu ów touch circa 2004, który z łatwością narzucił się najbardziej wytrwałym pokładom pamięci. To nie Junior Boys, a tylko smutnawe disco i klubowy miał do puszczenia w empiku.


Yppah
They Know What Ghosts Know

2009, Ninja Tune



To byłby hit, gdyby wcześniej nie było Salaryman, którzy z płyty na płytę wciskali sztylet coraz głębiej w plecy pełnego werwy instrumentalu. Na ten moment tego typu grania *nie ma*, nawet, jeśli jest tworzone jako opracowanie kolejnego genre w ramach czyjegoś osobistego hobby (w 2006 na You Are Beautiful At All Times Yppah referował okolice instrumentalnego hip-hopu i break-beatu). Koleś na pewno dobrze się bawił, poznał kawałek historii muzyki mniej i bardziej popularnej, przekopał się przez masę fascynujących płyt funkcjonujących jako zapomniane kamienie milowe najbardziej aktualnych obecnie stylistyk. Ale nie wiem, co niby jest tu przeznaczone dla mnie: jakaś autotematyczna refleksja nad możliwymi motywacjami tworzenia czy bryk z kanonu najlepszych zagrywek w fuzji elektronika-gitary ostatnich lat? Jedyne co cieszy to niezły kant: do bólu formalistyczne gówno bez jednego zająknięcia się w temacie neo-poważki.


Julianna Barwick
Florine EP
2009, eMusic Selects



Piękny damski wokal, zapętlony w hipnotyczne, syrenie harmonie, sam jeden zapełnia krótką, efemeryczną płytę idealną do ukołysania do snu. Jeżeli jesteś kimś, kto lubi piękny damski wokal, zapętlony w hipnotyczne, syrenie harmonie, który sam jeden zapełnia krótką, efemeryczną płytę idealną do ukołysania do snu, to na pewno Florine zadowoli cię i powodzenia. Jeżeli jednak twoje koleżanki już wystarczająco dużo zawodzą, szybko będziesz miał dość tej EPki, poręcznej, ale zawierającej piękny, zapętlony w hipnotyczne, syrenie harmonie damski wokal, który sam jeden zapełnia krótką, efemeryczną płytę idealną do ukołysania do snu.

poniedziałek, 22 czerwca 2009

Candy Claws - In the Dream of the Sea Life

Candy Claws
In the Dream of the Sea Life

2009,
Act So Big Forest/Indiecater



8.2



Muzyce nie wystarcza tworzywa, aby być naprawdę plastyczną. To nieosiągalny ideał i można nań dźwięk jedynie stylizować. Iluzja zyskuje sporo na sile dzięki symbolom. W przypadku Candy Claws, warstwy białego szumu, przewalające się lubieżnie po gładkich podkładach, to oczywiście znak na lato, nagrzane godziny lipcowych dni, kiedy wszystko jest prześwietlone i jawnie śni o obezwładnieniu pożądaniem. Zbyt statyczna forma pod taką treść? Ok: odpowiednie zagęszczenie i dynamizacja do shoegaze'u, ruchliwego, kapryśnego i bardziej ekshibicjonistycznego niż z zasady introspektywny ambient. Wokal rozwichrzony aż do niezrozumiałości to znak na niewystarczającą moc opisową języka, upokorzonego przez niewyrażalną tajemnicę morza tak dobitnie, że musi współpracować z bulgoczącą, onomatopeiczną elektroniką opartą na mimetycznym naśladownictwie wodnego mikrokosmosu.

To wszystko w książce, którą Candy Claws się inspirowali: Morze wokół nas Rachel Louise Carson. Z tymże jest to pozycja raczej niezbyt przygodowa, a bardziej relacyjna, paranaukowa (część serii Rodowody cywilizacji). Nudy, a więc już warto kłamać i nałożyć na ocean trochę balearycznej rozkoszy (z upływem płyty coraz bardziej zawiesistej). Z tych cech, inspiracji i przynależności gatunkowych, wyłania się idealna pozycja na lato: impresjonistyczna błyskotka nawiązująca do tak mocarnych albumów jak Endless Summer czy Tropism, ale przystępna jednocześnie dla sympatyków Pains of Being Pure at Heart i innych, wysoce estetycznych hedonizmów. Rzadko kiedy słyszy się takie nastawienie na ewokatywność, że pociąga ono za sobą rezygnację z czystości brzmienia. Niekiedy materiału wydarza się tutaj za dużo, ścieżki ścierają się ze sobą, a wokale bywają spychane do offu przez samą ideę słodkiego sztormu. Potrzeba wykreowania obrazu niejednokrotnie zaważyła ujemnie na formalnej stronie dzieła, co ludzkość dzieli z muzyką bez mrugnięcia okiem.

myspace

sobota, 20 czerwca 2009

Sunset Rubdown - Dragonslayer

Sunset Rubdown
Dragonslayer

2009, Jagjaguwar



5.4



Gdybym kiedyś zapodał takie czary jak przedział 02:40-03:10!-03-25 Silver Moons, zapewne też nie powstrzymałbym się od spożytkowania tego jako wizytówki. Fascynacja openerem wpływa ujemnie na odbiór pozostałych kawałków, operujących już bardziej standardowym indie-rockowym song-writingiem, ale trzeba przyznać, że cierpliwie obcując z całością, można uznać ją za grower wymagający uleżenia się. Idealnie dopasowane tonacją damskie wsparcie (Camilla Wynn Ingr) dla wokalu Kruga jest tutaj na pewno kartą przetargową umożliwiającą przełknięcie charakterystycznej maniery człowieka dzielącego swój czas między SR a Wolf Parade.

ALE: od niedocenionego, bo wydanego o półtora roku za wcześnie, Random Spirit Lover, trochę się SR odwrócili od rzygania flakami i teleportacji w środek ogniska rozpalonego przez Flaming Lips, co niestety = deficytowi dziwnego, tajemniczego piękna. Jest go na Dragonslayer mniej, ubranego w przymałe dlań ciuszki interpolowej poetyki. Niezaprzeczalnie solidne Idiot Heart czy Black Swan wprowadzają jeszcze trudne do rozstrzygnięcia igranie z konwencjami, ale takie Apollo And the Buffalo And Anna Anna Anna Oh! wzbogaca zbędnie repetowane skandowanie jedynie solówką słabo stylizowaną na kiczowatą, rockową balladę. Równie zabawnie brzmi tu wokal Camilli, z trudem, jakby z obowiązku, wpasowanej w ciasną i płaską, jak przenośny wymiar, przestrzeń tego kawałka-wpadki.

SR odstręczają tak samo jak Of Montreal: drażniąc nawarstwianiem w piosenkach kolejnych kubistycznych konturów *czegoś tak bardzo Innego*. Przykładem ponad dziesięciominutowy closer Dragonslayera, operujący większością dostępnych gitarowej muzyce sposobów ekspresji. Obsesyjny, bliski słowotoku eklektyzm stawia obok siebie nie tylko skrajnie różne genres, ale przede wszystkim dramatycznie słabe dłużyzny obok sekund maksymalnej charyzmy. Atakowany nieuzasadnionym chaosem song-writing udaje się w ostatniej chwili ratować czymś lo-fi, czymś barwnym i ciepłym, jakby wyrwanym z '60 czy '70. Melodie zachowują old-schoolowo art-rockowy charakter: przeciągane z lekka, balansują na granicy estetycznej ekonomii. Teksty zasługują czasami na miano literackich, mimo iż przywołują zazwyczaj jedynie którąś wersję topiki Szkoły uczuć. Sumując: bardzo dziwny, miejscami nie do zdzierżenia, broniący się przebłyskami geniuszu, bliźniak niemal równolegle wydanego Bitte Orca Dirty Projectors.

wtorek, 9 czerwca 2009

Balmorhea - All Is Wild, All Is Silent

Balmorhea
All Is Wild, All Is Silent

2009, Western Vinyl


4.
7


Można przeczytać sobie w Internecie, że najnowsza Balmorhea to już naprawdę wszystko, czego dokonać można w muzyce instrumentalnej opartej na post-rocku. Eee-e, ale ciepło jest, spocić się źle, więc jakieś randomowe kwestie i fajrant, na lody:
  • Na przynależność do post-rocka wskazują orkiestracje i przechodzenie od ciszy do pełnego rozbrzmienia, ale całe to wielkie instrumentarium wydaje się tu być na usługach ideałów folku, szczególnie tego wywiedzionego z Ameryki Południowej i Środkowej. Rejony gorące, parne, ale oglądane z chłodzącego oddalenia - np. z pokładu awionetki - przyciągają wzrok czarnymi krechami lasów namorzynowych.

  • Jeśli nieźle zapowiadający się pod względem epickości kawałek zostaje z nagła i na zawsze przerwany to jest to bardziej literacka fragmentaryczność niż konwencjonalne post-rockowe zejście do ciszy. Brak nawrotu do toku narracji, można interpretować w kontekście atmosfery jasnej aż do oniryzmu prześwietlenia, jako porzucenie notatki sporządzanej w dzienniku podróży na rzecz doznania kolejnej nadarzającej się atrakcji. Zdaje się jednak, że gdzieś już takiego porównania/usprawiedliwienia użyłem. A przede mną ktoś inny. I po mnie ktoś.
  • Czy to Banco de Gaia i tegoż chorobliwie monumentalne zapisy przemieszczania się? Raczej nie - jest bardziej przystępnie, bardziej po dzisiejszemu. W składzie poszerzonym o trzy osoby Balmorhea mogą swobodnie cytować masterów z Tuatary, nawiązywać do Morricone z Misji czy arcydziełek iberoamerykańskiego realizmu magicznego (z racji tropikalnej atmosfery; w momentach wokalizowanych dusznej aż do mistycyzmu), a być może także do Spokes dla przetestowania czy zamknięcie eposu w 2-3 minutach kartkowania rzeczywiście odświeży formułę.
Można by dłużej, ale piwo się chłodzi to nie ma co bredzić, szczególnie, że mamy do czynienia z płytą po prostu: nietuzinkowo przyjemną (łatwą), bezkonfliktową (nic nie wnoszącą) i niezbyt żywotną. Z dotychczasowych pięciu przesłuchań, trzy pierwsze odbyłem taśmowo, bez żadnej przerwy: 1) przetwarzając materiał w pozycji lotosu, 2) paląc papierosa w wietrzne popołudnie na zieleniejącej równinie, 3) oglądając telewizję bez fonii. Jedna nota wyżej dla zmęczonych przesłuchiwaniem pojawiających się w odstępach tygodnia kolejnych epokowych dzieł - dla nich osobnym, silnie wartościującym atraktorem będzie tu bezpretensjonalność. Strzałka, kujony.