czwartek, 22 stycznia 2009

czwartek, 15 stycznia 2009

Psychic Ills - Mirror Eye

Psychic Ills
Mirror Eye
2009, Social Registry


6.4



Jako fana intr, outr, sound-checków i jamów cieszy mnie Mirror Eye. Radocha obcowania nie zmienia jednak, pomimo wielu starań, sytuacji zaistniałej już na Dins. Po prostu jasnym jest, że nie jest to granie zasługujące na wnikliwsze spojrzenie. Roztrząsanie mija się z celem szczególnie teraz, gdy wyraźne rozrzedzenie brzmienia zabrania wspominać o oczywistych w przypadku debiutu inspiracjach shoegazem spod znaku Spaceman 3.

Łatwo określić target tego albumu. Mirror Eye zrobi dobrze każdemu, kto:
- uważał Scab Dates za najciekawsze dokonanie Mars Volty, aż do momentu stwierdzenia, iż spory wycinek tego wydawnictwa to próżny jazgot,
- pamięta, że lubił Porcupine Tree w wydaniu Metanoia / Voyage 34: LSD Trip,

- jest rozczarowany, że praktycznie nikt nie docenił w swoich
zestawieniach rocznych Preteen Weaponry Oneidy,
- lubi egzotyczne, trochę etno-, klimaty, ale zignorował jakieś płyty nagrane przez Tuaregów jako już przesadnie folklorystyczne, zwracając się za to w stronę Pocahaunted lub Jessiki Bailiff, bo nie wstydzi się docenić dobrze zrealizowanego parcia na podręcznikową schizę w rytualnym otoczeniu (bębny łączone transowym basem + echotyczne, bliżej nie sprecyzowane quasimelorecytacje) + (bezsens, ale fragmenty openera, Mantis, przywołują aurę Amnesiaca).

Transowe, zadymione psychodelki to muzyka o jasno sprecyzowanym użytkowaniu, więc ładowanie do nich większej idei mija się z celem. Dlatego też przyjemne są jeszcze nienachalne elektroniczne dodatki trącące lekko Seefeel, ale przegięcia w rodzaju Sub Synth, kawałka będącego chyba zapisem wet dreams Schumachera, bezapelacyjnie odrzucają. Wyraźnie eksponowany w niektórych momentach, syntezator brzmi bowiem w rytualnej otoczce sztucznie i niepotrzebnie. Smuga ciągnie się spokojnie za odrzutowcem, a w dole szaman rzuca klątwę na włażącego w szkodę brontozaura, e-e.

Złoty środek objawia się w postaci centralnego mięśnia Mirror Eye: przestrzennego, lekko postapokaliptycznego I Take You As My Wife Again (intuicyjnie postrzegam kilka motywów tutaj jako dubowe, ale głównie dobre tło do gry w Stalkera). Jędrny instrumentalny trans z równie żywą elektroniką to związek dopuszczający wpadki wychwytane potem z miłym dreszczykiem podczas koncertów tego typu, a z bootlegów wycinane i eksploatowane jako sample przez myspace bandy legitymujące się etykietką experimental. Takie to zwyczaje kontynuuje się w sąsiadującym Fingernail Tea, uświadamiając jak niewiele i jak bardzo schematycznych patentów potrzeba, aby człowieka zaabsorbować. Czysta soma. Takie właśnie granie wydaje się być logicznym rozwinięciem poszukiwań rozpoczętych na debiucie. Mirror Eye nie jest już tak drażniąco gęste i monotonne jak Dins, a w sumie rzadko kiedy atmosferyczność tego albumu obraca się na brak uzasadnienia dla otwierających się tu i ówdzie luk w całościowej strukturze płyty.

Warto rozważyć ewentualność, że obok Spokes, nowe Psychic Ills, to jakieś kompendium motywów, podsumowanie ułatwiające grupie początkujących wniknięcie w temat. W wypadku Mirror Eye byłby to Zarys pół-improwizowanego psych-rocka z masą japońskich nazw w bibliografii i paroma przypisami odsyłającymi do takich punktów w historii jak My Life In the Bush of Ghosts Eno/Byrne'a lub Power Spot Jona Hassella (głównie analogie po stronie bębnienia). W obrębie tego genre chyba jednak za wcześnie jeszcze na wypisywanie PITów, co udowadnia rzadka konsystencja istotnej partii zawartego na Mirror Eye materiału.

myspace

środa, 7 stycznia 2009

Max Richter - 24 Postcards In Full Color

Max Richter
24 Postcards In Full Color
2008, FatCat



5.0




Konstantynopolitańczykiewiczówianeczka. Ludzie lubią mówić, że niektórych słów nie da się wymówić dziesięć razy pod rząd, że język to tajemnica a niektórych rzeczy lepiej nie ruszać. Zawsze jednak lepiej jest ruszać, więc wyobraźmy sobie dwóch panów: Kiewicza i Wianeczka. Kiewicz jest męskim stripteaserem występującym w znanym klubie Konstantynopol, który należy do pana Wianeczka. Kiewicz zdobywa sobie dość szybko renomę + rozgłos, a jego cykliczne występy zapełniają imprezownię po brzegi. Fani i fanki ukuwają na pierwszą rocznicę jego sukcesu hasło reklamowe w formie toastu, które wyśpiewują wspólnie podczas jubileuszowego show: Konstantynopol! i tańczy Kiewicz u Wianeczka!

Rozłożony na dowolnie obrane części składowe, zbiór pocztówek Richtera łamie se
kręgosłup pod ciężarem banalności. Już i tak ledwo udało mu się domknąć walizki, w których wyniósł materiał od innych twórców. Faktycznie przyjemnie się przy tym zasypia, ale może to być po prostu odurzenie oczywistością: czyste piano od Eluvium (powiedzmy Accidental Memory In the Case of Death lub When I Live by the Garden And the Sea), procesowane piano od Sylvaina Chaveau (równie ulotne, acz chropawe S), smyki od np. Bersarin Quartet (zeszłoroczne s/t mogło już zdążyć zainspirować, ten sam kraj, że już nie będę hipotetyzował na temat klasycznego wykształcenia muzycznego Richtera), a potencjalnych źródeł repetowanego poszumu taśmy magnetofonowej nawet nie warto wymieniać (te głośniejsze, bardziej drażniące i anektujące przestrzeń utworu to niemalże sample z Höstluft Library Tapes). Kilka odważniejszych zastosowań elektroniki (jedno z ciekawszych na płycie A Sudden Manhattan of the Mind) i gitary (potencjalnie najlepsze, gdyby nie ucięte, Tokumarowskie In Lousville at 7) odświeża trochę tę kompilację epigońskich motywów.

Być może nawet takich bardziej interesujących momentów byłoby na nowym albumie Richtera więcej, ale prawie wszystkie kawałki są nieuzasadnienie przerywane tuż przed zadomowieniem się w odbiorcy. Zastanawia brak utworów w stylu Shadow Journal lub The Trees (z Blue Notebook), które, przekraczając 7 minut, udawało się przecież bezboleśnie prowadzić i nimi właśnie ogarniać najbardziej. W takich sytuacjach podejrzewa się obecność jakiegoś konceptu, który wprowadzić ma neopoważkę i z założenia wymagający skupienia ambient, w świat kurczącego się czasu, singli puszczanych z komórek jako dzwonki o wyjebanej jakości etc., szczególnie, że tytuły wszystkich utworów to nazwy geograficzne. Poza tym, że BYŁO! wiadomym jest przede wszystkim, że miejsca zwiedzane w biegu to nie miejsca, tylko zdjęcia, na których nie ma nas nas nas, więc przelatuje się je bez zaangażowania. Ogólna wrażliwość nastawiona na Stinę Nordenstam dookreśla ostatecznie target tej tak łatwo pięknej płyty.


całość oficjalnie on-line

poniedziałek, 5 stycznia 2009

Sian Alice Group - 59.59

Sian Alice Group
59.59
2008, Social Registry



5.6



- Nie kłopocz się o naszą zapłatę, dobry człowieku. Jużci może złotem nie sypiemy, ale wiedźmę utłuczemy jakeśmy przyrzekli - rzekł Don Kichot do skrzywionego gnuśnie karczmarza, czemu zawtórował zaraz Sancho Pansa uznając w takich sytuacjach szczęśliwą gwiazdę swego pana za snadnie oddaloną od iluzji:
- Spójrz no, obwiesiu, jak napełniłeś brzuchy bohaterów, którzy oczyszczają włości twe od tałatajstwa! Czegoś tak nos swój kwincie w alfonsiadę oddał? - zaśmiał się szyderczo.
Poprawił jedyny popręg, który dzielony między Rozynanda i osiołka dzisiaj przypadał wierzchowcowi Sancza, i puścili się w drogę, Don Kichot pobrzękując żelastwem, a dzielny jego giermek czyniąc nie mniejszy raban puszczonymi samopas wodzami wyobraźni.

Pod wieczór dnia następnego, znużeni i ospali, z minuty na minutę tracili nadzieję na przytulny kąt.
- Dalibóg, panie, choć w zbroi tej jak mocarny wyglądasz pyszałek, kości swe złożysz dziś na gołej glebie... - stwierdził Sanczo Pansa obrażony lekko na sprawiedliwość, która przyznała tego dnia popręg Rozynandowi. Jednakże, kiedy tylko wypowiedział te słowa, nikłe światełko oblało dwóch wędrowców ciepłą falą. Mijali właśnie niewielki domek ulokowany przytulnie między dwoma potężnymi dębami. Chatka przycupnęła w wijących się konarach gigantów, które maskowały ją przed wzrokiem ciekawskich, chyba że zbliżyli się przypadkiem tak bardzo jak nasi błędni herosi.
Bez słowa Don Kichot zsiadł z konia i mocno dzierżąc płochliwe zwierzę za uzdę, zastukał w rosochate, nieheblowane drzwiczki.

- A kogóż niesie w noc tak głęboką? - ozwał się we wnętrzu słodki głos. Po chwili drzwi otworzyły się ukazując oczom podróżnych cudnej urody dziewczynę. Stojąc w swobodnie teraz płynącej strudze światła wydała się Sanczo Pansie wierutnym cudem. Giermek przeżegnał się i szepnął:
- Aliści...
- Nie słuchaj tego głupca, pani! Nie liści szukamy, boć tych pod dostatkiem twoi sąsiedzi oferować nam mogą, ale strawy i spoczynku - z uszanowaniem okpił swego giermka rycerz-pozornie-tylko-wyzbyty-poczucia-ironii.
- Zali! - poprawił się szybko Sanczo - Z oczy jej skry niczym zorza na tafle lodowców padają na alabastrowe policzki!
Dama śmiejąc się z niezręcznego komplementu wpuściła wędrowców do środka i ugościła ich czym chata bogata.

Nasyceni wędrowcy rozparli się przy stole i rozochoceni wybornym kuperwasem z radością przystali na propozycję gospodyni. Zaoferowała się ukoić skołatane nerwy pielgrzymów grą na swoim teorbanie. Chwyciła więc instrument i poczęła wygrywać dźwięki, którym rycerz i giermek przysłuchiwali się początkowo bez zbytniego zaangażowania, z czasem jednak coraz bardziej marszcząc w skupieniu czoła.
- Twoja gra przypomina mi muzykę, którą słyszałem już gdzieś indziej, pani... - mruknął Don Kichot.
- Panie mój! Czy to... czy to nie wtedy gdyśmy usiekli tę skośnooką wiedźmę? - wtrącił Sanczo.
- Mówisz o Kazu Makino, mój chłopcze. Nie - pokręcił głową zamyślony rycerz - Piękniejsza ta tutaj od Japonki z Blonde Redhead, choć melodie mniej chłonne. Poza tym nie posądzaj o czary tej grzecznej panienki!
Sanczo Pansa stęknął pod sójką zapodaną mu przez Don Kichota, a nieznajoma uśmiechem powitała komplement co do swej urody, ale nie przerwała gry, która zaczęła na nowo zajmować jej gości.
- Panie, wybacz mi, ale gdy śpiewać przestała jako żywo na pamięć mi spadła ta inna...
- Jaka znowu, głupcze małej wiary?
- Toć Elizabeth Hart z... z... - szepnął cichutko giermek, lecz zasłonić się musiał przed kolejnym ciosem.
- I od niej piękniejsza, choć przecie od Dulcynei nie bardziej - zawołał Don Kichot gniotąc w dłoni wstążkę od pani swego serca - Wybacz mi kułak ten, chłopcze, siła nawyku go niosła, bo niesforne z ciebie zwierzę, lecz teraz masz rację... Niczym Psychic Ills brzmi, z którą to bandą wiedźma trzymała!
- Mówiłem ci, panie... Nie daj zwieść się nawet tym jazzującym załomom! Przecie tego nie może produkować jeno taki teorban, za tym stać musi nieczysta, zbrodnicza moc...
Bez słowa Don Kichot chwycił za miecz i nim zatopiona w swojej wrażliwej muzyce Sian Alice mrugnąć zdążyła, potężne ostrze przecięło w pół jej instrument. Ostatni dźwięk poraził uszy zebranych zgrzytliwym, niby glitch lub niewprawnie prowadzony drone, jękiem. Wiedźma, bo o niej to wczoraj nadmienił był karczmarz, skrzywiła się ohydnie i mieniwszy w pluszowego kaczorka swe kształty rzuciła się do ucieczki. Tuż przy drzwiach dosięgło ją pudowe żelastwo rycerza. Oszołomieni wojownicy stracili się na chwilę z oczu w zamieci karminowych konfetti, w którą rozprysło się ciało czarodziejki.

- I czegóż brakło, mój panie, jej melodiom, żeśmy się zaczarować nie dali? - spytał rano zadowolony z rzezi i ocalonej skóry Sanczo Pansa.
- Zauważ, giermku, iż za bardzo kluczyła widząc w nas wprawnych w boju wagabundów! Ilekroć nas szorstkim riffem a la PJ ująć chciała, pochopnie z drugiego końca materii wątek podjęła i w trans wbić chciała improwizowaną psychodelią. Brak konsekwencji ją ubódł, nie miecz mój, Sanczo.
- Mądryś, rycerzu, choć na fantazji zbyło ci niejednokrotnie...
- Nie kręć nosem na mnie, sługo, lecz pomnij co bardziej anielskie jej pienia! Jak to choćby, od którego zaczęła mamienie, ech... - westchnął Don Kichot i zamilkł do południa. Choć zbroja pobrzękiwała jak zawsze, a rumaki rżały swawolnie, w jego uszach pobrzmiewał jeszcze dźwięk dzikiego, pełnego mocy pianina, które chwilami imitowała Sian Alice. Pokiwał w zadumie głową nad mocnym jej atutem: otóż wycofać się ze swą pieśnią umiała jak w raz, by dać pole melodii, z rzadka przecież wionącej agresją przyrodzonej
wiedźmie wykarmionej pewnie przez wilczycę.
- Nie dręcz się, wielki rycerzu - rzekł spokojnie Sanczo Pansa - Na szczęście wątpliwe, aby zaśpiewała jeszcze, więc i w pomrokach pamięci się rozpłynie.
Tu splunął.
- Nie może to być, Sanczo. Choć do Dulcynei nigdy się równać nie może, przecie uczczę jej urodę i granie kilkoma nieznacznymi wersami w epopei o mnie, którąć to dziś ci wyśpiewam przy wypasie.
Sanczo splunął raz drugi i jęknął trzymając się pod bok, lecz wiedza o tym, co na pewno go czeka dziś wieczór rozprężyła jego członki i uległ kojącemu kołysaniu osiołka niosącego go przez pustkowie.

poniedziałek, 29 grudnia 2008

2008


moje podsumowanie roku w płytach
dla serwisu nowamuzyka.pl
:



+
niewielki prezent na dobry przyszły rok;
pani tańczy grzecznie do seciku z takich tuzów jak
Chingy, !!!, The Do i Presley!





piątek, 26 grudnia 2008

Ballady i romanse - Ballady i romanse

Ballady i romanse (Siostry Wrońskie)
Ballady i romanse
2008, Raster


1.0




Nasiąknięcie zbawczo zaślepiającym klimatem Rastra i Lampy, których światło skutecznie rozprasza odbicie w lustrze, tak że klubowicze nie tracą czasu na potyczki z samoświadomością, sprawiło, że Ballady i romanse to idealny przykład na przysłowiowe babranie się w błotku koło śmietnika. Wąsy z piachu i peweksowy sweterek z rozpikselowanymi jelonkami to dla Wrońskich powód do dumy. Podobnie jak płyta, która powstała późnym latem 2008 roku, kiedy to Zuza wygnała swego faceta i dziecko na wieś, i w zamienionej na studio nagraniowe wielkiej kuchni w kamienicy przy ulicy Polnej w Warszawie razem z siostrą smażyła przez dwa tygodnie te piosenki.

Efekt jest porażający. Podchodząc do jakiejkolwiek nowej płyty ma się jakiś bagaż oczekiwań, poczynając od tego, że spodziewamy się muzyki w ogóle, a kończąc na tym, że będzie to muzyka bez dwóch zdań zajebista. Wygórowane nadzieje padają w pierwszej siostrzanej salwie. W każdej kolejnej uzbrajałem się coraz rozpaczliwiej: to musi być groteska, to taki zabieg świadomy. Potem, że infantylizm to też świadomie, żeby jaskrawo skontrastować feministyczne fragmenty tekstów. A kicz? Wrońskie wiedzą co to tandeta i nie boją się po nią sięgnąć, żeby osiągnąć rezultat po prostu olśniewający - chciałoby się napisać w lepszym świecie.

Oczekiwania zostają jednak zawężone i zabite bez mrugnięcia okiem. Pozbawiony złudzeń i dojmująco samotny, odbiorca obcuje ze szczególnym zabiegiem artystycznym: cepelią oksymoroniczną. O ile zwykła cepelia, jako wyroby rzemiosła osadzone w dawnej tradycji, może swoją kiczowatością bawić i uczyć, o tyle ta oksymoroniczna wprowadza jeno chaos: wytwarzana współcześnie, pozbawiona odniesień do folkloru, tradycji lub archeologii, nie znajduje usprawiedliwienia dla kiczu i otwarcie prze w brzydotę, owocując u końca procesu pustką po semantycznej implozji.

Brnie się przez Ballady jak przez wyzuty z literackości Mordor. Z jednej strony żenujące kiksy dźwiękowe (jak nie potrafisz grać, pierdolnij w miskę i powiemy, że tak miało być), z drugiej zaś potworna rzeczywistość przedstawiona liryków osadzonych w realiach peerelowskiego feminizmu, którego głównym postulatem wydaje się być znajdująca się już, już w zasięgu ręki opcja nie golenia nóg. Poruszane są na tej płycie także kwestie genderowe, dylematy romansowe i zwyczajne obrazki z życia, ale wszystkie w przaśnej, misiowatej manierze, którą zarażone zostają także wokale obu sióstr, nawet tej, która na co dzień śpiewa w Pustkach.

Na wielu rzeczy koniec czekam, bo koniec jest potrzebny. Doraźnie czekałem na koniec Ballad i występu live Wrońskich, który mógł ujść, jeśli wmówić sobie, że był happeningiem. Bardziej ogólnie czekam na polską płytę, która obdarzona byłaby jeśli nie autorskim pomysłem, to chociaż w miarę aktualnymi nawiązaniami do zjawisk (pop)kultury i sztuki. Siostry bez skrępowania śpiewają, że potrafią spieprzyć każdą sytuację, podczas gdy ten problem doczekał się już toastu i odsunięcia w cień wraz z wyjściem z mody neuroz Bridget Jones około 1998 roku, a Coco Rosie wbrew pozorom nie tylko stukały w garnki i płotek. Bo nie potrafisz się bawić, człowieku!, skontrują siostry. No nie, nie potrafię.

piątek, 19 grudnia 2008

Ulaan Khol - II

Ulaan Khol
II
2008, Soft Abuse


6.5


Biali nie potrafią skakać, geje pisać piosenek o rozstaniach i tak do nieskończoności. Jednak co znaczą ohydne stereotypy w świecie muzyki? Tutaj smutna piosenka nie musi wcale być powolna i zatęchła, a beztroska pełna słońca i przystępna. Seria trzech płytek z improwizowanymi jamami Ulaan Khol zaskakuje nośnymi, łatwymi do zapamiętania tytułami: I, II i III, a także umiejscowieniem akcji ostrego łojenia w japońskim stylu we fragmentach nocnego pejzażu wykrajanych światłami samochodu. Pomimo sporej dawki hałasu, transowej old-schoolowej psychodelii i sieci bezlitosnych sprzężeń można wtulić się w to granie jak w puszczane na maksa shoegazowe klasyki i pozwolić rosnąć w oczach różowym chmurkom Loveless lub żółtej trawie z okładki Slowkillera Donny Reginy. Mój faworyt, II, to ciepły, głośny, optymistyczny promyk słońca w upiornie ponurej malignie x-mas fever, a także istotny suplement tegorocznego zestawienia najprzyjemniejszych wydawnictw.

Także inne nagrania Stevena R. Smitha zwracają uwagę. Pseudonimowi Ulaan Khol sąsiaduje projekt Thuja, w ramach którego Steven nagrał w tym roku płytę pod tytułem Thuja, która zawiera całkiem interesującą kolekcję drone'ów: stosunkowo łagodną, odległą od primordialnych eksperymentów Borisa czy Comets On Fire. Aloha!

myspace : download

czwartek, 18 grudnia 2008

Matt Bauer - Island Moved In the Storm

Matt Bauer
Island Moved In the Storm

2008, La Société Expéditionnaire


9.3


Zazwyczaj strumień wyobraźni zatrzymuje się na twardych realiach martwego ciała, ale nie tym razem. Zwłoki zostały porwane powiększając swoją masą siłę snującej się wartko rzeki. Ręce, nogi i twarz nie zniknęły jednak, po prostu się toczą i są równie interesujące jak mknąca woda, szarpiący mięso czas i niemy świat obserwujący ten groteskowy rejs. Bauer wyjaśnia na własną rękę zagadkę martwej kobiety wydobytej pod koniec '70 z pokrowca na namiot dryfującego po rzece Kentucky. Ktoś inny zadzwonił już po CSI, Matt próbuje się domyślić czegoś bez wspominek o imieniu i nazwisku. Rysy na zwłokach, obrażenia, połamane paznokcie, kolor rozwodnionych oczu – wszystko coś znaczy, odsyła do czegoś. Jeśli to, co zostanie wysnute będzie piękne, kryterium prawdziwości swobodnie może zostać zawieszone. Więc Bauer stara się rzeczywiście, żeby było pięknie.


Banjo, gitara, hiperewokatywne liryki oraz splatające się wokale, męski i damski, skutecznie budują w odbiorcy iluzję pomieniania się na perspektywy z nadawcą. Nie ulec temu światu przedstawionemu byłoby marnotrawstwem nadażącej się fikcji. Kołysanki Bauera przywodzą na myśl Krainę traw Gilliama: chorobliwie piękną, zdeformowaną balladę pełną paranoicznych detali, które wszystkie coś znaczą, przemożnie kierując do rzeczywistości biegunowo odmiennej od idylli, w której je zatknięto. Próżno szukać melodramatu w trupie wyciągniętym z worka (As She Came Out of the Water), kościele sierpniowego dnia (Florida Rain) czy wcieleniu w ptaka (Blacksnake In the Carport), jeśli są dziełem wyobraźni na tyle wyrafinowanej, że zdolnej hamować formalną ekspresję na rzecz głębokiego zaakcentowania prawdziwie lirycznej treści wynikłej z drobiazgowego rejestrowania wydarzeń (trzask deptanych muszelek przy brodzeniu po rozlewisku z trupem na rękach!).

Bliski konceptualizacji, projekt IMItD przenosi na bardziej nowoczesny (to już wyczuwalnie INDIE folk) grunt, założenia klasycznych Murder Ballads Cave'a: brutalne piękno, rubieża Stanów, samotni psychopaci od wściekłych rewolwerowców, przez sadystyczną inkarnację Humberta Humberta, po zelotów Miltonowskiego Raju utraconego, niewinna ofiara i Życie, którego wszyscy starają się trzymać pazurami i zębami. Narrator dedukujący o losach Tent Girl jest tegoż Życia fascynatem. Hipnotyzuje go grzechotnik brnący dalej pomimo odrąbanej głowy. Nieznośne piękno rzeki, w której kąpią się dziewczęta. Wystarczy rysa w ścianie, ohydne imię nadane ślicznotce, aby móc uogólnić: to najcudowniejszy kwiat kryje w sobie najmocniej trawiącą truciznę.

Tak złożone i płodne doświadczenie usypia chęć kategoryzacji gatunkowej, co nie oznacza, że jest ona niemożliwa – IMItD nie jest tworem oryginalnym, ale bliską perfekcji realizacją założeń stawianych przez wyśniony i jednocześnie działający, prototyp tego typu artyzmu.

Na koniec parę konkretów od naukowców z Wikipedii, które rzucą dodatkowe światło na metody działania i genezę zjawiska:

1. In literary criticism close reading describes the careful, sustained interpretation of a brief passage of text. Such a reading places great emphasis on the particular over the general, paying close attention to individual words, syntax, and the order in which sentences and ideas unfold as they are read.

2. Zimny odczyt (cold reading) to technika używana do przekonywania ludzi, że wie się o nich znacznie więcej niż faktycznie się wie. Nawet bez żadnej wcześniejszej wiedzy o kimś, odczytujący za pomocą tej techniki może szybko uzyskać dużą ilość informacji przez uważne analizowanie mowy ciała, jego ubioru, uczesania, pochodzenia, sposobu mówienia.

3. The rope securing the bundle was cut, and the canvas was opened to reveal the nude, badly decomposed body of a young woman. Her right hand was clenched, as if she'd tried to claw her way out of her shroud. Her eyes had rotted away, and her once-white flesh was mottled by pock-marks of deterioration. When Detective Edward L. Cornett of the state police arrived from Frankfort an hour later, Grant told him:
- We've just finished a preliminary autopsy. The victim was a white female, sixteen to nineteen years, five feet one inch tall, eight stone. She had short, reddish-brown hair, and no identifying marks or scars.
- Could you get any fingerprints? - asked the detective.
- Not yet, the body is too badly decomposed.


myspace : download