Na Screenagers i T-Mobile Music
opublikowano ostatnio obszerne teksty o najnowszym albumie My Bloody
Valentine. Co ciekawe, oba artykuły – absolutnie pochwalne –
mówią więcej o zagadnieniu czasu niż o samej płycie, tak jakby pominięcie muzyki było nie tylko łatwe, ale wręcz wymagane do pisania o mbv z pozycji hype'u. Opiewanie domknięcia Shieldsowkiej
trylogii zdaje się być uzależnione od dystansu zapewnianego przez czysto intelektualne koncepcje,
ponieważ na samym materiale dźwiękowym nie sposób się oprzeć – nijak nie
dostarcza emocji, których zadowalające natężenie sprawia zwykle,
że konteksty biograficzne (czas pobytu w studiu, uczucia muzyków z nim związane etc.) ma się ochotę pominąć jako nudnawą
faktozę, nie licującą z porywającym doznaniem estetycznym.
Podszeptują to nie tylko natarczywie perswazyjne artykuły Andżeliki
Kaczorowskiej i Borysa Dejnarowicza, ale także prostolinijne notatki
dziennikarzy Onetu czy Wirtualnej Polski, a więc jednym słowem:
wszystkie peany, które zapisano w ogniu poświęcenia, z mniej lub bardziej świadomie zaciśniętymi zębami, byle tylko uchronić przez zachwianiem raz przyjęty porządek kultu, nie z myślą o sobie, „oczywiście”, lecz o młodszych adeptach muzyki.
Szkoda tylko, że w toku misji pominięto słuchaczy i słuchanie. „Ciekawe czy jak archiwiści
odgrzebują nieznane wcześniej nagrania wybitnego jazzmana z lat
60., to ktoś narzeka, że brzmi to mało współcześnie”, pyta Borys, jakby nagle zapomniał, że w muzyce nie chodzi o czas
nagrania, ale o czas odbioru. Absurdem byłoby wymaganie
wizjonerstwa od dawnych nagrań wspomnianego jazzmana, ale równie
nonsensowne (i wygodne) jest zamykanie oczu na diametralne zmiany, jakie zaszły w stylu
odbierania muzyki pod
naciskiem nowych gatunków, nowych form dystrybucji i niespotykanego wcześniej jej natężenia. To, co
nagrano 10, 20, 60 lat temu, niekoniecznie zrobi wrażenie na
współczesnym słuchaczu, który w międzyczasie zapoznał się z
wieloma dziełami, może i powstałymi w cieniu prekursorów – często zaginionych zresztą w pomroce dziejów – ale nie mniej godnymi przez to uwagi. W pełni zgadzam się z Simonem
Scottem, którego o mbv podpytał Jan Błaszczak:
Nowa płyta zbiera bardzo wiele elementów, które słyszałem u zespołów inspirujących się My Bloody Valentine. Nie znaczy to, że nie podoba mi się ten album. Wręcz przeciwnie, jednak ta świeżość, którą mieli oryginalnie rozcieńczyła się ze względu na czas i ich wkład w dzisiejszą muzykę.
Scott postrzega mbv z naturalnej
perspektywy słuchacza, co owocuje wyważoną, nieźle uzasadnioną
opinią. Dejnarowicz zaś zdaje się twierdzić, że każdy kontakt z
muzyką winien wiązać się z narzucaniem sobie na czas jej trwania określonego paradygmatu odbioru, odpowiedniego na przykład dla lat 50. czy 60., i w
magiczny sposób kasującego z pamięci wszystkie późniejsze pozycje, jakie zdarzyło nam się poznać.
Borysowi tak bardzo zależy na podtrzymaniu wiary w posągowość MBV, że udaje mu się tę czarodziejską sztukę
osiągnąć. Pisze na przykład o „Is This And Yes”, że „utkano
je z samych dźwięków organów i anielskiego głosiku Bilindy
Butcher” i że „w dziejach MBV to ewenement”, co udowadnia
jedynie malejące z roku na rok osłuchanie Borysa w nowych
pozycjach, w tym wypadku w szerokim katalogu nowych nagrań z kręgów organowych i syntezatorowych. Określanie najsłabszego utworu w
dorobku MBV mianem „ewenementu” jest wyłącznie zabiegiem
retorycznym, gestem autohipnozy, bo – faktycznie – takiego utworu
MBV jak dotąd nie nagrali, ale czy każde odstępstwo od normy jest
powodem do zachwytu? Czy jodłowanie w filharmonii lub gówno otrzymane ni stąd ni zowąd od kolegi, który ja dotąd na każde urodziny prezentował nam sztukę złota, to naprawdę powody do radości?
Kolejny aspekt czasu – wydawałoby
się, że najmniej ważny – to okres, jaki powinien minąć od
premiery albumu (w wypadku mbv to 2 lutego 2013) do opublikowania
jego wiarygodnej recenzji. Borys zarzuca komentatorom „zgłębianie
na wyścigi”, ale sam niczym nie różni się od Łukasza
Łacheckiego (dwa dni po premierze), ode mnie (pięć dni) czy
Kaczorowskiej (osiem) – swój szkic prezentuje bowiem dziesięć
dni po ogłoszeniu płyty (właściwie nawet dziewięć, bo – jak
przyznaje – nie udało mu się pozyskać materiału w noc
premiery; został zepchnięty na boczny tor wyścigu o pretekst do wysławiania MBV). Nie chcę przez to powiedzieć, że dwa tygodnie lub sto
lat byłyby lepsze. Zmierzam raczej do tego, że Dejnarowicz, tak jak
cała reszta, chciał możliwie prędko pozbyć się płyty z
krwiobiegu, byle uprzedzić moment, w którym kapitulacja
przed jej miernotą byłaby nieuchronna. Nie sądzę, aby w przeciągu trochę ponad roku
recenzenckie zwyczaje zmieniły się do tego stopnia, że z tekstami
o King of Limbs Radiohead – płycie schyłkowej, nie budzącej
właściwie emocji – czekano nawet miesiąc, zaś o
kontynuacji „jednego z najważniejszych przedsięwzięć w dziejach
muzyki rozrywkowej” pisze się w przeciągu paru dni lub nawet
kilkudziesięciu godzin.
W Internecie nie roi się jeszcze od
recenzji najnowszego albumu Autechre. Z prostego powodu: to pozycja
faktycznie wymagająca czasu, nie tylko ze względu na objętość, podczas gdy pogląd na mbv wyrabia się
w mgnieniu oka, jak o każdym dziele na tyle przewidywalnym, że
wystarczy przesłuchać trzydzieści sekund poszczególnych utworów. Podobnie jak w wypadku ostatniego
albumu GY!BE – również przecenionego przez Borysa – nowe My
Bloody Valentine okazało się nudne do szpiku kości, ale legenda
nie pozwoliła kategorycznie tego stwierdzić. Łatwiej jest wystawić
niebotyczną notę, zaliczyć do „wielkich płyt” (przypominam,
że zdaniem Dejnarowicza mbv można postawić obok Bitches Brew Davisa) i zapomnieć o
sprawie. Tego, że po spisaniu recenzji już do albumu nie wracamy,
zwyczajnie nikt nie sprawdzi, a ocena będzie wisieć, zaświadczając
o naszym uczestnictwie w „kulturowym wydarzeniu”.
Hasło „kulturowe wydarzenie” zaczerpnąłem z tekstu Andżeliki. Czytamy w nim także: „Wydanie i zawartość mbv sprawia, że Kevin
może pójść dalej, a my,
słuchacze, obcujemy z żywym,
poddanym krytyce fenomenem muzycznym, a nie tylko ze stojącym w
słoju wypełnionym formaliną eksponatem, którego nie można
dotknąć”. Chwileczkę... mbv na pewno nie jest jeszcze eksponatem
w formalinie, od jego premiery minęło zaledwie kilka dni; mowa więc
o Loveless, prawda? A więc o tym, że słuchając mbv nie doznajemy
wiele ponad bezwiedną wędrówkę myśli ku poprzedniemu wydawnictwu
Irlandczyków. Dobrze – może być też mowa nie o Loveless, lecz o
samym zespole. Ale spójrzmy prawdzie w oczy: My Bloody Valentine
było wielokrotnie poddawane krytyce przed premierą mbv. Rewizja
wyjściowego poglądu na temat Loveless czy Isn't Anything (ikona,
kanon) odbywa się codziennie w domowych pieleszach, na tej samej
zasadzie, na której miliony opierają porzucanie po jednym osłuchu La Monte
Younga dla bardziej współczesnych projektów post-rockowych czy
drone (czy słusznie, to już inna bajka).
W tekście Andżeliki pojawiają się
również takie sformułowania, jak: „doświadczenie pokoleniowe”
i „partycypowanie w premierze mbv”, które wydają mi się
nachalnym zaklinaniem rzeczywistości, bo przecież nie jest tak, że
My Bloody Valentine jest dzisiaj szerzej rozpoznawalne niż – dajmy
na to – Interpol czy Rihanna. Mówienie o „partycypacji” przy
okazji ściągania transcode'u z witryny internetowej zespołu to
spora przesada, motywowana li tylko 1) uporczywym trwaniem przy
legendarnej możliwości wspólnotowego przeżywania muzyki, 2)
pragnieniem wpisania Shieldsa w modną kreację maniakalnego
geniusza. To znów manewr autohipnotyczny, podobny do tego
stosowanego przez Borysa. Czy lata spędzone nad potencjometrami są powodem do
wystawienia płycie wyższej noty? Oczywiście tak, jeśli tylko
potrafi się przekonująco uzasadnić radykalne obniżenie oceny na
wieść o zbyt krótkim – miesięcznym lub rocznym – pobycie
innego artysty w studiu.
Nie dziwię się, że o mbv pisze się
oględnie – na jeden akapit o zawartości „wielkiej płyty”,
przypadają cztery albo i pięć poświęconej wzniosłym kulturoznawczym i filozoficznym unikom. Przede wszystkim „niebieski album” jest wydawnictwem śmiertelnie monotonnym, tak śmiertelnie,
że jego monotonia dotyka granic obiektywnie stwierdzalnej jakości. Tak naprawdę
nikt nie odróżnia fragmentów tego albumu od masy nagrań
shoegaze'owych czy dream popowych przesłuchanych w ostatnich latach.
Apologetyczne recenzje prowokuje jedynie nazwa zespołu,
symbolizująca obycie z kanonicznymi pozycjami oraz gust kształtowany
przez długie lata na drodze obcowania z fizycznymi nośnikami. Ów
romantyzm to nic innego jak prosty rockism, tyle że stawiający
w roli retorycznej trampoliny nie faworyzowanie stylistyki, lecz
czasu – przedkładanie przeszłości ponad teraźniejszość, historii ponad emocje w czasie rzeczywistym, tu i teraz. Jeśli chodzi o mbv, fenomenem nie jest sama płyta, lecz jej recepcja, prowokująca do wręcz karykaturalnych poświęceń.
Borysowi nie przeszkadza, że mbv wydano – jak pisze – „o
20 lat za późno”, podczas gdy w swoim poprzednim artykule szeroko rozpisuje się na temat zeitgeistu, sugerując, że muzyka – a
nawet instrumenty używane do jej generowania – odzwierciedlają
ducha czasu. A więc jak w końcu? Skoro MBV mogą
wydać „wielką płytę” byle kiedy, skoro spójność dzieła z
epoką, w której jest wydawane, nagle nie ma znaczenia, to po co
listy roczne, podsumowania dekady, przewodniki po popie i tak dalej?
„Jeśli mbv, to po co Borys?” – można by zapytać i uśmiechnąć się nad paradoksami,
w jakie wpędza wypalonego słuchacza freudowskie pragnienie ekshumowania dawnej miłości. Poświęcanie się to bardzo chytra strategia zalotów: wiąże obiekt uczucia długiem wdzięczności, pozwalając wymagać wzajemności; przeskakuje nad namiętnością do realiów barteru, lekceważy nieprzewidywalne poruszenia serc, by grzać się w cieple rozsądnej wymiany. Na szczęście muzyka nie musi się prostytuować – nagabywana z pomocą nie wiedzieć jak wielkiej ofiary, po prostu nie odpowie, demaskując autoerotyczny charakter dźwigania krzyży i strojenia się w ciernie.































