czwartek, 27 sierpnia 2009

Dirty Projectors - Bitte Orca

Dirty Projectors
Bitte Orca

2009, Domino



8.3


Na pierwszy rzut oka to układ hamująco niemożliwy, ale gdyby zaistniał, na co ma się ochotę już podczas tego samego inicjalnego wejrzenia, kontakt zapowiada się satysfakcjonująco. Dla odciągnięcia uwagi od swojej prywatności, gotowe byłoby plastycznie nakreślić szyderczą wizję waszego zachowania tuż po otrzymaniu newsa o śmierci całej rodziny w pożarze. Jednakże trudno pozbyć się przeczucia, że to samo naczynie zawiera też żywą inteligencję, wyobraźnię i poczucie humoru. Przede wszystkim należy więc zdementować pogłoskę: to naprawdę ludzka płyta. Ludzie bywają AŻ TAK DOBRZY, tylko się od tego odzwyczailiście. Wińcie własną pobłażliwość wobec siebie i chętkę na wstąpienie do klubu cieniasów liczących na sztukę w kwestii zapomnienia i prowokowania uśmiechu. Uśmiechu, Boże! Bitte jest mniej więcej tak trudna jak wyobrażaliście sobie, że powinniście być, aby odbierano was jako skomplikowanych i interesujących. Ile procent maski przeznaczyliście w tej wizji na uśmiech? No właśnie. Raczej puchło wam ego na myśl, że tym samym staniecie się także odpychający, że może będą wam zazdrościć i skrycie podziwiać. A co jest bardziej obezwładniająco atrakcyjne i pierwotnie pociągające niż rzeczy odpychające? Może i drobiazgowo dozowane piżmo, ale nie chodzi o to, żeby mieć odpowiedź na każde pytanie.

Można więc ten album interpretować jako dość pretensjonalny projekt stworzenia tła muzycznego dla bezkompromisowej i pseudononkonformistycznej młodzieńczej persony. Jak już zaznaczałem spora część przekazu to zwyczajna iluzja, bo pewnych rzeczy nie da się zachować - czas odbiera je bezpowrotnie i można o nich tylko sugestywnie opowiadać. Takie kawałki jak No Intention oraz Fluorescent Half Dome, jakby naturalną koleją rzeczy
umieszczone pod koniec płyty, uprzytamniają, że za tym całym migotaniem i maniakalnością ukrywa się sardoniczny dorosły, który dzięki swojemu wykształceniu, erudycji i, trzeba przyznać, charyzmie, dał radę oszukać monstra stojące na straży klucza do zrealizowania eksperymentalnego popu i zdobył w tej grze większy score niż modne dzieciuchy. Tyle, że nawet jeśli jest to tylko dopieszczony w swojej sztuczności konstrukt myślowy, to nie przypomina wydmuszki. Przeważnie jest zobowiązujący, prowokujący, a nawet wyzywający. Chce się to wszystko przyszpilić i zamknąć w gablocie, najlepiej trafną jednozdaniową refleksją, ale Bitte najczęściej się wymyka, co gorsza nie przez oryginalność, którą można by łatwo polubić za poszerzenie horyzontów, a raczej dzięki ruchliwej inteligencji i meandrycznej, nieprzewidywalnej erudycji wprzęgniętych w służbę skrytości. Nowe DP to głównie zapis kluczenia, droga tysiąca uników, intelektualny fantom odciągający jak błędny ognik od czułych, realnie istniejących punktów. Wzrok odbiorcy ma być za wszelką cenę przyciągnięty przez wyzywającą marionetkę, aby jak najdokładniej zatrzeć ślady obecności lalkarza, narratora tej sztucznej osobowości. Eksponując kukłę może wywnętrzać się za jej pośrednictwem z narcystycznej wizji samego siebie i, w razie jakichkolwiek zarzutów, zwalić wszystko na szmaty i drewno, samemu usuwając się przed śmiesznością.

Bitte
znaczy chyba prosić po niemiecku, a orca to orka, ten morski drapieżnik i cały kawał polega na tym, że tytuł, jak i całe dzieło, są po dacie premiery rzucone na pastwę odbiorcy. A gdybyście już byli tą interesującą i skomplikowaną personą, udałoby się wam ogłosić premierę pociągającego i odpychającego jednocześnie, to o co pozostałoby prosić jak nie o więcej takich drapieżników, aby móc okazywać sobie nawzajem odrobinę litości i zrozumienia? To co anormalnie mocne zasługuje na politowanie, jak każda karykatura. Nawet jeśli za dzieciaka wszyscy marzyliście żeby nią właśnie zostać i żeby nakręcili o was serial, obstawiam, że gdzieś w trakcie daliście niestety dupy i zgodziliście się dla świętego spokoju być po ludzku słabym i celebrować stan przeciętnej, bo przeciętnej, ale przynajmniej wygląda na to, że zdrowej, proporcjonalności.



Poświęcając zaś czas dysproporcjom czczonym przez Longstretha, można zaabsorbowanie szybko zamienić na podziw (można też tęsknić, potrzebować, bo lubić się raczej nie zacznie). Dyscyplina wyniesiona m.in. ze zwyczajów lekturowych nakazała mi sięgnąć w tym wypadku ku sercu rebelii. Chaos bywa najlepszą metodą porządkującą. Jeśli macie do zrobienia za dużo najlepiej nie róbcie nic. Więc przyznaję: kiedy zrobił się wieczór i ciemno, trochę sobie popiłem żeby złagodzić krawędzie. Może i jestem nienażartym potworem, ale w huczącej zewsząd na całą pizdę Bitcie ujrzałem sprzeciw dla lekceważenia jakiejkolwiek okazji do doświadczeń i staranie, aby wchłonąć kolejne, zaanektować je jak kanibale serca swoich wrogów (zresztą tytuł openera). Wszystko dla stworzenia siatki sprzeczności utrudniającej dotarcie do emocjonalnej strony tego dość krótkiego albumu.
Metaforą takich dążeń może być umieszczone w centrum Stillness Is the Move - łup po zabordażowaniu stylistyki stereotypowo jak najbardziej obcej figurze akademika, a propagującej przecież jak najbardziej podstawowe emocje. Dalej złudna problematyczność Remade Horizon (odstraszające gitary znalazły się przecież tuż obok uroczo cykającego z kanału w kanał tłumionego niby-ukulele oraz chórków napomykających o dziewczęcości i voodoo naraz). Dalej: kamuflowanie ironii wyrafinowaną zgrywą na tradycyjną wrażliwość w Two Doves (tekst z zabawną przesadą stylizowany na minstrelską balladę, ale patrzcie jak przez zmiany tempa śmierć w dezorientacji spotyka natchnione panienki, do których dotychczas świat ten należał).

Więc (w końcu!) zdarzyło się jednak w tym roku coś zobowiązującego. Musicie się przeżreć przez to. Wyruszyć na wojnę z oszukańczą taktyką i pozyskać dla siebie tę płytę nawet jeśli mielibyście otrzeć się, jak ja powyżej, o nadinterpretację lub nawet śmiało popaść w nią na całego (crying w Cannibal Resource brzmi jak crayon, więc kolorowe łzy, żal za lasami kurczącymi się w oparach barwnych paliw, a Stillness Is the Move to pogrobowiec Idioteque). Znaczące partie albumu odstręczają przy pierwszym styku, ale ma
leżeć w waszej gestii stworzenie wzmiankowanych już odpowiednich warunków dla okiełznania ich. Batman uwierzył, że może coś zrobić i wziął sprawy w swoje ręce. Sam się stworzył takim, jakim się potrzebował. Wybierzcie to, co konieczne, aby ten album poznać, bo sam fakt, że nie ma jak spekulować o nim w ciemno, wyróżnia go spośród 90% tegorocznych wydawnictw.

sobota, 22 sierpnia 2009

Enchanted Hunters + Fight!Suzan - myspace

Czas wyznać co robiliśmy w wakacje. Czarne dziwki, białe ścieżki. Dorzuciłem także swoje trzy grosze do pewnego nowego przedsięwzięcia. Projekt nazywa się Enchanted Hunters, dzieli nazwę z hotelem w Briceland, zaangażowanym przez Nabokova do roli niemego świadka ważkich wydarzeń przewijających się przez karty Lolity, i miota się od dream-popu, przez gothic-amerikanę i shoegaze aż po zabawy z ambientem i field-recami.
Możecie już sobie posłuchać paru kawałków, co do których nie zdecydowaliśmy jeszcze czy pozostaną w obecnej formie czy przejdą znaczące metamorfozy. Dodawajcie nas do friendów, słuchajcie na laście i odświeżajcie czasem, bo lada dzień zamierzamy upgrade'ować zawartość playera i nie będzie to up odosobniony.

myspace


A w międzyczasie udało mi się zebrać do kupy parę własnych szkiców i pewnie niedługo wyląduje na majspejsie nowa płyta. Póki co wrzucam drugi kawałek z tego kształtującego się releasu. Jest się z czego pośmiać, jest co posłuchać, chętnych zapraszam:

poniedziałek, 17 sierpnia 2009

Annna - myspace

lepiało. Uciekalmy itd. nadrywając sobie nawzajem ręce. Rośliny marniały w jej włosach; z tych wijących się pośród płatki osypywały się martwe na koronki, wymuszony efekt jej 5 5 0:0 0 samotności. Pomyślałem, że warto byłoby w tych ostatnich chwilach przejść się po mieście rysując szrapnelami karoserie bogatym skurRrwysynom z city. Światło dnia osaczało, zaciskało się wokół, dusząc jak pappa rara raradoksa dalekie od rozwiania. Rzeka szumiał, a po lewej miejscami błyszcząc tęczowo od benzyny )(petroror ror orleum)( układającej się w przypadkowe figury. Wizualizacja walenia po łacinie w klawirższe zdezelowanych organów tuż po ataku zazdradrodrosnej furJii.wKiaty, zabarwione chemią, zzbłyszczały jak wi gazdy, żelazne i rdzawe. Gdyby je o plizać, płatki smakowałyby ią krw wystąpioną z ran po brutalnym popraerzeniu. Na polach, wśród płonących stogów siana, żarzyły się gdzie nie! gdzie rozwleczone po trawie trupy nosorożców i słoni. Wodik widuj widok. Widokm kurwa tych mocarnych kiedyś cielsk, teraz obalonych, upajał przezmijrrrrghaniem niczym klejnot wyciągający rsłone ęce po wzrok swoimi własnymi, zielonymi oczami demonicznej chciwości. Spoglądasz w nie i już pociągają cię wgłąb, abyś po czwieność zastąpił ich właściciela w więzieniu faset. I chuj, nie szukają cie nie liczą na palcach. Kiedy to czytasz, twoja dziewczyna śpi z innym, a twój chłopak podrywa inną na teksty o tobie. Świat jest zły i chujowy i jeśli przejrzysz to dojrzysz: nie ma chmur a geometria. Jej sunące po niebie omeny są barwne, barwniejsze niż twoje życie.

myspace

sobota, 15 sierpnia 2009

Wye Oak - The Knot

Wye Oak
The Knot

2009, Merge


7.5



Noisowy, delikatny w gruncie rzeczy i eksperymentalny, debiut Wye Oak niewiele ma wspólnego ze swoim charyzmatycznym, silnym i dynamicznym następcą. The Knot wydaje się być zapisem marzenia o nowoczesnym rockowym albumie noszącym ślady stylizacji na '90, z hookami propagującymi namiętność, brud i emocje zamiast metro pierdzenia. Jenn Wesner wyładniała i śpiewa na płycie naturalnej i zdecydowanej, pomimo premiery w 2009 wolnej od lamerskich neo-psychodelek, sopranów, usprawiedliwiania swojej obecności udziałami w obowiązującym nurcie czy brania odbiorców na litość zachwianą tożsamością erotyczną. Można by to nazywać prostolinijnością, gdyby słowo to miało należyte jaja.



Kiedy to byt masy projektów ukonstytuowany jest wyłącznie istnieniem innych, o niewiele dłuższym stażu, próbuje się przepchnąć całe albumy ustawiając je w tunelu aerodynamicznym wytwarzanym przez ciągnącego przodem hype'owanego średniaka. W oczach podążających zań miernot jawi się być gigantem, w którego orbicie pozostając będzie można uszczknąć trochę wątpliwego splendoru. Ile balearycznych gówienek by powstało, gdyby nie docenione na kredyt Air France? Ilu w ogóle nie wzięłoby się za granie, gdyby nie zwietrzyli forsy i chwały, w którejś z dłużej trwających mód (St. Vincent, La Roux etc.)?
W tak nakreślonym kontekście Pitchforkowe diagnozowanie Wye Oak jako pewnego rodzaju anachronizmu, wydaje się być dobrym tropem: posłużyli się jako bazą momentem w historii, który popularny był tylko, kiedy trwał (w porównaniu z drobiazgowo wskrzeszonymi '80, '90 ciągle wydają się być '90), a za źródło inspiracji i motywator ekspresji obrali uczciwe, podstawowe emocje. Takie krytyczne odsianie własnej propozycji z obowiązujących trendów wymusza ich znajomość i zautomatyzowane negowanie, co brzmi jak pielęgnacja uprzedzeń, ale całkiem możliwe, że już niedługo będzie można przeczytać o tym w Słowniczku mizantropa jako o suplemencie kreatywności.

Efekty słychać w lirykach, w płynącej z potrzeby chwili nierównej ekspozycji hałaśliwych fragmentów (jędrne, rzężące, cool - nie jazgotliwe tym razem), w sile tego albumu, a przede wszystkim - w idei bycia alternatywą nawet wobec własnego poprzednika.
The Knot to nie tyle bardziej piosenkowa kontynuacja interesującego If Children, co wyraźny etap w zdobywaniu erudycji metodą najprostszą do obrania, a najtrudniejszą w realizacji: przez eksplorację tematu. Aby zrobić krok dalej, przestali nawet grać jak Yo La Tengo, które to powszechne porównanie dawało poczucie bezpieczeństwa z trwania w cieniu. Nawet dwie niewielkie mielizny (szczególnie epickie Tatoo) zostały tu spożytkowane jako zaświadczenie o ciągłym przetwarzaniu danych, co daje pewność, że i kolejne albumy tej pary będą poszukujące, nawet jeśli to postawa zakładająca popełnianie błędów. To płyta, która powstała bez deadline'u. Gdyby nie wyszła nic by się nie stało, ale zajebiście, że jest. Powinniście jej posłuchać, bo wstyd, że w całym polskim Internecie chyba tylko ja przyuważyłem tak bombowy zespół.

myspace

wtorek, 11 sierpnia 2009

Lightning Dust - Infinite Light

Lightning Dust
Infinite Light

2009, Jagjaguwar



6.4



Jeśli podobało wam się Joker's Daughter i lubicie Bat For Lashes, Infinite Light pewnie też przygarniecie na dłużej.


sobota, 8 sierpnia 2009

Jackie-O Motherfucker - Ballads of the Revolution

Jackie-O Motherfucker
Ballads of the Revolution

2009, Fire Records



7.9



Druga, obok Candy Claws, z najbardziej imaginacyjnych płyt tego roku. Tym samym raczej bankowe miejsce w zestawieniu rocznym.


myspace

wtorek, 4 sierpnia 2009

10 kobiet, które szukają pracy w muzyce

Hostessy destrukcji na targach producentów gitar. Groupies rozdające w wolnym czasie ulotki, aby tym lepiej pełnić swą służbę. Przyjaciółki domorosłych producentów i sprzedawczynie w KFC. Według badań co setna dziewczyna pracująca na Jarmarku Dominikańskim robi to, aby uskładać na piec. Gazety donoszą o TYM. Jeśli macie cokolwiek do powiedzenia w branży dzwońcie pod 0 700 997 666, po 18. Już czas je zatrudnić.

Mary Elizabeth Winstead
- wybiorę się na maraton Harry'ego Pottera i przeczytam wszystkie te książki, jeśli nałożą Mary na Emmę Watson,
- każdy kto widział
Deathproof lub nawet Tylko taniec! i nadal trzyma w pamięci jajogłową cheerleaderkę z American Beauty ma poważne problemy,
- kolesie z Grizzly Bear wiedzą, komu dedykować kawałki,

- Mary Elizabeth zajebiście obsługuje banjo na wszystkich płytach Silver Mt. Zion,
- odkąd nie spijam go z ciała Mary, truskawkowy shake nie jest tym, co kocham,

- jeśli MBV
serio mają wrócić to z Mary Elizabeth Winstead.

Lucy Lawless

Ostatnio widziałem ją w Angel of Death. Została rozstrzelana przez agentów zła podczas mizdrzenia się przed lustrem w blond peruce i czarnym boa. Upadek. Ostatnio jednak nawet Rourke'a widuje się na srebrnym ekranie, więc może i Xenę spotka rehabilitacja i znów zaciśnie rzemyki gorsetu-zbroi na mokrych snach Parandowskiego. Tymczasem myślę o niej na przecięciu Ladyhawke i Gogol Bordello, bo chcę zginąć brutalnie, od czakramu lub zajebistego porshe z płomiennym ptakiem stymfalijskim na masce.



Susan Sontag
(za młodu)

Jej sprzeciw wobec interpretacji ktoś śmiały mógłby traktować jako fuck dla zdegenerowanych idei platońskich, ale po wysmakowanym Miłośniku wulkanów i perwersyjnym Death-kit, Susan trochę się postarzała i miast przeglądać anonse zespołów poszukujących wokalu zajęły ją choroby.
- Ej, dobra, ale Kim Gordon ciągle nieźle się trzyma, więc po co? Eternal!
- Ale łatwo zakochać się w kimś takim jakim jest, trudniej poczuć coś ze względu na sam potencjał, a Sontag, w blasku szalejących gromów, na stającym stępa jeleniu, mogłaby spokojnie dzierżyć miecz pierdolonego indie-rocka, gdyby tylko wykuł go Fender
.

Anne Hathaway

Dzięki niej Get Smart był momentami śmieszny. Motywowała Diabeł ubiera się u Prady jak Graal legendę arturiańską. Olivia Wilde powinna zajść w ciążę i ustąpić jej miejsca w diagnostycznym teamie House'a. Gdyby Anne uwierzyła w siebie świat stałby się za ciasny dla Uffie i Kid Sister. You wanna be tough punk? inicjujące nowego Dooma powinno być wypowiedziane przez nią. Gdyby wynalazła autotune'a to po to tylko, aby ostentacyjnie go nie używać.


anonimowa śródziemnomorska barmanka

Nie od dziś wiadomo, że najpiękniejsze kobiety należą do ohydnych mizantropów. Afrodytę oddano Hefajstosowi i basta. Całkiem niedaleko od kolebki tego boskiego sądu byłem kiedyś zmuszony przedzierać się w rozwalonych klapkach przez plażę złożoną z samych głazów narzutowych ostrych jak brzytwa. Wycieńczony, poraniony i spragniony, cudem zachowałem klasę. W końcu natrafiłem na ukryty w cichej zatoczce plażowy bar. Za kontuarem, który widział już lepsze i mniej słone czasy, stała Wenus i sprzedawała drinki w cenach najprawdopodobniej ustalonych lekką ręką przez dealerów Chryslera. Strzeliłem dwa pozbawiając się tym samym obiadu, ale wątpliwe, aby był choć w połowie tak apetyczny jak to anonimowe uosobienie sułtańskiej dystynkcji. Gdyby nie ukrywający się w cieniu brodaty, brudnawy buc, od którego nie mogła najwidoczniej uciec (przysięga krwi, dzieciństwo na ulicy, toksyczna matka), już byście o mnie nie usłyszeli., chyba że na kartach Giaura 2. Zarabiałbym wypasem owiec i wyciskaniem oliwek na miłosne gniazdko z lazurowymi okiennicami i całą resztą śródziemnomorskiego romantyzmu. A na urodziny podarowałaby mi milion dolarów - kasę wywalczoną na producentach przymałych staników. Ach, słowem nie wspomniałem o muzyce. Ćwierćnuta, Neurosis.

Mona Dahl
Epizodyczna przyjaciółka Lolity opiera się z omdlewającą kokieterią (a ten Ball Zack - poleca pan?) krotochwilnym zakusom Humberta, ni stąd ni zowąd stosując nauki Ghandiego. Poza zepsutej pensjonarki, soczystej i lubieżnej barwą ust jak wnętrze rozkrojonego skalpelem granatu to jedyna opcja jaka stoi przed nastoletnimi sztywniarami pragnącymi odnieść sukces dzięki grze na pianinie i laptopie. Jeśli słuchacie Soap And Skin tylko dlatego, że istnieje naprawdę, to żal mi was, bo widać nie macie, i wątpliwe czy nabierzecie, pojęcia jak słodko smakują miraże wyobraźni, kiedy w dziele wyparcia rzeczywistości wspiera je kłamstwo literackiej fikcji.

Marion Cotillard
Albo pieje i tęskni albo daje się bić glinom pragnąc dowieść, że nie jest kapusiem. Kiedy nie jest wyfiokowana na modłę epoki wychodzi z niej drugie ja: ukrywająca wulkan frygida zdolna przywrócić czasy rave'ów, odtworzyć debiutancki koncert Massive Attack, wystawić kiermasz bomb na twarzy Pati Yang. Dopiero kiedy gasi papierosa koncert może się zacząć i po jednym spojrzeniu wiecie już, że trafiliście chujowo: pała zemstą. Rozjebie fortepian, bas, a drzazgi będziecie zbierać i za parę wieków, utopione w bursztynie, pochowane po tabernakulum globu, staną się zarzewiem nowych wypraw krzyżowych.

Albertyna Simonet

W poszukiwaniu straconego czasu
uświadamia istotny brak we współczesnej muzyce rozrywkowej - brak balearycznego girlsbandu. Z tego co wiem, zaistniał tylko ten jeden raz, w drugiej części tomu W cieniu zakwitających dziewcząt. Twarzą tej kapelki jest rzecz jasna Albertyna, ale reszta również zasługuje na uwagę. Zresztą jest czas się rozejrzeć - grają pierwsze skrzypce przez 300 rozśpiewanych stron i można powiedzieć, że EMI już straciło krocie opieszale traktując projekt wehikułu czasu, który im podesłałem.

Kim Kardashian
Jak wiele dziewczyn w dziejach Kim wdała się w nieprzystojne towarzystwo. Słynny pornol z Rayem J musiała nakręcić i wpuścić do sieci, żeby nie odstawać od Paris. Ale to porządna osoba, jeśli lubi się wrzaskliwe, ogorzałe świtezianki z tyłkami symbolizującymi trudy portorykańskich przodków na emigracji w Armenii. Aby przekonać się do niej i uwierzyć, że łatwo możemy ją wynająć do zrewolucjonizowania polskiego r'n'b, zobaczcie jak baraszkuje na plaży niedaleko Juraty i z jaką kurtuazją wrzucony przez samą siebie filmik z tego widowiska zatytułowała poetycko In Miami, zamiast zgodnie z prawdą, od której poprzewracałoby się nam w głowach.


Jamie Murray
Wokalistka Sian Alice Group jest do niej trochę podobna, bo nie ma wątpliwości, że to nie Jamie do niej. Uroczy zez. Żmijowaty akcent. Usta, które mogłyby pomieścić cały napis XTRMNTR i ciągle nie przywodziłyby na myśl pochodni i wideł w rękach wieśniaków otaczających chatkę seksownej wiedźmy. Po tym jak pokazała Dexterowi drogę demona, chciałaby nagrać płytę w stylu Dan Deacon meets Black Dice meets Girl Talk meets Avalanches, ale bardziej mroczną albo zaśpiewać na nowym Baroness. Gdyby była na Titanicu, z głowami pasażerów przytroczonymi do pasa i barków przemierzałaby pokłady siejąc kataklizm nie ustępujący morzu. Podobno była raz w Polsce, ale nie chce wracać: tak blisko zamczyska Vlada, a żadnego jego pomnika = dzicz. Jeśli czytaliście Emanuelle wyrwijcie ostatnią stronę i dopiszcie: I w samiutkim korkowym kasku i przepasce biodrowej poszarpanej zachłannymi szponami dżungli, stanęła w końcu twarzą w ryj z królem bestii, który nie spodziewa się jeszcze jak przenapaloną owieczkę podpowiedziała mu schrupać nieokiełznana natura.

wtorek, 28 lipca 2009

We Fell to Earth - We Fell to Earth

We Fell to Earth
We Fell to Earth

2009, In Stereo



5.9



Jestem na wakacjach i już od jakiegoś czasu wieczorami słucham m.in. właśnie tej płyty, więc polecam się zapoznać. Poniżej link do krótkiego review, a jeszcze niżej małe preview, a jeszcze potem do zo w sierpniu, elo!

piątek, 24 lipca 2009

Mt. Eerie - Wind's Poem

Mt. Eerie
Wind's Poem

2009,
PWE&SUN



7.0



For Wind's Poem by Mount Eerie, Phil Elverum spent almost two years out behind the house, at the edge of the woods, listening into the night and finding these words. Songs of impermanence, dark change, destruction, temporary blossoming, mortality, and an immense river of air tearing through the world make up the 3rd official album by Mount Eerie.

Elverum poszedł więc w emo kotłujące się w zażyłej konfraterii ze swymi poprzednimi niepełnymi inkarnacjami. Jest Maynard (wokal The Hidden Stone = Lateralus), jest Yorke (płytkie ambientowe fragmenty = Treefingers, wątki katastroficzne wysnuwane z naturalnej scenerii = Eraser), a są nawet momenty pozwalające wierzyć, że sympatyzowanie z black-metalem facet potraktował serio; w równych bowiem odstępach czasu stają przed oczami wskrzeszony The Crow i kolesie z Kiss, w oprawie na tyle zaktualizowanej, że umożliwia co bardziej zbrzydzonym mówić o ciężkim shoegazie i rzeczach typu Have a Nice Life (Wind's Dark Poem, Wind Speaks).

Łatwą opcją dla piszącego o nowym Mt. Eerie jest poczekanie do jesieni i pisanie z pozycji powierzchownie odpowiednich nastroju i aury za oknem. Mam jednak to męczące szczęście, że nie sypiam jednej losowej nocy w tygodniu, a w okresach gorąca częstotliwość ta jeszcze się zwiększa. Jest więc trochę bonusowego czasu. W takiej sytuacji można kupić sobie parę browarów i wyjść koło drugiej w wietrzną letnią noc żeby, samemu trzymając się w świetle, poobserwować ciemność roztoczoną nad jakimś polem czy wzdłuż lasu. Muzyka na wietrze brzmi inaczej, powietrze przenosi część drgań membran głośników. Stąd dźwięki słyszanego z oddali koncertu zawsze brzmią jak wabiąca ku sobie E. Fraser podstawiona miast Króla Olch. Bierzemy więc duże słuchawki, podkręcamy głośność, kładziemy obok i z kolejnymi jednostkami alkoholu, wzbierającą nocą oraz ego podkręcanym przez bezsenną samotność, Wind's Poem podskakuje spokojnie do 8.0. Biznes jest taki, że albo słuchacie zawsze w ten sposób i macie jedną z najlepszych płyt roku albo jesteście normalni i macie tylko dobrą.

Spontaniczny, wyluzowany odbiór uniemożliwia bowiem pominięcie wad. Wśród mniej uchwytnych uchybień (producenckich?), są poważniejsze jak np. wzmiankowana już rażąca płytkość rozwlekłych ambientowych fragmentów. Podobnie jak Treefingers skutecznie obniżało ostateczną wartość Kid A jako albumu, tak i tutaj Through the Trees może mniej wytrwałych i, co ważniejsze - mniej ufnych w postać Elveruma, zniechęcić do całej płyty. Jedenaście i pół minuty niepotrzebnego pierdzenia na organach w roli drugiego dopiero utworu to samobójcze zagranie w dzisiejszych czasach i nie byłoby promyka nadziei, gdyby nie parę następujących po sobie przebłysków radości. Jedną z takich czarownych chwil jest Wind Speaks, spokojnie konkurująca z kilkoma innymi tegorocznymi kawałkami budzącymi dreszczyk i obdarzonymi delikatnym piętnem przypadkowości. Dalej: druga połowa The Mouth of Sky, kiedy to z nudnawego hałasu wyłania się obciążony melodyjnością drone, dokładnie taki o jakim marzy każdy biorący się za takie granie. Później dość ciekawe w kontekście dotychczasowego skupienia Elveruma na doom-folkowej topice, żywsze, niemal skoczne Between Two Mysteries i Ancient Questions (przekorna swawola So here I am otwierającego jeden z wersów!).

I tak dalej. Warto wspomnieć jeszcze, że jest to chyba pierwsze wydawnictwo w tym roku, na którym liczą się liryki - skompresowane, ale chwytliwe na tyle, na ile to możliwe, gdy tematyka oscyluje uparcie wokół przemijania, metaforyki mgieł nocnych i ludzkich relacji z naturą. No i atmosfera tajemnicy, której również brak kolejnym królom wakacji. Odczuwalna monotonia, braki w wyważaniu proporcji, zbyt pobłażliwa selekcja materiału sprawiają jednak, że pozostaje to album ograniczony do opiewania pewnej scenerii, którą miało się już po części okazję poznać za sprawą wcześniejszych odsłon projektu. Metalowe dodatki urozmaicają odbiór na krótko, czym dobitnie podkreślają, że, być może, boryka się Elverum z tym samym syndromem co Tarantino - twórcy, który nie potrafi dotrzeć do nowego obszaru zainteresowań i ciągnie tematy z solidnie już zamrożonej puli.

sobota, 18 lipca 2009

Girl With the Gun - Girl With the Gun, Sore Eros - Second Chants


Girl With the Gun
Girl With the Gun

2009, ???


5.1



Brakuje w tym niemal anonimowym dziełku tytułowych dziewczyny i desert eagle'a, ale jasnym jest, że są tylko zmyłką mająca przydać ze wszech miar przyjacielskiej płycie odrobinę nośnej powierzchownej agresji i erotyzmu. To powinno być odkrycie kogoś z Uwolnij Muzykę, kogoś, kto swobodnie przecenił by wartość płyty i sprzedał ją tym, którzy nadal wymieniają Saint Etienne i Belle&Sebastian w dziesiątce najlepszych zespołów ever. Posłusznie poznali Reindeer Section oraz Hope Sandoval, z uporem pozostają pełni sympatii dla Múm, a obecnie z lubością akceptują God Help the Girl oraz większość natchnionego damskiego folku. Niektórzy z nich słyszeli o Siddal i pamiętają szczytowe momenty James. Sporadycznie wracają jeszcze do Placebo żeby łatwiej przełknąć zakradające się do akustyków electro i móc razem z resztą modniaszek słuchać Florence And the Machine i postrzegać jako niezobowiązujący przełom wypłynięcie takich projektów jak The Bird And the Bee oraz Au Revoir Simone. Clap Your Hands Say Yeah i I'm From Barcelona jakoś wyblakły im z czasem na rzecz żywszych dance-punków i Roisin Murphy. Gdyby Rojek wiedział, że jest coś takiego jak Girl With the Gun zaprosiłby to na OFFa.

download

Sore Eros
Second Chants

2009, ShdwPly Records



5.7



Chciałem napisać poemat tragironiczny, którego sugestywna wymowa wytknęłaby raz na zawsze błędy wszystkim ludziom próbującym za pomocą li tylko wzmożonego użycia dystorcji i usilnej identyfikacji z obowiązkową neo-psychodelią przepchnąć się na Parnas muzyków sprzedających swoje albumy w Empikach i Kolporterach. Zamiast jednak zgrzytać zębami nad szarlatanerią uosobioną w Navigatorze, Crepuscule With Pacman oraz Wavves, stwierdziłem, że produktywniej będzie napomknąć o tej tutaj skromnej płycie, która nie doczeka się prawdopodobnie należnej jej sympatii.



Sore Eros, zależnie od utworu - mniej lub bardziej ostrożnie, włącza standardy lo-fi oraz shogaze/noise do sypialnianego popiku. Daje się odczuć, że ten ostatni to naddatek, swoją melodyjną obecnością wyrażający chęć uprzystępnienia wcześniejszych, zgrzytliwych zapewne i denerwujących, nagrań, które szczęśliwie nie ujrzały światła dziennego. Bezpretensjonalne w równym stopniu co Girl With the Gun, choć o wiele bardziej brudne i przez swój liryzm usiłujące przedstawiać się jako silnie doświadczone przez los, Second Chants łatwo porównać do twórczości Benoit Pioularda. W obu przypadkach chropawość i fragmentaryczność mogą być bez problemu uznane za uczciwe wyznanie wierności jakiejś poetyce, a nie za pozerstwo na experimental czy chęć dostąpienia awangardy przez bezmyślne utrudnianie odbioru.
Lekka, piosenkowa przystawka do nowego Mt. Eerie.

myspace