niedziela, 5 grudnia 2010

GR†LLGR†LL - Untitled

GR†LLGR†LL
Untitled

2010, Disaro



3.3



Powypaczane meliniarskim wokoderem post-Salemowe rapy GR†LLGR†LL są tak ohydne, że nawet nie będąc wielkim fanem The Knife współczuję im, bo zainspirowali dewiację, wbrew sobie dokładając bretnale do krucyfiksacji estetów. Do czego przyrównać tak obleśną, syfiastą rzecz... Może do kleju pozostałego po oderwanej skądś taśmie. Do lepkiego pasma, które przyciąga okoliczny kurz, więzi muszki owocowe i włókienka, których kolor budzi zdziwienie, bo nie ma w domu żadnych tkanin tej barwy. Czy ten lepki ślad chce powiedzieć, że ktoś dziwnie ubrany był tu w nocy? Nieważne, fokus: trzy świnki błagają o wyrwanie z zaczadzonej butaprenem kloaki, a perły przed żuli przecież.

Mp3 ze "...sLOwLickiN..." ktoś otagował nawiasem (lil wayne cover), ale nie wiem kim jest Lil Wayne i wzdragam się sprawdzić. Nurkujący w szambie, kiedy napotyka srebrny wisiorek nie sprawdza próby kruszcu, lecz czym prędzej spieszy ku powierzchni. To ludzkie zacisnąć pięść na pięknie, szczególnie kiedy zdaje się ono ratować duszę wystawioną na minuty trądu. Siedmiominutowy pasażyk melodyjnego pianina przypomina "Genius And the Thieves" Eluvium. Egzaltacja napędza jego dynamizm: urywany jak oddech przy trudnej decyzji. Momentalnie zjawia się w wyobraźni początek steampunkowego romansu: majestatycznie piękna młoda dama w obfitej kretonowej sukni stoi na dworcu Perdido i przyciska do ucha medalion z mechanizmem pozytywki. Słucha melodii symbolizującej miłość do kogoś unoszonego poza horyzont w brzuchu zeppelina. Szarpany lo-fi pasażyk jest wciśnięty w lewy kanał (dosłownie, przed repeatem trzeba zmierzyć się z efektem zapchanego ucha), a w prawym rozbrzmiewa spłaszczony sampel serca bijącego równym rytmem, który jednak zależnie od zmian tempa klawiszy zdaje się zwalniać lub przyspieszać, odzwierciedlając emocje pianisty zameldowanego prawdopodobnie w Avonlea.

Drugi cenny drobiazg to "mYsWeetcomy wOrLd (interlude)", kenijska miniaturka kolekcjonująca onomatopeje z Króla Lwa (obok ptaków, małp i Masajów także Disneyowskie smyki i chorały) i VHS-owego dzieciństwa. A pod sam koniec płyty awangardowy ambient "if u cAn dR3Am – pRinc3ss3s", najlepiej funkcjonujący z klipem złożonym z bolesnych przygód pijanych dziewczyn i urywków webcam porn. Filmik przypomina utrzymaną w rubasznej manierze (tyłki i jointy) wypadkową dwóch teledysków How to Dress Well: "Ready For the World" i "Decisions". Zagadkowe co przeżywa mulatka na wysokości 01:01, w czego jest trakcie:


Wyselekcjonowane przeze mnie utwory służą sygnalizacji tematów nawiedzających wyobraźnię gatunku i sugerują możliwość jej wzbogacenia np. o afro czy neoklasyczne instrumentarium. Gdyby z tej trójki złożyć EPkę, to na obecny moment refleksji nad genre byłaby ona jednym z bardziej interesujących wydawnictw w jego ramach - dziełem tendencyjnym, potrzebnym na starcie każdemu gatunkowi do klaryfikacji swojego programu. Te kawałki są hiperwitch house'owe, ale poświęcają jakość swojego czasu antenowego na zadawanie pytań o pozostałe opcje. Zafałszowałem rzeczywistość i uploadowałem je tutaj, osobno, z dala od zadżumionego ścierwa całego albumu. Należy oddać mu na koniec odrobinę sprawiedliwości: ten cd-r to pośród jednomyślnie tagowanych jako witch house wydawnictw jedyna póki co pozycja zawierająca ścieżki czystej gitary akustycznej. Monotonne w swojej miernocie, ale każą mi się liczyć z tym, że w ferworze ocalania pięknego tria i zaślepiony obrzydzeniem niejedno jeszcze mogłem w kwestii GR†LLGR†LL przeoczyć.

wtorek, 30 listopada 2010

Fight!Suzan - Viper's Eye An Open Wound

Ze stron Nasiona można już ściągnąć moją płytkę. Poniżej znajdziecie bezpośredni link do .zipa. Total lo-fi nagrane w jednym pokoju, w dwóch różnych domach, na minimum sprzętowym. Całość trwa 30:40 i jest podsumowaniem moich dotychczasowych publikacji na myspace, ale przede wszystkim pamiątką z wakacji lat 2007-2010. Podczas nagrywania dążyłem do podzielenia klimatu płyt Piotra Szczepanika, Washed Out, Mirta, Tiny Vipers czy Secret Colors, ale faktyczną inspiracją były raczej nastroje, pogody i przypadki. Genres: sampledelia, lo-fi, dreamfolk, parę rekwizytów chill wave'u, ambient, field-rec.
Płytę można dostać w fizycznej wersji. Białe cd, ręcznie klejone okładki, osobiście cyknięte zdjęcia, grzbiecik z taśmy papierowej. Sprawdźcie tu i tu. Koszt takiego luksusu to 20 PLN z przesyłką. Detale do ustalenia mailowo (fight.suzan@wp.pl). W Trójmieście można nabyć płytę osobiście: w Cafe Fikcja za 15 PLN. Sięgnijcie też po mój split z No One Wished to Settle Here (2007) tutaj.

sobota, 20 listopada 2010

░▒▓ - █ ▄ █ █ ▄ ██ ▄ ██ ▄█

░▒▓
█ ▄ █ █ ▄ ██ ▄ ██ ▄█
2010, self-released



1.9



░▒▓ zafunkcjonowało wedle słów autora głównie jako kpina z nazw witch house'owych projektów i tytułów ich wydawnictw. Poza tym pliki miały fajnie wyglądać w winampie, lepiej niż trójkąty. Skromny cel został osiągnięty, a niechcący satyra poszła o krok dalej, bo █ ▄ █ █ ▄ ██ ▄ ██ ▄█ próbuje też ośmieszyć etos amatorskiego producenta, którego cała praca polega na zgromadzeniu przypadkowych sampli, ściągnięciu z torrentów losowego programu, nałożeniu kilkunastu efektów, nagraniu wave'a z gotowym utworem na kaseciaka i zasyfionego pobytem na taśmie dalej obrabiać na komputerze, aby po dodaniu szumów i reverbów oraz przekonwertowaniu na mp3 w jak najsłabszej jakości wydobyć zeń kompresję. Na koniec przeciągnąć suwaki w jakimkolwiek wirtualnym PSP na ile się da w prawo i pozostawić z nagrania tylko efekty nałożenia finalnego efektu.

Fakt, że satyra posługuje się wyolbrzymianiem tego, co już może wydawać się przesadne jest uzasadniony prawami optyki: nie dostrzegamy rzeczy, które są zbyt monumentalne, z rzadka mamy szansę doświadczyć syntezy od pierwszego wejrzenia, zazwyczaj brniemy do niej kolekcjonując poszczególne przesłanki. Pasione przez satyrę do niebotycznych rozmiarów, przywary stają się dla wzroku przezroczyste i w końcu przestajemy je ogarniać, na powrót dostrzegając to, co przesłoniła deformacja. ░▒▓ rzekomo poświęca się przyjmując język ośmieszanego zjawiska, ale zatrzymuje się na bezmyślnym terkotaniu, nie domyślając się swoich faktycznych zadań. Po tym jak pierwsza ciekawość została zaspokojona downloadem, słuchanie █ ▄ █ █ ▄ ██ ▄ ██ ▄█ okazuje się być jałowe – na nazwie i tytule kończy się dowcip. ░▒▓ tylko udaje, że potrafi wcielić się w ośmieszane zjawisko: nie dysponuje punktami stycznymi z witch housem, więc kiedy wyolbrzymienie rozpływa się niemożliwe do ogarnięcia wzrokiem, odsłania pustkę zamiast pierwotnego kształtu pożądanych wartości, przesłoniętego ich chorobliwą wybujałością. Gdyby nie tag, wyłonienie witch house'u z płaskiego ambientu wyposażonego dla niepoznaki w kilka rozmazanych sampli wokalnych byłoby niemożliwe.

Z drugiej strony można interpretować █ ▄ █ █ ▄ ██ ▄ ██ ▄█ jako zabawę w śmierć autora. Ostatecznie ░▒▓ zrzekł się wszystkich przysługujących twórcy praw, choćby tego najbardziej podstawowego: przywileju narzucenia perspektywy, z której snuta będzie narracja. Tutaj opowieść prowadzona jest z punktu widzenia kilku cech rozpoznawczych gatunku i to cech najmniej istotnych, nie dotyczących ani treści, ani formy. Nigdy jednak nie można do końca wyrugować autora z jego dzieła. Nawet jeśli błędnie, to jednak zawsze można na jego temat wnioskować i liczy się możliwość dedukcji, nie jej wynik. ░▒▓ ujawnia się poprzez stawianie swoim dziełem pytań: co stanie się dalej z tytułami witch house'owych utworów? na jakim punkcie zatrzyma się inwencja we wklejaniu w nazwy projektów znaków specjalnych MS Office'a?

Te kwestie mogą rozśmieszyć nawet najchętniej pławiących się w postmodernistycznych głupotach, pozostawiają jednak otwartą sprawę podatności witch house'u na karykaturalny ogląd. Z jednej strony nie da się pominąć faktu, że wiele wydawnictw publikowanych w ramach genre to po prostu paczki na mediafire sygnowane przez autorów na swoich blogach, ledwo otagowane pliki i kompozycje, które są coverami dobrze znanych standardów, powstałymi w wyniku przypadkowych manipulacji wirtualnymi narzędziami. Z drugiej jednak to, że znalazł się na świecie człowiek, któremu nie udało się skutecznie wymierzyć w tak łatwy cel może świadczyć o witch housie i jego przyszłych bliższych definicyjnemu ideałowi realizacjach lepiej niż powszechnie się przypuszcza.


wtorek, 16 listopada 2010

Grimes - Halfaxa

Grimes
Halfaxa

2010, Arbutus



6.3



Halfaxa przypomina tegoroczne albumy Warpaint i White Hinterland. Wszystkie trzy projekty układają dobrze znane elementy w niejasne sekwencje, wpasowując niektóre puzzle odwrotnie – obrazkiem do dołu – lub przycinając je po kryjomu do odpowiedniego kształtu. Demaskacje zdają się być pochopne. Czy to na pewno "Polly" Nirvany w "Undertow" Warpaint? Czy ich "Shadows" to w ogóle muzyka, czy może ilustracja do nocnego spaceru Pynchonowskiej Edypy po San Narciso? Te dream popy nie są pensjonarskie. Bez skrupułów spółkują z pustynną pustką lub odwrotnie: barokiem fandango, a przede wszystkim, aby opuścić ciasne rodzinne genre ważą się oszukiwać, kraść i oczerniać. Plotkarska atmosfera namechecków i swatów to ich bolączka: Halfaxa jest za długa o 3-4 utwory, wciąga, ale zbyt łatwo wypuszcza. Po osiągnięciu pełnego zanurzenia nieodparcie dryfuje się ku powierzchni i wynurza z pewnym niesmakiem: w deformującej ogląd głębi były płytami roku, w pełnym świetle, zdemaskowane, wyglądają na wybór odstręczająco letni.

Co by jednak nie mówić Claire Boucher znalazła się chyba najbliżej idei dark dream popu ze wszystkich dotychczasowych śmiałków. Nie chodziło przecież o wzmocnienie bazowego genre czy jego industrializację, tylko o nakłucie skorupki i zaczadzenie wnętrza wydmuszki oparem heroiny i światłem satelity. Stereotypowym symbolem impresjonizmu są roztańczone zajączki światła przeświecającego spomiędzy poruszanych łagodnym wiatrem liści. Sąsiadujący z imaginarium witch house'u mroczny dream pop Grimes zrezygnował ze słońca jako źródła świetlnych cętek i obsadził na wakacie księżyc. Elementy obrazu nadal składają się z rozwichrzonych plamek, ale kurz polatuje w snopie miesiąca, omdlały czepia się w swojej lewitacji cząsteczek światła i kojarząc się z potarganą pajęczyną lub rozszarpanym na drobne strzępy płótnem formuje koty kurzu zalegające zaniedbane domostwo córek Lestata.

Grimes to ten witch house, któremu łatwo przychodzi generowanie singli przy zachowaniu świadomości gotyckiej tradycji. Żenienie r'n'b i future popu z dubstepem i bagnami owocuje fantomową, cienistą psychodelią, która sporo wspólnego ma z EPkami oOoOO i Balama, niewiele zaś z agresją dragu lub rave'u. Przykładowo w "Weregild" kosmiczne disco spotyka Bauhaus. Widmowe ciało dziecka tego mariażu rozwiewają na zmianę to ostrza electro, to barwny chłód synth-popu: przedział 02:20-02:50 brzmi niemal jak podkradziony Antenie, od 03:10 cytaty z Medusy Clan of Xymox – konkretnie z wampirycznego romantyzmu pary "Michelle" i "Louise", tu i tam zasępiona La Roux. W epickim bicie "Devon" słychać tętent ognistego rumaka Giaura: mijając balearyzujące intro powoli wybija się na prowadzenie w przeszłość do "Horse And I" Bat For Lashes (2006) i walterscottyzmu (np. 1821) jako nasyconego niesamowitością pierwowzoru literatury sensacyjnej. Nikczemne guwernantki, grobowce, pościgi konne, herosi płaszcza i szpady - materiał na pierwszy rzut oka zbyt żywy i krwisty na kanwę omdlałej, onirycznej muzyki, ale obszerną plantacją klimatu jest samotność, uwodzicielska nieludzkość, wróżenie z cieni chmur tnących blade jezioro księżyca, okiem wyobraźni przeklejonych na niebo z obrazów Füssliego (ciekawe dopełnienie klimatu w "Today" Various Production, pochodzącym notabene z tego samego 2006).

niedziela, 14 listopada 2010

†‡† - Untitled

†‡†
Untitled

2010, Disaro


4.7



Dziwkarski rave: emaliowane krzyże, czarne tipsy, piksy i kołowrót sampli z filmów poświęconym dziewczynom zatrzymanym na granicy kobiecości z racji braku pieczątki pod ugodą z własną wewnętrzną dziewczynką, uszkodzoną. Otwarcie zrzyna z Salem, ale kolejne tracki potrafią zawrócić w głowie. Ktoś wylał benzynę na stojący w krwawym słońcu czarny obelisk, dzięki czemu naucza teraz głosem Lisbeth Salander. Nie jest to płyta poświęcona przeżyciom w stylu Carrie Kinga - nie chodzi o brak akceptacji, toksycznych rodziców, deflorację w stylu mediewalnym czy związane z pierwszym okresem przeczucie czarnoksięskich mocy. Jest raczej krępująca masa patriarchalnej opresji. Lekko obleśny klimat wujka, który proponuje drinka, gdy przyjechałaś na weekend, a mama musiała gdzieś wyjść. Jest Tony Stark, który zmierzywszy wzrokiem urzędniczkę graną przez Scarlett Johansson mówi do sekretarki: chcę taką. Jest rape house, gang bang na tyłach dyskoteki, wciąganie koki ze spoconych silikonów striptizerki, która chwilę temu zeszła z rury do tzw. garderoby. Co każdą chwilę zmarnowany kwiat, bo oczywiście każda dziwka ma historię, przy której bledną genezy X-manów. Jeśli najnowsze ofiary Dextera czegoś słuchają to jest to †‡†, bo taka muza podoba się młodym sukom, a warto spróbować przynęty zanim rzuci się ją rybom. Biorą, gdy volume wkracza w pełnię.

wtorek, 2 listopada 2010

Bez słuchania III

Newest Zealand
Newest Zealand

2010, Ampersand



5.2



C
o chwila hucznie anonsowane, najnowsze must ready są tak obszerne i wykalkulowane, że gdyby nie nuda i święty Graal tematu do niezobowiązującej rozmowy mało kto sięgnąłby po nie z własnej woli (brak czasu jako źródło lansu podupada w kontekście takich wyrazów jak Łagodne, Harry Potter, J. S. Foer lub Trylogia Millenium). Bestsellery, książki zadziwiająco grube w kontekście sondaży o rosnącej koniunkturze na analfabetyzm, zaczyna się postrzegać jako oddzielny gatunek literacki, którego wyznaczniki agresywnie upraszczając można sprowadzić do sprzedawania ciągle tego samego w tej samej cenie, reklamując tak samo tym samym odbiorcom. Stabilność marketingowa jest gramatyką genre. Temat, rozpiętość wachlarza konwencji, poziom realizmu etc. – wszystko to, co konstytuowało dawniejsze gatunki, dla bestselleru postrzeganego przez pryzmat genologii jest tylko wodą na młyn ekonomicznego paradygmatu.

Trudno ekscytować się faktem, że nasze upodobania są przewidywalne, osobowości schematyczne, świeże światy powstają dla kliknięć na fejsie. Do tego jeszcze istny wrzód na dupie. Dobrze jest czcić małe arcydzieła, nisze, osobistych mistrzów, którzy z mainstreamem zdają się nie mieć szans. To świadczy, że nasz gust jest wynikiem poszukiwań. Opowiadamy się więc po stronie słabszych, ale nie chcemy przecież ich zwycięstwa, bo czas, który sami przeznaczyliśmy na zdobywanie siły okaże się zmarnowany. Anonimowych młodych geniuszy tworzących eksperymentalną, prowokującą prozę obliczoną na miliony sprzedanych egzemplarzy przyjmuje się więc z mieszanymi uczuciami: ma się ochotę ich podziwiać, szczególnie, jeśli samemu jeszcze nie wydało się hitu, ale przecież to nie CI konkretni silni, którym skrycie kibicowaliśmy gorąco. Żeby wyrobić w sobie sympatię dla empikowego top10 i pokryć zmieszanie wobec paradoksu (słabi wygrali i na bazie zwycięstwa wmówili nam, że chcemy nimi być, a my nic na to, bo trzeba stawać w ich obronie), ludzie gadają i gadają, także z czasem do wyznaczników bestselleru jako gatunku dołączyła możliwość dzielenia się wrażeniami z niego bez faktycznej lektury, ze słyszenia. Taka mała zemsta czytelników.


Nie trzeba słuchać Newest Zealand żeby znać Newest Zealand, a pisanie o nie-słuchaniu tej płyty sprawia więcej przyjemności niż relacja z faktycznej recepcji, dźwigającej balast obowiązku, nieznośny, kiedy mowa o formie rozrywki. Brakuje w twórczości muzycznej Dejnarowicza (czy także w recenzenckiej to osobne pytanie) etapów, które umożliwiłyby stworzenie narracji bardziej pochłaniającej niż zlewające się ze sobą punkty CV. Trudno oszacować ile osób faktycznie słyszało jego trzecią solową płytę i ile razy. Ciężko powiedzieć ile odsłuchów mają za sobą ci, którzy dostali egzemplarz promo i ile zaliczył ich ten, który go zripował. Utrudnione jest też spekulowanie na temat wiarygodności zamieszczonych dotychczas w Internecie recenzji. Szczęśliwie album nie wymaga ich czytania: całą zawartość wystrzelano na długo przed premierą i nie chodzi o udostępnienie całości na myspace czy prezentowane w radiu single, a o komplet tagów: Borys Dejnarowicz i jego filisterska depresja, wunderkind pop, chart-prog, wanna-be bossa nova, zaprosiłem-gości-którzy-was-zaskoczą pop itd. Na wysokości debiutanckiego Divertimento wszystko to było jeszcze zabawne dzięki folklorystycznej polskiej odmianie hype'u. Sofomor - No Mood - podzielił oblicze z zestawem happy meal pojmowanym z perspektywy zdanej matury. Przy okazji wypełnionego atrakcjami (m.in. nienachalnie dydaktyczna relacja z ucieczki przed weltshmerzem palcem po globusie) trifomora sens zaangażowania prysnął.

Przypadkowemu słuchaczowi, wchodzącemu do gry z całym entuzjazmem niewiedzy, Dejnarowicz może wydać się kimś pokroju Janka Samołyka – ciekawym młodym muzykiem alternatywnym (można zacząć przygodę z całą tą sceną od "zabawnie przegiętych" sesji zdjęciowych). Wyłączywszy przymuszonych recenzentów, cała reszta to biedni odbiorcy bestsellerów, którym po raz kolejny tak samo reklamuje się to samo, jakby oczytanie miało być karą, a wzrastająca świadomość produktu nie upoważniała raz na jakiś czas do
nagrody - konkursów lub chociaż zmiany w sposobach zagrzewania do kupna. Dla takich zero recepcji to jedyny stan, w którym kolejny odsłuch Newest Zealand może autentycznie zaskoczyć.

piątek, 29 października 2010

Barn Owl - Ancestral Star

Barn Owl
Ancestral Star

2010, Thrill Jockey



7.6



Moje czytanie fantasy zakończyło się dawno temu. Pomimo wcale licznych lektur nie wyniosłem z genre tyle, ile być może jest ono warte. Z perspektywy czasu sądzę, że wpływ na to miał, i ma nadal, fakt, że na mojej półce stoi prawdziwy klejnot: dwa pierwsze tomiki oryginalnego, Howardowskiego Conana. To pierwsze polskie wydania – jedno starsze ode mnie, drugie niewiele młodsze. Skąd się wzięły? Naprawdę nie mam pojęcia. We wstępie tłumacz określa fantasy mianem baśni nowoczesnej. Z takich oto zamierzchłych czasów pochodzą te książki.

Obok wyboru opowiadań, na których Howard szlifował swój styl, pierwszy tomik zawiera niepowtarzalny dodatek w postaci nakreślonej przez samego autora genezy uniwersum. Ten skromny rozdzialik (podejrzewam, że wyrwany przez wydawcę ze zbioru esejów Era hyboryjska) jest Sillmarilionem serii o Conanie. Szkicowaniem mitologii, topografii i całą resztą worldbuildingu najnowszych bestsellerów fantasy zajmują się korporacyjne think tanki. U zarania genre był to jednak niezbywalny obowiązek twórcy, który na kompletowanie imaginarium poświęcał lata. Howard rozpoczął niestandardowo, bo tomikiem poezji (Cimmeria). Spektakularny pokaz siły jego wyobraźni inicjuje jednak dopiero opowiadanie Wieża słonia. Conan jest jeszcze drobnym, prowincjonalnym złodziejem. Postanawia wedrzeć się do obrosłej w legendę wieży i wynieść z niej klejnot posiadający rzekomo magiczne właściwości. Skok ma jednak przede wszystkim zaprzeczyć upadlającemu wizerunkowi barbarzyńcy jako materiału na galery. Po perypetiach, na szczycie niesamowitej budowli Conan napotyka stworzenie przypominające Śiwę – indyjskiego boga z głową słonia. Stworzenie telepatycznie przekazuje prymitywnemu intelektowi barbarzyńcy swoją historię: od lotu przez otchłanie kosmosu, przez uwięzienie we wieży zdegenerowanego maga i wielowiekową służbę jego żądzy władzy, aż po wciąż tlące się marzenie o powrocie na rodzinną planetę.

Poza niespotykaną sugestywnością narracji, inspirowanej jeszcze opowieściami niesamowitymi raczej niż jakąkolwiek zborną myślą o fantasy, Howard onieśmiela charyzmatycznym stylem gry: wprowadza do partii rozgrywanej w świecie stylizowanym mniej więcej na średniowiecze zranionego, postarzałego i wykorzystywanego przez zdeprawowanego czarnoksiężnika kosmitę, sugerując, że właściwym pępkiem cywilizacji hyboryjskiej jest ów obcy, nie mana czy racjonalna myśl. Tym krótkim opowiadaniem Howard podważa cały wysiłek włożony w kreację autorskiego kosmosu, z wdziękiem światowca oświadczając, że całkiem możliwe, iż jego porywająca opowieść jest tylko cieniem cienia prawdziwej historii, dawno zapomnianej. Czy Hyboria jest uniwersum postapokaliptycznym, mierną pozostałostką po obcej cywilizacji? Czy przygody Conana, zbezczeszczone nieudolnie konkurującą z He-Manem kreskówką i potwornymi ekranizacjami ze Schwarzeneggerem, składają się na postapokaliptyczny epos o około dwie dekady wyprzedzający kanoniczne dla podgatunku powieści? Nie ma na to dowodów, ale sugestia padła, została podjęta przez autorów słabiutkich kontynuacji dzieła Howarda (goście z kosmosu powracają jeszcze niejednokrotnie, a na kartach powieści pojawiają się również artefakty, które czytelnik bardziej ogarnięty od Conana rozpoznaje jako skomplikowane mechanizmy lub ich odseparowane elementy) i może spędzać sen z powiek fanom konwencji.

Na wydanym dwa lata temu From Our Mouths A Perpetual Light Barn Owl przywoływali pustynie, tajemnicze dżungle i świątynie, klimat old schoolowego fantasy magii i miecza. W 2010 skupili się na kreśleniu pozornie dalekich od spektakularności obsydianowych, szklistych powierzchni znanych z surrealistycznej Ostatniej plaży J. G. Ballarda. Ancestral Star to odbywany letnim zmierzchem spacer między opuszczonymi wieżowcami albo po cienistym dnie zwietrzałego kanionu, którego wypolerowane upływem czasu ściany jasno wykładają warstwy geologicznej genealogii ziemi. Dorzućmy hasła takie jak desert rock i Earth i będziemy prawie w domu. Prawie, bo Barn Owl znacząco się rozwinęli: surowy, barbarzyński drone pozyskał wyraźnie impresjonistyczny, malarski wymiar. Plamy pylistego cienia przywołują na myśl beznamiętne, medyczne dubstepy, ale liryczna druga połowa albumu przerzuca pomost między suchym, ascetycznym Hex; Or Printing In The Infernal Method Earth a opalizującym nowością Dagger Paths Forest Swords. Generujące naturalny trans operowanie przestrzenią odsyła do hipnotyzującego space rocka obu części Dryystonian Dreamscapes Yume Bitsu (sugestywna, zaraźliwa stylizacja na wyzwolone z granic wykonanie live). Obszerne fragmenty na pozór nieczułych jamów konsultują dobór palety barw z kinematograficznymi projektami typu Mono lub World's End Girlfriend, a mistycyzm, którego nie mogło zabraknąć w tym nieprzyjaznym, skalistym otoczeniu, wyłania się za sprawą interesującej manipulacji: twarde, zdyscyplinowane riffy, przywołujące na myśl spartańskie brzmienie zastosowane przez Albiniego na tegorocznym albumie Scout Niblett, spoczywają w otulinie miękkich, płynnych drone'ów, które poddane skrupulatnie kontrolowanemu delayowi imitują wokale, przejrzyste jak obraz rzucany przez nierówno zasilany projektor ("Visions In Dust"). Przewijając się tu i ówdzie, sztuczka ta antycypuje piękny ghost noise'owy finisz "Light From the Mesa".

Początkowo nie ma się nic do powiedzenia. Ancestral Star zaczyna działać dopiero na odprężonego, wzwyczajonego słuchacza,
subtelnie redefiniując jego oczekiwania wobec przyszłości drone, gatunku wydawałoby się od dawna już kompletnie skodyfikowanego. Łatwo uwierzyć, że za paręnaście lat ten album będzie dla jakiegoś miłośnika muzyki tym, czym antykwaryczne Conany były dla mnie jako czytelnika - artefaktem, przez pryzmat którego można z wyższością spoglądać na teraźniejszość, bo, sam szacownie postarzały, jest cieniem czegoś jeszcze starszego, co zginęło w mrokach czasu.


niedziela, 24 października 2010

Salem - King Night

Salem
King Night

2010, IAMSOUND



4.5



Zawsze wątpiłem w post-rockowość Von czy Agaetis Byrjun, a teraz nie wydaje mi się jakoby debiut Salem był płytą witch house'ową. Precyzyjnym zaszufladkowaniem King Night wydaje się być raczej drag, sąsiadujący z witch housem po macoszemu, bo nie funkcjonujący w roli nazwy gatunku. Jest tylko hasłem kondensującym w sobie nastrój wywoławczy genre, jego heroldem, co ma zresztą sens, jeśli przyjąć, że EPki Salem faktycznie były proto-witch house'owe. Rozumiany dosłownie, tak jak określenia typu mellow, autumnal, melodramatic itp., tag nie będący częścią ścisłej taksonomii genologicznej ma szansę otrząsnąć się z postaci prymitywnie funkcjonującego przymiotnika i przedzierzgnąć się w parole symbolicznych wyobrażeń stojących za gatunkiem.

Drag = wlec się, ciągnąć, ale też dragować, czyli przeszukiwać muliste dno akwenów za pomocą bosaka, wiosła, żerdzi. Poza niewielkim tempem i mglistością, tag ujawnia w takim postępowaniu także koncentrację na niebezpieczeństwie i makabrze: draguje się, aby uniknąć symbolizującej ciemność i śmierć głębiny lub odnaleźć zwłoki topielca i, wyławiając go, przywrócić światu powierzchni. Zwolnione tempa symbolizują w dragu wlokące się kroki nieumarłych i uporczywe skrzypienie skorodowanego zawiasu wyposażonej w rzeźby gargulców cmentarnej bramy. Bpm witch house'u to rozmyte, widmowe poruszenia zjaw, niematerialnych, z wolna przelewających się przez przeszkody bez pokrywania ich grudami zawiesistej ektoplazmy. W dotychczas objawionych formach, witch house'owi obcy jest naturalizm, turpizm, fizyczność w ogóle.

Rozróżnienie to zilustrujmy cytatem z Czarów i czarownic E. Potkowskiego:

Po kraju włóczyli się czarownicy. Byli to – jak pisze znakomity historyk J. Michelet – brudni szarlatani, ordynarni żonglerzy, tępiciele kretów i szczurów, którzy zatruwają te czasy posępnym czarnym dymem strachu i głupoty. (…) W czasie swojej działalności w kraju Basków, de Lancre skazał na stos wiele osób, wśród nich dzieci i młode kobiety. Wysyła młode czarownice na stos, ale jest nimi równocześnie oczarowany: Gdy się je widzi przechodzące – pisze – z włosami rozwianymi przez wiatr i rzuconymi na ramiona, tak strojne tą piękną grzywą, że gdy słońce prześwietli ją niby chmurę, bije jaskrawy blask złocistych błyskawic... Stąd urok ich oczu, niebezpieczny tak w miłości, jak w czarach.

Menażeria ohydnych delikwentów, auto-da-fé i brutalne realia polowania na wiedźmy to esencja ładunku emocjonalnego dragu, kontrastującego z typowo witch house'owym imaginarium infantylnej fascynacji niebezpieczeństwem (podziwiane przez kata słońce tańczące we włosach parających się magią kobiet prowadzonych do ognia to charakterystycznie dla witch house'u delikatny, fetysz zatrzymany na granicy domen miłości i wzniosłej śmierci). Czarownice siłą rzucane w ogień jak ludzkie bierwiona to już drag, którego kolejne słownikowe znaczenia to targać, taszczyć, wtrącać (np. do lochu zresztą), wszystkie powiązane ze stawiającym bezwładny opór ciałem.

Mamy na King Night do czynienia z negatywną stroną zjawisk, które opisałem przy okazji tekstu o How to Dress Well. Próba wykreowania mikrogatunku, formuły predestynowanej do wyrażenia hermetycznych, osobistych treści, doprowadziła paradoksalnie do zatarcia atmosfery intymności i osobności. Stało się tak dlatego, że Salem nie ma. Wszyscy członkowie zespołu są wokalistami, brak więc konkretnego narratora, z którego perspektywy śledzilibyśmy akcję. Jako komunikat, King Night przypomina gęstą, budzącą agorafobiczne odczucia, ławicę strzępków zasłyszanych w przelocie rozmów. Wszyscy członkowie zespołu są biali, jednakże nakładając odpowiednie efekty na wokale osiągają satysfakcjonujący erzac czarnego głosu, więc i rasa nie pełni funkcji dowodu tożsamości - można ją imitować, tak jak płeć. Na pierwszy plan wysuwa się więc dezidentyfikacja Salem. Skoro gatunek, symbolizujący pochodzenie (rasa, herb, krew, tradycja itp.), jest dla nich wartością obojętną, tożsamość oprzeć mogą tylko na kontekście, środowisku, toposie etc. Fakt, że nikt nie nakręcił jeszcze filmu o zombie z perspektywy zombie rzuca dodatkowe światło na te starania nowoczesnego, wieloosobowego Pinokia.

(Dyskutować jednak można, czy aby debiut Salem nie jest płytą autotematyczną: mimo wszystko wypowiedzią spersonalizowaną aż do wymiaru topornego solilokwium, opowiadającego o tworzeniu podjętym przez artystę wykorzenionego, lewitującego w perforowanej próżni utworzonej przez technologię minimalizującą znaczenie talentu, gustu czy kanonu, które to, jakkolwiek arbitralne, zawsze występują w roli wartości kiełznających, nakładających granice, a więc dosłownie utrzymujących w miejscu, które, chcąc nie chcąc poznawane, obdarowuje poznający podmiot pochodzeniem i tożsamością, ejdetycznym związkiem z przestrzenią.)

W swojej części recenzji na Porcys Andrzej Ratajczak wymienił sporo ogólnych adresów, z których Salem korzystają, aby chociaż minimalnie korespondować z resztą świata, wykształcić rozpoznawalny etos. Do sympatycznej enumeracji dorzucam dwie konkretne pozycje bibliograficzne: Dziecię boże C. McCarthy'ego i Płeć wiśni J. Winterson. Bohaterami obu powieści są jednostki karykaturalnie zdepersonalizowane, z okrutnym humorem przedstawione jako bestie, niższe od człowieka, rozchybotane i śmieszne w swojej niszczycielsko barokowej potędze. Dziwactwa gargantuicznej Psiary i chuderlawego, przypominającego Tolkienowskiego Golluma (sam narrator określa go niekiedy gnomem lub trollem), Lestera Ballarda, zazębiają się perfekcyjnie w styku z normalnymi ludźmi. Psiara jest gigantyczną, nadludzko silną kobietą przypadkiem mordującą, wchłaniającą partnerów seksualnych, samotnie odpierającą ataki wojska – jednocześnie będąc emanacją samotnej dziewczynki. Ballard to obłąkany seryjny morderca chadzający w ludzkim skalpie na głowie uprawiać nekrofilię, grabież, cross-dressing – jednocześnie nie będąc w stanie wytrzymać czystego piękna odradzającej się po zimie natury (ciekawe, że Jean Baptiste Grenouille, bohater Pachnidła, wcale nie pasuje do tego degenerackiego brydża tak dobrze, jak można by się spodziewać; chroni go chyba szlachetny, witch house'owy, cel - zatrzymanie drobnego momentu, kiedy zapach pięknej dziewicy o konkretnym typie urody opuszcza losowe miejsce jej skóry niesiony poruszeniem powietrza). Charakterystycznie grubymi nićmi szyte rozstrojenie.

Kluczem uniwersalnym do King Night, elementem aktywującym wszystko, co zgromadziłem ja tutaj, a na Porcys Ratajczak, jest po prostu groteska. To jej znakiem rozpoznawczym jest dysharmonia, którą można streścić debiut Salem – brzydki i niepewny, słuchalny tylko dzięki potężnym dawkom reverbu, ujednolicającego dzieło przypadku (dream pop, shoegaze) z zaplanowanymi działaniami kompozytorskimi (electro punk, industrial, grime). Groteska jest też kategorią mieszczącą i pieszczącą straceńczo oddające się mainstreamowi zombie, neuromancery, morderców i potworne kaleki, ćpunów i kurwy, rycerzy i lesbijki, małolaty w napalmie, spopielone atole i szczęki kozłów wstawiane podczas wojen secesji pozbawionym żuchw żołnierzom, kościoły zarosłe trawą, Notre Dame, rottweilery ścigające prywatnego detektywa po przedśmieciach Nowego Orleaniu i okręt pośrodku spokojnego morza, załadowany skazanymi na XVIII-wieczny Maryland dziewicami.

Tyle że sami sobie to wszystko wymyśliliśmy. Z winy zainteresowania nowymi gatunkami, oczytania w inkorporującej pulp postmodernistycznej literaturze obaj, niezależnie od siebie, stworzyliśmy z Ratajczakiem płytę wyrażającą masę niezrealizowanych w ostatnio wydawanej muzyce tęsknot. Te piękne konteksty wydają się być przez Salem kompletnie nieuświadamiane. Ich debiut jest raczej przypadkowo ukształtowaną na fajną fatamorganą, wymuszonym tonem, za sprawą ogranego wokabularza i z pozycji apatycznej kontestacji, strojącą się w piórka mirażu jakim bez wątpienia jest koherentna wypowiedź na temat spotykającej twórców nowych gatunków dezidentyfikacji, paradoksalnej w epoce sławy dla każdego. To prezentacja, co oznacza w praktyce postmodernizmu wyjście poza zakreślony przez siebie krąg (od stosunkowo odkrywczych EPek do schematycznego LP): wstąpienie w tą lub inną niezbywalną tradycję. W tym przypadku to monotonny, ślamazarnie eklektyzujący electro punk. Ależ drag.

czwartek, 21 października 2010

OOP #4: wrzesień/październik 2010

Mój gościnny występ w Screenagersowej rubryce Out of Print. Sprawdźcie, co za cudeńka wyszperaliśmy z Markiem Sawickim.