sobota, 18 września 2010

I Am Kloot - Sky at Night

I Am Kloot
Sky at Night

2010, Sheperd Moon



3.5



Sky at Night, skromnie ukrywające się pośród tysiąca niewiarygodnych premier, przypomina łódź podwodną dowodzoną przez facetów trawiących kolejne wachty na chuchaniu w bulaje, byle tylko nie było widać otaczającego krypę morza możliwości. Pasażerów kusi przetarcie szybki rękawem: owszem, muzyka poszła naprzód i nikt już nie słucha takich kapel, ale przede wszystkim Sky at Night zawiera singiel "Proof". Singiel z 2004, który, w niezmienionej formie opublikowany pośród nowych piosenek, błyszczy niesamowitym światłem, z miejsca stawiając nostalgię za pierwszymi trzema albumami gangu Bramwella ponad całością ewentualnych doznań płynących z płyty piątej.

Kiedy spojrzenie wstecz okazuje się gwoździem programu, automatycznie umacnia się przeświadczenie, że na dalszych pozycjach tracklisty nie będzie niczego porównywalnego do knajpianej dynamiki "Life In a Day" czy poetyckiego piękna "From Your Favourite Sky". Słusznie, bo lansowane na high-lighty "Northern Skies" i "I Still Do" nie mają startu do tych,
zdawałoby się archaicznych już, hymnów depresyjnej młodzieży. Sugestia jakoby I Am Kloot byli jedynym post-britowym składem, który przetrwał w niezmienionej formie wszelkie roszady w trendach trochę podupada. Każdej poprzedniej jesieni warto było wrócić do I Am Kloot, tej jesieni warto wrócić do poprzednich płyt I Am Kloot.

środa, 8 września 2010

Disintegrihanna

Możliwość zawieszenia niewiary podczas odbioru chart popu jest tak samo odświeżająca jak w przypadku mniej populistycznych genres zwrot stylistyczny lub zaskakujący eklektyzm. Dbali o pięcie się wzwyż rankingów, artyści tego nurtu wiedzą, że odbiorcy wiedzą, jakiego klucza użyć, aby ich dzieła odczytać, sygnalizują więc treści zamiast je przedstawiać, operując skrótami myślowymi przedstawiają swoją muzykę jako test znajomości konwencji artystycznych czy stylów życia. Wezwanie do bycia jak najbardziej na bieżąco nie tyczy jednak tylko odbiorcy: chart pop starzeje się bardzo szybko, lansując up to date, sam błyskawicznie staje się out of date. Podbija to ego obu stron, wrażliwym na trzymanie ręki na pulsie, ale jednocześnie utrudnia postrzeganie ich w perspektywie szerszej niż stereotypy. Często o ożywieniu w ramach genre mówi się w przypadku albumów, których zintymizowanie nabiera cech konceptu. Tematem jest zbratanie z podupadłą gwiazdą, z Olimpu ikon popkultury sprowadzoną do poziomu typowo ludzkich uczuć.

Aby ludzkie uczucia mogły być typowe muszą niestety wiązać się z cierpieniem. Ból jest doznaniem uniwersalnym, trwałe zaś zanurzenie w rozkoszy i zbytku - elitarnym. Niektóre partie Rated R wydają się być pisane na kolanie, z pominięciem prawideł sztuki. Zmniejsza to komfort odbioru, ale uwiarygodnia iluzję, że twórca nie widział dzieła jako nadającego się do publikacji, przeznaczając go do szuflady lub nawet zniszczenia jako kompromitującego udziału w licytowaniu się na nieszczęścia. Dzięki temu cała retoryka zdaje się być wymuszona językiem kłopotliwego komunikatu, a nie pragnieniem manipulacji, choć oczywiście sugestia, że w procesie kreowania singli słuchacze nie zostali przewidziani jest manipulacją tym bardziej wyrafinowaną, bo tak otwartą jak przytakując mówienie nie.

Niektóre fragmenty Rated R pełnią rolę literackich opisów: zaniżają dynamizm narracji, ale uściślają pracę wyobraźni sprawiając, że przejmujemy perspektywę narratora lub utożsamiamy się z bohaterami, z całą powagą postrzegając ich działania jako trafne lub chybione; impulsywne, a nie wypracowane przez występujący jawnie think-tank. W ten sposób powstaje dzieło, w którym priorytetem jest przystępność wizji, a obowiązek angażowania odbiorcy w dopowiadanie detali czy ciągów dalszych poddany pod wątpliwość. Jedynym zadaniem słuchacza jest tu współodczuwanie lub nawet projekcja empatii w przyszłość.

Byłoby szkoda łączyć ów specyficzny styl ekspresji jednoznacznie z przejawami feminizmu, od bycia kobietą uzależniać Rated R jako komunikat i od bycia kobietą uzależniać odbiór albumu. W przypadku zapisu emocji po rozstaniu bardziej logiczny, bo odzwierciedlający uniwersalny charakter doświadczenia, wydaje się być podział na styl reakcji niż na płeć: żal i apatia contra niezgoda i agresja. Aby chociaż trochę znieść feministyczny wydźwięk Rated R, tym samym uogólniając wydźwięk płyty na ogół ludzkości (a więc ją uczłowieczyć), zestawmy album Rihanny z Disintegration The Cure.

"Plainsong" należałoby umieścić w roli odważnika dla aż trzech pierwszych utworów Rihanny – tyle czasu zajmuje Rated R stanięcie na nogi. Mimo wszystko jednak: obie strony wyrażają na wstępie emocje przypominające szok afazji. U Smitha objawia się ona pięknym, bo pięknym, ale bełkotem, u Riri autoironią deprecjonującą akty mowy jako pomieszane. Tytuł openera ("Madhouse") zapoczątkowuje osobisty dramat równolegle z kpiarskim zamiarem wykorzystywania w roli podłoża narracji poetyki horrorów daleko posuniętej w alfabecie klasy. Madhouse to lunaparkowy dom strachu, obskurny psychiatryk i groteskowy dom zachwianych praw, budynek na opak rodem z Sanitarium lub Borgesowskiego opowiadania Śmierć i busola. Przedstawiona z perspektywy czasu na tyle odległej, że dopuszczającej już dowcipne porównania, miłość przedstawia się tu jako gorzka komedia, a Rihanna jako podmiot świadomy, że uczuciowe wynurzenia muszą być pełne efekciarskiego patosu, wydmuszkowego fx slasherów, pociągającego słuchacza bardziej niż niemożliwe do współodczucia cierpienie Innego, nawet jeśli do niedawna epatował statusem boga.

Jeśli "Love Song" jest próbą poradzenia sobie ze stratą poprzez zwrot ku własnemu narcyzmowi (gwiazdorski odpowiednik rzucenia się w wir pracy), identyczną sytuację mamy w "Rockstar 101". Z perspektywy czasu, nachalna przebojowość obu tych kawałków wydaje się być ironiczna, nachalnie eksponując ograną rekwizytornię idoli. Poważniej zaczyna robić się na wysokości "Russian Roulette" i "Rude Boy", które zestawmy z "Fascination Street" i tytułowym utworem płyty The Cure.

W "Rockstar" Rihanna posługuje się kliszą rozregulowanego zegara biologicznego – sypia w dzień, za czas aktywności obierając nienaturalnie wydłużoną noc (Big city / Bright lights / Sleep all day / Long nights). W następującym bezpośrednio potem "Russian Roulette" logicznym jest więc, że to noc przejmie rolę kliszy: czasu obcowania z halucynacjami, starcia z podświadomością (ciemność) przy ograniczonych przez mrok zmysłach - narzędziach świadomości (światło). Smith ląduje na "Fascination Street", Rihanna bierze udział w rozgrywce rosyjskiej ruletki. Oboje czują się nieswojo tym bardziej, że w groteskowych lokacjach są chyba jedynymi przedstawicielami swojej płci. Smith przedziera się przez tłumy rozerotyzowanych kobiet, przy czym paranoiczna atmosfera piosenki wskazuje raczej na odczucia właściwe klaustrofobii niż podnieceniu. Rihanna gra w męską grę, mając świadomość, że jej przeciwnik jest o wiele lepszy: po pierwsze pozwala sobie na ostentacyjne porady (Say a prayer to yourself, he says, close your eyes, sometimes it helps), po drugie: siedzi vis-à-vis, więc przeżył poprzednie tury (And then I get a scary thought: that he’s here means he’s never lost), rozegrane najprawdopodobniej z innymi mężczyznami.

W tym kontekście dodatkowy połysk zyskuje zawarty na Rated R obrazek przejażdżki do byłego i wizyty tak krótkiej, że nie warto nawet wyłączać silnika ("Stupid In Love"). Postępowanie znane z filmowych napadów na bank w kontekście gry miłosnej jest orzeźwiająco świeże. Podobnie jak męska perspektywa Disintegration podszyta jest stereotypowo babskimi sentymentalizmem i atmosferą użalania się nad sobą, tak u Rihanny typowo męskie atrybuty (nagrzewający się silnik i wyliczony czas, atmosfera porachunków i ofensywy) egzystują w otulinie infantylnej, dziewczęcej żałobki po uczuciu (w tej samej piosence pojawia się esencja pensjonarskiej Riri: My new nickname is “you idiot” (such an idiot) / That's what my friends are calling me when they see me).

"Fascination Street" to miejsce, w którym Smith poddaje się ekstazie, doświadcza imponującego nawrotu męskości, stłamszonej dotychczas depresją:
Yeah! I like you in that, like I like you to scream
But if you open your mouth then I can't be responsible
For quite what goes in or to care what comes out
So just pull on your hair, just pull on your pout
And let's move to the beat like we know that it's over
Figura zatracającego podążania za rytmem i znaczący, władczy gest pociągnięcia kobiety za włosy występują w "Rude Boy" w identycznej konfiguracji i otoczeniu. Po chwilowym schronieniu się pod płaszczykiem idolki, upokarzającej próbie wyciągnięcia ostatniego ciepłego słowa, pozyskaniu infantylnego przezwiska i, w końcu, po udziale w ryzykownej, zmaskulinizowanej grze, Rihanna szuka azylu w nightoucie, w hedonistycznym zatraceniu przywracającym pierwotne, elementarne role. Paralelnie ze Smithem, choć oczywiście odwrotnie, bo to ją przecież jakiś przypadkowy on ma pociągnąć za włosy i przesunąć tam, gdzie mu wygodnie – przywrócić do pionu podstawowych ról:
Tonight I'm get a little crazy / Come here rude boy, boy is your big enough? / (…) I like the way you pull my hair / Babe, if I don't feel it I ain't faking / I like when you tell me kiss you there / I like when you tell me move it there
Poszukiwanie męskiej zabawki mogłoby być seksistowskie, ale Smith wykazuje się sporym zrozumieniem: Oh I miss the kiss of treachery / The aching kiss before I feed / The stench of a love for a younger meat. Kiss wydaje się tutaj nie tyle słowem na pocałunek, co namową do zastosowania w relacjach damsko-męskich informatycznej brzytwy Ockhama – KISS = Keep It Simple, Stupid.

Pożądaną symplifikację uniemożliwia to, że nowe mięso zawsze przypomnieć musi o starym, obudzić wątpliwości i nostalgię. U Smitha nośnikiem napomnienia będzie ekstatyczny, naelektryzowany sentymentalizm "Prayers For Rain" i "The Same Deep Water As You", u Rihanny teen-popowy obowiązek przejrzenia zdjęć (neoromantyzm Smithowych "Pictures of You" zyskuje w kontekście tego porównania niezasłużenie komiczny wydźwięk, szczęśliwie wypośrodkowany nieco przez "Us" She Wants Revenge, nagrane pomiędzy dwoma omawianymi tu albumami), tyle że znów zakończony gorzką ironią, znaną z openera: utwór kończy się masochistycznym dopuszczeniem goofy-rapu jakiegoś *faceta* (Will.I.Am z Black Eyed Peas!), burzącego całość skrzętnie kreowanej wewnętrznej choreografii kobiety o publicznie złamanym sercu.

Na obu płytach obecny jest też motyw złowieszczego sobowtóra. U Smitha jest to demoniczny, humanoidalny pająk, u Rihanny partnerka do tańca. Oboje nie mogą nawiązać kontaktu ze swoim odbiciem. Smith zostaje sterroryzowany, u Rihanny komunikację przerywa semantyka. W powracającym jak figury tańca refrenie toczy się dyskusja o właściwym sensie zwrotu te amo, rzuconego jakby mimochodem przez drugą stronę. Taniec jest tutaj nietuzinkowo upiorny: pląsy pod kandelabrami budzą obawę niekoniecznie dlatego, że ciężkie żelastwa mogłyby się urwać i uszkodzić tancerki, ale dlatego, że są słowem nie pasującym do codziennej kreacji Rihanny – słowem egzotycznym dla jej stereotypu. Napięcie podkreśla fakt, że od razu po odnotowaniu staroświeckiego, tajemniczego źródła światła, podmiot liryczny spogląda w oczy swojemu niesamowitemu odbiciu: I hear the pain in her voice / Then we danced underneath the candelabra / She takes the lead - thats when i saw it in her eyes: it's over. Dopiero w tym momencie gitarki stylizowane na stereotypowo iberyjskie brzmienia, uwalniają ewokacje cyganerii, klątwy, uroku, złego oka. Jeśli skorzystać z pierwszego skojarzenia: mamy tu fado - portugalskie przeznaczenie, los, ale i saudade - postawę czułego poddania się upływowi czasu, nostalgii odczuwanej w reakcji na rozkład i utratę.

Można by jeszcze długo czytać te albumy, pozwalając zyskiwać Rihannie na porównaniu. W przypadku Rated R łatwo jednak o interpretację mniej jałową niż przy okazji rozmowy o typowych tytułach z chartsów. Poruszone tu przeze mnie wątki nie są efektem wymuszonego wypatrywania tropów i wyolbrzymiania ich. Przyszły naturalnie i, pomimo niewielkiej w obrębie gatunku próbki, można powiedzieć, że dzieje się tak tylko wtedy, kiedy samo dzieło i sygnalizowane przez nie treści są efektem faktycznej potrzeby wygadania się, spychającej na dalszy plan rolę producentów. Dla porównania: całość Rated R, na którym nie pada zresztą żaden metakomentarz, że oto mamy do czynienia z pamiętnikiem vs. nachalnie diarystyczna stylizacja pojedynczego "Question Existing" z Good Girl Gone Bad (swoją drogą broniącego się po czasie, szczególnie w kontekście niespodziewanego wykwitu na gruncie rozkminy nad witch housem albumiku Lindsay Lohan).

Od zatarcia granic między płciami, od uniwersalnych gestów stereotypowo im przyporządkowanych, od zatracenia w przyjęciu podstawowej roli zaczyna się dla obu wyrażających się tu podmiotów droga do zrozumienia tego, o co przez total time'y tracklist pytali. Zamknięta kompozycja dziennika podnoszenia się po rozstaniu okazuje się być w praktyce zapisem bardzo otwartym, po części projektowanym przez odbiorców, złaknionych współodczuwania ze swoimi idolami, niekoniecznie przez wzgląd na ich płeć.

czwartek, 2 września 2010

How to Dress Well - Love Remains

How to Dress Well
Love Remains

2010, Lefse



8.3



Ghostly, slow-moving electro-pop, screwed and chopped hip-hop, spooky synths and vocals, eerie, cavernous sound, dub, goth, current electro, ambient house á la KLF's Chill Out, and even chart pop, sluggish bpm and manipulated vocals, turned no-nonsense street rap into moodier and more psychedelic... Kanon 19-latka tworzącego witch house pod nickiem Balam Acab jest dla postronnego odbiorcy nieodgadniony, bo osobisty.
Możemy się umówić, że surowy dubstep i nekromanckie r'n'b, slow-motion disco i infantylny gotyk tworzą rdzeń debiutanckiej EPki oOoOO, ale konkretna wpływologia, nawet w postaci name-checkowania tzw. klasyków (na których też będziemy musieli się umówić), będzie w przypadku najnowszych genres zafałszowana i randomowa. Wydaje się, że celem artystów dostarczających mikrogatunków, takich jak witch house, lo-fi r&b czy do niedawna chill-wave, nie jest kreacja czy definiowanie nowych estetyk, a więc post-modernistyczne próbowanie granic sztuki, chłodne i brutalne rozpychanie muzyki jako pojęcia. Ziemią obiecaną jest raczej romantyczna ambicja poszerzenia rzeczywistości o twory dotychczas nieistniejące, ale tak uporczywie nawiedzające wyobraźnię, że spokój można odzyskać jedynie własnoręcznie sprowadzając je do empirii, czyli w przypadku muzyki: swoje fantazje nagrywając.

Faktycznej genezy witch house'u, lo-fi r'n'b czy nawet chill-wave'u nie upatrywałbym więc w fascynacji intertekstualnością czy pragnieniu stworzenia subsubgenre odgrzebanego spod kilogramów kurzu zapomnianego subgenre. Naiwność takiego założenia dobrze obrazują kronikarskie fragmenty Pitchforkowego artykułu Ghosts in the Machine. Serio witch house wywodzi się konkretnie z 1990 roku, akurat Dja Screw i akurat hip hopu z Houston? Serio autorytetem w sprawach najnowszego efemerycznego genre ma być facet, którego kombatancka biografia przypadkiem skleiła się z trasami koncertowymi Fisherspoonera? Założenie, że projekty takie jak White Rings i oOoOO są efektem długotrwałej pracy nad transformowaniem posągowych genres, przegrywa z o wiele bardziej zdroworozsądkową tezą: rozrzuceni po świecie młodzi producenci, szafujący ledwo co otagowanymi trackami, mając nikłe pojęcie o tak drobnicowej historii jaką są dzieje muzyki najbardziej im współczesnej, po prostu spełniają swoje muzyczne marzenia. Świadectwa i dokumenty są fikcją w zestawieniu z uchylającymi się uporządkowanej artykulacji fantazjami i epifaniami jednostek. Narodziny dzieła =/= jego premiera, materiały prasowe =/= kompleks stojących za nim umotywowań.

Trafniejsze (bo zmetaforyzowane tak, jak za cały artykuł P4ka wystarczyłby imaginacyjny tytuł: Ghosts in the Machine) wydaje się przywołanie epizodu Wierności w stereo, w którym do sklepu wchodzi facet i po chwili poszukiwań podbiega do lady w ekstazie kupując kompakt, którego niby to szukał od lat. Oczywiście po paru dniach zwraca płytę, prowadzone po omacku poszukiwania trwają dalej, a gość wciąż nie potrafi sprecyzować czego właściwie szuka – jedyne co ma, to wyobrażenie jakiegoś albumu, jakiejś muzyki, podąża za fantazmatem. Był to czas (1995), w którym jedynym wyjściem były miesiące bezskutecznego postowania na obskurnych forach. Ściągnięcie cool edita, fruity loops i vegasa, i nagranie upragnionej płyty samemu, tak jak ją sobie wyobraził, taką jakiej jej potrzebował, leżało poza zasięgiem klienta książkowego Championship Vinyl.

Za mikrogatunkami stoi chęć wykreowania brzmienia czy całych utworów wyrażających fantazmaty, zjawiska muzyczne czy nawet psychiczne, nieuchwytne w zakresie dotychczas sprawdzalnej rzeczywistości. Taką luką była, i dla wielu pozostaje, podniszczona muzyka klubowa, do której można potańczyć bez wieloletniego udziału w osiedlowym kółku choreograficznym, która byłaby bardziej naćpana i brudna niż wysportowane suczki stereotypowo umieszczane za majkiem estetyk takich jak house czy r&b, która byłaby skupiona i czuła jednocześnie, jak szczyt amfetaminowego wzlotu, a nie stereotypowo kojarzony z rozrywką percepcyjny zgiełk po ecstasy. Takim brakiem może być hypnagogic-metal wspomniany przy okazji notki o Megafaunie w Porcysowym brudnopisie. Dla
estetów niechętnie wychowanych na Moleście i Rysiu odkrycie czystego hip hopu, wychillowanego i wskazującego cele bardziej przemawiające do wyobraźni niż bójka kilku bezrobotnych pod sklepem mogło być wypełnieniem luki, o której mówimy. Poczucie braku może wywołać nie tylko hołubienie wyobrażenia o jakiejś konkretnej muzyce (forma), ale też o sytuacji czy stanie emocjonalnym (temat, względnie treść), o którym, zdaniem słuchacza podejmującego się tworzenia, nikt nic jeszcze nie nagrał.

Całkiem możliwe, że stoi za tym dążeniem potrzeba coraz bardziej precyzyjnego wglądu, wyrażania muzyką zjawisk i odczuć coraz to mniejszych, wcześniej nie ujmowanych daną gałęzią sztuki. Skoro technika na to pozwala, powstają spersonalizowane genres, pozbawione zaplecza w instytucji jakiegokolwiek kanonu, dystansujące się od patetycznej tematyki (miłość w ogóle) i form (concept album lub nawet album). Kiedy słuchacz może samodzielnie, nie czekając na zawodowych artystów, stworzyć muzykę korespondującą z jego osobistymi potrzebami, chwytanie osławionego zeitgeistu może przybrać postać formułowania tęsknot i zgrywania ich do mp3.

Wypełnianie luk i urzeczywistnianie fantazji wydaje się być dokładnie o tyle bardziej romantyczne i inspirujące od eksploracji monokultury, że artyści naturalnie podejmują temat. How to Dress Well to efekt, owszem, znajomości dzieł reprezentujących dwie przeciwstawne sobie estetyki, ale głównie jednak próba uchwycenia mikroskopijnego zjawiska estetycznego. Owszem, stało się tak, że lo-fi i r'n'b zaczęły orbitować wokół siebie jako równie modne i porównywalnej masy planety, więc konstruktywna kolizja była kwestią czasu. Jej efekty to dzieła, których premiery (bo nie narodziny) można zaznaczyć na osi czasu. Ale to, co prowadzi do faktycznego zetknięcia i dyfuzji dwóch lub więcej estetyk, to w przypadku każdego artysty z osobna nieuchwytny moment, podlegający tylko niepewnej psychologizującej dedukcji.

Mikrogatunki tworzone bezpośrednio w odpowiedzi na potrzeby estetyczne, z dziękczynnym gestem w stronę technologii, która umożliwia ich spełnienie, przypominają trochę fetyszyzm, czy to ten pierwotny, powiązany z kultem bóstw, czy ten dotyczący zachowań seksualnych. Fetyszyzm to kult detalu: bożka konkretnego odcinka rzeki, nieznanego już parę kilometrów dalej, lub gestów towarzyszących malowaniu ust. Przykłady można mnożyć: fetyszyzacji podlega potencjalnie wszystko to, co będąc małe otwiera na wielkie, symulując tym samym wytęsknioną sytość zmysłów. Właściwie więc fetysz, w przyjętym tu rozumieniu, ma dużo wspólnego z symbolem rozumianym jako znak na. Możemy jeszcze pogrubić kontur tego rozpoznania przytaczając fragment eseju otwierającego Sposoby widzenia J. Bergera:
Sztuka dawna nie istnieje już w taki sposób, jak niegdyś. Utraciła swój autorytet. Jej miejsce zajął dziś język wizualny. Istotne jest obecnie, kto i w jakim celu używa tego języka.
Muzyka mikrogatunków hołduje nie wydarzeniom, a raczej znakom na te wydarzenia, nie tylko stawiając opowiadanie o muzyce ponad samą muzyką, ale dla nawiązania narracji dowolnie, z wyłączeniem należnego autorytetom poważania, rozczłonkowując posągowe ciała stabilnych już gatunków. Tych twórców nie interesuje nagranie muzyki dworskiej, a raczej muzyki obrazującej drobne czynności towarzyszące przygotowaniom do balu, te krótkie, urokliwe działania, które zapamiętuje się będąc dzieckiem i próbuje naśladować w zabawach, dając upust odruchowi mimetyzmu. Niezgrabne malowanie ust przez dziewczynki = całemu byciu kobietą dla obu płci biorących udział w zabawie. Lo-fi i r'n'b How to Dress Well jako gatunki podporządkowane wyrażaniu osobistych treści autora, zamienione w język i sfetyszyzowane, dobrze obrazuje klip do "Ready For the World":



Piosenkę o miłości obrazuje tu koncept nie tak otchłanny jak kobieta w ogóle. Wizualizację stworzono gromadząc wycinki kobiety, sfetyszyzowane poprzez umieszczenie w centrum obrazu. Reifikacja (uprzedmiotowienie), rozczłonkowanie, naznaczenie faworyzowanej partii całości, użycie jej do nasycenia popędów wyobraźni/zmysłów. Jak pisze w Psychopatologii życia seksualnego Kempiński:
W fetyszyzmie można się dopatrzeć szczególnego wypadku impregnacji nadawanej przez człowieka jego otoczeniu. To, z czym się on styka, staje się jakby jego częścią. Kontakt z tą częścią staje się – na zasadzie analogicznej do stosowanej w magii – kontaktem z daną osobą. Podobnie jak czarownik swoje operacje zmierzające do ocalenia lub zniszczenia swej ofiary wykonuje na przedmiocie, który z nią w bezpośrednim kontakcie (część odzieży, dom, w którym mieszka, drogi, którą zwykle chodzi, włosy, paznokcie), tak zakochany, nie mogąc zetknąć się ze swym partnerem, przeżycia seksualne czerpie z przedmiotów, które się z nim stykały. Działa tu zasada pars pro toto, która zwykle występuje tam, gdzie uczucia są silne, a bezpośredni kontakt utrudniony lub niemożliwy, w ten sposób relikwie zastępują świętego, pieczęć królewska osobę króla itp.
Poszukiwania podjęte przez Toma Krella w ramach How to Dress Well odbywają się w wymiarze emocjonalnym, magicznym, jeśli podstawić pod to słówko ludzkie pragnienie zaklinania doświadczeń, zamrażania ich w czasie i odtwarzania ciągle od nowa (lokacja Sensorium w grze Planescape: Torment dokładnie obrazuje to pragnienie). Postrzeganie tej, w gruncie rzeczy oryginalnej, muzyki przez pryzmat poszukiwań stricte badawczych, w kategoriach eksploracji czy eksperymentów podjętych przez znawcę dwóch odrębnych estetyk, prowadzi donikąd, kończąc się na sloganie lo-fi r'n'b, o niemożliwych do odtworzenia proporcjach, źródłach i motywacjach. Szczególnie, że wspomniany fetyszyzm nie kończy się na tematyce (miłość, tęsknota, kobieta), lecz jest prolongowany także w formie wyrazu.

Wymieszanie na Love Remains odpowiednich części tak obszernych genres jak traktowane oddzielnie lo-fi i r&b, jest fetyszyzacją formalnej lotności, tęsknotą za synkretyzmem idealnym, w którym spojenia między wymieszanymi estetykami byłyby niemożliwe do rozróżnienia. W ten sposób sennie upłynniony, charakter mikrogenres wypływa z pragnienia operowania materiałem plastycznym, który podlegałby formowaniu z wyłączeniem praw fizyki czy logiki jawy, materiałem odwrotnym więc do tego, co kojarzone z konstrukcją, architekturą, kompozycją itp. wartościami, za których pomocą charakteryzuje się często pracę profesjonalnego artysty wyposażonego w zaplecze teoretyczne i praktyczne. Idąc dalej: mikrogatunki marząc o liberalizmie twórczym, o anarchizującym
synkretyzmie, wyrażają pragnienie odrzucenia zastanych warunków takich jak ograniczenia sprzętowe, talent lub jego brak etc. Ich dążeniem jest uskutecznienie egalitarystycznej utopii, w której prawo głosu uzależnione jest wyłącznie od pomysłu i wytrwałości w jego realizacji, nie od pieniędzy, sprzętu i innych ograniczeń.

Ingerencja w ustabilizowane i duże gatunki, stwarzanie z ich odłamków swoich własnych, opartych na wyobrażeniu, przypomina obok fetyszyzmu także kompleksy autoerotyczne lub pigmalionizm. Zamiast niekończących się poszukiwań ideału, artyści operujący mikrogatunkami sami go stwarzają z wycinków obrazu, sampli, wspomnień, idealistycznych fantazji itp. Pozyskują w ten sposób kontrolę, stają w pozycji nad wobec rzeczywistości artystycznej, w której partycypując z pozycji słuchacza nie byli w stanie osiągnąć nasycenia. Są też do pewnego stopnia agresorami, nie tylko użytkownikami czy złodziejami. Ich kontestacja przybiera formy podobne do wąsów dorysowanych Mona Lizie przez Marcela Duchampa, streszczając się w twierdzeniu, że prawa gatunków czy kanoniczna pozycja niektórych dzieł (=potencjalnych materiałów do zdekontekstualizowania i fetyszyzacji) nie mogą być wiążące wobec naglącego pragnienia ekspresji. Wygląda to na bunt przewrażliwionych, egotystycznych beztaleńć. Po części słusznie: ostatecznie 99% nowych mikrogatunków umieszcza w swoim credo wydelikacenie, zmniejszenie tempa, emocjonalność, sprzeciw wobec intelektualizmu etc. Jednocześnie jednak, demonstrując i testując władzę nad materią swojej sztuki, twórcy ci coraz bardziej oddalają się od rzeczywistości, skazując tym samym swoje eksperymenty genologiczne na hermetyczność i niemal natychmiastowe wyczerpanie opcji na przyszłość, o czym wspominałem już wcześniej przy okazji rozważań nad ewentualnymi granicami chill-wave'u.

Tak mniej więcej przedstawiałby się zeitgeist witch house'u, lo-fi r'n'b i innych mikrogatunków (także tych dążących do odrzucenia minimalizującego przedrostka) widziany z perspektywy psychologizującej dedukcji.


Czternaście utworów składających się na debiut How to Dress Well to tak naprawdę tylko jeden kawałek. Wydaje się, że Krellowi nie chodziło o nic ponad ostentacyjną ekspozycję brzmienia, sposobu artykulacji, modulowania tonu dźwiękowej transmisji pojedynczego, wyizolowanego z reszty życia, doświadczenia. Lo-fi r'n'b to kolejna nazwa, część nomenklaturki, podobnie jak w przypadku witch house'u i chill-wave'u, kryjącej długotrwale snute marzenie o brakującej muzyce, której samodzielne stworzenie umożliwił XXI wiek. Można ewentualnie kojarzyć "You Don't Need Me Where I'm Goin'" z Juvelenem, drugą połowę "My Body" z The-Dreamem, ale sens tej płyty jest zupełnie inny niż prowokowanie zabawy we wpływologię. Love Remains mogłoby trwać odrobinę krócej i nie udawać chęci wkroczenia z fetyszkiem na salony normalnych albumów, tym sugestywniej zachęcając do formułowania własnych muzycznych fantazji i realizowania ich.

poniedziałek, 30 sierpnia 2010

Isengrid - Modlitewnik + Twinsistermoon - Then Fell the Ashes...

Isengrid
Modlitewnik

2010, Blackest Rainbow



2.9



Stosunkowo króciutki, album damskiej połówki Natural Snow Buildings koncentruje się na odmalowaniu prześwietlonego słońcem lasku, akcentując na zmianę to rejony cienia, to obszary silniej nasłonecznione. Te pierwsze kojarzą się z Lisą Gerrard jako autorką soundtracków do Whale Ridera i A Thousand Roads. Drugie przypominają raczej jaskrawy pop, może i z wyważonymi shit-dystorcjami, ale bez melodii. Obie grupy mają swojego akceptowalnego reprezentanta: "I Know Where I'm Going" po stronie słońca i "Strigele Tanz" po stronie cienia. Ten drugi, dbały o zaakcentowanie za sprawą zdezelowanych skrzypiec inspiracji apokaliptycznymi odmianami folku, robi sobie sporą siarę bytując w roku premiery Baalstorm, Sing Omega. Reszta niezbyt skutecznie próbuje imitować barokowy post-folk They Turned Our Desert Into Fire Lickets.

Obiecanki cacanki na okultyzm, kruki, pogańskie zabobony sprowadzają się do stereotypowych dla post-folku ewokacji. Masońskie symbole na okładce? Ciekawy emblemat, skrywający kronikę życia flory. Modlitewnik? Franciszkański i naiwny mimo usilnej kreacji na pagan folkowy respons dawany Pocahaunted. Gdyby to była pierwsza publikacja Isengrid, gdyby pierwszy raz słyszeć takie grańko, można by się oddać minucie zadumy. Nawet wtedy jednak podejrzewać by można, że całą płytę nagrano w jeden dzień lub jeszcze lepiej: że całość materiału artyście z większym wyczuciem wystarczyłaby na jeden porywający kawałek. Deprymujące świadectwo nadproduktywności, którego najciekawszym elementem pozostaje tytuł.

Twinsistermoon
Then Fell the Ashes...

2010, Blackest Rainbow



2.7



Jeden wielki Sigur Rós. Facet daje czarną okładkę z wielkimi literami, czcionką, o której hobbyści mieliby pewnie wiele do powiedzenia, wielokropkiem na końcu, słowami fell oraz ashes w tytule i rzuca człowieka w sam środek gęstwiny mrocznych, psychodelicznych drone'ów. Hahahahaha. Ma być zimno, ciemno, igła kompasu kręcić się ma wokół własnej osi. Każą ci brnąć przez śnieg, szary opad, chłód i mgławicę, wszystko zawiane, zasypane. Tracisz siły na łażenie od jednego majaczącego we mgle kształtu do drugiego... Poganiacze ciągle krzyczą z poboczy: bądź przerażony, strach, strach, więcej lęku. Starasz się więc wyprodukować trochę zimnego potu, który uzupełniłby podmuchy wiatru niosącego marznący wodny pył. Nagle... tak, nie wydaje ci się! to anielski głos, a potem? to dźwięk pozytywki! Hipnotyzuje cię, podążasz za nim. Stajesz w pół kroku. Walisz się w czoło. Tak, ja też nie wiem jak mogłeś pomyśleć, że to pretensjonalne gówno może być czymś innym niż snem wyeksploatowanej wyobraźni.

Kiedy już się obudzisz - nie pij tyle Anatola, odstaw fajki, przejdź się. Uświadom sobie z całą mocą: mimo że na pierwszy rzut oka wydawać się może inaczej, każdy rok twojego życia był inny. Przypomnij sobie, co wyróżniało ostatnie pięć poszczególnych lat. A co je łączyło? Kim tak naprawdę chcesz być i czemu jeszcze nie zacząłeś do tego dążyć? Zastanów się jakie są twoje szanse przetrwania, jeśli świat opanowałyby zombie? Czy w ostatnim tygodniu rozpocząłeś i skończyłeś jakiejkolwiek objętości utwór literacki? Szczerze: dlaczego nie znasz żadnej liczącej się serii komiksowej? Czy aby na pewno jakiekolwiek twoje przeświadczenia są w ogóle słuszne? Jeszcze raz, o wiele mocniej niż we śnie, jebnij się w czoło i przejdź się przynajmniej do sklepu rozważając to po drodze.

Po przesłuchaniu prawie wszystkich ich wydawnictw, uznaję, że spenetrowałem Natural Snow Buildings w stopniu wystarczającym, aby powrócić do nich dopiero w razie potrzeby podkopania wyższej amplitudy ewentualnego re-hype'u. Rzadko zdarza mi się interpretować rzeczy jednoznacznie jako stratę czasu, w przypadku tych dwojga jest to napastliwie oczywiste odczytanie.

wtorek, 24 sierpnia 2010

Clientele - Minotaur

Clientele
Minotaur

2010, Pointy


3.3



Widząc tytuł i znając literackie zamiłowania MacLeana miałem nadzieję na dźwiękową interpretację Domu Asteriona, ale Clientele nie pozwolili sobie na ciekawą odskocznię, drążąc raczej klimaty bardzo dobrze już znane, niekiedy nawet słabo autoplagiatując drugą połowę wydanego ledwie niecały rok temu Bonfires On the Heath. Mimo że trwa tylko pół godziny, Minotaur drażni, pobudzając tęsknotę za Mercury Rev, równie często pomijanymi i równie chętnie sięgającymi po bajkowe tematy.

Melorecytowany "Green Man" udałby się Jonowi Donahue lepiej. Nie chodzi nawet o mogącą znużyć długość kawałka, ale jego racjonalistyczne inklinacje, uparte wyzuwanie z magii. Opowieść snuta na tle natarczywie niepokojących field-reców rodem z myspace'owych dark ambientów nawiązuje do opowieści niesamowitych różnych autorów, ale niestety tylko na gruncie świata przedstawionego i akcji. Narrator jest boleśnie nieprzekonujący, zbyt zmęczony i zblazowany, aby zainteresować się tajemnicą. Równie dobrze można by wkleić tekst tej historii z dreszczykiem do Iwony i wcisnąć czerwoną kropkę w systemowym rekorderze. W kawałku, który mógł być high-lightem w gotyckiej manierze nawiązującym do "Losing Haringey" ze Strange Geometry, zaistniało to samo równanie, co w Wilkołaku Johnstona: za dużo wilkołaka (obrzydliwie oczywisty del Toro) + obawa przed zanudzeniem widza detalami wiktoriańskiego/gotyckiego otoczenia + przekonanie, że pokocha tak oryginalną substancję jak krew.

Pierwsze trzy kawałki prowadzą do czwartego (co tym bardziej podkreśla przewidywalny charakter wydawnictwa), zatytułowanego pompatycznie "Paul Verlaine". Półmetek, na którym wypatruje się końca. Półmetek, na wysokości którego trauma po drugim na płycie "Gerry" zaczyna powolutku odchodzić w cień. W sumie cudem, bo zobaczyć Clientele w kostiumach gnojków udających Sonic Youth było iście gówniarskim pomysłem na szokujące Halloween. Trudno otrząsnąć się z wrażenia, że obecny jest na Minotaurze jakiś nieznośny pierwiastek (twee? lub inne ze zgrzytem zwężające się słówko podane świtem przez megafon), kropelka jaskrawego, ciernistego cienkusza nicującego gęsty, lepki likwor w jego odwrotność. Radosny, rozgrzewający haust tradycyjnego Clientele zmienił się w niechętne sączenie, wymagające tego, co od Billa Murraya reklamówka Santori Time: ugrzecznienia, skupienia, prób kontaktu i oznak humoru. Miniaturka "No. 33" (znowu przywodząca na myśl Mercury Rev) troszeczkę odświeża zblazowane zmysły, ale zaraz po niej: niesławny "Green Man" i kompletnie niepotrzebnie jesteśmy na ziarnku grochu pragnąc zapomnieć lub nie zwracać uwagi.

Sytuacja niezbyt komfortowa, bo przecież to Clientele - jest się wrogiem wrogości do nich. Lecz przypomnę: Ariadne (2004) - EPka obierająca sobie za szyld ten sam mit o labiryncie, ale, trwając o połowę krócej, w klamerce szkicowych indie-popowych hicików zdążająca zamknąć takie dobra jak paletą przydymionych pasteli malowane neoklasyczne piano-ambientowe miniaturki (chyba mój ulubiony aranż ostatnio) i nastrój tajemnicy nieodłącznie powiązanej z ingerencją w mit, dreszczykiem wdarcia się jednostkowej wyobraźni w bazowe historie gatunku. Bezczelność tego gestu może zrównoważyć tylko naiwny, rozczulająco oderwany od rzeczywistości artyzm lub prościej: dziecięce przekonane, że historia, na której tropy wchodzi się chcąc wydłużyć jej życie, działa się naprawdę. Minotaur to chłodne ćwiczenie lub zbiór na chybcika zgranych b-side'ów, nie akt wiary. Dodaj dwa oczka do oceny, jeśli uznasz tę mistykę za absurdalną, ale nie wiem czy nędzne przeskoczenie 5.0 warte jest tej ateuszowej spinki.

sobota, 14 sierpnia 2010

Locrian - Rhetoric of Surfaces + Territories

Locrian
Rhetoric of Surfaces
2008, BloodLust!


3.1


Na najstarszej z dotychczas odnalezionych przeze mnie ich płyt, Lokrianie baraszkują jeszcze w betach. Poza inspiracjami oczywistymi dla chłopaków odżegnujących się od klasyków metalu, Rhetoric jest jak wyrwana z kontekstu połówka frazy Leśmianowskiego Topielca: zniszczota wonnych niedowcieleń. Jak średniówka wiersz na pół, tak płytę na dwie równe części dzieli pożądanie kontrastu. W lewym kanale (serio) tłoczą się te wonne niedowcielenia: zmysłowe wołanki, pogłosy, zaśpiewy. Echa ich spotykają się na równiku odsłuchu ze zniszczeniem i brzeszczotami rozlokowanymi w kanale prawym (aż tak proste). Sczepiają się więc (!) dwie antytetyczne siły: ulotna pagan folkowa celebra życiodajnych sił natury i zmechanizowane riffy, rozciągane w czasie jak pociągi, których anormalną długość konstatuje się znudzonym zdziwieniem, potakując-ziewając nad monotonnym patosem płaskich, czarno-białych noisescape'ów. Owszem, potrwa to dłużej niż znalezienie Rhetoric na mediafire, ale warto raczej porozdzielać sobie mgiełki Mallarmégo między kolejne rozdziały Stu dwudziestu dni sodomy, aby osiągnąć identyczny efekt w wersji wartej zapamiętania i przy okazji mniej natarczywej.

Locrian
Territories

2010, Small Doses


5.4



Tę rozgrzewkę przed zaplanowanym na listopad jako wilczy dół na Natural Snow Buildings dwupłytowym Crystal World uznaję za niezobowiązujący szkic. Wszystko wydaje się zbyt oczywiste, aby mogło być inaczej: harmonijne, wygrywane na organach drone-ambienty kondensują się w epickie spacerockowe przestrzenie i nawet odczuwalne stygmaty lo-fi nie obniżają osiąganego przez to granie diapazonu, wyłącznie fasadowego zresztą. Dodatkowo autorski charakter projektu psują goście, zaproszeni chyba do przetestowania poziomu hermetyczności wizji. Zgodnie z oczekiwaniami odbijają się od pola siłowego i popieleją, na czym korzystać może ego rdzennych muzyków, lecz nie należna nam przyjemność, bo okopcone truchła członków Nachtmystium i Yakuzy zasmradzają powidok. To z ich winy w samym centrum płyty (Procession of Ancestral Brutalism) znalazła się podła gitara rodem z Caspian, Noma Falty lub Yndi Haldy, niwecząca pieczołowicie kolekcjonowane pikselki wizji umorusanych podbrzuszy przejrzałych chmur gotujących się do rzęsistego skropienia świata przedstawionego wysokooktanówką.

Tłuste plamy archaicznego petroleum, wilgotna rdza, lepkie kanistry wyczarowują mimo wszystko brud jędrnej, ociekającej czarną ropą industrialnej post-apokalipsy, dźwiękowo odzwierciedlanej przez dyskretny sludge, synonim teksańskiego oleju. Ciekawe odczytanie zaproponowano tutaj: roztoczoną na Territories wizję nieodstępnego syfu porównał autor z kompulsywnie ścieranymi przez Lady Makbet plamami wyimaginowanej krwi. Efektowne zestawienie, pociągające tak, jak i jak inne obecne tu odnogi intertekstualne (Borgesowski tytuł openera, tytuł trzeciego kawałka streszcza być może neo-barbarzyńskie ustępy Drogi McCarthy'ego, a ostatniego obowiązkowe rekwizyty holywoodzkiego katastrofizmu). Szkoda, że ciekawe linki wyprzedzają stronę dźwiękową i rozmyte gdzieś za horyzontem zdarzeń, tracą zdolność odwrócenia jej uwagi od szturchanie kijem napotkanych podczas wędrówki po rozsypanej w gruzy autostradzie rozkładających się ciał wyczerpanych genres. O wiele bliżej tej pozycji do Rhetoric niż bezpośrednio poprzedzającego Drenched Lands: są terytoria, brak terroru, a w kwestiach obrazowania nawrót apatii po eksploracji dynamicznej akcji równa się zwykle niepokojącemu regresowi. Crystal World pokaże (ten z kolei tytuł zaczerpnęli z jednego z opowiadań J. G. Ballarda umieszczonych w zbiorze Ogród czasu, wzmagając jeszcze napięcie).

niedziela, 8 sierpnia 2010

Locrian - Drenched Lands

Locrian
Drenched Lands

2009, At War With False Noise/Small Doses



7.4



Początkowo czas schodzi Lokrianom na kreśleniu bezkresnej przestrzeni za sprawą błądzących od doom-folku po Neurosisową siekę gitar, post-industrialnej power elektroniki i lo-fi black metalowych drone'ów à la Sun O))) sporządzonych ze sprzężeń niemal identycznych z wykorzystywanymi przez Inca Ore (skompresowany i rozciągnięty pomruk rozgrzewającego się lampowego telewizora?). Pod natłokiem wielopowielanych efektów metalowa baza ulega transformacji w shoegaze i dark ambientowe kolumnady, do spółki ewokujące świat ogarnięty opadem. Daleko temu obrazowaniu do poetyckich przedstawień GY!BE, blisko zaś do uproszczonych narracji powieściopisarzy eksplorujących estetykę post-apokalipsy - szczególnie wyraźnie sąsiedztwo metod widać w potężnym, epickim closerze (Greyfield Shrines), który po kilku podejściach zaczyna się traktować jak literacką sci-fi drogi raczej niż utwór muzyczny.

Najciekawszy motyw Drenched Lands ulokował się jednak w centrum (Barren Temple Obscured by Contaminated Fogs): dziwaczny, przeszywający wrzask przypominający neurotyczny growling. Otoczka tego rozpaczliwego *wykonu* przywołuje obraz świątyni jakiegoś ohydnego kultu zadzierzgniętego wokół seksualnego rytuału i rozwiązuje płytę jak worek każąc dostrzec w niej m.in. wyraźną inspirację Druuną Serpieriego. Właściwie można przeprowadzić idealną analogię. Komiks jest ekstremalny, jak i DL, zabawiające się skrajem wytrwałości odbiorcy. Druuna wędruje po wyniszczonym świecie i bez wątpienia ruiny monumentów, zdegradowany hi-tech, wionące radiacją przestrzenie są również scenerią obraną na tło płyty. Zmierzam jednak do zadziwiającego faktu, że ww. motyw z centrum albumu oraz pojawiające się tu i ówdzie podejrzanie uduchowione zaśpiewy dzielą z Druuną także erotyzm: potworny, makabryczny i charakterystycznie dla estetyk BDSM wyjałowiony. Z precyzyjnym sformułowaniem spieszy na pomoc Huysmans w przedmowie do Na wspak:
Należałoby przynajmniej w formie pogłębionej wyjaśnić ową diabelską przewrotność, która wsącza się, biorąc za punkt wyjścia rozpustę zwłaszcza, w wyczerpane mózgi ludzkie. Wydaje się bowiem, w istocie, że choroby nerwowe, neurozy, otwierają w duszach szczeliny, którymi wnika Zły Duch. Jest w tym zagadka nie wyświetlona dotąd; termin histeria nie rozstrzyga o niczym; wystarczać może do sprecyzowania stanu materialnego, do zanotowania przemożnego tumultu zmysłów (...) Tego nikt nie wie; w rzeczonej materii medycyna bredzi, a teologia milczy.
Histeria. Uczucie, czy może raczej moment - jednostka czasu, która wydaje się być powiązana poprzez zagnieżdżenie się na jego szczycie, z procesem niechcianego spełniania się fantazji. Tak jak swobodnie snute w skrytości ducha fantazje o gwałcie mogą w trakcie realizacji ogarnąć histerią właśnie, a po niej traumą, tak wizje solipsystyczne, fantazje o pozostaniu samemu w post-apokaliptycznym świecie, mogą zaowocować histeryczną samotnością, kiedy nabiorą namacalnych kształtów. Histeria definiuje moment przełamania barier, jak to określił Huysmans: wniknięcia Złego. Tumult zmysłów przeładowanych nagłym urzeczywistnieniem rojeń i ich skrajnie odmiennym od wyśnionego charakterem. BDSM czerpie z tej ambiwalencji, widząc źródło erotyzmu w bezradnej obserwacji własnych procesów psychicznych - poddania się czemuś, co wymarzone budzi paraliżujący lęk. Jako obcemu na tym terytorium,
sensowna wydaje mi się tylko składnia taka, jak przed chwilą, szczególnie, że nie widzę sensu w dalszym trzymaniu się logiki w typowo groteskowej rzeczywistości, której poziom właśnie osiągnęliśmy.

Protagonistkę Serpieriego molestują trędowaci, gwałcą mutanty, ścigają sekty, zniewalają ghule i zombie (pomijając już intertekstualne gry podjęte przez autora, oddającego swoją heroinę także Mr. Hyde'owi czy Boskiemu Markizowi w post-nuklearnych inkarnacjach), ale co ciekawe, a uderzyło mnie to dopiero podczas słuchania DL, przez osiem części serii Druuna nie roni ani kropli krwi, a jedyne ostre narzędzie autor umieszcza w rękach jednej z nielicznych dobrych postaci. Fakt ten kluczy w barokowym labiryncie pistoletów laserowych, antycznych rewolwerów, biczy i mechanicznych szponów, w które wyposażeni są wrogowie Druuny i jej uniwersum. Widocznie krew okazała się dla autora fobiczną granicą, punktem, którego wzdragał się przekroczyć, wyczuwając kryjący się za nim ów moment histerii. Wobec delikatności tego rysu autorskiego przestrachu, uwikłanego w tysiące okienek jeżącej włos na głowie perwersyjnej makabry, pozostaje się bezradnym. I ten motyw zatajonego hamulca, nieruchomego oka cyklonu, obecny jest także na DL: granicą jest metal, którego przebiegłe unikanie wpędza czasem Lokrianów aż na niechętnie podejmowane post-rockowe ugory, za każdym razem dokładając jednak kroczek do ostatecznego tryumfu: z poziomu papieru, wnioskując po ograniczonym nakładzie, anonimowości (mniej niż 1000 odsłon myspace przy masie releasów zarejestrowanych przez discogs) i na pierwszy rzut oka niskim poziomie, należałoby może uznać projekt za jakiś zdegenerowany post-metal, w praktyce jednak dumnie narzuca się typowo post-modernistyczne, holistycznie pojmowane no genre.

Być może na fakt bycia kupionym wpłynął kontekst, którym dysponuję po przetrawieniu dziesiątek pozycji post-apo. Mam jednak nadzieję, że nie, bo szczerze: kiedy ostatnio widziałeś (szczere -aś raczej tu odpada) gdziekolwiek wysoką notę przy cover arcie z gotyckimi literami i smutną fotą wklejoną w pentakl? Szarpiąca nerwy, nagląca poszukiwaczy mocnych, nietuzinkowych wrażeń, konieczność, zostawiająca w tyle Shadow Kingdom Natural Snow Buildings.

*Dla pełnego zrozumienia i przejęcia zainteresowania talią przedstawionych tu przeze mnie motywów, warto sięgnąć po popularny artykuł Groteska i jej współczesne odmiany B. McElroya.

środa, 4 sierpnia 2010

RxRy - VAEIOUWLS

RxRy
VAEIOUWLS

2010, self-released



5.7



Szczerze, choć nie bez zastrzeżeń, podjarałem się jego debiutem, w głębi duszy wiedząc, że nie może stać się inaczej: kolejny krok zaprowadzi RexRaya klasę niżej. Self-title był przełykaniem słodkiego stulecia w kilka sekund. VAEIOUWLS nawiązuje do hojnego rozdawnictwa dopiero w siódmym z kolei, Fenneszyzującym EUIEE (Dancer Sea Floor Bed). Obiecujące momenty upchnięto w outrach, skompresowane w sensacyjne sekundy wieńczące rozproszone minuty właściwego życia utworów. Gdyby wyciąć pierwszych sześć takich finiszów, bez ładu i składu zmiksować je razem i słuchać z pozostałą czwórką jako króciutkiej EPki, byłoby wyśmienicie. Może ów zły impakt wywarł pośpiech, a może niezbyt trzeźwe podniecenie własną mocą. Owszem, projekt został doceniony na kilku blogach, miejscami wywołując bezkrytyczne reakcje, ale większą wyrazistość niż kilku hajperów ma fakt, że to już drugi release za darmo wpuszczony do Internetu przez kolesia na wstępie pomylonego przez publikę z Pandą. Może i jest to znak czasu, ale chyba też przeradzające się w kompleks pragnienie bycia docenionym i dostąpienia fizycznego nośnika w postaci choćby hiperestetycznej kasety.

Nadal jednak pozostaje płyta z powodzeniem uzupełniająca kolorystykę panoramy malowanej przez tegoroczne albumy Forest Swords, Rangers, Guido, Dead Letters, czy nawet Eluvium. Na pewno też jest to grower, a upewnia o tym mix kawałków, które inspirowały RexRaya przy tworzeniu VAEIOUWLS: Yellow Swans, późne BoC, Loscil, Belong, Burial - rzeczy, które trzeba sobie oswoić, dać się olśnić.

Argumenty rozumowe nie pomagają jednak znaleźć ukojenia. Obiecywałem sobie dynamiczny post-chill-wave z tech-gotyckimi implantami, dostałem chmurny minimal math-step. Ciekawy zwrot akcji, udana manipulacja uczuciami, ale, nie do końca wiedząc, co z tym począć, wzbraniam się przed zdecydowaną reakcją.