poniedziałek, 27 grudnia 2010

2010: 40-31


40. Polypus Sapiens
Sleeper In the Valley

Full of Nothing


Rolnicze obszary południowej Rosji wydają się być najmniej gościnnym środowiskiem dla sypialnianej psychodelii. Tymczasem wykiełkował tam anonimowy outfit przypominający swoimi pościelowymi miniaturkami nie tylko szkice Sore Eros, ale też medytacje Vincenta Gallo, spirytualistyczny slow-core Maquiladory czy co bardziej ulotne fragmenty Białych Wakacji. Senne melodie pogrzebane w suchym, powściągliwym lo-fi folku rozbijają się o kilka ciekawych krzyżówek aranżacyjnych typu rytualny bęben + trójkąt. Poszerzona o akcenty dzikości i ruralizmu właściwa konwencji monotonia praktycznie się nie objawia, zapewniając tej króciutkiej kasecie pracę na ciągłym repeacie.



39. Sea Oleena
Sea Oleena

self-released

Debiutancki self-title kanadyjskiej songwriterki Charlotte Oleena kojarzy się trochę z zeszłorocznym Ylajali Syntaks: również i tutaj, mimo obecności całkiem niezłych, dwuznacznych liryków, piękny dziewczęcy wokal jest dodatkowym instrumentem. Nie chodzi o werbalny przekaz, raczej o oddanie za pomocą muzyki wrażeń dotykowych. Poszczególne kawałki to jakby przeglądanie albumu z pięknymi obrazkami dla niewidomych – puch kwiatu brzoskwini, delikatna skóra piersi, zakurzona laka, portrecik wydłubany w kamei, wszystko to oddane filigranem alfabetu Braille'a. Dźwiękowa ekfraza sensualnych doznań – to przyporządkowanie gatunkowe trafniejsze niż ambient, indie pop, schoegazik, folk czy cokolwiek obecnego na tej płycie, ale nie zdolnego jej wyrazić.

38. White Hills
White Hills

Thrill Jockey



37. Sean McCann
Continent
Catholic Tapes


Trudno w dyskografii McCanna o pozycję dorównującą głębią ciemnej, zabobonnej pastoralności Midnight Orchard. Continent staje jednak do zawodów. Szkielety słoni i płetwali we mgle. Ulga od powierzchownego abstraktu, bo chociaż martwe, kości to jednak składowe struktury, jak kamień. Wszystko jest proste i zrozumiałe: kolejne instrumenty (dosłownie, bo słychać pudła, rury i struny) przeniesione z rekwizytorni neoklasycyzmu wtapiają się w siebie i szamoczą pozostawiając w rozterce co do wyboru obrazu: gorąca miłość czy splecione żyłkowania na zimnym bloku marmuru? Stale obecny Fullerton-Whitmanowski biały szum pełni funkcję stabilnego tła kompozycji, które emanując pełnią patosu nagle urywają się w pół zdania jak rozproszona medytacja. Continent to kolejna piędź ziemi zdobyta przez McCanna w nieregularnej walce o przystępny konkret w dorobku. Jest już w czym wybierać: monumentalne Allay, swawolna Jasmine, ww. Midnight Orchard. Kampania w toku.



36. Twin Sister
Colour Your Life EP
Infinite Best


Źródeł niepowstrzymanej sympatii dla tej krótkiej płyty upatrywać można w wielu czynnikach. Na przykład dysponuje moim ulubionym tegorocznym otwarciem (yacht rock > łańcuszek anielskich akordów > indie). Na przykład inspiruje się faktem, że Emperor Tomato Ketchup i Milk And Kisses wyszły w tym samym roku. Drżące, szarpane drobiazgi wciąż burzą mleczny pop, przywodząc na myśl !!!. Andrea Estella prezentuje się bez zbytniego wdzięczenia, snując obrazowe storytellingi jakby dla siebie, autoreferencyjnie, tekstem jednego liryka nawiązując do sytuacji zarysowanej w drugim. Umieszczona w centrum piosenkowej płyty ambientowa coda pogłębia hermetyczność i pojawia się pytanie czego właściwie tu słuchamy? Pojedynczych tracków, concept-EP, czy może czegoś jeszcze innego?



35. Evening Fires
Medicine Man

Deep Water Acres


Kraut, jazz i psychfolk spojone w pastoralny wykład arkanów szamanizmu, alchemii i reiki. Trudno jednak wmówić sobie cokolwiek demonicznego słuchając tych przystępnych utworów – progresywnych, hipnotyzujących, repetytywnych, awangardowych, ale przede wszystkim słonecznych. Naturalna, "organiczna" psychodeliczność sprawia, że pomimo sporej dynamiki i zdecydowania, Medicine Man kołysze do transowego snu. Kilimanjaro Darkjazz Ensemble (szczególnie debiutancki self-titled) lub nawet Tuatara ze swojego szczytowego okresu (Trading With the Enemy) wydają się początkowo punktem odniesienia, ale burzy to porównanie słabo uchwytny indiański posmak. Zdaje się, że rdzenni Amerykanie graliby takie właśnie kawałki, gdyby dać im do rąk te wszystkie wspaniałe rogi, basetle, sitary, basy i syntezatory. Gęsta, ocierająca się o symfoniczność, peyotlowa wizyta w świętym lesie.


34. Deadboy
Cash Antics Volume 1
EP
Well Rounded

No właśnie - mnie też nie interesuje czysty dubstep. W dodatku jestem fanem nie faktycznego r'n'b, a raczej własnego wyobrażenia o nim. Dlatego z Deadboyem mam tak jak z kryminałami. Czytając Christie czy nawet Cobena z miejsca zakładam, że nie rozwiążę zagadki przed detektywem, już od pierwszej strony daję sobie spokój. I tak samo nie jestem w stanie prześledzić proporcji Cash Antics: ile jest tu garage'u, ile uk funky, ile dubstepu. Zarzucam to od startu i idę jeszcze dalej: nie znam Ashanti czy Cassie jakie zostały wklejone w Cash Antics. Poznaję wokale, ale ich "nastawienie" (dokładnie chodzi mi o polską wersję "attitude" - ich nastrój, smykałka do robienia czegoś, klimat na coś) jest mi obce, zaskakująco dopasowane do moich oczekiwań. W oryginale nigdy nie spełniały moich zachcianek, a te są proste: chodzi głównie o niższy bpm, grę wstępną, a nie od razu Ciara. Dokładnie tak było, kiedy dotarłem do amerykańskiego noir Hammeta i Chandlera lub kryminałów Durenmatta, Grilleta, Mendosy i Eco - nastawionych na zabawę formą, uczynienie z zagadki estetyki, a z detektywa postaci, nie tylko mózgu w słoju. Cash Antics, jakby specjalnie dla mnie, sprawiło, że r'n'b zaczęło się ruszać: można było je zanieczyścić, użyć do karaoke, nie musieć przy nim tańczyć, nagrać swoje własne. Dopiero od tego momentu zacząłem je traktować jako plastyczną estetykę, którą można rozważać i interpretować. Po tej konwersji wróciłem m.in. do Amerie, ale bez skutku: nadal nie potrafię poruszać się w tej formie, mogę jej doświadczać, ale czyste i podstawowe nigdy mnie nie pociągało, wolę swoją wyobraźnię, a że tylu ludzi sprzysięgło się w tym roku by ją zaspokoić... biorę. Volume 1 jeszcze zyskało po niedawnej premierze Volume 2 - pracowicie wymęczonej kontynuacji dziełka powstałego najwyraźniej w krótkim momencie natchnienia.

33. Soars
Soars

La Société Expéditionnaire


Najgłębsza introspekcja może doprowadzić artystę nie dalej niż do sprostania wymogom konwencji. Soars postawili na skromne rzemiosło, pozbawione eklektyzmu, spójne, wyważone, nie schlebiające ćwierćerudycji wyposażonych w google poszukiwaczy cytatów. W ramach genre zakładającego senne, mało konkretne kompozycje, solidność jest rzadka. Mocny, równy dream-pop, bez domieszek i bez odcinania kuponów od popularności taga. Dodatkowo w swoich bardziej dynamicznych momentach Soars uzasadniają brak wzmianek o Tamaryn, Warpaint czy Glasser w tegorocznym zestawieniu.



32. Blondes
Touched
EP
Merok


Kawa, cytrusy i fajka to jedno z moich ulubionych śniadań. Touched mogłoby je zastąpić: czerń i gorycz pochodzi jakby z Black Mahogani Moodymanna, proweniencję sterylnej, jałowej mgiełki freonu, pestycydów i soku, tryskającej spod paznokcia przebijającego skórkę schłodzonego grapefruita kalifornijskiego, wywieść można z minimalistycznych sampledelii i dubstepów, a aparycję barwnego setu zawdzięczam tego ranka niewątpliwie domieszce proto-balearyzujących suit Fields. I już: szybciej, głębiej, mocniej -- nie robić nic.



31. Head of Wantastiquet
Dead Seas

Conspiracy


Punktem stycznym między Dead Seas a kosmicznym horrorem Cthulhu (w pobliżu rozlewiska Wantastiquet Lovecraft umieścił finał Szepczącego w ciemności) może być hipnotyczny niepokój generowany przez zanurzoną w prymitywistycznej amerikanie mieszankę space folku, soulu i oldschoolowej psychodelii. Banjo (na stroju takim samym jak na Island Moved In the Storm Matta Bauera), desertrockowe gitary i epifanijne wokale odzwierciedlają sekrety niebosiężnych lasów, mglistych jezior ("Mavi Marmara"), trzęsawisk ("Goodbye Biloaei") i prerii (piękne "A Curse Repeated"). Tytułowe martwe morza to jednak trochę strachy na lachy. Dźwiękowe pejzaże Labrecque'a funkcjonują raczej jako psychogeograficzna dokumentacja. Nagrane w Belgii, na wyjeździe, poszczególne fragmenty albumu emanują tęsknotą za ojczystymi stronami. Z korzyścią dla słuchaczy o krajoznawczych zapędach, Labrecque przywołuje rubieża Ameryki Północnej bez popadania w banał dźwiękowych pocztówek. Podręczna walizka podróżującego myślą.



50-41 | 40-31 | 30-21 | 20-11 | 10-1

niedziela, 26 grudnia 2010

2010: 50-41



50. Jefre Cantu-Ledesma
Love Is A Stream
Type


Cantu-Ledesma splagiatował na Love Is Stream tytułowy kawałek z Endless Summer. Obszerny fragment "Loving Love" to zwyczajny duplikat najsławniejszej chyba pętli Fennesza. Ale ile mamy lat żeby za takie rzeczy się obrażać? W który wiek nas rzuciło żeby nie pokiwać z uznaniem nad złodziejami? I w końcu: czemu by nie wrócić nagle do Endless Summer? Szczególnie, że Jefre skutecznie obłaskawia zbulwersowanych. High-lightem jego poszukiwań są na pewno utwory angażujące wokal: otwierające album "Stained Glass Body", a potem także "Where You End & I Begin" oraz "River Like Spine" włączają do nieruchawego genre skatowane chmurami drobno tłuczonego, glitchowego szkła mszalne damskie chóry. Prestidigitatorski closer – "Mirrors Death" – wieńczy przygodę tworzenia od początku do końca już po redefinicji lo-fi. Miło, że nie tylko piosenkowe formy nadążają z update'owaniem się, tak że zanieczyszczenia nie są symbolem trudności, lecz sypialnianych nastrojów - kaca, miłostek, szorstkości koronek, pomostu między kojącym ambientem a zaskakującymi migotaniami noise'u.


49. Eels
End Times

Vagrant

Na początku roku, w momencie premiery End Times, naprawdę było czym się jarać, bo oto Everett dał pierwszą od dawna smutną płytę światu, który zdawał się w całości składać z drinków i szczęśliwie zatuszowanego dzieciństwa. Bohater liryczny ostentacyjnie nie radzi sobie z nowym życiem. Pojawiają się rozpaczliwe wersy typu Jesus loved me but it’s over now, które E chrypi w charakterystycznej dla siebie manierze utrudniającej rozstrzygnięcie czy tnie się właśnie czy opowiada dowcip roku. Do tego gmatwająca autoironia, wymierzony w samego siebie parodystyczny ton: przerywnik w postaci poszumu padającego deszczu mówi sam za siebie. Dzięki przebłyskom wisielczego humoru, dystansu w samobiczowaniu się, znacznie opada poziom monotonii i łatwo można End Times polubić za równowagę w dozowaniu przeciwstawnych emocji. Snując swoje teatralnie osobiste i absurdalnie depresyjne wynurzenia, E otwarcie sięga po wpływy ponuraków w stylu Prince Billy'ego, Lambchop, trochę też Grandaddy. Przeciwstawia jednak kanonowi smutnego barda desperacko pogodne refreny i nucanki, poszerzając groteskowy portret świrującego z odrzucenia o uroki zjawiska zazwyczaj pobłażliwie pomijanego: nieskładnego pierdolenia do siebie podczas oglądania telewizji plecami.


48. Kno
Death Is Silent

Venti Uno/E1


Problem z Death Is Silent jest taki, że to hip hop dla tych, którzy na co dzień hip hopu nie słuchają, a wiadomo, że takie letnie płyty zwykły irytować. Specyficzny wybór wstawek wokalnych, niezbyt charakterystyczne rapy, "śmieszne" sample – wszystko wygląda na zajawki dla słuchaczy L.U.C.a czy O.S.T.R.a. Początkowo więc wracałem do tej płyty, bo przypominając trochę prace Metaforma, osłodziła mi rozczarowanie Electric Mist. Z czasem niektóre fragmenty zaczęły funkcjonować jako negatywna wersja Way Out. Przemowy i melorecytacje Books poruszały, jakkolwiek ironicznie, kwestie poprawy życia, wspinania się na wyższy poziom świadomości. Chociaż też sampluje Ghandiego,
Kno interesuje wyłącznie śmierć. Teatralność tego zainteresowania, jego transformująca płytę w concept album emoistność, wielokrotnie pobudzała mnie do śmiechu. Bo jak tu nie chichotać, kiedy już w pierwszym tracku dziewczyna szlocha, jakby występowała co najmniej w "Kindness of Strangers" i czeka się tylko na sample z deszczu i piorunów. Ona się wczuwa, wypłakuje oczy, a Kno kręci monotonny rap, w sumie słaby, ale mogący być słabym, bo jedynym jego celem jest wymądrzanie się, że upadła ars moriendi w epoce iPodów. Chwilami pogłaśniałem niektóre fragmenty DIS upewniając się, że z całą powagą diagnozując farmazony gość nie parska śmiechem gdzieś w offie, ale jak dotychczas bez skuchy. Jego skupienie jest tak wielkie, że cały pomysł wydaje się świeży - z każdym trackiem odpadają z Death Is Silent przegniłe skorupy gatunków poświęconych zgonom w zaułkach. Bez grime'ów, crunków i Tupaka, śmierć zostaje sama, przyłapana w kuszącym dezabilu.


47. Swans
My Father Will Guide Me Up A Rope To The Sky

Young God

gira musi byc bardzo smutnym czlowiekiem skoro w tym wieku pisze jeszcze takie piosenki. koncowka lata i po pierwszym wysluchaniu my fahter...nie mam zmaiaru wracac do tego albumu az do poznej jesieni.

reaktywacja swans? bez sensu.

46. White Hinterland
Kairos

Dead Oceans


Wiadomym było, że mało kto sięgnie po nowe albumy Mice Parade, Swans czy Sun City Girls, ale żeby pominięcie stało się udziałem dobrego popu? Niesłychane. Podejrzewam, że na niewidzialność Kairos złożyły się: 1) premiera na początku roku, 2) bezpośrednie sąsiedztwo rozczarowania Mariną, Florence etc., 3) podskórne przeczucie, że składy wokalistka + producent przestają mieć cokolwiek do powiedzenia, czego dobitnym symptomem był ambiwalentny stosunek do The Bird And the Bee. Tymczasem Kairos to piękny, bogaty pop, odnajdujący się w jednym puzderku z innymi niepozornymi perlami, jak Anniemal lub Last Laugh. Masa detali, hooki błądzące w sennej grotesce i prowokujący fantastyczne misheardy naburmuszony wokal czesanej poduszką Casey Dienel sprawiają, że można regularnie wracać.


45. Cukunft
Itstikeyt/Fargangenheit

Lado ABC


Sądziłem, że będąc po lekturze nieomal całych bibliografii Singera i Rotha, a także kilku polskich fabuł zanurzonych w tradycji żydowskiej, Cukunft mnie nie zaskoczy. Półprawda. Fargangenheit (Przeszłość), drugi tom tej niewielkiej antologii, wypełnia, owszem, materiał na tyle prostolinijny, aby poczuć się pewnie: melodie, których źródeł nie trzeba znać, żeby cieszyć się skojarzeniem z popularnym tematem szlemiela - żydowskiego trickstera, chasyda-spryciarza, rabiego idącego w konkury z mistrzem Twardowskim. To, co sowizdrzalskie w tej możliwej inspiracji, Cukunft osłabiają o współwybrzmiewający kameralny, melancholijny ton. Odejmując egzotyki i mogącego irytować łobuzerstwa, pozyskują spójność i miodną potoczystość narracji. Itstikeyt (Teraz) jednak... Zupełnie inna bajka. Jeśli tak TERAZ wygląda muzyka żydowska, a sam zespół twierdzi, że jest ona ciągle żywa, to lekkim susem bierze większość "trudnego jazzu". W kwestii odmalowania kolorytu przytłaczająco miażdży wszelkie radiu przyjazne próby dźwiękowego zgłębiania różnic kulturowych. Fakt, że Itstikeyt jest zapisem występu live, po prostu dziwi, bo jest to niesamowity multitask: owszem, koncert, ale też wykład z bibliografią dla chętnych. Zero tragedii, holocaustu, dziwactw - dużo drapieżnej, masywnej muzyki wyzwolonej od balastu ogranych symboli.


44. Pigeons
Liasons

Soft Abuse


Mamy tu do czynienia z o wiele mniej awangardową odsłoną Pigeons niż na Si Faustine, ale i bardziej udaną. Małżeństwa nie zawsze sprawdzają się jako dream teamy eksperymentalnego grania. Naturalniej przychodzą im urocze indie popy, które na Liasons, jak rzadko w tej stylistyce, autentycznie poprawiają humor. Zaadoptowana przez Pigeons kompozycja Gainsbourge'a ("Laisse Tomber Les Filles") to chyba jedyna piosenka po francusku, która mnie nie mierzi – parysko lekka, przejrzysta, bezpretensjonalnie vintage'owa, po prostu zgodna z rozkosznym, niewymagającym weryfikacji stereotypem. Reszta utworów bierze pod łokcie tego radośnie wciętego high-lighta i razem przestrzegają przed salwowaniem się ucieczką z czegokolwiek. Naivette.


43. Secret Colors
Dreamersss

Digitalis Limited


Dziwi, że ta muzyka leci z normalnego nośnika, a nie mechanizmu zainstalowanego wewnątrz ozdobnego szkaplerzyka. Dreamersss wpisuje się w nurt spełniania marzeń o muzycznych bibelotach: nieprzydatnych, kiczowatych, ale na swój sposób pięknych lub/bo dokumentujących niuanse epoki. Mało co nadaje się na takie dekadenckie fidrygałki lepiej niż shoegaze z co chwila niknącym gdzieś tanim keyboardem i slo-mo bitami zanurzonymi w kompresji sugerującej identyfikację z chill-wavem albo projektami typu Lay Bac czy Dolphins Into the Future. Z tymże Dreamersss podoba mi się bardziej niż dotychczasowe releasy wspomnianej dwójki. Bez żartów już: lo-fi twee-ambientowa wariacja na temat dream indie typu Memoryhouse widziana przez pryzmat fanowania A Sunny Day In Glasgow i chętkę intronowania haze disco na realne genre, jest naprawdę ok, mimo że cholernie dziewczyńska. Niezliczone repeaty całości.


42. †‡†
CDR

Disaro


Po tym jak okazało się, że †‡† nie jest jednorazowym wybrykiem warto docenić ten cd-r. Jest jedną z 2-3 płyt, które zaprzeczyły istotności Salem. King Night okazał się Wałęsą witch house'u. Fajnie, że wtargnął, ale faktyczne dzieło przejęły i zrealizowały inne projekty. Udziałem †‡† padł prymitywny, zrytualizowany erotyzm, żądza przebrana w owczą skórę pijaniutkich lasek włóczących się po zachodzie światła. Serdecznie wstrząśnięty obserwowałem
jak ten rytualny, trashowy i jednocześnie eteryczny, antyselektywny rave, krzyżuje się z fantazjami o gwałcie (to ci dopiero brak selekcji!) i neonami ekstatycznych barw, przeświecających spod antracytowej czerni depresji po traumie lub odwrotnie, aby ostatecznie uspokoić się i zacząć spokojnie wypuszczać nowe jointy, których dystrybucję obsługują póki co tylko zagraniczne fora poświęcone wiedźmom.

41. Chris Schlarb
Psychic Temple

Asthmatic Kitty


Avant-folkowe Psychic Temple posiada najważniejszą cechę chamber popu: nie wiadomo, czemu się podoba. Kameralność i inne wytarte to tylko hasła. Sęk chyba w dyskretnym nakazie elegancji i wysokiej kultury (bezkompromisowo jazzowe wstawki), łagodnym perswadowaniu odbiorcy, że avant- zobowiązuje obie strony, więc nie powinno się chrapać lub pluć po żadnej stronie estrady. Rygor (zirytowane uciszanie w kinie, mars na czole kustosza) sprawia, że slogany nie są w dobrym tonie, więc publika, która zwykle upaja się rzucaniem intelektualnego bilonu (jesień, wrażliwość, geniusz) – winna milczeć, pragnąc aspirować do przenikliwości, z jaką potraktowało niuanse savoir vivre'u "4'33". To był avant- , został jeszcze folk, a to oznacza, że regulamin obowiązuje nie w operze, lecz w lesie, przy ruczaju, u źródeł wspomnienia wciąż jeszcze nie przebrzmiałego romansu z Nico Muhlym.


50-41 | 40-31 | 30-21 | 20-11 | 10-1

czwartek, 23 grudnia 2010

Szpaler szpul

W swoim poprzednim tekście postawiłem hipotezę, że nieobecność w Polsce rynku kasetowego jest spowodowana nie tyle trudnościami technicznymi związanymi z reanimacją nośnika, co raczej brakiem artystów, którzy chcieliby i mogli go wykorzystać. Nie chodzi tu tylko o indywidualne preferencje twórców, ale przede wszystkim o rozpowszechnienie iluzji, że zaistnienie może przybrać tylko jeden jedyny kształt: głośnych koncertów, pochwalnej uwagi serwisów, digipacka w folii i notki w Machinie. Akurat w tym wypadku, wymagającym przyjęcie nowej perspektywy, nie jesteśmy w stanie naśladować Zachodu. Użyłem kasety jako symbolu muzyki programowo wyłączonej z zabiegania o uwagę masowego odbiorcy, świadomie rezygnującej z nadskakiwania zamówieniu publicznemu. Być może autorzy poniższych wydawnictw pragnęliby właśnie tego drukowanego blurba (śmiałków wzbraniających się przed nim możemy nie dożyć), ale niewiele mnie to obchodzi, bo słuchając ich mam wrażenie kontaktu z czymś zupełnie odmiennym od tego, co rodzime media lansują jako upragnione, z czymś podobnym do zagranicznych wydawnictw z góry przeznaczonych na kasety i odbiór przewyższający zaangażowaniem krótką i niewiele mówiącą samemu artyście rodzimą ścieżką do sławy.


Trupwzsypie
Intymne życie pantofelka

2010, Pitu Pitu


W ostatnich tygodniach do katalogu Pitu Pitu dołączył trójmiejski projekt trupwzsypie ze swoim albumem Intymne życie pantofelka i nadarza się kolejna po Hailo okazja do miłego zaciekawienia, bo niewiele jest, jeśli w ogóle, tak prywatnych nagrań w naszym kraju. Nie wiem do jakiego stopnia świadomie, ale filtruje się tu hauntologie. Z płyt Moon Wiring Club i Belbury Poly pozostał tylko ich najbardziej stereotypowy element: sample z retroedukacyjnych filmów. Szaleńcze, arytmiczne bity MWC zostały wygaszone, zastąpione flażoletami, segmentami kineskopowego szumu, popiskiwaniem fantomów i magnetozwidów. Zamiast napastliwych midi Belbury Poly mamy oldschoolowy, syntezatorowy ambient. Na tak przygotowanym polu toczy się samplowany dialog buńczucznych dzierlatek z bujającymi w obłokach intelektualistami, żywcem wyjęty z epoki, kiedy Cybulski gościł w Cannes odbierając z dworca Oskara. Intymne życie pantofelka zostało umiejętnie udramatyzowane. Nie ma sensu publicznie obnażać suspensów tych utworów, zdradzać ich point, więc tylko dwa high-lighty: pełen mikroklimatu filmowej Nowej Fali "Człowiek podobny do nikogo" i hipnotyzująca Shulzowska "Zmysłowość".

Kristen
Western Lands

2010, Lado ABC

Od 03:10 szum, błąkający się stale w tle "Una Estrella Fugaz", wzmaga się. Gdyby nie był odosobnionym fragmentem, Western Lands byłoby prawdopodobnie płytą milszą. Ogólne wrażenie byłoby takie jak po "We Want to Weave A Pattern" - najprzystępniejszym, singlowym ogniwie albumu, w którym jako jedynym brak kiksów czy ornamentacji o urodzie zbyt dyskusyjnej, aby jednoznacznie nazywać je ozdobami. "We Want..." stanowi cezurę między połowami płyty: surowo rezygnująca z zasłon dymnych druga przypuszcza odbiorcę w bezpośrednie sąsiedztwo zjadliwej ironii, która w moim odczuciu zawsze charakteryzowała twórczość Kristen. Ale przyjemności uczestniczenia w żartach nie byłoby gdyby nie pierwsza – mało odkrywcza, a nadymająca się, operująca raczej stereotypami kilku konwencji (post-rock, avant-rock, surrealizm, szczególnie "Vianowskie" trąbeczki w "The Loot") niż walcząca o swoje.

Narzuciłem tę dwudzielność, bo trudno mi sobie wyobrazić słuchacza, któremu spodoba się całość. Mam wrażenie, że, przynajmniej początkowo, na etapie oswajania się, trzeba wybierać, z którejś partii zrobić bazę wypadową. Konieczność ta (jeśli istnieje) jest jednak zaletą: na odbiorcy autentycznie zainteresowanym, "wymusza" to, czym taki zazwyczaj szafuje bez zastanowienia: dobre chęci. Western Lands przywodzi na myśl raczej ruski Love Cult niż cokolwiek, co powstało na nasze polskie zamówienie i estetyczna limitowana edycja przysłużyłaby się płycie lepiej niż możliwość otrzymania jej w zamian za wyznanie o pustym portfelu.



Rachael
Add A Little Bit of Tobbaco

2010, self-released


Słuchając Rachael mam jednocześnie w pamięci także No One Wished to Settle Here i label cat|sun Tomka Mirta. Wszystkie trzy przedsięwzięcia nie doczekały się właściwie ŻADNEJ wzmianki w polskim Internecie omuzycznym, podczas gdy odniosły sukcesy za granicą. Sukcesy, które, tam uznawane ledwie za dobry początek, dla polskiego artysty, kończącego się zwykle po kilku recenzjach, byłyby oszałamiające. Rachael supportowali np. Iana Browna, ale przede wszystkim, podobnie jak NOWtSH, prezentują na swoim myspace kolekcję anglojęzycznych cytatów na swój temat, tak samo jak Mirt, z pełnym spokojem wklejający przepisane z francuskiej, niemieckiej i brytyjskiej prasy artykuły o swoich płytach.

Add A Little Bit of Tobbaco to krótka EPka prezentująca oldschoolowy, psychodeliczny rock, który zapewne o wiele bardziej energetycznie wypada live. Zarejestrowanie go było jednak bardzo dobrym pomysłem, jeśli chodzi o autokreację. Ci, którzy widzieli koncert nie mieli zapewne szans tego zauważyć albo spisali to na karb zabawy przy muzyce na żywo, ale Rachael to bardzo bezkompromisowy skład, być może nawet mający wszystko w dupie najbardziej w Polsce. Niekiedy pojawiają się na EPce jakieś błędy, sekundy nudy lub wątpliwych decyzji producenckich (koniecznie), ale wszystkie one są na przodzie, nie ma żadnych asekuracyjnych zapełniaczy przestrzeni (i tu analogia do Western Lands). Bardzo nagi rock, a szczególnie mocno widać to w "Watchsick", angażującym zdarty, chorobliwy wokal a la Bloodhound Gang? Blixa? Jako znak rozpoznawczy ta nagość ma oczywiście swoją słabą stronę: ekshibicjonizm bawi tylko raz, kolejne oglądanie czyjejś bladej dupy zwraca raczej ku myślom o bieliźnie. Rachael to świetni inżynierowie surowej, garażowej psychodeli, ale przydałaby się jeszcze szpanerska obudowa, zaciemnienie sytuacji.



Lora Lie
Rewind

2010, self-released


Pierwsze odsłuchy Rewind muszę sobie wyciąć z historii recepcji, bo ich jedynym celem było rozstrzygnięcie czy śpiewają dwie zupełnie różne dziewczyny czy mam do czynienia ze schizofreniczką. Obie opcje są malownicze i tak naprawdę dotychczas nie zdecydowałem się na żadną. Jeśli jednak miałbym wybierać to optowałbym za głosem z "Tragedies", który tytułowe słowo śpiewa po prostu cudownie. Tra-dże-diz. Sam zawsze lubiłem czytać design jako di Zajn i mieć przed oczami architekturę Corbusiera zamiast tosterów z Miss Kitty. W tym kawałku, jak i w innych zresztą, choć mniej jawnie, sprawy akcentu i pięknej angielszczyzny pozostawione są recenzentom jako wygodny, komformistyczny zarzucik, zawsze pod ręką. Podobnym wyzwaniem jest bas – trochę plastikowy, jakby funkujący, nie do końca dopasowany do reszty, zapatrzonej raczej w Sonic Youth czy Life Without Buildings niż na próby studentów dowolnej politechniki circa '90. Niedopasowanie jest jednak urocze i moja pierwsza myśl o schizofrenii nie była taka głupia. Zdaje się, że jedna z wokalistek jest poważna, tak jak na poważny lansuje się talent gitarzysty, a druga jest zabawna i zadziorna, jak i ten bas. Sarkastyczna EPka i przez to niewymuszone poczucie humoru wcale nie wydaje się być indie. Całkiem przyjemnie jest wyobrażać sobie wszystkie sposoby łatwego zburzenia tej chwiejnej konstrukcji, ale kto by się znęcał nad tak niewinną i autentyczną płytką?




SAM-SVEERG
Am-sveerg

2010, Nasiono


Nowa pozycja w katalogu Nasiona z nazwy przypomina tytuł opowiadania Huberatha - Wrocieeś Sneogg, wiedziaam..., ale muzycznie jest to jeszcze większy obskur. Po pierwsze już po kilku sekundach powiedziałem sobie: Paralaksa. Tutaj możecie poczytać notatkę Księżyka o jednej z płyt tej zapomnianej perły. Wiele jej znaków rozpoznawczych pasuje do Am-sveerg. Towarzysząca Mazzollowi masa pseudonimów (ujawniło się jeszcze kilku, w tym kojarzony z Pogodna Paweł Osicki i często przewijający się na rodzimych płytach kontrabasista Jacek Mazurkiewicz) słusznie sugeruje trop super grupy: już chwilę po pierwszej minucie podniosła oracja i apokaliptyczne smyki odsyłają do GY!BE, a jak dalece przymruży się oko w obliczu takich porównań zależy już od indywidualnego odbiorcy. Wydaje się, że stężenie absurdu, stylizacja na słuchowisko rodem z Polovirusa, jazzowe i yassowe inklinacje przywodzące na myśl Osjana, przeznaczają ten album słuchaczowi zaznajomionemu z polskim gabinetem kuriozów. Z drugiej jednak strony świetnie bawiłem się także w tych momentach, które pozostały dla mnie niejasne, więc wyraźna intertekstualność albumu nie jest barierą. Na przeszkodzie nie staje również
improwizowany charakter płyty, bo jest to transowa, bogata spontaniczność Brasil And the Gallowbrothers Band albo i nawet Coil, daleka od mściwego rzucania kłód pod nogi.



Kixnare
Digital Garden

2010, UKnowMe


Debiut Teielte czy Digital Garden odwołują się do najnowszych koniunktur, gdzieś w sobie rozpuszczając tradycje i rodowody. Zdaje się, że ostatnio UKnowMe specjalizuje się w specjalistach od wykorzystywania swoich niewypowiedzianych młodzieńczych zajawek w roli nowego startu. Co delikatniejszymi fragmentami swojej najnowszej płyty Kixnare konkuruje z Pleqiem w dziedzinie glitch hopu, cut'n'paste hopu i innych hopów, wymykając się samemu hip hopowi dzięki nośnym ostatnio hasłom typu dubstep lub future funk. Tego ostatniego tu najwięcej, w wydaniu ilustracyjnym, przywołującym na myśl wychillowane produkcje Onry lub Foreign Exchange. Szkoda więc, że Digital Garden cierpi na tym porównaniu przez brak wokali. Sample to za mało - obok muzyki producenckiej zmieściło się sporo podkładów bliskich popowej chwytliwości i naturalnym byłoby wesprzeć piosenkową intuicję interesującymi głosami. Być może urozmaiciłyby one trochę przebieg tych, owszem - słodkich, ale i trochę zbyt technicznych, intelektualnych baunsów. Mimo tego niedociągnięcia 40 minut mija szybko i przyjemnie, pozostawiając wrażenie, że o tej płycie powinno być o wiele głośniej. Taka ładna okładka, takie ładne winyle.


Fuka Lata
Other Sides

2010, self-released

Mimo że jak na razie to tylko kilka tracków zamieszczonych na bandcamp, nowy projekt LeeDVD zapowiada się ciekawie i tajemniczo. Other Sides to cztery długie, mesmeryzujące utwory, na tle których wokal Lee pobrzmiewa echami Zoli Jesus. Można by spodziewać się standardowej ulotności i wielkich przestrzeni, ale na drugi i kolejne rzuty oka daje się odczuć garażowa szorstkość tych rzekomych ambientów. Przewrotne mgiełki przytłaczają rozedrganiem, groteskową chybotliwością. Niekiedy wydają się wręcz karykaturalne, jak w świetnym "Dream-Orlando", w którym rozmarzony kobiecy głos nie jest wcale anielski, a raczej syreni, należący do strzygi wabiącej ukochanego zbłąkanego między wersami Leśmiana.

bandcamp



Zaprezentowane pozycje nie są istotne z perspektywy list rocznych o kronikarskim charakterze, nie gwarantują dobrze zainwestowanych scrobbli. Pociągające jest w nich coś innego, co sprawia, że obok popu, rocka, electro itp. można by wyróżnić u nas, jak wszędzie, gdzie stan rzeczy dopiero się klaruje, dwie obszerniejsze kategorie: dzieła tendencyjne i eksperymentujące. Eksperymentujące jakkolwiek właściwie, bo przecież nie chodzi o to, aby któryś z bohaterów tego artykułu nagrał coś rewolucyjnego stricte muzycznie, chodzi raczej o poszerzanie przestrzeni eksperymentu o tworzenie poza najbardziej rozdmuchanym zamówieniem odbiorczym i publikowanie bez licencji zawodowego muzyka, która w realiach dzisiejszego Internetu równa się karcie wędkarskiej albo rowerowej. Do tych kilku propozycji dołączyć można jeszcze wiele innych, choćby tych, o których udało mi się już obszerniej wspomnieć wcześniej: Hailo, Coldair czy Mirta. Sporo dziwnych nagrań egzystuje na zupełnym marginesie, jak np. polecany w komentarzach toruński labelek Perski Pawlacz. Warto przejrzeć te wydawnictwa, szczególnie w okresie podsumowań i rankingów. Nic się nie stanie, takie z natury odsuwają się od światła.

niedziela, 19 grudnia 2010

Białe szpule

Tradycyjne zarzuty wobec polskiej muzyki zdezaktualizowały się ostatnio. Wyszło sporo ciekawego popu. Gdzieś zagubiło się okropne brzmienie, umożliwiające identyfikację polskiej płyty po pierwszych sekundach. Polaczkowatość z tematu na wkurwiony esej przedzierzgnęła się w imprezowe pokpiwania i wyniosłe brednie wtajemniczonych w tragizm rynku. Nie wydaje się jednak w Polsce kaset i nie trzeba tłumaczyć, dlaczego jest to dziwne. Kwestia ponownego odkrycia i wylansowania skutecznie wskrzeszonego na świecie nośnika, sprawy techniczne czy dystrybutorskie niezbyt mnie zajmują. Oczywistości logistyczne, organizacyjne i promotorskie muszą ustąpić przed szarą eminencją banału: co niby mielibyśmy na kasety nagrywać? Poza reedycjami? Brodkę? Out of Tune? Jakiś jazz? Bez żartów.

Dobre, chętnie słuchane i wyczekiwane premiery pojawiają się u nas od niedawna i jako odbiorcy wydaje mi się, że spory procent artystów nagrywa pod presją, starając się spełnić zamówienie publiczne, wystartować w konkursie. Wciąż trochę zakompleksieni, polscy słuchacze chcą być pewni, że słuchają rzeczy istotnych, stworzonych przez licencjonowanych laureatów. Chcą koncertu, gdzie obok piwa będzie fotoreporter, w Internecie recenzji, a na papierze świętych 250 słów w Machinie. Dopiero kiedy jasno się to sformułuje widać na jaki poziom ambicji pozwalają polskim artystom karłowate media kulturalne i wymagający słuchacze. Po osiągnięciu etapu Machiny kampanie marketingowe płyt zazwyczaj się załamują, no bo faktycznie: gdzie niby managerowie zespołów mieliby dalej uderzać? Jedyne co pozostaje to odczekać miesiąc i własnoręcznie wpuścić leaka na zagraniczne blogi z mp3. Nie ma jeszcze sytuacji, że wykwit chujowej, ale choć odrobinę interesującej, lokalnej kapelki owocuje gorączkową blogerką – pochwalną lub krytyczną, nieważne. Recenzuje się przeważnie tytuły, o których przed chwilą pisały wiodące serwisy, często z konieczności, bardzo sztywno i ugrzecznienie, byle pokazać, że się ogarnia, a zespoły nie są lepsze: same wciskają się gdzie tylko mogą, na fora i shoutboksy lastfm, odstręczając nachalną nieudolnością autolansu. No ale gdzie mają się podziać?


Dobre, chętnie słuchane i wyczekiwane premiery pojawiają się u nas od niedawna i ciągle spodziewamy się po nich zwycięstwa w niepisanym konkursie. Płyty, które nie zostały nagrane w studiu, artyści, którzy nie pokażą zabawowej sesji zdjęciowej i nie wylansują w radiu co najmniej dwóch singli nie biorą w nim udziału, przyciągając nikłą uwagę. Mimo wszystko jednak te skazane na pominięcie, dematerializujące się w oczach albumy, są realizowane ze sporym nakładem finansów. Mimo namacalnej forsy, znikają. Ich odsłuch szybko staje się dziełem przypadku – ktoś trafi na link i chwilkę poscrobbluje, może kilka zdań na WAFP. Część tych pozycji powinna być pomyślana na kasety, ratować się pięknym wydaniem i statusem limitowanego wydawnictwa, bo co innego mielibyśmy na kasety zgrywać? Brodkę? Out of Tune? Jakiś jazz? Bez żartów.


Niewielkie oficynki, które mogłyby podjąć sprawę taśm i limitowanych edycji nie wykorzystują jeszcze do końca swojego potencjału, nie do końca potrafią się odnaleźć i nie ma się co dziwić, bo polskie labele uznawane za znaczące i nastawione na popowe premiery również istnieją od niedawna. Ta łagodna opinia obowiązuje dopóki zawęzimy perspektywę do własnego podwórka. Rosja nie jest pępkiem świata, a jednak wytwórenka Full of Nothing wyprzedaje całe (niewielkie, ale całe/całe, bo niewielkie) nakłady swoich artystów, równolegle udostępniając spory procent nagrań jako darmowe downloady. Wnioski i odpowiedzi nasuwają się same po przejrzeniu oferty tego minilabela. Jest to amatorstwo posunięte tak daleko jak dyletantyzm Ikei: trudno w katalogu o rzecz olśniewającą, profesjonalną, rzetelną, ale chce się szybko wejść w ich posiadanie i zaprosić znajomych, aby mogli je oglądać. Brak takich wydań w Polsce.


Sytuacja wydaje się być powodowana przyjętym stylem słuchania.
Odsłuchy w Polsce, tak samo jak polskie płyty, muszą się liczyć. Należy słuchać tytułów ważnych i z góry już puchnąć z dumy na myśl o tym, że być może w końcu uda się imitować zdolność do docenienia muzyki z szacunku, za obiektywną wartość, a nie z sympatii lub fascynacji, odruchów zbyt infantylnych, aby mogły przystawać do podniosłych, obowiązkowych i świadomych wyborów. Zakompleksiony polski słuchacz nie potrafi wyzbyć się wstydu i ograniczyć usprawiedliwień kiedy w końcu już nie wytrzymuje i ulegając odruchowi szczerości wyznaje, że sprawia mu przyjemność rzecz powszechnie (czyli w kółku adoracji, do którego akurat należy, bo dysponując zazwyczaj osobowością zbyt mizerną, aby tylko słuchać muzyki, musi koniecznie identyfikować się z nią, utożsamiać i kochać, więc każda krytyka wybranych płyt boli go osobiście, a gdzie szukać ukojenia jak w nie w kupie) niegloryfikowana (jeszcze do niedawna częstotliwość używania formułki guilty pleasure
była absurdalna). Chciałby ciągle szanować, z pokorą doceniać i jest w stanie poświęcić na ten cel, wydającą mu się z czasem coraz bardziej utopijną, perspektywę własnego gustu. Coraz bardziej utopijną, bo chyba przestaje się wierzyć w wyżej zarysowanych warunkach w coś tak nieprzewidywalnego jak gust – zjawisko uchylające się klasyfikacji i ocenie, niepozbawione narowów, odrzucające zeitgeisty i głosy pokoleń. Gust wydaje się nierealny w porównaniu z radosnym scrobblowaniem zestawów Tigercity + Muchy (2007), Toro Y Moi + Diogenes Club (2010) itp.

Dobre, chętnie słuchane i wyczekiwane premiery pojawiają się u nas od niedawna i ciągle oczekujemy po nich zwycięstwa w niepisanym konkursie. Niemal każda jest reklamowana jako przełom w jednej z kilku populistycznych dziedzin: niesamowicie młodzi, taneczne, diwy, wyluzowani wirtuozi. Co ciekawe, nie dysponujemy w tym wszystkim jednoznacznie seksowną gwiazdką, więc brakuje kategorii seks, i dobrze, bo mogłaby rozsadzić ramy nakreślone przez fotoreportera lokalnego dodatku kulturalnego, recenzje w 3-4 internetowych serwisach muzycznych i blurb w Machinie. Tymczasem nagrań, które powstawałyby poza tym nudnym paradygmatem, świadomie wykluczających się poza zasięg symbolicznej Machiny, jest jak na lekarstwo. Lans na bycie niszowym artystą, nagrywającym limitowane edycje kaset, ręcznie robione cd-ry, wypuszczającym .zipy jest jeszcze w Polsce dziewiczy.

Luka w polskiej scenie muzycznej to brak facecji, fifimuszek, drobiazgów, bibelotów, które można by wstawiać na blogi z mp3 i liczyć, że któryś z nich wypali hypem, mimo programowego istnienia poza paradygmatem wielkich premier. Napocząć ten kawałek tortu udało się chyba tylko Drivealone – Letitout krążyło po Internecie i jako paczka z mp3 pozwalała na chwilę wczuć się w klimat przekazywania z rąk do rąk podziemnego cudu. Ale, no właśnie, Letitout, stworzone poza standardami konkursu, mogło się przebić do świadomości słuchaczy dopiero na fali lansowania Much i dopiero wtedy, gdy serwisy orzekły, że ten sieciowy pyłek jest istotny, wart pokornego docenienia i wytrwałych scrobbli. W tym kontekście nazwa jednej z grup na lastfm - Skrobluj, dziwko - nabiera rumieńców dosłowności, którą swobodnie można ekstrapolować poza jej świadomych uczestników na wszystkich, którzy publicznie odtwarzają swoje dziejowe mp3, jako zapłatę przyjmując przynależność do grupy, która wie co śledzić.


Mamy już w Polsce kilka blogów z mp3. Ich właściciele nie mają jeszcze kontaktów wśród nieetycznych pracowników tłoczni, ale przede wszystkim nie powinni ich rozwijać. Na takich blogach powinno bowiem być dużo muzyki nadającej się do zgrania na kasety, nagrań o aparycji śmieci, shitów, przephotoshopowanych cover artów. Więcej paczek mediafire, dem, wersji zero lub bootlegów. Tymczasem jednak blogi z mp3 muszą się jeszcze kręcić pod wytwórniami, czaić na leaki żeby robić update'y, bo niewiele osób jest w stanie podjąć ryzyko nagrania i opublikowania muzyki egzystującej od początku do końca poza konkursem na wielkie dzieło ojczyste. I równie niewielu odbiorców jest gotowych takiej muzyki słuchać i wypowiadać się na jej temat, bo nie są to premiery ważne i głośne, zapewniające zgodność "osobistych” list rocznych z zestawieniami autorytetów.
Podobnie jak na scenie recenzenckiej, tak i wśród słuchaczy i nagrywających artystów pokutuje hamujący kreatywność i "ryzykanctwo" mit postępującej inflacji pomysłów i opinii. Tymczasem już za późno na ratunek. Pomysły i opinie zdewaluowane są od tak dawna, że pogłębienie inflacji nie jest już możliwe. Należy starać o jakość teraźniejszości, ale nie o cofnięcie czasu, a uświadamiają o tym, ze wszech miar zasługujące na parodie, działania różnego rodzaju internetowych szeryfów – wykłócających się o kanony, kasujących mp3 z blogów, autodissujących się wypaczoną krucjatą przeciwko zaśmiecaniu śmietnika, jakim Internet był zawsze, a którym, odkąd czasopisma przekształcają się imitując web writing, staje się także szerzej pojmowana rzeczywistość medialna.

Więc ciągle mamy białe szpule na mapie (na tym etapie tekstu rozumiem kasetę już nie tylko jako nośnik, ale ogólniej jako symbol nagrywania i słuchania muzyki świadomie przeznaczonej na egzystencję poza radarem mediów, odrzucającej miraż popularności, który na dobrą sprawę wydaje się w Polsce jeszcze nieosiągalny, bo kończy się na blurbie w Machinie). Nie tyle, że nie ma na czym ich odtwarzać lub za trudno przewija się ołówkiem, ale co niby mielibyśmy na nie nagrywać? Poza reedycjami Ścianki i Papa Dance? Brodkę? Out of Tune? Jakiś jazz? Bez żartów.

sobota, 11 grudnia 2010

Kwiaty tła

Rape house. Nie ma jawnych przesłanek dla tego określenia. Jakaś okładka, zdjęcie? Rowów zawierających pocięte kobiety było w sztukach graficznych na pęczki i nigdy nie był to obraz tak drążący jak chcieliby twórcy. Słynna kampania reklamowa Dolce&Gabbana z motywami gang-bangu wywołała kontrowersje tylko oderwanych od rzeczywistości purytan. Jakim cudem muzyka miałaby zasugerować krzywdę, seksualną traumę itp.? Nikle, ale jakoś się udało. Jakieś odczucia i intuicje się pojawiły.

Słuchając cd-ra †‡† trochę się broniłem, ale ostatecznie musiałem uznać mroczną motywację, aktywność, dynamizm, przypływ adrenaliny i testosteronu. Pracowało mi się przy tej płycie świetnie: drapieżnie, imperialistycznie. Patriarchalnie. To nie jest głośna i szybka płyta na rower, tylko głośna i szybka płyta na ostry seks, degradujący intelektualne aspiracje. Paradoksalnie taka degradacja jest konceptem - czysto intelektualną perwersją polegającą na grze w pierwotny gwałt, przywrócenie podstawowych ról mężczyzny-atakującego i kobiety-ofiary. Przeglądając komentarze do †‡† natrafiałem na podobne odczucia – zawsze brutalność, skomasowanie i prymitywna seksualność płyty budzą fascynację i zawsze na diagnozie tego stanu się kończy. Pytanie o źródło tak silnego wrażenia pozostaje zawieszone, tymczasem wydaje się, że to niedomówienie prowadzi ku kwestii tematu, fundamentalnej nie tylko dla witch house'u jako kształtującego się gatunku, ale i dla wielu innych odmian muzyki popularnej.

Tematem tych odczuć są częstokroć przeżycia jednej z bardziej interesujących bohaterek literackich: skrzywdzonej lolity, obnoszącego się ze skazą nemezis egzaltowanej i poetyckiej prerafaelickiej nimfetki. Jeśli witch house korzysta z r'n'b, chartpopu, disco czy rave'u, to dlatego, że kojarzą się z muzyką inspirowaną seksem i inspirującą zatracenie, koncentrującą wyobraźnię odbiorcy na odrealnionym ciele-kostiumie: gibkim, gładkim, kształtnym, seksownym, dynamicznym, podporządkowanym przyjemności np. z tańca jako przedsmaku intymności. To ciało obiecuje perwersję – intelektualny, kulturalny, konceptualny wymiar zjawisk takich jak płeć i stosunek, zbyt nudnych, jeśli pojmować je wyłącznie z perspektywy fizjologii i mechaniki. Ciało jest kostiumem – reifikuje, zamienia w obiekt seksualny. Mroczne lolity, w przeciwieństwie do swoich prerafaelickich koleżanek, muszą ten strój zaaprobować, bo inaczej nie mają szans zbliżyć się do mężczyzn, na których chcą wywrzeć zemstę za swoje krzywdy. Muszą potrafić ich uwieść, aby udowodnić, że krzywda nie poszła w las - nauczyły się manipulować męskimi uwarunkowaniami, zrywać z facetów zbroje, obnażać ich odrażające instynkty. Przypomina to seksualny wallenrodyzm: przyjęcie na siebie barw męskiego fantazmatu, aby pokazać, jak bardzo jest ohydny i ukarać facetów wyrzutami sumienia za pedofilskie punche w masie hip hopowych tekstów, za seksistowskie obrazki młodocianych dziwek w imaginarium rocka i za portretowanie ofiar gwałtu i/lub morderstwa w klasykach folku.

Bohaterki, o których mowa ubierają się i zachowują tak, jak powinna robić to kobieta, która sama sobie była winna, ale przecież nie kopiują wcale stylu ikon seksu (nie mini, szpilki i brafitterka na liście płac, a rozmazany makijaż, gotyk i używki). Czym jeszcze więc są poza groteskowym outfitem?

Pani hrabina de Lorsange była jedną z tych kapłanek Wenery, których fortuna jest dziełem czarownych kształtów, wielce złego prowadzenia się i szelmostwa, a których najbardziej majestatyczne tytuły można odnaleźć jedynie w archiwach Cytery, wymyślone bezczelnie przez tego, który je przyjmuje (...). Bardzo żywa, brunetka o pięknej kibici, o cudownym wyrazie czarnych oczu, pełna sprytu, a zwłaszcza zgodnie z modą pozbawiona wiary, co dorzuca tylko soli namiętnościom i każe jeszcze żywiej ubiegać się o kobietę, którą o brak ten podejrzewamy, otrzymała przecież najświetniejsze możliwe wykształcenie; córka wielkiego hurtownika z ulicy Saint-Honore, była wychowana w jednym z najlepszych paryskich klasztorów, gdzie do piętnastego roku życia nie zabrakło jej żadnej rady, żadnego nauczyciela, żadnej dobrej książki i talentu. W tym okresie, tak zgubnym dla cnoty młodej dziewczyny, wszystko to przepadło w jednym dniu.

Do tego portretu pióra Sade'a doklejmy słowa głównego bohatera sagi Zmierzch:

Chętna zakończyć swoje życie, nie zaznawszy dorosłości (...) Chętna uczynić z młodości zmierzch swojego życia. Gotowa wyrzec się wszystkiego.

I spointujmy je urywkiem z Maga Fowlesa:

Kiedy miała wyjść malowała sobie oczy, pasowało to do wykrzywionych często w podkówkę ust, nadających jej charakterystyczny wygląd skrzywdzonego dziecka, który sprawiał, że miało się ochotę skrzywdzić ją jeszcze bardziej. (…) Była jedną z tych nielicznych, nawet wśród ładnych niewiast, które rodzą się otoczone zmysłową aurą, w życiu takich kobiet najważniejsze będą zawsze ich stosunki z mężczyznami i to, jak mężczyźni na nie reagują. A mężczyźni, nawet ci najbardziej niemęscy, czują to. (…) Może była to częściowo tęsknota za wymarłym typem kobiety Lawrence'a, pod każdym względem stojącej niżej od mężczyzny, obdarzonej jedynie siłą kobiecej tajemniczości i urody; błyszczący, męski samiec i mroczna, omdlewająca samica. Granice między płciami do tego stopnia zatarły się w tym hermafrodytycznym dwudziestym wieku, że powrót do sytuacji, w które kobieta była naprawdę kobietą, zmuszającą do wykazania się męskością, miał w sobie coś z fascynacji wejścia do starego dworu po długim pobycie w ciasnym, nowoczesnym mieszkaniu.

Topos grupuje bohaterki uginające się pod ciężarem zbyt wielu ról. Ten brak spójności i postępujące za nim niskie poczucie wartości jest podsycane przez mężczyzn, którzy nie poradziliby sobie z kompetentną, zdecydowanie zidentyfikowaną jednostką. Delikatność wciąż dostrzegalnej dziewczynki ma występować równolegle z wymogiem erotycznej atrakcyjności dorosłej kobiety. Ten, grupujący cechy obu etapów, moment przejściowy ma trwać. Rozdarcie ma być stałym elementem osobowości, podobnie jak młodość: naiwna i stworzona do eksploatacji, ale pełna pogardy dla starości, programowo naigrawająca się z tego, co nienaturalne, skonceptualizowane, perwersyjne. Taki stan świadomości swoich bohaterek witch house oznaczył pogrzebaniem ich wypowiedzi (wokali) w miksie, unieważnieniem ich w stosunku do sampli ze sfetyszyzowanych rekwizytów r'n'b czy chartpopu. Zresztą to nie zwykły sampling, ale już sampledelia: szum odniesień, kolaż cytatów, movie quote'ów, który wskazuje na uznanie osobowości za nic nie wartą w porównaniu ze sloganami postaci z ekranu.

Electroclashe i emo kazały nimfetkom wrzeszczeć: walczyć lub się ciąć, riot, samotność, patologia lub licealne kamikaze, a te zaludniające teen-pop są po prostu nieuchwytne – w ich mitologii nie może w pełni zanurzyć się nikt komu choć raz postała w głowie myśl zarabiania na jedzenie. Wszystkie nimfetki w muzyce popularnej są nie do wzięcia, każda ma skazę (wśród teen-popowych jest nią ucieczka przed odpowiedzialnością nawet wobec własnego organizmu), dzięki której wiją się jak piskorze w rękach przysłowiowych starszych facetów, mimo że jako figura narracji są przeznaczone do wykorzystania, wręcz konstytuuje je molestacja. Pojawia się dziwny kontrast, jeśli postać uprzedmiotowiona jest jednocześnie tak bardzo dynamiczna. Rzeczy nie wyrywają się z objęć, a jednak staramy się temu przeczyć i to nie w stylu Robbe-Grilleta, a raczej Bataille'a z Historii erotyzmu:

(…) do tego, by pożądanie wykreowało sobie kształt najbardziej mu odpowiadający, trzeba, żeby potraktowało swój ludzki przedmiot jako rzecz. (…) bierność sama w sobie jest już odpowiedzią na wymaganie pożądania. (…) Tym, co charakteryzuje erotyzm, nie jest przedmiot ruchomy i żywy, lecz znieruchomiały i martwy, bo tylko on oderwany jest od normalnego świata.

Oderwany od normalnego świata = nierzeczywisty, fantazmatyczny. Nawet uznając separację od realiów za nietrzeźwość wracamy do poczynionej wyżej charakterystyki: prerafaelickie nimfetki nie chleją na umór, nie narkotyzują się, podczas gdy skrzywdzone lolity obrały odurzenie za swój znak rozpoznawczy. Są pijane albo naćpane, łącząc dwie witch house'owe cechy: podatność na manipulacje oraz oniryczność, chwiejność, omdlenie.

Drapieżne, wyznające bierną agresję, odurzone nimfetki, obnoszące swoje skazy i kostiumy, podpatrujące celebrytki przy jednoczesnej aprobacie dla kobiecych wzorców sprzed MTV, wydają się być nie tylko męską fantazją, ale też konstruktem opracowanym przez same kobiety. Stereotypowe okularnice, na których kartach bibliotecznych nie zmieści się już numer poznanego chłopaka, marzą o wyzwolonej seksualności, o wyzbyciu się zahamowań. Są świadome mocy maskarady – przebierają się za mroczne, skrzywdzone lolity, aby, nie rezygnując z głębi, inteligencji, feminizmu i egzystencjalistycznego pesymizmu, doznać hedonizmu pierwotnego gwałtu, spełnić fantazmat, zdobyć animalistyczną seksualność, której pozazdrościły roznegliżowanym gwiazdom popu, dopełnić osobowość kontaktem z typem mężczyzny, którym na co dzień gardzą, ale który jest również fantazmatem, obiecującym wyzwolenie lubieżności i wyuzdania spod sieci konwenansów, umożliwiającym zatratę w od zawsze przypisywanej płci uległości. Maskarada jest jednak zawsze niechciana w porównaniu z możliwością bycia sobą bez względu na okoliczności. Tak więc sardoniczna niechęć do mężczyzn, ironiczna wszechmoc w kontrolowaniu ich instynktów, nie jest tylko częścią fantazmatu, ale faktyczną dezaprobatą kultury kostiumu. Dezaprobatą tym większą, że, jak już sobie powiedzieliśmy, ofiara zakłada maskę, aby przedostać się w pobliże kata. Obie strony najbardziej boli cudzysłów, bez którego natychmiast wypadną z ról.

Można napotkać w Internecie wiele komentarzy odmawiających sofomorowi Crystal Castles miana przedsmaku witch house'u. W dużej mierze słusznych, ale warto podkreślić element, który wywyższa CC ponad Salem. Jeden, konkretny damski wokal, należący do kobiety stylizowanej na rzeczony fantazmat. Alice Glass jest seksowna, bo uszkodzona. Tak samo jak Lolita nie jest beztroska, nie jest też skandalicznie młoda, jej ekstazę motywuje autonegacja lub straceńcze odurzenie. Alice Glass można by przyszpilić i przelecieć bez wyrzutów sumienia. Jest wykreowana na cel męskiej żądzy, mimo że daleko jej do pornograficznego stereotypu symbolu seksu. Jest groupie, która znalazła się na scenie. Ethan Kath tak wspomina Alice sprzed CC:

Her band would play in this bar that attracted a lot of guys from ‘80s punk bands, these 45-year-old who’d be heckling her, and she’s spitting beer in their faces from the stage.

Rozmazany makijaż, electroclashowy outfit i to pokazowe plucie browarem eksponują niezborne wnętrze, chwiejnie wsparte na tajemniczej skazie, która przyciąga, jest bólem i złem, które decydują o atrakcyjności nosiciela. Często pojawiające się w witch house'owych kawałkach, nawet jako imitacja bitu, odgłosy strzałów czy w ogóle obsługiwania broni, wyrażają tę ekstazę, są rekwizytem złych dziewczynek z rozmazanym ciemnym makijażem, skórą z H&Mu i tanią, agresywną biżuterią. Złych dziewczynek, lalek a nie kobiet czy wampów, więc i broń jest zabawką. One nienawidzą mężczyzn i mierzą do nich, ale kiedy pociągają za spust rewolwer okazuje się być zapalniczką i jest to zmyłka tak urocza, że znów narażają się na nachalny podryw, a każdy sprzeciw ohydni faceci zbywają śmiechem.

Kobiecość i perwersja idą w muzyce popularnej w parze. Lansowane fantazmaty są przesadne, oparte na stylizacji i wyolbrzymieniu, tak kompletne, że nierealne. Podobnie jak baśniowe postacie wiedźm, baśniowe eliksiry miłosne (romans Tristana i Izoldy), baśniowe zdrady (Salome i św. Jan, Samson i Delila), witch house (wraz z odnóżkami, także tą rapistowską) jest uzależniony od kobiecości. Konstytuuje ona całą zmysłowość, delikatność, kokieterię, starając się zanegować prostolinijne komunikaty. Nawet zwolnione tempo, ów senny, narkotyczny bpm nie jest po męsku infantylny - nie wyraża pragnienia natychmiastowego zaspokojenia, a raczej chęć budowania napięcia, stopniowania przyjemności, teasingu. Symbolizuje więc wynalazki cywilizacji kulturalnej, dywersyfikującej erotyczną przyjemność. W ten sposób zamazuje się naturalistyczną dosadność automatycznie ewokowaną przez fantazmat pierwotnego gwałtu. Identycznie działa inkorporacja rekwizytów rytualności: wzbogaca zbyt jawnie brutalny erotyczny przekaz o wymiar mistyczny, odzwierciedlany eterycznością, zamgleniem i transcendencją. Spójrzmy na fragment wywiadu z gościem odpowiedzialnym za †‡†:

How do you record your music?

I don't. I was reading some fucked up shit on vice about a sex ritual that takes place in some cult in japan, basically the priest has sex with a woman with yogurt (for lube) in front of the members of the church... something along the lines of that.

Blisko temu ekscesowi do jednej z licznych na poły religijnych tortur z Niedoli cnoty Sade'a:

Podniecone pierwszą zbrodnią potwory nie poprzestały na tym; nagą ułożyły na brzuchu na stole, zapaliły świeczniki, ustawiły u jej wezgłowia wizerunek naszego Zbawiciela i ośmieliły się dopełnić na łonie owej nieszczęśnicy najstraszliwszego z naszych misteriów.

Klasyczne, prerafaelickie nimfetki obdarzane są rycerską czcią jako małoletnie księżniczki. Infantki rządzą sercami muszkieterów. Lolity, noszące skazę po uprzedmiotawiających męskich żądzach, są poświęcane na ołtarzu męskich fantazji. Są atrybutem kultu, a nie jego obiektem. Warto zauważyć, że i w ich towarzystwie pojawiają się rycerze, ale zawsze błędni: Humbert Humbert, Rycerz Nieistniejący Calvino, wicekról Meksyku z Rękopisu znalezionego w Saragossie i wielu innych. Zwykle zbankrutowani geniusze albo nieludzko wierni zasadom cnoty gentlemeni-potwory. Śmieszni, tak jak przytoczone wyżej karykaturalne rytuały. Wydaje się, że współcześnie fantazmat pierwotnego gwałtu inscenizuje tajemniczy, mroczny kult już nie po to, aby usprawiedliwić żądze wymogami religii czy herezji, ale aby przetrwać w środowiskach urbanistycznych. W mieście trudno o miejsce na sabat, ale są piwnice i penthouse'y wieżowców, odpowiednio: miejsca podziemne i plugawe, i miejsca wywyższone luksusem i ekskluzywnością, połączone swoim przeznaczeniem – zaspokajania aspiracji, drapieżnych poruszeń męskiego wnętrza. W końcu: są też kluby i inne miejsca spotkań, publiczne i legalne, w których maskarada i gra konwencjami są uznane. Rytuały oraz postacie ofiar i kapłanów są przesadzone, wykoncypowane, kulturalne, perwersyjne, udawane. Są grą, ale są. I to w wielkim mieście, zbudowanym po to, aby na zawsze je wyrugować.

Salwa śmiechu, która położyła emo, a potem fala chill wave'ów oraz kolorowych 80. na chwilę odgrodziła odbiorców od ciemnej strony. Witch house jest ciekawy o tyle, że już na poziomie inspiracji jest wierny fascynacji złem. Wydaje się ono piękne, gustownie skonwencjonalizowane, jakby wyszło prosto z rąk dekadenckich epigonów Baudelaire'a. Nawet pomimo zastrzeżeń samych autorów niewiele w nim zabawy, kpiarskiego kiczu, który kazał reklamować disco krwawymi parkietami i neolityczną ekstazą. Związaną z fascynacją złem chęć przekraczania barier wyraża choćby wzięcie na warsztat przez domorosłych producentów muzyki, która jest zakodowana w podświadomości odbiorców jako uzależniona od milionów dolarów, profesjonalnego sprzętu i zaplecza marketingowego. Muzyki, funkcjonującej powszechnie jako rozrywka pozytywna, poprawiająca nastrój, umilająca czas, służąca kontaktom międzyludzkim. Witch house zdeprecjonował r'n'b i chartpop lo-fi i shoegazem utrzymanymi w ścisłym zerze selektywności, zastępowaniem movie quote'ami speców od autotune'a i wyszkolonych wokalistek-diw etc. To śmieciowa robota, szczurza praca i nic dziwnego, że gdzieś obok przetacza się drag – rynsztokowa odmiana tego, o czym przez cały czas tu mówimy: obok uszkodzeń, które prowadzą do mistycznego przeżycia, bólu, który podnieca uwikłaniem w transcendencję lub pop, krzywdy, która obu stronom pozwala uczestniczyć w kulturze. Te perwersje szukają ujścia w zaklinającym rzeczywistość przekonaniu, że pierwotne fantazmaty gwałtu i ofiarowania są nadal pociągające w zaawansowanej technologicznie, urbanistycznej i demokratycznej, mieszczańskiej cywilizacji, i że mogą być traktowane jako element wyrafinowania, kolejnego zainteresowania podważającego istnienie czegokolwiek, co byłoby uncool.

Mimo że egzystuje poza naturalnym dla kontrowersji środowiskiem, przedstawianie zła, ciemności, bólu etc. jako zjawisk atrakcyjnych, generujących rozrywkę, pozostaje kontrowersyjne. Odbiorcy bronią się przed takim przekazem, bo jego dyskursywność rozgrywa się zazwyczaj w całości wewnątrz odbierającej jednostki. Zażenowanie przymusza do cichego monologowania, szczególnie jeśli przekaz zyskuje w adresacie oddźwięk, a trudno o inne rozwiązanie w przypadku podstawowych fantazmatów. Ewentualne poczucie winy płynące ze słuchania rape house'u dla przyjemności wywoływanych przezeń skojarzeń i nastrojów jest ciekawym urzeczywistnieniem formuły guilty pleasure. Interesująco rozwija też optymistyczną konkluzję słynnego artykułu Eno: The sharing of art is a precursor to the sharing of other human experiences, for what is pleasurable in art becomes thinkable in life.

Gwałt i opresja są niewątpliwie ludzkim doświadczeniem, są do pomyślenia w życiu, a więc i zawarcia w sztuce. Jednakże, tak samo jak inne doświadczenia zła, nie są cool, a próby ich oswojenia - poddania dialogowi (choćby tylko, już nie dyskusji nawet), fantazmatycznej analizie czy włączenia do rekwizytorni popkultury - kończą się zwykle prześmiewczą, nawet nie groteskową, hiperbolą. Nawet w środowiskach akademickich, które z urzędu powinny być wyzute ze zbulwersowania, trudno o swobodną rozmowę o perwersjach bohatera literackiego. Empatia dla zła zatrzymuje się zwykle na poziomie bezpiecznych toposów takich jak zdrada małżeńska, zamrażając poziom rozmowy o poetyce utworu na poziomie środków stylistycznych. Paradoksalnie jeszcze mniej można spodziewać się po Internecie. Stereotypowy internauta traktuje fascynację mrokiem jako margines sieciowej kreacji, element sprzeczny z upragnionym wizerunkiem nowoczesnego, błyskotliwego i pogodnego, konsumenta popkultury. Nie da się fascynacji złem obronić jako tematu wypowiedzi ani elementu wizerunku, nawet jeśli to zło jest tylko elementem estetyki, nieważne skąd pochodzącym: z atawistycznych, płciowych odruchów czy marketingowych zapleczy. Identyczny los musi więc spotkać bohaterkę tego tekstu. Zawsze będzie symbolem złego smaku i infantylności i pretensjonalności, i zwykle przedstawiana będzie z przymrużeniem oka, gdzieś w tle. Z lekceważeniem często dalekim od autentycznych przekonań i zainteresowań.

niedziela, 5 grudnia 2010

GR†LLGR†LL - Untitled

GR†LLGR†LL
Untitled

2010, Disaro



3.3



Powypaczane meliniarskim wokoderem post-Salemowe rapy GR†LLGR†LL są tak ohydne, że nawet nie będąc wielkim fanem The Knife współczuję im, bo zainspirowali dewiację, wbrew sobie dokładając bretnale do krucyfiksacji estetów. Do czego przyrównać tak obleśną, syfiastą rzecz... Może do kleju pozostałego po oderwanej skądś taśmie. Do lepkiego pasma, które przyciąga okoliczny kurz, więzi muszki owocowe i włókienka, których kolor budzi zdziwienie, bo nie ma w domu żadnych tkanin tej barwy. Czy ten lepki ślad chce powiedzieć, że ktoś dziwnie ubrany był tu w nocy? Nieważne, fokus: trzy świnki błagają o wyrwanie z zaczadzonej butaprenem kloaki, a perły przed żuli przecież.

Mp3 ze "...sLOwLickiN..." ktoś otagował nawiasem (lil wayne cover), ale nie wiem kim jest Lil Wayne i wzdragam się sprawdzić. Nurkujący w szambie, kiedy napotyka srebrny wisiorek nie sprawdza próby kruszcu, lecz czym prędzej spieszy ku powierzchni. To ludzkie zacisnąć pięść na pięknie, szczególnie kiedy zdaje się ono ratować duszę wystawioną na minuty trądu. Siedmiominutowy pasażyk melodyjnego pianina przypomina "Genius And the Thieves" Eluvium. Egzaltacja napędza jego dynamizm: urywany jak oddech przy trudnej decyzji. Momentalnie zjawia się w wyobraźni początek steampunkowego romansu: majestatycznie piękna młoda dama w obfitej kretonowej sukni stoi na dworcu Perdido i przyciska do ucha medalion z mechanizmem pozytywki. Słucha melodii symbolizującej miłość do kogoś unoszonego poza horyzont w brzuchu zeppelina. Szarpany lo-fi pasażyk jest wciśnięty w lewy kanał (dosłownie, przed repeatem trzeba zmierzyć się z efektem zapchanego ucha), a w prawym rozbrzmiewa spłaszczony sampel serca bijącego równym rytmem, który jednak zależnie od zmian tempa klawiszy zdaje się zwalniać lub przyspieszać, odzwierciedlając emocje pianisty zameldowanego prawdopodobnie w Avonlea.

Drugi cenny drobiazg to "mYsWeetcomy wOrLd (interlude)", kenijska miniaturka kolekcjonująca onomatopeje z Króla Lwa (obok ptaków, małp i Masajów także Disneyowskie smyki i chorały) i VHS-owego dzieciństwa. A pod sam koniec płyty awangardowy ambient "if u cAn dR3Am – pRinc3ss3s", najlepiej funkcjonujący z klipem złożonym z bolesnych przygód pijanych dziewczyn i urywków webcam porn. Filmik przypomina utrzymaną w rubasznej manierze (tyłki i jointy) wypadkową dwóch teledysków How to Dress Well: "Ready For the World" i "Decisions". Zagadkowe co przeżywa mulatka na wysokości 01:01, w czego jest trakcie:


Wyselekcjonowane przeze mnie utwory służą sygnalizacji tematów nawiedzających wyobraźnię gatunku i sugerują możliwość jej wzbogacenia np. o afro czy neoklasyczne instrumentarium. Gdyby z tej trójki złożyć EPkę, to na obecny moment refleksji nad genre byłaby ona jednym z bardziej interesujących wydawnictw w jego ramach - dziełem tendencyjnym, potrzebnym na starcie każdemu gatunkowi do klaryfikacji swojego programu. Te kawałki są hiperwitch house'owe, ale poświęcają jakość swojego czasu antenowego na zadawanie pytań o pozostałe opcje. Zafałszowałem rzeczywistość i uploadowałem je tutaj, osobno, z dala od zadżumionego ścierwa całego albumu. Należy oddać mu na koniec odrobinę sprawiedliwości: ten cd-r to pośród jednomyślnie tagowanych jako witch house wydawnictw jedyna póki co pozycja zawierająca ścieżki czystej gitary akustycznej. Monotonne w swojej miernocie, ale każą mi się liczyć z tym, że w ferworze ocalania pięknego tria i zaślepiony obrzydzeniem niejedno jeszcze mogłem w kwestii GR†LLGR†LL przeoczyć.