wtorek, 13 marca 2012

Mirroring - Foreign Body

Mirroring
Foreign Body
2012, Kranky


5.7



Efekt współpracy Tiny Vipers i Grouper musi spodobać się fanowi solowych nagrań obu artystek – bez trudu rozpozna, do której należą poszczególne partie i nie będzie potrafił przedłożyć jednej ponad drugą. Ale przecież efekt tej współpracy tak łatwo przewidzieć: Jesy Fortino, Liz Harris, Kranky – te słowa wystarczą za całą recenzję i jednocześnie apelują do odwagi cywilnej. Obowiązkiem krytyki jest przeciwstawianie się tak łatwemu zaspokajaniu potrzeb estetycznych. Sugeruje ono koniunkturalną podściółkę, populistyczną deformację indywidualnego stylu. Zastrzeżenia te łatwo jednak podkopać, bo przecież skojarzenie folku i shoegaze'u to mariaż absolutnie niemodny i mimo wszystko nie aż tak często spotykany, a Mirroring nie usiłują nawet stylizować swoich utworów na materiał nagrany w czasach szczytowej popularności obu gatunków z osobna. Osiągamy oto konsensus, który usatysfakcjonuje słuchacza nie nawykłego do pogłębiania swojego odbioru.

Spróbujmy jednak mocniej przeciwstawić się tej płycie, jej manifestacyjnemu introwertyzmowi, i uwypuklić poszlakę koniunkturalizmu. Spokojnie, jeśli zidentyfikujemy ów konformistyczny trop, to zabronimy mu wpływu na ocenę albumu, nie zależy bowiem od samych artystek, lecz zostaje wprowadzony do pola recepcyjnego płyty przez słuchacza. Powoływałem się już na ten przykład przy okazji pisania o Mirrorwriting Jamiego Woona, ale powtórzę. Ola Stockfelt – autor artykułu Odpowiednie sposoby słuchania zamieszczonego w Kulturze dźwięku – opowiada o powrocie do domu po długim dniu spędzonym w natłoku rozlicznych zajęć, zwykle podejmowanych w natarczywym chaosie przypadkowego otoczenia dźwiękowego. Wskazuje na muzykę jako na metodę oczyszczenia się z miejskiego hałasu. Wieczorne słuchanie nosi wszelkie znamiona ucieczki od harmidru aglomeracji: Stockfelt wspomina o uldze, odprężeniu. To właśnie odsłuch zakańcza dzienną aktywność, a przede wszystkim zakańcza czytanie rzeczywistości. Analizując prozę Pynchona nazywałem to przesytem lub nawet bulimią semiotyczną, Barthes ujmuje zjawisko następująco:

Rozwój reklamy, popularnej prasy, radia, ilustracji, nie mówiąc już o istnieniu niezliczonych rytuałów porozumienia (rytuałów społecznego pokazania się), sprawia, że stworzenie nauki semiologicznej staje się szczególnie pilne. Ile co dzień mijamy przestrzeni rzeczywiście pozbawionych znaczeń? Bardzo niewiele, czasami żadnej. Jesteśmy nad morzem: zapewne nie niesie ono żadnego przekazu. Ale ile materiału semiologicznego na plaży! Chorągwie, slogany, sygnały, tablice, ubrania, nawet opalenizna – są przekazami (R. Barthes, Mit i znak. Eseje, przeł. W. Błońska, Warszawa 1970, s. 29).

Wyłamując się z takiego środowiska automatycznie poszukujemy bodźców, które nie wymagają odczytań, stąd popularność pseudo-medytacyjnych praktyk, jak ikebana czy joga. I stąd też popularność rozmytej, impresjonistycznej muzyki. Mirroring narzucają wizję świata, w którym deszcz przestał padać, jasność rozlała się po niebie, jeszcze zasnutym chmurami, i lekki chłód, miły, rozkoszny, niosący z sobą zapach mokrych ziół i liści, płynie przez otwarte okno. Nawet mroczniejsze i stosunkowo depresyjne pasaże albumu niosą ten sam, relaksacyjno-introspektywny przekaz. Wniosek jest więc taki, że poszukujemy albumów w rodzaju Foreign Body nie z racji ich przynależności do konkretnego genre (w przypadku albumu Mirroring można by porzucić takie tagi jak shoegaze czy folk i spiąć całą zawartość klamrą ambientu) czy wysokiej jakości, lecz po prostu dlatego, że ich potrzebujemy, dosłownie, w sensie fizjologicznym. Są remedium na jeden z cywilizacyjnych dyskomfortów. Wysoka ocena tego i wielu innych podobnych albumów płynie wyłącznie z responsu organizmu, który spragniony jest asemantycznych doznań, nie zaś ze świadomego sądu estetycznego.

Taka refleksja prowokuje do zastanowienia się nad tytułem albumu. Foreign Body – obce ciało – to przecież element przeciwstawny dla powyższej charakterystyki, wprowadzający podrażnienie, nadmiar, interferencję zewnętrznych i zwykle wrogich sił. Obce ciało przywodzi na myśl przede wszystkim obrazy sprzętu chirurgicznego zaszytego przez nieuwagę w ciele pacjenta, wzierników wprowadzanych w otwory lub dziwacznych narośli, które – zależnie od fantazji – okazują się nieszkodliwą nadprodukcją keratyny lub syjamskim bliźnięciem. Na albumie Harris-Fortino niewygodnym naddatkiem są wokale – ponownie wbrew tezie o asemantyczności Foreign Body. Najlepsze utwory („Fell Sound”, „Silent From Above”, „Cliffs”) to te operujące klasycznym storytellingiem, wysuwające na pierwszy plan klarowne wokale Tiny Vipers. Udaje im się przeciwstawić podstawowej bolączce płyty skoncentrowanej na wykreowaniu sennej atmosfery, a mianowicie przesadnemu użyciu delayów (szczególnym rażące okazuje się nałożenie ich w wersji multitap na akustyczne palcówki). To miło, ale „klarowne”... czy to właśnie tego słowa oczekujemy po śpiewie Jesy Fortino?

Ostatecznie powraca myśl o korodującym wpływie konsensusu – tym razem pomiędzy autorkami albumu. Brak utworów o paraliżującej nerwy ekspresji – utworów w rodzaju „Swastiki”, „Young God” czy „Heavy Water” – spowodowany jest beznamiętnością Grouper, odchylającej się po A I A w stronę klinicznego ambientu. Wyrafinowaną psychodeliczność Dragging A Dead Deer Up A Hill zastąpiła dość oczywista hipnoza spod znaku new age. Kompromisy znaczą szlak otwarty przez Foreign Body liniami sennych, lecz nie angażujących prądów. Wyzwaniem jest sformułowanie wrażeń z albumu w czasie dzielącym włączenie go i nieuniknione zapadnięcie w sen (na etapie „Mine”, złożonego z samych chórków i plam, odsłuch toczy się już w głębokiej fazie alfa). Można aprobować leczniczy aspekt płyty, docenić jej zbawienne przeciwdziałanie chaosowi znaków albo protestować przeciwko nagrywaniu materiału, który wzbudza sympatię wykorzystując ułomności ludzkiego organizmu, jego najbardziej przewidywalne, bezwiedne reakcje (szerzej o takich manipulacjach w recenzji Tamtych czasów Karola Gwoździa). Osobiście korzystam ze złotego środka w postaci ucieczki: po zaznajomieniu się z Foreign Body, wracam do wcześniejszych, solowych dokonań obu artystek.

poniedziałek, 5 marca 2012

Nite Jewel - One Second of Love

Nite Jewel
One Second of Love
2012, Secretly Canadian


5.1



Krystaliczną produkcją i prostolinijnością ładunku emocjonalnego One Second of Love przypomniało mi składankę Zakochane piosenki dołączoną do numeru Cosmopolitan sprzed dekady. W domu słuchało się jej często długimi ciągami podczas gruntownych, całodziennych porządków wiosennych czy jesiennych. Odnalazłem ten krążek w kartonie, wśród albumów Roda Stewarta, w bogatym zbiorze kolęd Dziennika Bałtyckiego, i wiedziony skojarzeniem z nowym materiałem Nite Jewel natychmiast włączyłem. Długo byłem przekonany, że na swoim drugim albumie Ramona Gonzalez podejmie konkurencję z Cabaret Cixous Marii Minervy lub rozwinie pomysły Genevy Jacuzzi, ale muzyczny gift z zamierzchłego wydania Cosmo utwierdził mnie ostatecznie w przekonaniu, że projekt ewoluował w stronę songwriterskiego outfitu, nawiązującego z jednej strony do Marianny Faithfull i angielskiego pop rocka (zatarty trop, do którego doprowadzić mogą analogie pomiędzy One Second of Love, a ubiegłorocznym albumem Eleanor Friedberger), z drugiej – do synth r'n'b, lounge popu, i ogólniej do nostalgii za Hall & Oates, Steely Dan, Robson & Jerome, Rickiem Astleyem, Prefab Sprout. Nie brak na One Second of Love chęci odniesienia się do reliktów, które zdefiniowały centralne lata drugiej połowy XX wieku, ale ważniejsze od resuscytacji idoli jest dla Gonzalez ponowne wydobycie na światło dzienne młodzieńczego marzenia o samodzielnym skomponowaniu przeboju na ich miarę. Ów koncept okazuje się być jednocześnie życiodajną esencją, jak i przekleństwem sofomoru Nite Jewel.

Przede wszystkim musiała Ramona – tak, jak młodzi krytycy, pragnący swoimi odsłuchami na nowo aktywować estetyki powszechnie uznane za ostatecznie zasklepione – oswoić niedzisiejszość tamtych inspiracji, niedzisiejszość częstokroć silniejszą od nostalgii. Nawet pomimo autentycznego zainteresowania trudno jest nawiązać twórczy kontakt z kontekstami, które wiodą zmurszały żywot zdezaktualizowanych kulturowych nisz. Próba przyswojenie sobie przez luminarza chillwave'u – gatunku z założenia posługującego się poetyką oniryzmu – sposobów ekspresji właściwych piosence radiowej skończyła się w przypadku Nite Jewel na wypracowaniu jednego zabiegu i natarczywym eksplorowaniu go. W wielu utworach z One Second of Love powtarza się, jak schemat, nadgorliwa ekspozycja automatów perkusyjnych, nieuzasadnione potęgowanie basów, wytrącanych w ten sposób z pożądanej roli nośnika dramatyzmu, a w końcu także banalność liryków, nie z gruntu złych, lecz pozbawionych narracyjności tak, jak gdyby faktycznie przeznaczone były dla mainstreamowych rozgłośni. Na każdą lukę kompozycyjną (obecność melodii jedynie w refrenie piosenki, identyczność refrenu i zwrotki i tym podobne bolączki) zostaje nałożony któryś z tych elementów w łatwowiernej próbie wpasowania jednego puzzla w każde miejsce układanki. Najwyraźniej rzuca się to w oczy w pseudo-ambientowym „Unearthly Delights”, gdzie Ramona rezygnuje wyjątkowo ze swoich ulubionych chwytów, a bez nich utwór rozprzęga się. Zaszczuty własną niemocą kompozycyjną szuka jeszcze pomocy u instrumentów stojących pod ręką, lecz nie używanych nigdzie indziej na płycie (akustyk, cymbałki) – użycza im (każdemu z osobna) niewielki wycinek swojej powierzchni, lecz bezowocnie.

One Second of Love udaje się zaproponować mimo wszystko pewien nowy obraz, wysnuty zgodnie z aspiracjami dobrego montażu z dwóch innych, dobrze znanych: zamglone światło, rozpłynięte w rozjarzonych pastelach, kładzie się nie na piaskach plaży lub na przemierzanych letnią nocą ulicach, lecz – dość niespodziewanie – na purytańskich domostwach, motelach i bungalowach Zachodu oczekującego na wstrząs raportu Kinseya. I o ile przy Zakochanych piosenkach sprzątało się miło, łatwo i płynnie, jak gdyby porządki były czynnością zupełnie niezobowiązującą, tak przy One Second of Love ciało sztywnieje, próbując dopasować się do charakterystycznej kanciastości loopów, do rzutkiej motoryki skandowania i ćwiczeń na masę, która podsuwa frazę gym pop jako nazwę dla nowej propozycji artystycznej Nite Jewel. Gonzalez zachowuje w spadku po swoich idolach patetyczność refrenów (udane w „Memory Man”), a od siebie dodaje dziwaczny walor muskularności (?!), toporną jakość sztangi i sprężyn. Pytanie, czy jest to efekt zamierzony, zamierzony poprzez te konkretne zabiegi (radiowe, nie sterydowe), pozostaje przez cały album bez odpowiedzi, ponieważ przenikająca go atmosfera solennego wysiłku tak bardzo nie pasuje najpierw do kobiety, potem do kobiety śpiewającej o miłości pod pseudonimem Nite Jewel, a ostatecznie także do kobiety, która zadebiutowała płytą nie pozbawioną przyjemnego ciężaru gatunkowego (mam tu na myśli konkretnie miły ciężar znoszony podczas seksu na jeźdźca), że wydaje się, jakby album nagrał ktoś zupełnie inny – autor, po którego własnowolnie bym nie sięgnął.

poniedziałek, 27 lutego 2012

Burial Hex - For Granted Is His Will

Burial Hex
For Granted Is His Will
2012, Sangoplasmo


6.7



Dyskografia Burial Hex – zbyt obszerna, by jednorazowym wysiłkiem przejrzeć wszystkie jej indeksy na discogs – dość imponująco prezentuje się dopiero na bandcampie. Okładki poszczególnych wydawnictw uporządkowano tam w czternaście rzędów, każdy po trzy pozycje. Barwne 42 kwadratowe okienka na wyobraźnię Claya Ruby'ego. Kompozycja ilustracji przypomina bardziej wiersz, niż kolaż lub katalog – wiersz o bezładnym miotaniu się poprzez epoki w poszukiwaniu obskurnych, topornych portretów śmierci. Posągi o trupich twarzach, wędrujące szkielety, obtłuczone czaszki obnoszone jako maski, cierpliwe w roli przycisków do papieru i celebrowane jak relikwie, oczodoły wybite strzałem z procy w rozetach opuszczonych katedr, wizerunki wychudłych proroków, sytych szarlatanów, alchemiczne emblematy, zdjęcia dokumentujące kwadry księżyca i ryciny zaczerpnięte z bestiariuszy. Protokół imaginacji zahipnotyzowanej ideą śmierci zdeklasowanej i zatrzymanej siłą pośród żywych, skutej łańcuchami i wykorzystywanej do czarnoksięskich sztuk, w roli ucha nachylonego ku modlitwom pariasów. W razie gdyby deszcz nie spadł, a wrogowi – z serca polecanemu zatracie – udało się umknąć mackom wendetty, można kostuchę roztrzaskać, jak liczko niewolnicy, której płochość nuży odurzonego pożądaniem pana.

Poligrafia For Granted Is His Will prezentuje się jednak jako odskocznia od jątrzącej tematyki funeralnej. Można by się nawet spodziewać impresjonistycznej łagodności po okładce przedstawiającej zbliżenie wilgotnego iłu lub kawioru, czarnej ikry. Można by podejrzewać, że zdjęcie ziarniste, lecz utrzymane w ciepłych barwach pełgającego w przewiewie światła, zwiastuje nagrania z linii RxRy – eksperymentalny house, reinterpretujący pierwsze kroki Boards of Canada przez pryzmat prądów witch house'owych i post-chill wave'owych. I faktycznie, na najnowszej kasecie Ruby traktuje harsh noise – swoją flagową estetykę – raczej jako sygnaturę, niż środek ekspresji. Przeszywające i brutalne dźwięki pełnią rolę demonicznego sztafażu, cedując odpowiedzialność za manipulowanie emocjami słuchacza na subtelne zabiegi produkcyjne i aranżacyjne. Obszerne fragmenty tajemniczego słuchowiska – wypełnione nagraniami terenowymi i cytatami z almanachów dark ambientu – dedykuje Burial miłośnikom ubiegłorocznych albumów Oneohtrix Point Never i Kreng. Napór tej abstrakcyjnej rzeki z trudem dyscyplinują świetliste pasaże syntezatorów, ewokujących pracę skorodowanych klawiszy okrętowego pianina, którego sęki rozsadza wilgoć i solne wrzody.

Te instrumentalne „dyscypliny”, trzymając w ryzach szaleństwo odręcznych szkiców – co i rusz chętnych przekroczyć na pajęczych nóżkach marginesy – prowokują jednocześnie do wyczulonego odsłuchu, przezwyciężenia dyskomfortu budzonego przez chaotyczny i uporczywie świdrujący materiał. Zmysłowości żywego – choć bezlitośnie wykręcanego, aż do gombrowiczowskiej śmieszności – instrumentarium więcej w drugim na taśmie „Our Rainbow”, gdzie do głosu dochodzi na przykład egzotyczna indyjska tanpura, kreśląc pospołu z orientalnym falowaniem syntezatorów postapokaliptyczny pejzaż, pełen bazaltowych i obsydianowych powierzchni, które dawno już zostały włączone na stałe do rekwizytorni nowoczesnej muzyki drone. Pomimo tej niespodziewanej swojskości, sprawiającej niewątpliwie ulgę po ekstremach „The Saintly Death”, chce się wracać do inicjalnych chwil wydawnictwa. Na potrzeby wnikliwej kontemplacji warto zapętlić sobie pierwsze pięć sekund taśmy. Dwa silne uderzenia tępym, wydrążonym przedmiotem wzniecają nad powierzchnię odsłuchu chmury sypkiego pyłu o lotnej konsystencji pudru. Zaprószona przestrzeń zdaje się nabrzmiewać tryskającymi leniwie gejzerami próchna, jak gdyby rozpękły się naraz dziesiątki purchawek, uwalniając miriady lepkich zarodników do dusznej atmosfery zabitej na głucho szopy, byle jak skleconej z desek wyschniętych na wiór w towarzystwie spróchniałej kości i pasm zmurszałych szarpii.

Chcąc nie chcąc, zależnie od doraźnych wymogów Buriala symplifikując lub komplikując odczucia, lawirujemy wśród motywów istotnych dla wyobraźni wanitatywnej. Ruby poświęcił For Granted Is His Will pamięci zmarłego brata, który na świecie pozostawał jedynie rok (1981-1982). Uładzenie harsh noise'owych wtrętów można by interpretować jako działanie per analogiam wobec wizji delikatnego, dziecinnego ciałka złożonego w grobie, lecz żywego w pamięci pomimo upływu z górą trzech dekad. Poszerzenie palety barw wydać się może artystycznym wariantem refleksji snutej przez uczestników stypy nad przekreśloną – lecz świetlaną przez wzgląd na godną tkliwość – przyszłością zmarłego maleństwa. Dobierając poszlaki interpretacyjne pod kątem ich spolegliwości fałszujemy jednak uczuciową rzeczywistość albumu Buriala. Klucz ciepła, tęsknoty, hołdu nie wyjaśnia grozy i intensywności (nie mam tu na myśli siły, lecz skierowanie do wewnątrz, przeciwieństwo ekstensywności) oferowanych przezeń doznań, wśród których doszukać się można między innymi symptomów udręki sumienia, pasji samookaleczeń i innych autodestrukcyjnych tropizmów. Jednym słowem, próbując oswoić sobie to nagranie, przechodzimy obojętnie wobec podjętej przez Ruby'ego niebezpiecznej gry: jego taśma ryzykuje sympatię słuchacza, nie liczy na jego aprobatę czy solidarność, nie tuszuje ani nie upiększa treści psychicznej autora, treści, na której znaleźć można niejeden rys perwersji.

Weźmy choćby pod uwagę przypuszczenie, że bujna wyobraźnia Claya Ruby'ego przetapia doświadczenie śmierci na rozrywkę: zbiory obrazów, dźwięków, animacji. Ciało zmarłego oseska, młodszego brata, przestaje funkcjonować jako korpusik, zwłoczki, pomimo czułych zdrobnień obleśnie zimne i posiniałe. Pod naporem protestu zgłaszanego przez estetyczne roszczenia żywego świadka rozkładu (rzadko kiedy estetyzm okazuje się silnym przejawem witalności, zwykle jest raczej atrybutem dekadenckiej inercji) trup kapituluje i, zamiast nawiedzać żywych, by wywoływać nieskończoną emocjonalną bulimię, odcieleśnia się i – wyzbywszy się ohydnego zewłoku – umyka demonicznym zaświatom, by włączyć swą energię w obieg intelektualnych podniet. Przyobleka kształt symbolu, rzeczywistości podręcznej, którą w odróżnieniu od zwłok można obdarzyć prawdziwym uczuciem, mimo że nie jest bardziej od nich ożywiona. Jak pisze Lacan:

W fetyszyzmie podmiot sam mówi, że uważa swoją rzecz, rzecz wyłączną, za tym bardziej satysfakcjonującą, im bardziej jest nieożywiona. W ten sposób przynajmniej zachowuje całkowity spokój, gdyż jest pewien tego, że nie zazna z jej strony zawodu. Kochać pantofel to naprawdę mieć przedmiot swoich pragnień w zasięgu ręki. Przedmiot pozbawiony wszelkiej właściwości subiektywnej, intersubiektywnej lub transsubiektywnej to coś bardziej pewnego.

Dzięki demontażowi doświadczenia śmierci i dzięki jego rearanżacji – z tradycyjnego żalu na przygodę wyobraźni, z rozczarowująco martwego ciała na tani, lecz satysfakcjonujący przedmiot – Clay Ruby może pogodzić fascynację emblematami śmierci z zadawnionym bólem po stracie członka rodziny. Ta fascynacja i ten ból to dwie niezależne od siebie instancje jego wnętrza, nie powiązane węzłem przyczynowo-skutkowej zależności, jak chciałaby kultura funeralna i ściśle z nią zespolona psychoanalityczna bigoteria. Można próbować wywieść jedno od drugiego, sklasyfikować muzyczną działalność Burial Hex w kategoriach odruchu kompensacji, jednakże na drodze takim staraniom staje sam materiał muzyczny, skrywający pod płaszczykiem wzruszającej dedykacji demonstracyjne i wolnomyślicielskie odtrącenie (na rzecz artystycznego wyrazu!) zarówno mediewalnych podręczników dobrego umierania, jak i współczesnych poradników otwierających komfortowy przesmyk w doświadczeniu żałoby.

piątek, 24 lutego 2012

Grimes - Visions

Grimes
Visions
2012, 4AD


4.9



Jako fan wszelkich przejawów gotyku w kulturze masowej czekałem na nowy album Grimes dość niecierpliwie. Poprzedni – Halfaxa – skutecznie rozbudził apetyt, bo kiedy moda na chillwave i baleary zaczęła z wolna przygasać, to właśnie goth popowe refreny z tego krążka przyszły w sukurs chwiejnym fluidom witch house'owym i blackgaze'owym, zwiastując ponowną dominację mrocznych atmosfer we współczesnej muzyce rozrywkowej. Halfaxa znalazła się tak blisko ucieleśnienia idei dark dream popu, że recenzując ten album w 2010 wyliczałem w rubryce inspiracji nie tylko Clan of Xymox czy Bat For Lashes, ale i Waltera Scotta oraz lorda Byrona.

W zetknięciu z Visions pierwszym odczuciem jest niestety rozczarowanie. Z obszernej talii nasuwających się niedociągnięć wyciągnijmy tylko jedno, być może najistotniejsze – wokal. Nikt nie oczekuje od muzyki popularnej śpiewaczek dysponujących koloraturowymi głosami, wędrujących popisowo po całej rozciągłości skali dostępnej ludzkiemu gardłu. Liczymy raczej na wokalistki o charakterystycznej barwie, tak rozpoznawalnej, żeby przerwy pomiędzy ich płytami przypominały oczekiwanie na telefon od dawno nie widzianej bliskiej osoby. Pozostańmy w kręgu 4AD i za przykład takiej artystki weźmy Lisę Gerrard. Mając w pamięci albumy Dead Can Dance, łatwo dojść do wniosku, że oczekiwania są nawet niższe: sympatię mogą wzbudzić wokalistki, które nie posiadają wyjątkowej barwy, ale potrafią wystylizować swój głos, zacytować nim klasyki, a nawet je zreinterpretować – weźmy Natashę Khan czy Lanę Del Rey. W czasach Halfaksy Claire Boucher można było przypisać do tej drugiej grupy. Na Visions jej głos jest zaledwie słyszalny – w zamierzeniu dziewczęcy, staje się pod naporem ciężkich, electropopowych podkładów piskliwy i natrętny aż do śmieszności. Rozbawiony niezamierzenie chipmunkowymi wokalami, słuchacz chętnie przypomina sobie zabawny image artystki i dojrzewa do porzucenia jej płyty na rzecz powtórki z Żukosoczka.

Dopiero w drugiej połowie udaje się Grimes wypracować równowagę pomiędzy dwoma przeciwstawnymi pierwiastkami: subtelnym głosem o wyraźnie folkowej proweniencji i masywnymi tanecznymi bitami. Dokładnie siedem tracków traci Boucher na zbalansowanie tych dwóch światów – być może oba są równie istotnymi ogniwami jej artystycznego rozwoju, ale z drugiej strony trudno uwierzyć, żeby Claire TAK NAPRAWDĘ wiedziała cokolwiek o hip hopie czy r'n'b poza przejrzeniem kilku klipów Beyoncé. Pozostaje cieszyć się udaną drugą połową albumu, której otwarcie – „Be A Body” – plasuje się najbliżej zdradzanym w wywiadach zamiarom artystki. Wiodące linie wokalne są matowe i zimne jak spocone szkło, perwersyjny (dlaczego właściwie?) liryk i opalizujące, tłustawe podkłady ścinają atmosferę albumu do pożądanej wampirycznej temperatury. Intro „Symphonii IX” zdaje się podkradzione z Jet Set Siempre 1° Clive'a Tanaki. Niemalże eurodance'owe „Nightmusic” obudowano wokół sampla z Mozarta. Niekiedy słychać echa gimnazjalnych guilty pleasures w rodzaju Enyi czy Cranberries – echa, które przydają Visions wiarygodności i choć częściowo rozpraszają nastrój silenia się na przenowoczesną rozrywkę.

Visions to zawód nie tylko albumem, ale i rzekomym renesansem legendarnego brytyjskiego labela. Owszem, w swoich złotych latach 4AD było oficyną wytyczającą trendy obowiązujące przez całe dekady. Obecnie jednak bezwiednie dostosowuje się do ponowoczesnych warunków dystrybucji muzyki i jej posągowość blednie. Dla młodego słuchacza i artysty 4AD (tak samo, jak zbitka „Elisabeth Fraser”) funkcjonuje jako tag na oznaczenie mrocznej, onirycznej muzyki inspirowanej latami '80. Nie byłoby w tym nic złego (Halfaxa), gdyby postępu tej schematyzacji nie ilustrował spadek jakości albumów wydawanych w samym 4AD. Pozycje nagrywane pod dyktando klasycznego signature soundu wytwórni łatwiej znaleźć w katalogach epigońskich witch house'owych bedroom-labeli niż w aktualnym asortymencie macierzy, zaś próby przełamania schematu i tchnięcia w katalog oficyny świeżego powietrza są zwyczajnie średnie. W ubiegłym roku Bradford Cox i Zomby wydali w 4AD tytuły solidne, lecz nie warte wzmożonej uwagi. Podobnie Ariel Pink – jego Before Today, anonsowane przez niektóre media jako album dekady, zawiodło nawet w porównaniu z wczesnymi podziemnymi wydawnictwami. Z kolei Visions rozczarowuje powierzchowną realizacją szumnie zapowiadanego przez autorkę projektu: skoligacenia charakterystycznych dla 4AD wpływów gotyckich i post-rave'owych z fascynacją mainstreamowym popem Beyoncé i Mariah Carey.

wtorek, 14 lutego 2012

Lana Del Rey - Born To Die

I Utrzymywałem się w absolutnym celibacie, jeśli chodzi o Lizzy Grant. Przed premierą albumu zero absolutne klipów, zero singli, zero zdjęć. Słyszałem o jej tygrysach, ustach i tronie w Kaplicy Sykstyńskiej, czytałem recenzje jej płyty, ale nie zrobiłem nic, aby zobaczyć Del Rey lub usłyszeć jej piosenki. Możecie mówić, że to oldschool lub mocniej – konserwa, lecz jeśli przeczuwacie, że dziewczyna jest coś warta, powinniście iść w moje ślady. Pierwszy kontakt to cały album i dziś, po kilkudziesięciu sesjach z nim – tak samo jak przy pierwszej – skipuję jedynie centrum tracklisty („Diet Mtn Dew” i „National Anthem”).

II Pierwsze, co przykuło moją uwagę do Born To Die to nietuzinkowe wykorzystanie smyków i klawiszy. Klasyczne instrumenty bywają używane przez popowych producentów do sztucznego uwznioślania kompozycji. Na Born To Die pianina i skrzypce wyrażają sen o łączności z przeszłością, złotym wiekiem autentyzmu i tradycji. Te wartości są na albumie obecne, ale – skrupulatnie kamuflowane – umykają uwadze uprzedzonego słuchacza. Pełna zakamarków i załamań architektura skrzypiec, pianin, fortepianów funkcjonuje tu jako bezpieczna, hermetyczna przestrzeń. Fetyszem jest na Born To Die kontakt z ciałem muzyki – dotykanie pudeł, gryfów, klawiszy i pedałów podczas pierwszych lekcji gry, na poły nierealnych, wyrywanych z odmętów zapomnienia. Powrót do tej rzeczywistości jest jednak kluczowy, bo pamięć o relacjach z instrumentami jest także wspomnieniem utraconej tożsamości z własnym ciałem. Elementem fizyczności, używanej przez bohaterkę płyty jako sposób nawiązywania kontaktów międzyludzkich, jest także głos – ów podstawowy, przyrodzony instrument, do którego znaczenia Lana wciąż nawraca w wywiadach, próbując nawiązać kontakt z charyzmatycznymi piosenkarzami lat 50. XX wieku. Kiedy oddaje swoje ciało innym, to po to by zwrócili je prawowitej właścicielce – głos pomoże ją rozpoznać, jak hologram pozwala wyróżnić oryginał z tłumu kopii.

Postaci kreowanej na albumie wydawało się, że emocje powierzone brzmiącym przedmiotom nigdy nie zostaną odsłonięte przed obcym wzrokiem. Konkurencja ze strony wirtualnych instrumentów, a przede wszystkim agresja postmodernistycznych środków wyrazu – groteski, kiczu, ironii – sprawiły jednak, że intymna przestrzeń została siłą otwarta i tym samym zdegradowana. Czarodziejskie tony klasycznych instrumentów stały się oznaką snobizmu. Akompaniować im należy w języku przypisanym na prawach stereotypu do patosu miłosnych manifestów, wyznawanych w otoczeniu galerii, kawiarenek i mansard – oto ironiczny sens francuskiego wtrącenia w „Carmen”, powierzchownie odczytanego przez recenzentkę New Anthem, jako przejaw infantylizmu. Wiarę w duszę muzyki, w romantyczną relację ze starymi rozstrojonymi instrumentami, przedrzeźnia się na Born To Die również poprzez doklejanie dzwoneczków i arpeggiów – nastroje sentymentalne i arkadyjskie zostają wciągnięte w parodystyczną orbitę i krążą w niej jako własne karykatury, maskując podziw dla utraconej i nieodparcie mityzowanej przeszłości. Te śmieszne pobrzękiwania i arpeggia to dźwiękowy odpowiednik silikonowych ust, wieńców laurowych i innych sposobów wykpienia ciała poprzez okazywanie mu przesadnego szacunku (chwyt retoryczny: persyflaż).

III Jeśli trzymać się seksualnych metafor, można by powiedzieć, że podstawowym doświadczeniem sofomoru Del Rey jest estetyczny gwałt. Niechciane otwarcie na zdradliwe prądy światowej mody sprawia, że kiedy w chwilach samotności (a taką chwilą jest cały czas trwania Born To Die) bohaterka powraca do naiwnych, pensjonarskich upodobań, zastaje je skażonymi przez wpływ popkultury. Wyrazem tej podwójnej egzystencji są zabiegi tak dyskretne, jak post-ambientowa, oniryczna produkcja „Video Games” – do tego stopnia antytetyczna wobec ponurej wymowy tekstu, że odsyła go do roli tła, eksponując w zamian bezprzedmiotową tęsknotę. W „Blue Jeans” konkretniej: korpus kompozycji zmontowano z cytatów tak zużytych, że już bezpańskich. A wszystko to, by oczyścić warsztat pod projekt l'homme-objet – faceta-przedmiotu, produktu damskiego pigmalionizmu.

Po wspomnianym już estetycznym gwałcie, bohaterka Born To Die zafascynowana jest poczuciem władzy, jaką daje ponowoczesność: dzięki dostępnym na wyciągnięcie ręki tysiącom stylizacji można stworzyć sobie miłość na miarę – Jamesa Deana z uśmiechem Goslinga i spojrzeniem Deppa. Ostatecznie jednak, zupełnie niezamierzenie, z laboratorium grafiki Google i Photoshopa wychodzi schematyczna postać – mężczyzna, emanujący aurą straceńczej bierności, dzięki której porusza w kobietach jedną z najczulszych strun. Jest zerem, ale dysponuje potencjałem. Zapewne byłby poetą, gdyby interesował się książkami. Mógłby być wielkim malarzem, gdyby nie pociągał go hazard. Nie potrzeba wiele by go zmienić, może nawet starczy odrobina matczynej miłości.

W klipie do „Blue Jeans” Lana ginie w wypadku samochodowym. L'homme-objet zapewnił dreszczyk emocji swojej stwórczyni – małomiasteczkowej Mary Shelley – i wynosi jej zakrwawione ciało z płonącego rozgardiaszu pogiętych blach. W nowoodkrytym świecie hollywoodzkiej fantazji nie istnieje jednak śmierć ostateczna. Tak chętną do poświęceń, zakochaną po uszy bohaterkę, spotykamy w nowej inkarnacji w kolejnym utworze: zdegradowaną, zesłaną do zapadłej mieściny, zupełnie jak ciężarna Dolly w ostatnich ustępach Lolity. Poruszający kontrast, bo przecież jeszcze kilka minut temu, w refrenie „Off to the Races”, nie było mowy o abdykacji – zamiast mglistych reminiscencji z żałosnego finału powieści Nabokova, buńczucznie cytowało się *pierwsze* płomienne zdania Lolity.

IV Bohaterka Born To Die w zamian za miłość oferuje absolutną uległość („Video Games”, „This Is What Makes Us Girls”). Jeśli Lana jest w stanie uwieść kobiety, to dlatego, że wszystkie boją się uwiądu młodości, która wyzywa i sprawia, że faceci pragną zawłaszczać ich ciała bez pseudogentlemańskiej troski o emocjonalną równowagę partnerki. Jeśli Lana może przemówić do mężczyzn, to do tych porażonych konkurencją: inni faceci wcale nie zachowują się jak w filmach i zamiast klękać z czcią przed Jamesem Deanem, leją go w pysk, jak szczeniaka, który zapędził się odrobinę za daleko w świat dorosłych. Każdy klaps – obojętne, czy ląduje na opiętej miniówą dupie studentki przebranej w piątkowy wieczór za ladacznicę, czy na buzi młodziaka, który szukał poetycznej zwady, lecz został zwyczajnie wyjebany za drzwi – przypomina o goryczy łączącej niewinność z widmem menopauzy: czas mija, a szczyty jego amplitud połączone są lękiem przed puszczeniem się z nurtem ciała, jak w pierwszych indeksach Born To Die, gdzie kreacja Lany waha się od celebrytki zwiedzającej wille i baseny, przez dziewczynę z sąsiedztwa, zapraszaną niekiedy na sesyjkę z playstation, aż po obleśną dajkę z Teksasu, która przed lizaniem się wyciąga z ust gumę i z plaśnięciem przylepia ją do deski rozdzielczej, słonej od spoconych dłoni kierowcy i takiż pleców autostopowiczek, opieranych o miejsce bezpiecznie oddalone od klaksonu. Od Reginy Spektor, przez Anitę Lane, po Courtney Love.

Taki sam miks zastałem na płycie Mariny and the Diamonds, jednakże okazał się niestrawny. Dobrze wiem dlaczego – Mariny nie ma, nie ma w niej życia. W recenzji na Porcys Jakub Wencel zarzuca bohaterce Born To Die, że nie potrafi poczuć się wykluczona czy odrzucona, nie rozumie bolączki braku bliskości, nawet tej fizycznej (...) nie użala się nad sobą, ale nad odrzucającym jej seksualne uprzedmiotowienie światem. Taki ustrój emocjonalny może bulwersować wrażliwych studentów pierwszych lat kulturoznawstwa, jednakże wyda się fascynujący bardziej wyrafinowanemu odbiorcy, zdolnemu przedłożyć obcowanie z interesującymi kreacjami ponad patos *obcowania z człowiekiem*. „This Is What Makes Us Girls” mogłoby być piosenką M83, jeśli wyobrazić sobie zdeprawowaną wersję Saturdays=Youth, ujętą w ramy estetyki surf noir. W tych samych okolicach mieszczą się doskonałe „Carmen” – omdlewająca, psychodeliczna – i „Summertime Sadness” – zblazowana i nawykła do porażek. Czekam na drugą propozycję popowej płyty, która byłaby zbiorem felietonów o miłości napisanych przez socjopatkę, Steinbeckowską Kathy (Na wschód od Edenu) zmuszoną przez złośliwego reżysera do radzenia sobie w uniwersum Drive'a.

Zadziwiające, jak cicha i wyważona może być ekspozycja seksualności. Brak na płycie fragmentów krzykliwych – Lana częściej decyduje się na melorecytację, niż na kolejno: klarowne, ekspresywne czy agresywne wokale. Kilka ustępów zaskakuje subtelnością i niech za przykład posłuży tylko zamknięcie refrenu „Blue Jeans”: jakże daleko temu głosowi zarówno do porn-popu, jak i kabotyńskiej kulturki Adele. Born To Die przywołuje obrazy twarzy odwróconych podczas pieprzenia, celebrę migotliwych lampek tańczących w groteskowo rozpłyniętym makijażu, banieczki śliny na uchylonej wardze i powieki rozwierane, by przekonać się, że amerykański sen spełnia się na serio i, ze zwykłym sobie cynizmem, obrał za swój ulubiony lokal hołubioną przez artystów „świątynię” damskiego krocza. Dystans otwierany przez te niedomówienia – napraszające się, owszem – działa początkowo na niekorzyść płyty, która po kilku pełnych obrotach przestaje ciekawić. Nie wypierają jej kolejne premiery – debiut Lany przetrwa kilka porównań, być może nawet będzie w kolejnych miesiącach wynurzał się kosztem innych popowych wydawnictw – rozmywa się samoczynnie. Dopiero po paru dniach album zaczyna jątrzyć, prosić o powrót i okazuje się, że nie bez powodu: po przerwie uwaga koncentruje się już nie na kreacji postaci, lecz na wyśmienitej produkcji, skrzętnie maskującej detale, by podtrzymywać zainteresowanie słuchacza w najlepszy możliwy sposób: komplementując go za wyłonienie tego, co przez cały czas miał pod nosem.

V W bujnych nurtach recepcji Born To Die zdziwiło mnie właściwie tylko jedno: płyta sprawiła największy problem grupie, którą obliczono na jej target. Kto zrozumie rozterki Lany – tej lalki Frankensteina, „sztucznego produktu” (ależ morderczy ładunek emocjonalny posiada ta natarczywa gradacja!), owocu kilku sztosów piaru – lepiej niż podręcznikowy nolife, pędzący egzystencję wśród notatek ze studiów, na które nie wie, po co poszedł i fejsów, na które nie wie, po co wchodzi. To właśnie tego pokroju audytorium powinno czerpać przyjemność z albumu Del Rey, utożsamiać się z jego bezwładem i dopisywać doń wzniosłe, autodestrukcyjne treści, aby jakkolwiek usprawiedliwić własną indolencję, także erotyczną. Tymczasem studenctwo wytacza przeciwko Lanie grube działa publikacji, które – napisane przed Internetem – mają rzekomo opisywać ponowoczesność z niespotykaną precyzją.

Chwilę temu przetoczył się przez facebooka protest przeciwko ujawnianiu szczegółów z życia Lany Del Rey – pogłoska jakoby opiekowała się czyjąś latoroślą pomimo milionów tatusia, okazała się trudniejsza do zniesienia niż miliard cytatów z Wisłockiej. Wydaje mi się jednak, że gdyby rzesze hejterów na chwilę oderwały się od lansu na urażony gust i sięgnęły po jakąś powieść, to być może losy Born To Die potoczyłyby się inaczej – album, zamiast symbolizować trudności, jakie napotykają „komentatorzy kultury” podczas deszyfracji tumblri nastolatek, zostałby okrzyknięty manifestem jednej z krotochwilnych epok, rozpoczynających i kończących swój żywot na dogorywających forach (a jednak casus Uffie!). Osobiście – na podstawie licznych flame'ów pod każdym przejawem obecności Lany w sieci – skłaniam się ku wnioskowaniu na niekorzyść ludzi, którzy, wierni wciąż temu samemu idiotyzmowi, pragną oglądać w mediach (serialach, powieściach, komiksach, płytach) siebie samych i swoich sąsiadów, zamiast zmyślone postacie, z których mogliby zacząć brać przykład. Lana Del Rey to „sztuczny produkt”, wizja człowieka, a nie realna osoba, a ja chciałbym widzieć takich potworów więcej, ponieważ ci, nad których decyzjami pracują sztaby, popełniają błędy malownicze, a nie wasze.

piątek, 10 lutego 2012

Wesołowski + Kaliski - 281011

Wesołowski + Kaliski
281011
2012, Few Quiet People


5.3



Z perspektywy przygodnego słuchacza płytka nagrana na zlecenie Narodowego Instytutu Audiowizualnego kojarzy się z niezmiernie czerstwym suwenirem otrzymanym na imprezie w lokalnym centrum sztuki współczesnej – darmowym krążkiem hodowanym na wyściółce państwowych funduszy przeznaczanych corocznie na promowanie stęchłych weteranów lub młodocianych pseudo-abstrakcjonistów z ASP. Obecność przedmiotu tak ekstrawaganckiego, jak dodekaudion – instrument gestykularny zamknięty w bryle dwunastościanu foremnego – nie tylko nie rozprasza uprzedzeń, lecz jeszcze je pogłębia. Łatwo przypuścić, że wydawnictwo okaże się folderem reklamowym firmy panGenerator – konstruktora dziwacznego urządzenia, którego ekspozycja będzie jedynym pretekstem do zarejestrowania wspólnej sesji Kaliskiego i Wesołowskiego, artystów lubianych, lecz nie na tyle jeszcze okrzepłych, by mogli darować sobie grzeczny udział w przedsięwzięciach sponsorowanych.

Ewentualne podejrzenia o wyrachowanie ulegają jednak szybkiej weryfikacji, kiedy 281011 zaczyna dynamicznie oscylować między dwoma przeciwstawnymi atmosferami: beznamiętności i furii. Na etapie piątej lub szóstej sesji z albumem, coraz trudniej postrzegać go w kategoriach schematycznego i sennego środowiska dźwiękowego. W „27011#3” i „#4” tony wygrywane przez Wesołowskiego kojarzą wzniosły funeralny drone Pieśni żałobnych I-VII (Miasto nie spało) z nerwowymi, folkowymi pizzicato. W połączeniu z dźwiękami dobywanymi przez Kaliskiego z dodekaudionu – dźwiękami przywołującymi nastroje frustracji i parcia – skrzypce kreślą portret charakteru desperacko starającego się o zaspokojenie potrzeby autoekspresji, cenzurowanej przez stresy i presje codziennej rutyny. Para buzująca pod pokrywką czajnika, z wysiłkiem tryskająca szczelinami i otworami, to obraz, który mógłby posłużyć za ilustrację dla tej zaskakująco silnej kompozycji, protestującej przeciwko automatyzmowi w tworzeniu i przeżywaniu sztuki.

W „27011#2” zwraca uwagę skrupulatny miks Kaliskiego, eksplorującego tajemniczy dwunastościan w poszukiwaniu przeróżnych odcieni – głównie szarości i brudnych bieli – oraz faktur – chropowatości, jedwabistych muskań, zmysłowych pocierań. Wydaje się, że instrument gestykularny potrzebuje właśnie operatora wykształconego na gałkach samplerów i klawiszach, a więc muzyka obcującego z instrumentem bezpośrednio, nagimi palcami (z wyłączeniem kostki czy smyczka). Przekonanie to umacnia się wraz z kolejnymi skupionymi odsłuchami, kiedy to okazuje się, że 281011 oferuje doznania nie tyle audytywne czy wizualne, co dotykowe. Dyskretny sensualizm wydawnictwa podsuwa wizję instrumentu jeszcze bardziej otwartego na manipulacje niż dodekaudion – aparatu, którego fasety można by przesuwać, jak płaszczyzny kostki Rubika, otwierając w wielościanie na przykład ziejące ciszą prześwity (pauzy to zresztą manewr z powodzeniem stosowany przez twórców albumu).

Po dłuższym obcowaniu z 281011 wstępne uprzedzenia zostają wyparte – początkowo przez niekłamane zainteresowanie muzyką, później zaś przez wątpliwość zupełnie innego rodzaju. Jak twierdzą organizatorzy przedsięwzięcia, dodekaudion to instrument na tyle nowatorski, że każdego muzyka stawia w pozycji amatora nieśmiało rozpatrującego się po możliwościach nieosiągalnej dotąd technologii. I faktycznie, brzmienie dodekaudionu na płycie bywa podobne do brzmienia zaprezentowanego w filmiku demonstracyjnym na stronach panGenerator. Być może więc mógł Kaliski wycisnąć więcej z tej dziwaczej maszynerii, oddalić się od jej podstawowych presetów i zmusić na przykład do eksplodowania noisem. Ale czy to coś ma w ogóle jakieś presety? Nie wiem, więc daruję sobie dywagacje 281011 mile mnie zaskoczyło.

wtorek, 7 lutego 2012

Mirt - Artificial Field Recordings

Mirt
Artificial Field Recordings
cat|sun


5.6



Według słów samego autora Artificial Field Recordings miały być płytą, która nie opowiada żadnej historii, przykładem muzyki pozbawionej kontekstu, przechodzącej obojętnie obok własnego synestetycznego potencjału. Przed zerwaniem folii z pudełka wszystko się zgadza. Utwory zostały ponumerowane, lecz nie zatytułowane. Dopiero po bliższym przyjrzeniu się można wyłowić z jednolicie brązowej okładki delikatny szkic, przedstawiający być może porośniętą bluszczem fasadę podmiejskiej willi o nadgryzionej zębem czasu elewacji. Zasób pobudzających wyobraźnię bodźców zwiększa się jednak wraz ze zbliżaniem się do samego krążka. Okazuje się, że Mirt – tradycyjnie już – nie potrafił powstrzymać się przed uwypukleniem narracyjnego potencjału swojej muzyki.

Najpierw, na lewym skrzydle okładki, kilka postaci w przybraniach głowy, przypominających ptasie maski używane podczas średniowiecznych epidemii dżumy. W niektórych punktach maski zrosły się z twarzami: dzioby wyrastają nad ustami, głowy i szyje pokrywają pióra. Z kieszonki na płytę wypada poza samym kompaktem kwadratowy kartonik. Utrzymany – tak jak okładka – w monotonnym brązie, przedstawia scenę osadzoną w konwencji romantycznego pejzażu: dwie postacie, okutane w płaszcze i szale, odprowadzane łańcuszkiem śladów zostawionych w głębokim śniegu, przyglądają się ze szczytu wzniesienia leżącej w dole lesistej kotlinie. Ich wzrok, a więc i oczy przyszłego słuchacza, przyciąga monstrualny kształt rozlokowany w jej centrum.

To tajemnicza budowla, czy księżycowy twór skalny? Pamięć czytelnika szykującego się do przesłuchania Artificial Field Recordings natychmiast zaczyna snuć domysły. Pojawiają się wspomnienia powieści Juliusza Verne'a, chwilę potem znikąd wyłania się myśl o katastrofie tunguskiej. Być może Mirt ilustruje tajemniczy region nad rzeką Podkamienna Tunguzka, na północ od jeziora Bajkał, gdzie doszło w 1908 roku do ogromnej eksplozji, która powaliła drzewa w promieniu 40 km, widziana była w promieniu 650 km, słyszana w promieniu 1000 km, zaś niezwykle silny wstrząs zarejestrowały sejsmografy na całej Ziemi. Dzięki szczególnemu położeniu Słońca w okresie przesilenia letniego, wskutek odbijania światła przez pył, będący efektem eksplozji, w wielu europejskich miastach zaobserwowano zjawisko białej nocy. Uderzenie było tak silne, że ówczesne rosyjskie magnetometry pokazywały w jego rejonie drugi biegun północny. Idealny materiał na konceptualny album, utrzymany jednocześnie w poetyce sensacyjnego reportażu i poetycznego reverie.

Kolejne skojarzenia są już spokojniejsze. Budowla ulokowana w centrum ilustracji przywodzi na myśl organiczne fabryki z Edenu Stanisława Lema lub budowle z postapokaliptycznego filmu Żuławskiego – Na srebrnym globie. Fasada z okładki, z początku przypominająca niewinne domostwo z kreskówki o przygodach Madelaine, wychowanki paryskich zakonnic, niepostrzeżenie nasyca się nowymi znaczeniami. Wraz z bohaterami ilustracji, rozpoznajemy w niej tytułowy dom Usherów z opowiadania Edgara Poe, twierdzę z Opętanych Gombrowicza lub jeszcze inny przykład złowrogiej architektury, będącej osią wszelkich historii niesamowitych. Czas ochłonąć. Nie trzeba wyręczać autora w narowach wyobraźni. Przecież już tytuł oddala przypuszczenie jakoby Mirt zrezygnował z muzyki eskapistycznej, osnutej wokół wizji fantastycznych światów.

Zaznaczenie sztuczności nagrań terenowych równa się uwydatnieniu ich fikcyjności, zdradza odcięcie się artysty od utopijnej wizji zarejestrowania dźwięków otoczenia w sposób tak wierny i jednocześnie sugestywny, by przywołać za ich pomocą atmosferę jakiegoś rzeczywistego miejsca i omamić słuchacza złudzeniem translokacji. Mirt podkreśla uczucie deziluzji towarzyszące odbiorcy nagrań polowych, który – podobnie jak widz cyfrowej fotografii – zmuszony jest pogodzić się z tym, że obcuje z zapisem spreparowanego otoczenia dźwiękowego, nie zaś z dziewiczym oryginałem. Zamiast audytywnego dagerotypu rzeczywistości, otrzymuje jej interpretację, wizję świata zapośredniczoną przez wrażliwość jakiegoś autora. Oczywiście już wybór materiału – fotografowanego obiektu, nagrywanej lokacji – ujawnia obecność twórcy, ale jest to znośne minimum, nienachalny patronat lekarza nad gabinetem, czy nauczyciela nad klasą. Dalsze ingerencje są już manifestacją władzy nad materią, egocentryzmem czarodzieja lub artysty.

Pierwsze odsłuchanie Artificial Field Recordings polega głównie na weryfikacji zawartej w tytule sprzeczności. Jak to możliwe, by nagrania polowe – estetyka polegająca na dokumentowaniu dźwiękowego mikroklimatu wybranej lokacji – były sztuczne? Faktycznie jednak: „klasycznych” nagrań terenowych było więcej nawet na folkowym Handmade Man, poprzednim albumie Mirta, który bogactwem palety barw i koncentracją na mistycznym temacie homunkulusa chętnie zestawiłem z Wyspą dnia poprzedniego Umberto Eco. Mirt nie wykorzystuje swojej przewagi nad odbiorcą i osobiście rozjaśnia wątpliwości budzone przez tytuł:
Samych field recordings na tej płycie słychać stosunkowo niewiele. Zastępuje je muzyka złożona z elektronicznych i akustycznych dźwięków na wzór repetytywnych, stłumionych pomruków miejskich aglomeracji i chaotycznie pulsujących dzikich krajobrazów stopionych w jednolitą całość.
Słuchacz tak sfalsyfikowanych nagrań terenowych, czytając o „stłumionym pomruku aglomeracji” i „pulsie dzikich krajobrazów”, zwraca się natychmiast ku wizjom futurystycznej nocnej metropolii snutym przez twórców miejskiej elektroniki w rodzaju Buriala, Aðalsteinna Guðmundssona (Yagya), Matthijsa Rooka (Nicolay) czy Eli Orleans. Jeśli chodzi o sam dobór środków ekspresji najbliżej Mirtowi do dwóch pierwszych. Psychodeliczne akcenty w postaci przestrzennych wokali (tak eterycznych jakby należały do bezcielesnych śpiewaków) i gitarowych dronów, poprzez swoją delikatność uwypuklają zawiesistą motorykę perkusjonaliów, których głuche brzmienie dobywa się jak gdyby z głębi ciała. Pod wpływem mglistego, dudniącego rytmu słuchacz baczniej nasłuchuje neurotycznych reakcji organizmu – subtelnych stresów, mikroskopijnych nerwic, skurczów i drgnień, które śniący umysł bezwiednie przekłada na język niejasnych symboli, półzrozumiały jak zapis aktywności sejsmo- lub poligrafu.

Jeśli prawdą jest, że mózg śpiącego, aby przyspieszyć akcję zwalniającego w fazie REM serca, rzuca na ekran świadomości przerażający obraz upadku w czeluść, to jest to perfekcyjna ilustracja działania nowego albumu Mirta. Po tej próbie opisu jego zawartości, łatwo się domyślić, że Artificial Field Recordings są w porównaniu do Handmade Man krokiem wstecz – zawróceniem ze ścieżki prowadzącej ku piosenkowym formom, na dobrze znaną słuchaczom Mirta płaszczyznę utworów abstrakcyjnych, transowych, katalogujących schedę po gatunkach w rodzaju post-rocka czy slow-core'u, zgodnie postrzeganych przez artystów i krytyków współczesnej muzyki rozrywkowej jako stylistyki niemodne i wyczerpane. Artificial Field Recordings rozsądniej jest ulokować obok płyt Brasil & Gallowbrothers Band – innego projektu Tomka Mirta, w którym wyraźniej niż w dotychczasowej twórczości solowej słychać echa fascynacji nową falą i muzyką industrialną.

Pierwsze minuty z nową płytą Mirta są przesycone duchem minimalizmu. Niewiele da się wyczytać z tracklisty czy pierwszej strony okładki. Niewiele mówi też tytuł. Jednakże – co typowe dla płyt tego artysty – słuchacza bardzo szybko ulega nurtowi muzycznej fantazji, inspirowanej zarówno zakodowanymi w poligrafii bodźcami wizualnymi, jak i samą ekspresyjnością kompozycji. Artificial Field Recordings można by uznać za materiał regresywny, jednakże w przypadku Mirta nie chodzi o linearny rozwój. Przyjemność płynąca z odsłuchu jego płyt opiera się na typowo czytelniczej rozkoszy obcowania z książką jako przedmiotem. Atrakcyjna oprawa graficzna, zagadkowy tytuł i wreszcie same odczucia związane z muzyką, nie przeszkadzają widzieć kompozycji Mirta jako specyficznego rodzaju muzaka – dźwiękowej tapety, fonicznego środowiska inscenizującego ustronie przeznaczone do snucia marzeń o wojażach poza świat rzeczywisty.

niedziela, 15 stycznia 2012

2011: 20-11

20. Range Rover
All Is Bliss EP
2011, Sweat Lodge Guru

W bitumicznej nocy, czerni kopalnej, kolory jarzą się ukrytym światłem, w tajemnym blasku pogrzebanych klejnotów. W głębokim mroku każda z barw emanuje zaprószonym halo. Płynny metal leje się gęstą strugą i, rozpalony, rozpyla wokół siebie pulsujące purpurowe widma, rozpraszające nikłymi ognikami noc zalegającą szyby i podziemne hangary. Chwiejna lampa ciekłego stopu wyłania z ciemności spojenia gigantycznych kolumn brunatnego żelaza, słupów przyporowych poznaczonych skamieniałymi zbliznowaceniami bryzgającego z monstrualnych diesli petroleum. Daleko w dole słychać trzask coraz ściślej zespalających się cząstek, trzask oszalałych atomów, krzepnących w ciszy podziemnej kanikuły w matowe sztaby. Ciężki bulgot gęstych strumieni gdzieś wysoko w mroku, gdzie rozmieszczono paleniska i cichy skrzyp w dole, wśród form i dzieży. Spoglądając z dołu na leniwie cieknące z góry rozpalone potoki można ciekły metal pomylić z wrzącym miodem. Rozżarzone do granic słodkie pinakle, jak ciężkie sploty blond włosów, roztaczają poblask barwy grzanego piwa, kojący kolor przejrzałego zboża. Nic tu nie odbija się w niczym, monochromatyczna czerń pochłania refleksy światła, potęgując delikatną równowagę metalurgicznego laboratorium. Nic tu nie ulega rozproszeniu, poza światłem, którego rdzeń zaklęto wewnątrz potoków ciekłej rudy, a granice zmieszano z górującą nad wszystkim smolistą czernią gigantycznego warsztatu.

19. Piętnastka
Dalia
2011, Sangoplasmo

Nie było chyba w tym roku płyty bardziej jątrzącej. Dalia uchyla się do wszelkich porównań, nie daje się sprowadzić do żadnego nastroju, istnieje gdzieś poza podstawowymi rozróżnieniami – nie dotyka jej nawet prymitywny podział na wirtuozerską perfekcję i autentyzm emocji, dopuszczający miejsca ciemne i niezrozumiałe. Nie wiadomo nawet, czy ten materiał jest dobry, bo tylko jeden utwór – „Keymonica” – dozwala się charakteryzować stereotypowymi przymiotami. Dalia jest, podobnie jak Heat, doświadczeniem: ugodzeniem w słuchacza za pomocą jakości, których stara szkoła, próbująca strukturalistycznych odczytań, nie jest w stanie uchwycić. Tegoroczne albumy Kurka można dopisywać sobie do CV w rubryce przebytych kursów, bo mało co w przeciągu ostatnich miesięcy zdołało poddać tyle pomysłów zarówno słuchaczom, jak i domorosłym twórcom.

18. Panda Bear
Tomboy
2011, Paw Tracks


Jeśli istnieją jeszcze fani muzyki, którzy nie słyszeli żadnej płyty Pandy, mogą spokojnie zacząć od Tomboy. Przede wszystkim Noah Lennox skonsolidował tu swoje atuty: modlitewne, sypialniane psych-indie z Young Prayer tańczy pod wodą niczym zalecające się manaty z gęstą, miazmatyczną psychodelią Person Pitch. Poza własnymi pomysłami (m.in. wpływy „transowego” projektu Jane, który współtworzył wraz ze Scottem Mou w latach 2002-05), nawiązuje Panda do osiągnięć konkurencji, np. akwatycznego, post-russellowskiego disco, rozpropagowanego przez zeszłoroczne Swim Caribou („Afterburner” Lennoxa to – wypisz, wymaluj – „Sun” Snaitha). Niespotykane wcześniej minimalistyczne mgiełki („Scheherazade” i „Drone”) pełnią rolę oddechu przed introdukcją kolejnych singli, zachęcających do podzielenia z artystą fascynacji starociami (Brian Wilson). Person Pitch, przynajmniej na początkowych etapach, mogło kojarzyć się z pokonywaniem nurtu, na Tomboy liczy się pełne zanurzenie.

17. Bvdub
One Last Look At the Sea
2011, Sweat Lodge Guru/Quietus

Mam nadzieję, że Range Rover słyszeli ten album i będą rozwijać się dokładnie w tym kierunku, bo tegoroczny set Bvdub jest podręcznikiem budowania napięcia dla wszystkich adeptów krautu. Nigdy dotąd nie słyszałem jednostajnego pukania ubranego w tak ewokatywne szaty: od dusznej wilgoci monsunu, przez safianową miękkość skóry po orzeźwiającym deszczu, po ciszę i nieruchomość czuwające jak dwa niewidzialne posągi nad spokojem indyjskiej kontemplacji. Ostatni rzut oka na morze okazuje się być wejrzeniem w odbicie duszy, która nasiąknęła fantastycznymi pejzażami Internetu – fotomontażami kojarzącymi panoramy afrykańskie z krajobrazem Aldebaranu, przestrzenie Oceanii z wizją nocy nad Betelgezą. Wszystkie te wizyjne lokacje nie są statycznymi pocztówkami, lecz obrazami podległymi prawom suspensu – dynamicznymi jak pogoda, której metamorfozy zapewniają urozmaicone sny z wyłączeniem rozumu.

16. Sea Oleena
Sleeplessness
2011, Bridgetown

Wzmocniona i rozszerzona wersja debiutanckich nagrań Oleeny. Dość niespodziewanie to właśnie skromna Kanadyjka udowodniła, że środki ekspresji zarezerwowane zazwyczaj dla gatunków ściśle onirycznych, mogą stać się podłożem tanecznego, post-punkowego setu, rozciągając estymę dla nieświadomości, jaką żywimy w ostatnich latach, na parkiet rozlokowany przed kominkiem. Teraz, kiedy w końcu spadł pierwszy śnieg, jest idealna pora na tę muzykę skromnej, cichej doskonałości.

15. Sean McCann
Sean McCann
2011, Ekhein


Self-titled bywa dla artysty wiecznie umykającą wizją najbardziej osobistej płyty w dorobku, albumu przedstawiającego w metonimicznym ujęciu własną osobę autora. McCann zdaje się być obojętny na presję sygnowania dzieła tajniami jaźni: self-titled to tylko kolejna pozycja w jego corocznych plonach, przynajmniej na pierwszy rzut oka. Przyglądając się uważniej łatwo ulec wrażeniu, że żadna inna płyta Seana nie odznaczała się aż takim pietyzmem. Aby się o tym przekonać wystarczy zwrócić uwagę choćby na smyczki w „Choppy Woods”. Subtelność, z jaką wtopiono ów klasyczny, pełen życia instrument w gęstwinę sztucznie preparowanych ambientowych plam, dobrze wyraża krótki ustęp z Awatara Theophile'a Gautier:
Nieco w głębi (…) ugrupowane były bukiety drzew o pniu wytwornym i silnym ulistnieniu, których zieleń tworzyła malowniczy kontrast: laki japońskie, tuje kanadyjskie, zielone jesiony, białe wierzby, wiązy prowansalskie, nad którymi wystrzelały dwa czy trzy modrzewie. Poniżej rozciągał się strzyżony trawnik, którego ani jedno źdźbło nie wystawało ponad drugie, gazon delikatniejszy i jedwabistszy niż aksamit płaszcza królowej, w tym idealnym kolorze szmaragdu spotykanym tylko w Anglii przed tarasami siedzib feudalnych. Był to jak gdyby dywan naturalny, pieszczący oko, a tak miękki, że stopa bałaby się go dotknąć, plusz roślinny, po którym może tarzać się w słońcu tylko oswojona gazela z dzieckiem książęcym ubranym w sukienkę koronkową, a w nocy może spłynąć w świetle księżyca jakaś Tytania z West Endu ręka w ręką z jakimś Oberonem zapisanym w księdze parów i baronetów.
14. Ela Orleans
Neo Pi-R
2011, Clan Destine


To nie jest dobra muzyka. To nowoczesna muzyka. Ta reinterpretująca tradycje przez pryzmat osobistych przeżyć. Ela, Polka w Nowym Jorku, prezentuje test Rorschacha uformowany na kształt plamy po powikłanym psych-popie LA Vampires lub horoskop z narkotycznych ustępów płytoteki Dâm-Funka. Chwiejne, arytmiczne struktury wydają się wciąż przemieszczać swój punkt ciężkości w taki sposób, że każda z kompozycji może w sobie dogodnym momencie runąć na sąsiednią i pomieszać szyki linearnemu odsłuchowi. Opowieść nie rozwija się „po kolei”. Cześć utworów rozbito i zsekwencjonowano tak, że od ostatnich, bełkotliwych rozdziałów opowieści zmierzamy ku jej klarownemu początkowi. Retrospekcja wymaga wzmożonej uwagi, bo kaseta przewija się niekiedy za szybko i wzrok chwyta ledwie powidoki sensu, ale zmierzamy ku światłu. Trzeci epizod „Voices”, „Walking Man” (sztucznie zmaskulinizowany głos Eli brzmi jak garażowa interpretacja Fever Ray), „Safeguard Action” i „Synapse Dive” to czwórka negocjująca warunki konkretu. Abstrakcyjna reszta z wolna otwiera się pod ich naciskiem na penetrację. Relaksacyjny grower, bo i relaksować trzeba się umieć cierpliwie.

13. Higuma
Pacific Fog Dreams
2011, Root Strata

Jako solowy twórca, Evan Caminiti – płodniejsza połowa Barn Owl – wzorem impresjonistów, swymi plastycznymi tytułami podsuwa odbiorcom odpowiednie obrazy. I tak, na solowym Digging The Void znajdziemy utwór pt. „Midnight Naked Swim”, na West Winds – „Thunder Brakes The Dawn” etc. Jako współtwórca Higumy, Caminiti nie porzuca plastycznych instruktaży – głos panny McGee, wraz z resztą instrumentów, funkcjonuje jako wehikuł pejzaży i nastrojów bliskich choćby wyobraźni Elveruma (dwie adekwatne migawki z twórczości Phila: tytuł It Was Hot, We Stayed In The Water + liryk pochodzącego z Wind Poem „Wind Speaks”). Pierwsze podejścia sprowadzają Pacific Fog Dreams do przystawki przed nowym albumem Grouper, kolejne i kolejne sugerują, że możliwa jest między tymi wydawnictwami ostra konkurencja, a perspektywa czasu ujawnia pełne zwycięstwo Caminitiego, który w końcu wyprodukował swoje opus magnum – album zintegrowany wewnętrznie, solidny, a jednocześnie marzycielski i zmysłowy.

12. Band of Endless Noise
The Blue Nun. Psychedelic Soap Opera
2011, Falami


- The Blue Nun to osiem nowych kompozycji. Owoc trzech lat intensywnej pracy. Tradycyjnie graliśmy na gitarach, bębnach, instrumentach elektronicznych, śpiewaliśmy. Komponowaliśmy, programowaliśmy, improwizowaliśmy. Po raz pierwszy sami płytę nagraliśmy (duża w tym zasługa Tomka Gadomskiego) i zmiksowaliśmy. Wygląda na to, że wyszło bardziej piosenkowo niż do tej pory – mówi Andrzej Widota, wokalista zespołu.
- Pierwsze utwory na nową płytę powstały w czasie prób w Berlinie w maju 2010 roku: transowe aranżacje to właśnie efekt długich sesji w industrialnych przestrzeniach tego miasta. Materiał w pierwotnej formie grany był na koncertach, w trakcie których dojrzewał do takiej wersji, jaką można usłyszeć na Blue Nun. Na ostateczne brzmienie płyty wpłynęło również doświadczenie grania koncertów z muzyką na żywo do niemego filmu Nanook of the North, co zaowocowało m.in. powstaniem aranżacji instrumentalnych. Wreszcie zmienił się też nieco skład zespołu – pojawiły się żeńskie wokale i nowy perkusista – dodając muzyce nowej przestrzeni i akustyczno-elektronicznego beatu. Obecnie na koncertach staramy się czerpać z tych wszystkich doświadczeń, wprowadzając instrumentalne i wokalne improwizacje, szukając nowych harmonii i dysharmonii, często generowanych przez leciwe skądinąd syntezatory i generatory dźwięków – dodaje Adam Busuleanu (instrumenty klawiszowe).

Wszystko się zgadza. Kto pamięta jeszcze poprzednie albumy tego zespołu ten domyśla się zapewne, że nowy materiał nie zawodzi oczekiwań. Przede wszystkim zadziwia fakt, że z tej samej formuły udaje się wciąż wyciągnąć aż tyle. Wiadomo, że mają swoje znaczenie dodatki w postaci żeńskich wokali, zabiegów producenckich gościa pracującego na co dzień z Albinim, wpływ przeróżnych doświadczeń, które wzbogacają życiorysy muzyków o punkty internacjonalne, ale kluczowym pozostaje niezmienny duch tego dziwnego projektu – offowego, a jednak pilnie doglądającego przemian w mainstreamowej alternatywie (sukcesy Tinariwen obok coraz liczniejszych kompilacji z muzyką lat 6o. i 70. mogą tu posłużyć za przykłady odniesień) i utrzymującego się na szczycie fali. Na ten moment porównałbym Band of Endless Noise do Wooden Veil – ta sama rozległość uniwersum kreowanego przez muzykę, ta sama egzotyka, to samo lekceważenie dla klasyfikacji gatunkowych, które w takich (i tylko takich) wypadkach jawią się wyłącznie jako bariery.

11. Peaking Lights
936
2011, Not Not Fun

Autorzy jednej z moich ulubionych *eksperymentalnych* płyt 2009 (Imaginary Falcons) nagrali album, który fanom Not Not Fun wydać się może guilty pleasure (nawet po wybitnie easy-listeningowym So Unreal LA Vampires). Jednocześnie jednak 936 startuje w zawody (i wygrywa) z tegorocznymi płytami tak niszowych projektów transowego lo-fi jak Daughters of the Sun czy Wet Hair. 936 to jakby jeszcze jeden krok dalej w stosunku do Wavves i Best Coast – Peaking Lights odrzucają wszystkie maski i pozy, uprzedzając potencjalne analizy. Nie są ani punkami, ani szamanami, nie tworzą muzyki przedmieść ani klubów. Oferują czyste odprężenie limitowane do 600 sztuk winylu i powielone w tysiącach linków wysyłanych na pocieszenie w stu stresowych sytuacjach.


60-51 | 50-41 | 40-31 | 30-21 | 20-11 | 10-1