Pokazywanie postów oznaczonych etykietą indie-folk. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą indie-folk. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 25 kwietnia 2010

Dinosaur Feathers - Fantasy Memorial

Dinosaur Feathers
Fantasy Memorial

2010, self-released


3.2


Przesłuchania: 1-2
Wrażenia: Po pierwszym razie wyglądało Dinosaur Feathers na któreś z kolei wesołe gówno. Uwagę przykuły: mgliste skojarzenie z Migala, jednym z zespołów tak ulubionych, że aż boję się doń za często wracać (i z perspektywy czasu wstyd mi, że przyszli mi do głowy przy okazji słuchania DF), i okładka, przypominająca trochę Dead Cities, Red Seas And Lost Ghosts M83. Czy opłaci się nie dać wiary pierwszemu wrażeniu i oprzeć się wpływowi rozczarowania stabilizującego się pod wpływem potopu bezsensownego happy-indie w uprzedzenie lub nawet orientację gustu? Wszyscy wiedzą, że nie. Poza mną, bo tak zdecydowałem się bawić. Niemal wszystkie kawałki DF irytują, odmawiając rozwijania się po mojej myśli, ale podjąłem się chwilowej akceptacji całej propozycji taką jaka jest, mając nadzieję przekonać się do płyty budzącej na samym starcie tak niby to ambiwalentne odczucia.
Ocena: 4.5
Samoocena: 9.3; spacer pod prąd własnych przekonań dobrze rokuje na wypadek powrotu totalitaryzmów

Przesłuchania: 3-5
Wrażenia: Korzystając z instrumentarium Japandroids czy Tings Tings, DF nagrali wszystko, czym chcieliby być Vampire Weekend – płytę jasną, pełną niedbałych melodii, nieoczywistych, jakby przypadkowych hooków, stylizowanej na pasjonacką amatorszczyznę rytmiki wprzęgniętej w podbijanie bębenka story-tellingowi ujętemu interesującymi tekstami, które momentami aż budzą współczucie, rzucane pochopnie, na wiatr, jakby stworzone, by umknąć uwadze. Dzięki ich liryzmowi płyta korzystająca z brzmień tropikalnych, żonglująca skojarzeniami z surf i bossa novą, opiera się stereotypowemu rozumieniu tych konwencji jako predestynowanych do przekazywania jednoznacznej rozrywki: tanecznej, beztroskiej, wysługującej się egzotyką przytemperowaną pod mieszczański hedonizm. Tropikanę obciążono na Fantasy Memorial przestrachem zetknięcia z nieznanym terytorium, nie tylko w sensie obcej przestrzeni geograficznej, ale też zaskoczenia białymi plamami na mapie psyche. Własne odczucia są ci obce, obserwujesz je z zewnątrz, jakby nie należały do ciebie? Skoro opuściły swoje miejsce i pałętają się wolno jak zoo podczas rozgardiaszu inwentaryzacji, twoim słownikiem są egzotyzmy, losem zaś ekspresja. Materiał – ścieżki, dźwięki, aranżacje, kompozycje, jakkolwiek – bywa tak nieskoordynowany, jakby sami twórcy wzbraniając się początkowo przed zbytnim komplikowaniem opowieści o uniwersalnych w gruncie rzeczy zjawiskach, ostatecznie, w trakcie tworzenia, zmuszeni byli dojść do wniosku, że to, co proste w odczuciu, trudne jest do wyrażenia, więc wymaga poczynienia przypisów, objaśnień, dygresji, zmuszając do pogodzenia się z niemożnością klarownej artykulacji.
Ocena: 7.5
Samoocena: 8.0 dla bożka przyzwalającej nadinterpretacji

Przesłuchania: 5-8
Wrażenia: Początkowo obrana postawa zaciekawienia i dyscyplinowania się, aby nie osądzić pochopnie czegoś, co nie zostało być może całkiem ogarnięte pierwszym spojrzeniem, okazała się błędem. Skrajnie wahające się szale uczuć wobec Fantasy Memorial przeważyło ostatecznie wypłynięcie na powierzchnię tendencyjnych inspiracji popem z lat obwieszczających familiarne stosunki Dinosaur Feathers z hype'ami Pitchforka pokroju Girls. Bełkotliwe przeskakiwanie z tematu na temat, gadulstwo i rzucanie słowami-fetyszami pozwoliło temu zespolikowi chwilowo zamydlić mi oczy. Zły na siebie, że sprzeniewierzyłem się pierwszemu wrażeniu, poszukałem zdjęć zespołu. Gdybym zrobił to od razu, nawet na moment nie zboczyłbym w jego kierunku. Oddając jednak sprawiedliwość: jest kilka momentów; podtrzymuję wartość liryków, być może najciekawszych spośród przesłuchanych w tym roku piosenkowych płyt zza granicy; słuchana przy wykonywaniu innych czynności, bez żadnego skupienia, płytka nie przeszkadza a Crossing the Canyon wydaje się być summą niezrealizowanych możliwości, które byłyby może zdolne przeciwstawić się jakoś niesmakowi po Teenage Whore, śpiewanym z obleśną manierą przeciągania samogłosek na modłę najebanych Sto lat albo Lechia. Kolejna okazja, by poczuć na własnej skórze, że chujowe indie nauczyło się naprawdę przekonująco udawać coś innego i ohydą napawa jak bardzo chujowe indie tą zdolnostką się napawa.
Ocena: 3.2
Samoocena: bicz za ignorowanie pierwotnych ustaleń własnego ego co do własnej intuicji

sobota, 18 lipca 2009

Girl With the Gun - Girl With the Gun, Sore Eros - Second Chants


Girl With the Gun
Girl With the Gun

2009, ???


5.1



Brakuje w tym niemal anonimowym dziełku tytułowych dziewczyny i desert eagle'a, ale jasnym jest, że są tylko zmyłką mająca przydać ze wszech miar przyjacielskiej płycie odrobinę nośnej powierzchownej agresji i erotyzmu. To powinno być odkrycie kogoś z Uwolnij Muzykę, kogoś, kto swobodnie przecenił by wartość płyty i sprzedał ją tym, którzy nadal wymieniają Saint Etienne i Belle&Sebastian w dziesiątce najlepszych zespołów ever. Posłusznie poznali Reindeer Section oraz Hope Sandoval, z uporem pozostają pełni sympatii dla Múm, a obecnie z lubością akceptują God Help the Girl oraz większość natchnionego damskiego folku. Niektórzy z nich słyszeli o Siddal i pamiętają szczytowe momenty James. Sporadycznie wracają jeszcze do Placebo żeby łatwiej przełknąć zakradające się do akustyków electro i móc razem z resztą modniaszek słuchać Florence And the Machine i postrzegać jako niezobowiązujący przełom wypłynięcie takich projektów jak The Bird And the Bee oraz Au Revoir Simone. Clap Your Hands Say Yeah i I'm From Barcelona jakoś wyblakły im z czasem na rzecz żywszych dance-punków i Roisin Murphy. Gdyby Rojek wiedział, że jest coś takiego jak Girl With the Gun zaprosiłby to na OFFa.

download

Sore Eros
Second Chants

2009, ShdwPly Records



5.7



Chciałem napisać poemat tragironiczny, którego sugestywna wymowa wytknęłaby raz na zawsze błędy wszystkim ludziom próbującym za pomocą li tylko wzmożonego użycia dystorcji i usilnej identyfikacji z obowiązkową neo-psychodelią przepchnąć się na Parnas muzyków sprzedających swoje albumy w Empikach i Kolporterach. Zamiast jednak zgrzytać zębami nad szarlatanerią uosobioną w Navigatorze, Crepuscule With Pacman oraz Wavves, stwierdziłem, że produktywniej będzie napomknąć o tej tutaj skromnej płycie, która nie doczeka się prawdopodobnie należnej jej sympatii.



Sore Eros, zależnie od utworu - mniej lub bardziej ostrożnie, włącza standardy lo-fi oraz shogaze/noise do sypialnianego popiku. Daje się odczuć, że ten ostatni to naddatek, swoją melodyjną obecnością wyrażający chęć uprzystępnienia wcześniejszych, zgrzytliwych zapewne i denerwujących, nagrań, które szczęśliwie nie ujrzały światła dziennego. Bezpretensjonalne w równym stopniu co Girl With the Gun, choć o wiele bardziej brudne i przez swój liryzm usiłujące przedstawiać się jako silnie doświadczone przez los, Second Chants łatwo porównać do twórczości Benoit Pioularda. W obu przypadkach chropawość i fragmentaryczność mogą być bez problemu uznane za uczciwe wyznanie wierności jakiejś poetyce, a nie za pozerstwo na experimental czy chęć dostąpienia awangardy przez bezmyślne utrudnianie odbioru.
Lekka, piosenkowa przystawka do nowego Mt. Eerie.

myspace