poniedziałek, 12 listopada 2012

Muzyka i łzy

I Dowiedziałem się o Radiohead surfując ukradkiem po sieci podczas szkolnych lekcji informatyki. W domu miałem modem i trzydzieści godzin Internetu do wykorzystania miesięcznie. Pierwsze dziesięć zeszło na ściąganiu Kid A, a że nie miałem pojęcia o istnieniu choćby allmusic.com, Amnesiaka kupiłem w ciemno. Zdecydowałem się wydać fortunę właściwie tylko z uwagi na okładkę – zalewający się łzami ludzik wyrażał ówczesny stan mojego wnętrza lepiej niż nijakie grafiki OK Computer czy The Bends. Chwilę potem zacząłem celebrować kolejne sesje z Disintegration The Cure i wytrwale ignorowałem zespoły ze szczęściem w nazwie, wyjąwszy oczywiście Joy Division. Do dziś niewiele się zmieniło: w dyskografii Rihanny najwyżej cenię Rated R, witch house trafia do mnie bardziej niż chill wave i zdarza mi się wracać do albumów slow-core'owych. Ale – o ile mogę polegać na swojej pamięci – nigdy nie płakałem z powodu muzyki, a ilekroć docierają do mnie pogłoski o słuchaczach doprowadzonych do łez, przypomina mi się krótki pasaż, w którym Michel Leiris wyznaje wstydliwe podłoże swojej egzaltacji:
Kiedy mój średni brat, który był istotnie uzdolniony muzycznie, grał na skrzypcach jakąś długą sonatę albo inny – najczęściej klasyczny – kawałek, wprawiałem się w zachwyt tak wielki, że wybuchałem płaczem, wszystko po to, aby zyskać reputację nad wiek rozwiniętego melomana, a także dlatego, że we łzach znajdowałem najprawdziwszą rozkosz (M. Leiris, Wiek męski, Warszawa 1972, s. 124-125).
Mógłbym teraz upajać się wzgardą dla snobistycznych impulsów, ale słuchacza nobilitują przecież wzruszenia – choćby fałszywe – nie zaś nieczułość. Ogłoszenia o pracy w mediach okołomuzycznych często zawierają klauzulę: „jeśli naprawdę kochasz muzykę...”, a przyjęło się także, że najlepszą rekomendacją dla albumu lub singla jest zagajenie: „wiesz, byle co mnie nie wzrusza, ale tym razem...”. Miłość do muzyki i łzy z jej powodu są usankcjonowane niepisanym prawem. „Jeśli naprawdę”, a więc nie wszyscy doznają wzruszeń przy muzyce, przeciwnie: niektórym zdarza się je markować, aby – na wzór Leirisa – „zyskać reputację nad wiek rozwiniętego melomana”. „Nad wiek”, z czego wynika, że łzy są certyfikatem dojrzałości; tym, którzy traktują muzykę na serio, tym, którzy do niej dorośli, nie trzeba niczego wyjaśniać, wystarczy znacząco zawiesić głos („...”).

Przy muzyce łzy nie tylko są dozwolone, wydają się niemal nieodzowne. Rościmy sobie prawo do płaczu, powołując się na konwencję, która obejmuje tylko niektóre filmy – tak zwane „wyciskacze łez” – ale muzykę zagarnia w całości. Obrazy dyskretnie chlipiącego audytorium filharmonii czy opery to już stereotyp, tak samo jak fotografie nastolatków szlochających na koncercie folkowym lub black metalowym. Relacje ze spektakli sztuk wysokiej i niskiej łączy obecność wilgotnych twarzy. Emocjonalne przeżywanie muzyki – słuchanie przez łzy – świadczy o wrażliwości, a ta postrzegana bywa jako rzadka kompetencja. W tej wykładni nadwrażliwiec jest genialnym odbiorcą – całkowicie oddaje się muzyce i pozwala jej sobą powodować, dzięki czemu jest w stanie zbliżyć się do statusu artysty, zazwyczaj odmawianego zarówno krytyce, jak i szeregowym odbiorcom. Jeśli nigdy nie płakałem przy muzyce, czy to znaczy, że nie traktuję jej serio i jestem złym słuchaczem? I dlaczego aż tak rygorystycznie, aż do granicy inhibicji, odmawiam sobie wzruszeń?

II Czarny PR zapewnili łzom przede wszystkim fani „alternatywy”, których gusta ukształtowały się na wysokości lat 2002-2005 i aż do dziś wytrwale oscylują wokół kolejnych płyt Sigur Rós, Björk i tym podobnych, szafujących jałowym patosem, artystów. Ci, którzy – pomimo upływu lat i wyłonienia się nowych interesujących gatunków – wciąż czekają na premiery gwiazd Openera, stali się antytezą odbiorców poszukujących, traktujących serio swoją przygodę ze słuchaniem muzyki. Jeszcze kilka lat temu zaangażowanie w „alternatywę” było emblematem wykształcenia, refleksyjności, ambitnego i poważnego podejścia do spraw, w tym wszelkich przejawów sztuki. Częścią tego wizerunku były aluzje do – utrzymanego w granicach rozsądku – rozchwiania psychicznego, a z nim i do łez. Manifestem formacji „alternatywnej” była Wierność w stereo Nicka Hornby'ego, zaś obecny styl odbioru precyzyjnie wyraża Między słowami – film, w którym głębsze uczucia są skrzętnie tajone pod maską błyskotliwej ironii i dekadentyzmu. Reorientację wymusiła być może zazdrość wobec mniej „popapranych emocjonalnie” słuchaczy (fanów hip hopu, popu czy muzyki klubowej), a może zmęczenie symulowaniem depresji, koniecznej do skompletowania uniformu miłośnika „alternatywy”.

Doświadczenie porzucenia gitar, którym niektórzy pozostawali wierni przez całą swoją młodość, uświadomiło, że utożsamianie się z muzyką (zwięzła definicja rockismu) i – co za tym idzie – wszelkie emocjonalne zaangażowanie w popkulturę jest postawą pozbawioną przyszłości. Jeśli z przyjemnością zamieniliśmy gitary na pop czy elektronikę, to jutro zapragniemy być może kolejnej zmiany i najlepiej żeby przebiegła bezboleśnie. To właśnie od byłych słuchaczy muzyki gitarowej, wkraczających tłumnie w świat bitów, Murzynów i śpiewających celebrytek, wyszła inicjatywa porzucenia subkultur. Przekaz był jasny: „zapoznaliśmy się z tyloma konwencjami, a nasz gust stał się na tyle eklektyczny, że nie potrafilibyśmy dobrać garderoby, aby go manifestować”. Pozostaje być no logo, a swoje osłuchanie i upodobania ujawniać tylko pod przymusem.

Tego rodzaju uczestnictwo w popkulturze wykształca płynność w deszyfracji konwencjonalnych kodów, a ta umiejętność z kolei sprawia, że słuchanie płyt zmienia się z jednostronnego kultu idola w beztroską pogawędkę z innym – trochę bardziej twórczym od nas – fanem danych zjawisk. Intertekstualność, tak bezpardonowo narzucona słuchaczom przez techniki samplingu, stała się w dobie powszechnego dostępu do Internetu metodą dialogu. Poznajemy się, wymieniając nazwy zespołów i nazwiska aktorów, tytuły seriali i ich ulubione epizody, subtelnie przemycając opinie na ich temat: za pomocą modulacji głosu i mimiki imitującej emotikony. Przemycamy w rozmowie cytat, który nas uderzył, a jeśli zostanie wychwycony, atmosfera się zagęszcza, z pozoru suchy namechecking przeradza we flirt. W ten sposób intertekstualność w dobie Internetu – wykazując możliwość przeobrażenia ze związków między tekstami w związki międzyludzkie – rozwija Barthesowską plaisir obcowania z dziełem: sugeruje perspektywę postrzegania ludzi w kategoriach tekstów kultury, z czym wiąże się ich selekcja, prowadzona na zasadach, na których opieramy strategie radzenia sobie z nadmiarem bodźców. De- czy hiperhumanizacja? 

Z odpowiedzią należy jeszcze poczekać, ale już w 1956 roku, w Pokusie istnienia, Emil Cioran pisze: „Człowieka poznać można tylko według poziomu, na jaki wzniosła się muzyka w jego duszy. Ponieważ jednak interesują mnie tylko ci, którzy utonęli w muzyce, darowuję sobie poznawanie ludzi”. Niewątpliwie: mamy Internet, prowadzimy blogi i serwisy – toniemy w muzyce, ale stałe poszerzanie horyzontów oznacza przecież także erozję wiary w bliżej nieokreśloną „moc muzyki”. „Utonąć”, najlepiej we łzach, ale niby do czego („do czego”, jak u Gombrowicza, którego bohaterowie kierują niewinne gesty „do kogoś”, „tykając” go)? Do nowej płyty No Doubt? Przecież na mogli nagrać kolejnego „Don't Speak”. Do  sezonowej zajawki blogosfery? Tylko ostatni frajer ryczy nad archiwami .zip. A może wzruszać się, kupując oryginalne płyty? W takim razie będziemy kupczyć własnymi emocjami i zakłamywać odbiór, bo to, co usłyszymy za ostatnie grosze musi być dobre. Ekonomia odbioru nie może przecież „tykać” czegoś tak romantycznego jak łzy.

III W teorii wszyscy chcą płakać – niepowstrzymane wzruszenie jest symbolem idealnego odbioru, szarpiącego za serce, burzącego wszelkie fasady. W praktyce jednak łzy stały się najbardziej dyskryminowaną pośród wydzielin ciała. Wiodą egzystencję pogardzanych kuzynów potu, spermy i krwi – w przeciwieństwie do nich niczego nie sprzedają. Depresyjny content nie nabija odsłon. Łzy utkwiły w przeszłości, skamieniały, są cenne na sposób antyków, które jeszcze zyskują na wartości, jeśli ustali ją samodzielnie każdy amator piękna z osobna. Nieśmiałą próbą resuscytacji wzruszeń wydaje się jeszcze tzw. „doświadczenie pokoleniowe”, objawiające się masową ekshumacją zapomnianych piosenek i doszukiwaniem się w nowych produkcjach punktów wspólnych dla rzeszy słuchaczy. Wszystko to jednak odbywa się w cieniu wciąż żywego wspomnienia „alternatywy”, tak więc próby zawiązania wspólnoty generacyjnej muszą być podejmowane bez spontaniczności, muszą planować każdy ruch tak, aby pop nie stał się nową muzyką dla pretensjonalnych wrażliwców, upajających się melancholią.

Próba wydestylowania z muzyki rozrywkowej doświadczenia pokoleniowego zdradza więc brak autentyzmu, wyrachowanie. Jak twierdzi Mircea Eliade w Mitach, snach i misteriach, „naśladowanie archetypów zdradza niejaką niechęć do historii osobistej i niejasne dążenie do (…) odnalezienia jakiegoś »Wielkiego Czasu«”. To wspaniale, ale upopowianie – dajmy na to klasyków polskiej poezji śpiewanej, czego z krótkotrwałym powodzeniem podjęli się Screenagers – to tylko teatrzyk trafnie sportretowany przez Deborda w Społeczeństwie spektaklu: „Kiedy sztuka, osiągając niezależność, przedstawia swój świat w jaskrawych kolorach, jakiś moment życia postarzał się i nie da się odmłodzić przy pomocy jaskrawych kolorów. Można go przywołać jedynie we wspomnieniu”. I jeszcze: „Ponieważ historia nawiedza nowoczesne społeczeństwo jak duch, na wszystkich szczeblach konsumpcji życia odnajdujemy pseudohistorie wymyślone w celu utrzymania zachwianej równowagi aktualnego czasu zamrożonego”. Pozycje tego czy innego kanonu, odhaczane z poznawczego obowiązku, nie wzruszają, są jedynie pseudohistorią, która porządkuje, utrzymuje w równowadze, ale nie „rozmraża”, nie zmienia stanu skupienia, nie generuje wilgoci, łez.

Brzydząc się manifestacjami nadwrażliwości, a potem pogardzając wyrachowanymi próbami wywołania łez za sprawą doświadczenia pokoleniowego, odmówiłem uczestnictwa we wzruszeniu. Podstawowym błędem odbiorców muzyki rozrywkowej – od Leirisa po Screenagers – wydała mi się wiara w możliwość dzielenia najskrytszych emocji, w perspektywę odsłonięcia się i w mit jawnego, kolektywnego płaczu. Także muzycy w sposób najbardziej natarczywy nastawali na ekshibicjonizm, prowokując wzruszenia najohydniejszym i pozbawionym godności estetycznym szantażem w postaci obrazów utraconego dzieciństwa, wzniosłych momentów dziejowych czy odejścia najbliższych. Odmawiam płakania do sytuacji, ponad które pragnąłbym się wznieść, a że sam odsłuch również należy do ich grona (obraża mnie uleganie działaniu akordów molowych jako zbytnia podległość prawom fizjologii), muszę liczyć na łzy niewytłumaczalne, wywołane doznaniem, które odwoła się wprost do nieświadomości i pobudzi te spośród moich aspektów, których nie zdołały otorbić recepcyjne talenty i skłonności. O tych łzach zapewne nie napiszę.

7 komentarzy:

  1. Wow. Świetny tekst, duży zasób słownictwa, zdecydowanie masz talent. Co studiujesz?

    OdpowiedzUsuń
  2. Sztuka bazująca na emocjach nie jest tożsama ze sztuką kreującą emocje. Pobudzanie "fizjologicznych praw" jaką kolwiek formą sztuki może prowadzić do refleksji, dzięki czemu jesteśmy zdolni odbierać ową sztukę, staję się ona częścią nas, a my częścią jej. Czy Dylan nagrywając biblię wrażliwców "Blood On Tracks" był świadomy emocji jakie u publiczności wywołają owe tracki? Przecież nie można wejść w intencje twórcze artysty, można jedynie w nie uwierzyć. Pytanie o świadomość twórczą niestety samo w sobie obala "intencje twórcze". Sztuka choć żyje wiecznie tak naprawdę przecież żyje jedynie kilka chwil, później stając się jedynie reminiscencją.
    Choć ja również brzydzę się manifestacjami nadwrażliwości to jednak nie boję się ich konsumować, ponieważ w gruncie rzeczy to one konsumuję mnie. A że sztuka "jest skarpetką kulawego" przekonują zarówno dzieła Sigur Ros. Bjork czy osławionej Bat For Lashes - można tu wymieniać bez końca.
    Nurtuje mnie pytanie czym według Ciebie jest sztuka tak intymna że aż materialnie obecna czego przykładem jest np. GILES COREY? Czy to jedynie sprawozdanie z sali samobójcy? Przecież ten album przełamuje cienka intymną nić pomiędzy słuchaczem a twórcą niebezpiecznie kreśląc nam kolejnymi dźwiękami coś na kształt współczesnego portretu Doriana Greya. A czym jest autorska wizja reżyserska "Jestem bogiem"? Kłamstwem medialnym?
    Czy autor powyższego tekstu czyli Ty "Brzydząc się manifestacjami nadwrażliwości" sam nie manifestuje nadwrażliwości? Tekst oddaje przecież emocje i stan duszy, racjonalizowany cytatami.
    A tak na marginesie tekst znakomity!
    PS.Screenagers zamiast być portalem opiniotwórczym, stal się pseudointelektualnym forum bełkotu.

    OdpowiedzUsuń
  3. Dzięki za komentarz i wysiłek interpretacyjny. Postaram się odpowiedzieć jutro, nie chcę zbyć Cię byle czym, a padam z nóg.

    OdpowiedzUsuń
  4. Jakiś czas temu siedziałem sobie w słońcu na ławce z „Born to Die” na słuchawkach i przechodzący kolega rzucił: „Czego słuchasz? Nie, nie mów! Lany Del Rey? Widać po uśmiechu”. Wydawało mi się, że słucham z kamienną twarzą, ale faktycznie odczuwałem maksymalną przyjemność. Byłem wzruszony, tyle że czysto intelektualnie. To był już któryś z kolei odsłuch, intymny, oderwany od impulsu recenzenckiego, bo zdążyłem już o Lanie napisać, poddawałem się więc – nawet ich nie śledząc – buzowaniu odnośników do przeróżnych tekstów kultury, które zostały na „BtD” zacytowane. W przypadku tak głęboko intertekstualnych płyt jestem na pewno nadwrażliwcem – erudycja Lany wyzywa moje obycie, porusza mnie kontakt z innym doświadczonym użytkownikiem kultury popularnej. W tym sensie jestem nadwrażliwcem, obsesjonatem. Stąd moje zamiłowanie do powieści postmodernistycznej w stylu Pynchona, gdzie wszystko znaczy, wszystko odsyła, a lektura przypomina korzystanie z Internetu po paru kreskach.

    O „sztuce tak intymnej, że aż materialnie obecnej” trafnie wypowiedział się autor bloga sTalking Sounds, kiedy pisał o sofomorze the xx: „W czasach hossy można wyśmiewać, w dołku można się utożsamiać”. Powinniśmy jednak od tego stwierdzenia jedynie wychodzić, a nie na nim kończyć, jeśli nie chcemy być zdani na łaskę nastroju. Moim zdaniem winniśmy dążyć do oceniania z perspektywy osoby, którą naprawdę jesteśmy poza odkształcającą presją wydarzeń losowych w rodzaju pogody, pogrzebów, rozstań i jedynek z klasówki. Nie chcę muzyki (a mówiąc „muzyka” mam na myśli jednocześnie strategię jej odbioru), która będzie korespondowała „ze mną w danym stanie”. Chcę takiej, która zaistnieje w związku „ze mną samym”, z moim światopoglądem, formacją psychiczną, charakterem, przekonaniami.

    Na gruncie muzyki taką „sztuką intymną” był np. debiut How to Dress Well czy „Island Moved in the Storm” Matta Bauera – albumy, z którymi mogłem rozmawiać nie dlatego, że byłem smutny lub wesoły, ale dlatego, że przeczytałem dane książki lub dlatego, że zgromadziłem pewne doświadczenie. Czy byłbym wrażliwy na HtDW w gimnazjum lub liceum? Wątpię. Ewolucja mojego charakteru jest mniej przypadkowa niż deszcz na szybie czy chętka na samobójstwo. Nawet jeśli uznamy to za typowo ludzkie złudzenie, to mam do tej iluzji stosunek lub ściślej: chcę mieć do niej stosunek, w przeciwieństwie do wydarzeń zewnętrznych. Jeszcze jedna przygoda z Laną Del Rey: po paru dniach niedoboru snu i nadmiaru wysiłku intelektualnego poczułem przy którymś kawałku nabiegające do oczu łzy, ale nie zgodziłem się na nie, były kompletnym przypadkiem, fizjologią. Przy wyjątkowym podrażnieniu nerwów TO wydarzyłoby się nawet przy „Smerfnych Hitach”. Wystarczyła drzemka, żeby odegnać tak zafałszowany odbiór.

    Mottem powyższego tekstu mogłaby być sentencja zapomnianej XVI- czy XVII-wiecznej damy (Madame du Deffand): „Uczuciom, nad którymi panujemy, daleko do tych, które panują nad nami”. Jako odbiorca obawiam się takiej utraty kontroli, ale oczywiście obawiam się, że tracę na tym „prawdę”. „Nasz czas” z perwersyjną satysfakcją umieszcza np. sceny czystej, nieskalanej miłości w ramach intelektualnej gry konwencją, stereotypem itp. Do pewnego stopnia smutno mi z powodu „wolności” jaką zafundowaliśmy sercu – coraz rzadziej „analizujemy” sztukę za jego wyłącznym przewodem (czucie nie wyklucza przecież myślenia). Dyscyplina emocjonalna wydaje mi się jednak obligatoryjna dla krytyka sztuki.

    OdpowiedzUsuń
  5. Pytanie do każdego, komu przez myśl przejdzie myśl "łał, mam tak samo".

    Zastanawiałem się, gdzie mogłyby trafić najprzeróżniejsze opisy, skojarzenia, spostrzeżenia każdej, nawet najmniejszej części tekstu/płyty, bez jakichkolwiek ograniczeń, gdzie zebrałoby się pasjonatów piszących (i nie tylko) dla najczystszej przyjemności. Setki razy pisałem gigantyczne komentarze do krótkich zdań w tekstach na blogach/stronach albo do techniki użytej w jednej z nieskończonej ilości plików mp3. Patrzyłem na całość i jednym ruchem kasowałem wszystko, bo doskonale wiedziałem, że to się tam nie nadaje, przez zbytnią wylewność lub skupianie się na detalach. Ani blogi, ani tym bardziej Twitter ani Facebook się nie nadają i mam nadzieję, że ktoś też ma takie wrażenie.

    Gdzie? Teraz patrzę właśnie na to i już coś mi podpowiada, że właśnie powinienem to wszystko skasować. Treścią chyba powinienem był pisać pod "Przyjemnością kontestu", ale jednak ląduje tu. Całkiem bez przyczyny.

    OdpowiedzUsuń
  6. Doskonale to ująłeś w komentarzu: "nie chcę muzyki, która będzie korespondowała ze mną w danym stanie. Chcę takiej, która zaistnieje w związku ze mną samym, z moim światopoglądem, formacją psychiczną, charakterem, przekonaniami". Nie potrafiłabym wyrazić się lepiej, ale gdybym jednak umiała i Twojego komentarza by nie było, Twój tekst skomentowałabym właśnie w ten sposób.

    OdpowiedzUsuń
  7. Szukając wspomnień w teraźniejszości znajdziemy jedynie odbicie samego siebie. Wszytko jedno czy będzie to GODSPEED YOU! BLACK EMPEROR czy też Lizzy Grant jako kwintesencja archetypicznej kobiecości.Pisząc o sztuce tak intymnej że aż budzącej onieśmielenie, stające się materią miałem na myśli rytuał „Voor’s Head Device”. Dan Barret miał w zamyśle popełnić samobójstwo. Owładnięty tajemniczą historią o sekcie Voora, oraz myślą o śmierci będąc w swoim domu samotnie zasiadł do pianina, na twarzą zakładając maskę Voora, rejstrując muzyczna treść tego wydarzenia na urządzenie rejestrujące dźwięk. Sam przeżył, płyta ujrzała światło dzienne i odniosła sukces. Paradox? Czy podświadoma zwierzęca chęć spijania łez - ich konsumpcji?
    Zdanie "nie chcę muzyki, która będzie korespondowała ze mną w danym stanie. Chcę takiej, która zaistnieje w związku ze mną samym, z moim światopoglądem, formacją psychiczną, charakterem, przekonaniami" wyrwałeś mi z duszy

    OdpowiedzUsuń