środa, 5 czerwca 2013

Stara Rzeka - Cień chmury nad ukrytym polem

Stara Rzeka
Cień chmury nad ukrytym polem
2013, Instant Classic






Mając za sobą parę sesji z Cieniem chmury, zabrałem się za przeglądanie komentarzy i niemal natychmiast uderzyło mnie niebywałe stężenie szacunku dla tej płyty. Oczywiście wiedziałem, że wokół Starej Rzeki narosło trochę szumu, ale spodziewałem się tradycyjnego przebiegu hype’u, a nie tego, że gremium recenzenckie przeznaczy wszystkie siły na dotrzymanie kroku podniosłej tonacji albumu. W paru wypadkach respekt ocierał się o czołobitność, zwyczajowe formułki podawano z rzadkim namaszczeniem. Mimo że materiał aż prosi się o rozwlekłe łańcuchy skojarzeń, języki pokornie skołowaciały, prowadząc do konkluzji najbardziej jałowej z punktu widzenia dokumentacji odbioru: „tego po prostu trzeba posłuchać”. Niecodzienną sytuację recepcyjną można łatwo wyjaśnić obawą przed ośmieszeniem się, jako że Stara Rzeka – epatując słuchacza absolutnym brakiem dystansu, nie wspominając już o poczuciu humoru – narzuca szczególnego rodzaju dyscyplinę.

Pod naciskiem projektu, który „nie ogląda się na nic i na nikogo” (koniecznie!), a tłumaczy się sam przez się, notowanie pracy własnej wyobraźni lub snucie intelektualnych dywagacji jawić się musi jako dzielenie włosa na czworo. Seneka, zręcznie unikając wzmianki o spedaleniu, nazwał takie zachowanie „chorobą Greków”: „Szukaniem, ilu też było wioślarzy na statku Odyseusza, albo czy Iliada jest wcześniejsza od Odysei, i czy obie są tego samego autora”. Chcąc rozwiać wszelkie podejrzenia, recenzenci możliwie spłycają refleksję. W przeciwnym wypadku mogliby – nie daj Boże – wydać się mądrzejsi od Kuby Ziołka, co nieuchronnie doprowadziłoby do zarzutów o niegodne i „zniewieściałe” przeintelektualizowanie. Na wszelki wypadek autor dostarczył manifest pełen chiazmów, modnych w humanistyce jeszcze jakieś pięć lat temu („Sądzimy, że cała historia europejskiego myślenia o bycie jest historią myślenia nadmiaru i myślenia nadmiarowego”), zaznacza jednak, że nie trzeba go czytać, a co ważniejsze – rozumieć, aby cieszyć się nagraniami. Co za szczęśliwe zastrzeżenie! – zignorowanie manifestu dostarczy wiążących dowodów na to, że „nadmiar myślenia” nie przesłonił nam tajemniczej urody Starej Rzeki, dostępnej jedynie mędrcom, co odtrącili „dyskursa” dla ujeżdżania krów na oklep.

Żeby nie rzucać słów na wiatr, podam z nazwiska paru recenzentów, którzy dali się uwieść tej retoryce (ciekawej skądinąd, choć teraz to już chyba moja zasługa). Bartosz Nowicki dostrzega paralele pomiędzy Cieniem a produkcjami Obuha, ale odmawia ich uzasadnienia, bo w końcu „nie jest to relacja czysto muzyczna, a jedynie jakieś mentalne pokrewieństwo” (ciekawe, co na to Jerzy Caryk). Recenzent We Are From Poland postępuje podobnie. Rzuca kilka etykietek, stawia odważną tezę, że Ziołek „przywraca do łask, zapomnianą już, kasetę magnetofonową”, wymienia sławy na H (Heidegger, Herzog, Hölderlin; ten ostatni błędnie zapisany), a potem proponuje nawet „dorzucić do tego narzeczoną autora”. Chętnie, szkoda tylko, że na pytania odnośnie do muzyki musimy – zgodnie z nieśmiertelnym bon mot – „odpowiedzieć sobie już sami”.

W recenzji Gazety Wyborczej Jacek Świąder przyznaje: „Nie znalazłem jeszcze opisu, który oddawałby to, co się wyprawia na Cieniu” i na tym koniec, widać nie chce być pierwszym, któremu się powiedzie. Bartek Chaciński uznaje cover „My Only Child” za „arcytrudny”, ale nie kusi go uzasadnienie tak wielkich słów. Nie wiadomo właściwie, jakie zasługi oddał Ziołek na tym polu, bo przecież trudno uwierzyć, że mowa o paru minutach niezbornego wycia à la Kyst albo o odpryskach pustynnego dronu, nieporównywalnych choćby z osiągnięciami Barn Owl, którzy – jakkolwiek by na to nie patrzeć – są tylko epigonami stylistyki o zasłużonym panteonie. Czy aby na pewno spotwarzenie piosenki Nico rozwlekłymi minutami ambientowych szkiców, które w pięć minut dają się wygenerować z dowolnych sampli, zasługuje na miano cennej reinterpretacji?

Przywary Cienia można wymieniać. Pierwsze trzy minuty otwierającego płytę utworu są nie tylko zbędne, ale i wstydliwe: artysta tak wyczulony na hipsterię celuje w mgiełki Cieślaka zamiast podjąć próbę dorównania tuzom americany w rodzaju Head of Wantastiquet? Post-rockowe „Nächtlich Spaziergang durch Klinger” czułoby się jak ryba w wodzie na kolejnym albumie California Stories Uncovered, ale na „najważniejszej pozycji tego roku” wypada co najmniej blado. Mam ochotę podsumować te i inne słabostki – oczywiste, ale „jakoś” niewidoczne dla gros krytyków – cytatem z forum Masterful Magazine. Jeden z użytkowników tego światłego przybytku wyrażał podejrzliwość wobec Starej Rzeki już w październiku 2012: „Czuję tu (a nos mam nie od parady) jedną wielką maskaradę: ot, ludzie popijający kawę ze Starbucksa poczuli ciągoty do muzyki źródeł, choć nigdy nawet nie asystowali przy świniobiciu”.

Po racji sucharów czuję się na siłach wrócić do sprawy humoru i dystansu, których brak zarzuciłem Ziołkowi na wstępie. Projekty, które zwykło się nazywać „elektroakustycznymi” i przypisywać im etno- oraz antropologiczne fascynacje, stawiają sobie za cel nawiązanie jak najściślejszej łączności z autentycznym przeżyciem, nie zapośredniczonym przez teksty zachodniej kultury, jej dzieła sztuki i dyskursy. Misją takiej muzyki – mówię to bez ironii – jest kultywowanie miejsc i stanów ducha, na które nie padł jeszcze – i paść nie ma prawa – cień wielkomiejskich komplikacji, osłabiających zaabsorbowanie „prawdziwym” życiem. Z tym że artystom w typie Ziołka – owładniętych tym wszystkim, co można z pozycji zdobytego wykształcenia, pokazowo podziwiać jako zrozumiałe również dla prostego człowieka – nie starcza zwykle sił na autorefleksję. Spojrzenie z boku, które potrafiłoby może uświadomić im, jak cienka granica oddziela uduchowienie od pretensji, jest przez nich programowo uznawana za bełkot tych, co lubią robić z igieł widły i kręcą nosem na zarośnięte pachy i cipki.

Przyznam, że w wykonaniu Ziołka miotanie się między skrajnościami – mam tu nam myśli nie tylko dualizm samego albumu, ale i „podwójne” wydanie: na CD i kasecie – nosi dość oryginalny rys epilepsji, który zbliża Starą Rzekę do Current 93. Ale tam, gdzie David Tibet igra z patosem i umyka mu, kradnąc dla siebie i słuchaczy odrobinę mistycyzmu, tam Kuba  – „dziecko Bataille’a”, jak sam o sobie mówi – osuwa się w egzaltację, wleczony przez swoje kolosalne kompozycje. Momentalne przebłyski smaku rozsiano po dziele, któremu brak wyczucia, i które w swojej słoniowatej wybujałości jest niestety prozaicznie mętne (nie „prymitywne” i „surowe”, jak chciałby autor). Być może zadecydowała o tym wybiórcza lektura Hölderlina, który w cytowanym na płycie wierszu pisze nie tylko: „Ale co robi nurt tej rzeki, / Tego nikt nie wie”, ale również: „Bo nie na darmo rzeki płyną / Przez suche ziemie. / Dzięki czemu? / Nie może być to nic innego / Jak rodzaj mowy: jakiś znak, / Prosty i jasny, by poznawać / Słońce i księżyc nierozłączne”.
  

18 komentarzy:

  1. Po co w ogóle się odnosisz do tego "gremium recenzentów"? Ci ludzie mają w większości pewnie lepsze zajęcia niż analizowanie parę razy (dla pewności) tej płyty, więc piszą coś posiłkując się innymi opiniami. W końcu może wcale ich Stara Rzeka aż tak bardzo nie interesuje, ale przecież notka, czy recenzja sama się nie napisze, no nie?

    W podjarce tą płytą nie chodzi wcale o jakiś jej szczególny geniusz, wszystkie jej przywary to w sumie prawda.
    Po prostu spoko, że jakiś artysta z tego samego kręgu kulturowego i mówiący tym samym językiem w końcu stworzył coś porządnego, jeżeli chodzi o całą otoczkę jaka czai się za muzyką. To jest tak zwany klimat. Bo po to ludzie zwykle słuchają muzyki. Nie dla kunsztu songwriterskiego, ale by poczuć jakąś ideę którą dzieli się artysta.
    W końcu, w pewien sposób, Kuba Ziołek, nie stara się kogoś uparcie kopiować i coś mu z tego wychodzi, chociaż mogę się mylić.

    Inna sprawa, to głód jaki wiele osób odczuwa, dla black metalu, który nie wywołuje mimowolnie szyderczego uśmiechu.

    OdpowiedzUsuń
  2. Przecież nikt tego pseudo-filozoficznego bełkotu nie bierze chyba na serio. Ja całą otoczkę (Heidegger do porzygu) pomijam w milczeniu, wstydzie i zażenowaniu, a płyty słucham dalej i jest ok.

    OdpowiedzUsuń
  3. Bełkot a nie recenzja...w dodatku napisana przez kogoś o ogromnych kompleksach.

    OdpowiedzUsuń
  4. poznalem kube osobiscie i to nie fajne ze negatywnie go oceniles bo ja go aprobuje mocno. postanowilem ci napisac anonimowo ze napewno jestes niedowartosciowany. lubie sobie cos tak przewidywalnie zracjonalizowac i podzielic sie tym z internetem. ty palancie.

    OdpowiedzUsuń
  5. Cóż za bełkotliwa 'recenzja', stylistycznie i treściowo na poziomie w miarę uzdolnionego licealisty. Autor poświęca więcej uwagi laniu wody niż samej muzyce. Nie miałbym nic przeciwko temu, gdyby w parze z rozwlekłością tekstu szła jakaś zawartość. Tymczasem, co typowe dla tego bloga, mamy tu do czynienia z przerostem formy nad treścią. Wiele zdań, które nie znaczą nic, nie wprowadzają nowych interpretacji, nie zachęcają do nowego spojrzenia, nie odkrywają niczego, nie wprowadzają nowych kontekstów. Poza tym już kolejny raz można streścić artykuł w następujący sposób: "hurr durr wszyscy krytycy som gupi a ja jestem mondry bo oni się mylą a ja mam rację herp derp stado bezmyślnych owiec tylko ja jeden dostrzegam co tu jest grane". To samo było przy nowym MBV: "jeśli ktoś myśli inaczej niż ja, to w zasadzie wcale nie myśli, bo tylko ja myślę samodzielnie, a reszta podąża za trendem i hajpem". Nawet nie chcę sobie wyobrażać, jak wielkie kompleksy musi mieć autor, niemniej nie dziwię się, że je ma.

    OdpowiedzUsuń
  6. > Head of Wantastiquet > tuzów americany xD

    OdpowiedzUsuń
  7. Prawdziwy rodzyn (w parującej kupie) tej recenzji to heterosceptyczny recenzent piszący coś ni z gruchy o "spedaleniu".
    People in glass houses...

    OdpowiedzUsuń
  8. Jak mógł ktoś zamieścić komentarz nt. płyty w październiku 2012, skoro wyszła ona na początku kwietnia 2013? Czy autor recenzji mógłby zastanowić się choć przez moment zamiast pisać brednie?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Autor recenzji nie pisze o komentarzu na temat płyty, ale na temat Starej Rzeki. Przypominam, że jest to nazwa projektu, płyta nosi inny tytuł.

      Utwór "Przebudzenie Boga Wschodu" został wydany 20 czerwca 2012. Nie mówiąc już o koncertach jakie odbywały się już w 2012.

      Usuń
    2. czytejcież ze zrozumieniem jedni i drudzy chiazmiści:

      1. Antychróst - Dołączył(a): 18-10-2012, 21:28
      2. Re: STARA RZEKA - Cień chmury nad ukrytym polem [2013]
      przez Antychróst 31-03-2013, 23:07

      Usuń
    3. Reszta recenzji mija się z prawdą w podobny sposób.

      Usuń
  9. to wszystko to jeden wielki żart jest
    https://www.youtube.com/watch?feature=player_embedded&v=kbVvL6xXHYw

    OdpowiedzUsuń
  10. Nekrosodomaster pisze:
    Zły to recenzent co patrzy na internetowych napinaczy komentarze. I ten cały patos w języku, inwersje rodem z metalowego ziniacza z drugiej połowy lat dziewięćdziesiątych...
    Nie pisz już więcej albo chociaż zasięgnij trochę porad językowych bo smutno i żal jak się na te wypociny twoje patrzy. Hej :-*

    OdpowiedzUsuń
  11. Bardzo lubie Twoje recenzje. Pierdol hejterow.

    OdpowiedzUsuń
  12. kocham was miśki za te komenty :**** jesteście najlepsi, serio, de beściaki; podwójna przyjemność - sam tekst i jeszcze wy, no rozpływam się (27 stopni, ile u was?)

    OdpowiedzUsuń
  13. wpadlem tu niechcący i przeca od razu widać że krol jest nagi,
    po co czytać te wypociny pełne quasi-mądrych frazesów,
    panie i panowie, zajmijmy się muzyką znaczy jej słuchaniem,
    a blogi tego typu jak te, zostawmy onanistom (czyt. autorom )
    (-;

    OdpowiedzUsuń
  14. bełkotem jest manifest Almeda Trio, link w tekście

    OdpowiedzUsuń