sobota, 31 października 2009

OOIOO - Armonico Hewa

OOIOO
Armonica Hewa

2009, Thrill Jockey



7.0



Armonica Hewa, nie zrywając z tradycją poprzednich albumów OOIOO, wali się przez wszystkie otwory ciała dawką crapu tak kompletnego, że aż czerstwego. Po dłuższej chwili nie da się już tego chłonąć, ale jakoś ambicja (tak) nie pozwala odpuścić. Wraca się, chociażby puszczając gdzieś od środka, żeby odpowiednie momenty zadziałały znowu. Te okrutne pery (osławione już przez szlify w Boredoms), piekące smagnięcia pękających strun i pleniące się jak kryl, i równie jak on niezrozumiałe, onomatopeiczne wokale tworzą kłąb pojebania o mocy rażenia post-apokaliptycznego świata przybranego w różowe kokardki, ożywione maskotki i japanese-lolity myszkujące z wielkimi gnatami po norach spanikowanych mutantów. Dwie opcje zostają Darwinowi w tak skrojonym uniwersum, lecz nie dociekajmy, bo już dość zboczonych rzeczy padło. Przy skupionym odbiorze (tak) okazuje się to jednak pięknawe, jak np. Uda Hah czy O O I A H czy Orokai czy Agacim - popowa psychoza w 3D, aż po Honki Ponki, usprawiedliwiające prawdopodobieństwo, że OOIOO zrezygnują z kurateli Thrill Jockey na rzecz twórców gry Kurukuru Kururin albo oddziału Microsoftu odpowiedzialnego za Xboxa.

Jak piszą na Dusted Magazine: Stylistically, Armonico Hewa’s music veers from squelchy disco to tribal reggae to proggy cartoon-Eastern drone. Bill Murray w Lost In Translation. Lekko rozbawiony z grzeczności, układny, ale protestujący przeciwko jakiejkolwiek dyfuzji Swojej z Nimi. Spontaniczne, barwne, ale obce. Żadnego przerywnika nawet (od biedy Kipepo) - jedna koherentna suita jaskrawego napierdalania nie mającego nic wspólnego z neonowością neo-psychodelek. Od nieskoordynowanego noise'u przez tribal i cold-wave'y po przerysowany landrynkowaty j-pop = sampler z niekontrolowanej, agresywnej ekspresji, klasycznie męskiej, furiackiej, i pewnie dzięki znalezieniu się w damskich rękach tak pociągającej (cave-woman maże się w pełnym słońcu podtopioną szminką po piersiach wyjąc do Dionizosa).

Patrz, ale nie dotykaj, ta fikcja nie zostanie przepchnięta do nędzy realu. Świadomość tego ratuje. Którąś ze stron. Jakoś ciężko zdecydować którą. Chyba jednak nadawcę (indywidualna decyzja, czy jest to w dzisiejszej sztuce fair lub dopuszczalne), bo laski z OOIOO na szóstym już (! - prawie jak Acid Mothers Temple: każdy inny porzygałby się już na własny widok) albumie jasno przekonują, że możliwym jest mieć doświadczenie nawet w tym czymś, co robią i w efekcie liczyć się artystycznie. Ich ofiary mogą popatrzeć, zwymiotować przy Nin Na Yama (tempa, Chryste), sarkać nad niepodważalnym bezsensem niektórych fragmentów i skomleć o kolejne Pervert's Originals.


1 komentarz:

  1. nieznośnie irytująca recenzja. way to go.

    OdpowiedzUsuń